ii
Wahanie Severusa zaczęło się po ataku w Ottery St. Catchpole. Lucjusz i Snape byli na zwiadach w lesie, czyhając na członków Zakonu, kiedy nagle znaleźli dwójkę z nich.
- Ach, jakie są szanse? – wyszeptał Lucjusz z ich kryjówki za drzewami. Ale kiedy cienie przed nimi odwróciły się, ukazując twarze, Snape zamarł.
- Snape, co robisz? – ale Snape wychodził już z kryjówki. Stał dokładnie przed pierwszym cieniem.
James Potter. A obok niego Lily Evans, ta mała szlama.
Snape był wściekły. Snape był zły. Snape pokazał emocje, co było czymś więcej niż cokolwiek co Lucjusz mógł powiedzieć o jakimkolwiek innym wspomnieniu o Snapie jakie posiadał. Ale zanim cokolwiek się stało, Czarny Pan przybył aby samemu stanąć do pojedynku z dwójką bachorów. Natomiast Snape i Lucjusz odeszli.
Tej właśnie nocy Severus zaczął się wycofywać.
To wszystko co Lucjusz wiedział. To wszystko co Lucjusz mógł powiedzieć innym kiedy pytali co jest nie tak z ich prawdopodobnie przyszłym przywódcą.
Ale czego Lucjusz nie wiedział to fakt, gdzie był Severus tej nocy, po spotkaniu w lesie. Snape powiedział, że idzie na spotkanie z kimś, ale nikt nie potrafił sobie przypomnieć kim ten ktoś jest, gdy pan Malfoy ich o to pytał. Chłopca nie było przez dobre dwie godziny zanim wrócił, jak gdyby nigdy nic. Nie powiedział ani słowa do nikogo i wciąż nie okazywał, że cokolwiek go martwi.
Gdyby Lucjusz był jego bratem, gdyby Severus wyjawił, że posiada jakieś uczucia pod tym nieprzyjaznym spojrzeniem, chłopiec powiedziałby swemu współlokatorowi, że stał przed Szpitalem Św. Munga, czekając na rudowłosą szlamę, wyłaniającą się z nicości z bliskim śmierci Jamesem Potterem u boku (Potter i Evans, według reporterów, śmiali przeciwstawić się Czarnemu Panu). Snape powiedziałby Lucjuszowi jak szedł za szlamą przez trzy przecznice, chłonąc każdy jej krok, każdy kosmyk jej włosów, wszystko – jak głodujący człowiek, który nie jadł od lat.
I powiedziałby Lucjuszowi o niewyraźnym uczuciu w żołądku, kiedy wiedział, że nie może poddać się kolejnemu momentowi bezczynności. Nie mógł pozwolić jej odejść. Nie mógł pozwolić uciec jej tym razem – musiał powiedzieć coś. Musiał podejść do niej, dotknąć jej miękkiego, jedwabistego ramienia i obrócić ją i powiedzieć jej wszystkie rzeczy, które wciąż powtarzał w głowie.
Ale pozwolił jej odejść. Pozwolił jej zniknąć na końcu ulicy. Pozwolił jej wrócić do kwatery głównej Zakonu lub domu gdzie mieszkała z Potterem… przeklętym Potterem…
Nie mógł spojrzeć jej w twarz. Spoliczkowałaby go. Krzyczałaby. Nazwałaby go tchórzem.
Ona była członkiem Zakonu. A on miał zostać śmierciożercą.
Zawsze mówiła, że tak będzie.
Ale Lucjusz i Snape nie byli braćmi, więc nic z tego nie zostało wyjawione. Snape zaszył się tylko w kącie z książką w ręku, i nic nie zostało powiedziane o niczym
Do pewnej nocy, kiedy to Peter Pettigrew popełnił poważny błąd.
Był prawie październik. Noc Setki Czaszek zakończyła się sukcesem i Czarny Pan był gościem w domu Malfoya aby świętować swoją wzrastającą potęgę.
Każdy z nowicjuszy został posadzony przy stole, obok najwyższych sług. Sampson, ich główny opiekun, poinstruował każdego gdzie ma siedzieć, jak ma mówić, stać i kłaniać się… i posadził Lucjusza i Snape'a na szczycie stołu aby mogli osobiście rozmawiać z Czarnym Panem.
Snape spotkał już Czarnego Pana przy paru okazjach i za każdym razem naturalność jego twarzy, jego ciała, jego manier… to było odpychające jak normalny był ten człowiek. Był człowiekiem… ale też kimś więcej…
- Severusie, będziesz mi towarzyszył przy kolejnym spotkaniu z olbrzymami – Czarny Pan stwierdził rzeczowo, krojąc swój krwisty stek. – I ty Lucjuszu również.
Lucjusz posłał zamaskowany, choć promienny, uśmiech i odpowiedział „tak, mój panie". Severus tylko kiwnął głową, lekko obrzydzony i wziął długi łyk wody ze swojej czary.
Stopień zwyczajności pomiędzy Czarnym Panem i Severusem wstrzyknął zazdrość w serce Lucjusza. Byli sprzymierzeńcami. Lojalni wobec siebie. Równi rangą.
Lucjusz wiedział, że nigdy nie będzie tego miał. I to wcisnęło gniew między obu chłopców.
Prawdopodobnie dlatego nigdy nie rozmawiali o niczym ważnym.
Cisza ogarnęła jadalnię po raz kolejny. Nagle Czarny Pan omiótł stół swoimi czerwonymi oczami i z hukiem postawił czarę na blacie.
- Kogo brakuje?! – wysyczał. Sampson skłonił głowę i rzekł:
- Petera Pettigrew, mój panie. Jest wciąż na misji…
Snape uśmiechnął się szeroko. Pettigrew, jeden z ukochanych, zaufanych, najlepszych przyjaciół Pottera, został zwerbowany siedem lat temu. Pettigrew przeszedł dokładnie ten sam trening co Severus. Pettigrew przygotował się na wypalenie grubego Mrocznego Znaku na ręce i podrzynanie gardeł tych co go pokochali w chwili zaślepienia, jeśli to miało oznaczać ochronę przed Czarnym Panem.
Oczywiście krzesło Pettigrew było najdalej od Czarnego Pana. Ażeby nie ubrudził imperatora swoją nieczystością.
- Jego misją jest być przy moim stole na obiedzie! – wrzasnął Czarny Pan. W ciągu dwóch minut Sampson wezwał Pettigrew, który natychmiast opuścił swoje obowiązki i za pomocą proszku Fiuu znalazł się w kominku.
Kaszląc, Peter wyszedł z popiołów i skłonił się tak nisko, że jego nos prawie dotykał marmurowej posadzki pełnej sadzy.
- Przepraszam, mój panie – wyjąkał. – Wiesz jak ważne jest abym utrzymał ich zaufanie… Nie… nie mogłem odejść tak nagle, jak…
- Cholera, masz odejść kiedy ci każę! – wysyczał Czarny Pan. – Jeśli Zakon nie trzyma noża na moim gardle, nie masz żadnych wymówek żebyś mógł tracić czas w ich siedzibie głównej!
I wielki czerwony strumień światła wystrzelił z różdżki Czarnego Pana i uderzył Petera prosto w pierś. Chłopiec upadł na ziemię, skręcając się i krzycząc.
- Byliśmy na pogrzebie! – zapiszczał Peter. – Gdyby mnie nie było na pogrzebie, wzbudziłbym podejrzenia! Muszę utrzymać moje… - i straszny pisk wyszedł z jego małych szczurzych ust.
Severus był zdegustowany. Nie z powodu pisków, tylko z powodu piszczącego.
- Elise Warren, mój panie! – powiedział Peter. – Elise Warren była bliska Potterowi i jego szlamie, mój panie! Została zabita podczas Nocy Setki Czaszek! Miała być drużbą tej szlamy…
Severus zamarł. Wstał. Spoglądał na Petera z intensywnością jastrzębia. Jego różdżka wyłoniła się z boku i kolejny strumień czerwonego światła uderzył w gardło Petera.
Peter znowu krzyknął.
Ta reakcja spowodowała, że nawet Czarny Pan przestał torturować Petera i patrzył na Snape'a zszokowany. Snape ściągnął klątwę z Petera i pozwolił mu odetchnąć.
- Co powiedziałeś?! – domagał się Severus. Peter z trudem łapał powietrze. – Co powiedziałeś, ty zasmarkana kupo gówna! Co powiedziałeś!
- Ja… Elise Warren umarła… to był jej pogrzeb… pamiętasz ją, miała czarne włosy…
- Drużba? – Snape był blady. Snape był chory…
- T-tak… - Peter był trochę zniesmaczony, że jest przesłuchiwany przez innego nowicjusza. – James Potter i Lily Evans biorą ślub…
Czerwona klątwa znowu uderzyła w Petera, lecz tym razem towarzyszył jej gardłowy wyk Severusa. Peter płakał i krzyczał, błagając o litość, której Severus nie okazał. Czarny Pan, widząc furię towarzysza, wyglądał na bardziej zaintrygowanego niż niezadowolonego i pozwolił mu kontynuować.
Lecz Lucjusz szybko doskoczył do Severusa, próbując wyrwać mu różdżkę. Severus odrzucił go do tyłu, przewrócił stół, potłukł talerze, stracił nad sobą panowanie… W końcu Czarny Pan stwierdził, że zobaczył już wystarczająco dużo i odciągnął Severusa, jak ojciec próbujący cierpliwie skarcić swojego czteroletniego syna.
I oboje weszli do pomieszczenia z tyłu sali.
Lucjusz był pewny, że już więcej nie ujrzy swego przyjaciela.
