vi

Czekał aż wszyscy goście wyjdą i kościół będzie pusty. Następnie ruszył wzdłuż ławek kościelnych. Przesunął dłonią po drewnianych oparciach. Spojrzał na kwiaty, które ona wybrała. Gapił się na swoje buty, którymi dotykał czerwonego dywanu pośrodku nawy głównej.

Choć nigdy nie przyznałby się do tego głośno, byłoby kłamstwem powiedzieć, że nigdy nie myślał o tym dniu. Będąc małym chłopcem, gdy razem siedzieli wśród drzew i patrzyli na liście nad nimi, widział ją w pięknej sukni, a siebie dorosłego w powiewających szatach. Widział ją jak szła wzdłuż nawy. Widział swoją matkę płaczącą w pierwszym rzędzie. I pana Evans idącego obok panny młodej, zbliżającego się coraz bardziej do Snape'a czekającego przy ołtarzu.

- Jest w parku.

Snape odwrócił szybko głowę i ujrzał Petera Pettigrew stojącego w nawie głównej, z przodu kościoła i patrzącego na niego. Peter skinął w stronę drzwi.

- Byłem z nią na spacerze – powiedział. – Zostawiłem ją tam. Zupełnie samą. Tak jak prosiłeś.

Snape kiwnął głową i schował różdżkę do kieszeni.

- Dziękuję – powiedział, a Peter spojrzał na niego lekko przerażony.

- Dziękuję?

Snape nie powiedział już ani słowa, tylko skierował się do wyjścia. Na drugą stronę ulicy.

A tam była ona.

Siedziała na ławce nieopodal jeziora. Podbródek oparła na kolanach. Ciemnorude włosy spięła w koński ogon. Jej szczupłe ręce były teraz umięśnione i naznaczone bliznami. Piersi miała pełne i okrągłe. Nie było to już to samo małe i wątłe ciało, które popychał na huśtawce.

Była wojowniczką. Kobietą. Nie taką jak ją zostawił.

I zanim mógłby znowu odejść, zrobił krok naprzód, wyłonił się z cienia, czekając aż jej zielone oczy zauważą go.

I zauważyły. I były bardziej szmaragdowe niż pamiętał. Szerokie, błyszczące, szczere – dobre. Piękne.

Tyle tylko, że teraz straciły swój kolor i obróciły się przeciw niemu. Tak jakby go nie rozpoznała, stała tam, z wyciągniętą różdżką, gotowa krzyczeć jeśli…

- Lily – powiedział delikatnie. – Lily, proszę…

- Zabiję cię… - rzekła, cofając się. – Przychodzisz tu by walczyć w dzień mojego ślubu? To żałosne, nawet jak na Voldemorta…

- Lily – powtórzył. – Nie mam zamiaru zranić…

- Crucio!

Ale nic się nie stało. Snape stał zupełnie niewzruszony.

- Musisz chcieć zadać ból aby zaklęcie zadziałało – powiedział cicho. A ona zamarła.

- Nie waż się mnie tknąć – ostrzegła. – Nie waż się…

- Lily, proszę… - głos mu się załamał, sprawiając, że jej surowa postawa złagodniała nieco, a ona patrzyła na niego, niepewna co myśleć o tym wszystkim.

- Spójrz – rzekł. Położył swoją różdżkę na ziemi. Ręce wzniósł wysoko do góry. – Znasz mnie…

- Nie znam cię…

- Wiesz, że nigdy bym cię nie zranił…

- Zamknij się.

- Jestem bezbronny! – błagał. – Proszę. Lily. Wiem, że nie powinienem rozmawiać z tobą, ale jeśli tego nie powiem, a ty… a ty wyjdziesz za niego… niego…

- To podstęp.

- To nie jest podstęp.

Wydała z siebie wymuszony śmiech.

- Po tym wszystkim, ty… cholera, o mało co mnie nie zabiłeś! Ty… ty naprawdę sądzisz… Spójrz na siebie! Masz wszystko czego chciałeś, nieprawdaż, Mroczny Znak i…

I Severus podciągnął lewy rękaw najszybciej jak potrafił. Lily zamilkła.

- Nie – oświadczył Severus. – Nie, nie mam…

- Gdzie on jest?

- Nie mam go jeszcze – powiedział Severus.

- Jeszcze.

- Nie dostanę go. Nie dostanę, Lily. Nie, jeśli ty… proszę, Lily. Przepraszam. Za to co zrobiłem. Za to co powiedziałem…

- Myślisz, że to wszystko z powodu tego co powiedziałeś? – Lily wybuchła. – Myślisz, że możesz mnie osaczyć w parku w noc przed moim ślubem i przeprosić za nazwanie mnie szlamą gdy mieliśmy piętnaście lat? Myślałam, że jesteś przynajmniej trochę bardziej inteligentny, Snape! Ty… mój Boże, odszedłeś dużo wcześniej! Zostawiłeś mnie, Sev, ty… ty prawie zabiłeś tamtą dziewczynę…

- Nie zabiłem nikogo.

- Ale od tamtego czasu zrobiłeś to, prawda?

Odpowiedziała jej cisza.

Lily wybuchła płaczem. A Snape poczuł jak wszystko się wali. Podszedł aby ją objąć. Splunęła mu w twarz.

- Byłeś tam? Tej nocy. Z setką czaszek.

- Ja…

- Byłeś tam, Severusie?

Severus odpowiedział cicho:

- Tak.

Lily kiwnęła głową, jakby znała odpowiedź zanim ją wypowiedział.

- Nie mogę… Jestem taka głupia, że tu stoję… Zostaw mnie samą… Nie… nie nachodź mnie więcej…

- Popełniłem błędy, Lily – Severus podążył za nią ścieżką wiodącą poza park. – Wiem to. I… myślisz, że to łatwe dla mnie, płaszczyć się tak przed tobą? Na miłość boską, Evans, przecież mnie znasz…

- Nie, nie znam.

- Lily, po prostu się zatrzymaj. Posłuchaj mnie, proszę… Jestem okropnym, złym gnojkiem. Wiem to. Nienawidzę samego siebie. Naprawdę. I mam ku temu powody. Byłaś jedyną rzeczą, którą ja… jedyną rzeczą, która była cokolwiek warta w całym moim życiu… to było dobre. A jeśli stracę cię jutro… jeśli… Lily, ja…

Lily stanęła. Odwróciła się. Spojrzała na niego twardo.

- Kocham cię – oświadczył. Wypowiedział te słowa tak niezachwianie. Tak jakby to była prawda niewypowiedziana do tej pory, ale prawda znana. To było takie łatwe do powiedzenia. Ale uderzyło w oboje z wielką siłą. – Kocham cię. I… i wiem, że ty również mnie kochałaś. Kiedyś. Nigdy tego nie wyznałaś, ale nie zabolałoby cię tak mocno kiedy ja… jeśli ty…

Zielone oczy Lily skrzyły się od łez. Objął ją.

I pocałował. Nareszcie ją pocałował.

Pomiędzy nimi zapanowała cisza.

- Kochałaś mnie – powtórzył. – Gdybym nie… gdybym nie powiedział tego co powiedziałem… gdybym nie… wtedy rzeczy potoczyłyby się inaczej. Bylibyśmy… Kochałaś mnie…

I wtedy, powoli i delikatnie, Lily pokręciła głową.

- Nie – wykrztusiła. – Nie. Kocham Jamesa. A ciebie nienawidzę.

Severus poczuł jak wszystko w jego środku słabnie. Nie mógł oddychać. Nie mógł poruszyć się. Nie…

- Nie masz żadnego prawa aby mi to robić – powiedziała Lily. – Zostaw mnie samą.

- Nie mówisz poważnie…

- Powiedziałam…

- Nie! – rzekł Severus. – Nie jesteś w stanie spojrzeć mi prosto w oczy i powiedzieć, że nigdy, ani razu, w twojej cholernie doskonałej egzystencji odkąd odszedłem, że nie myślałaś o tym co było, nie przypominałaś sobie… że nigdy nie…

- Nie! – krzyknęła Lily. – Nie! Nigdy!

I deportowała się.

A Severus po raz kolejny był sam.

- Jest w parku.

Snape odwrócił szybko głowę i ujrzał Petera Pettigrew stojącego w nawie głównej, z przodu kościoła i patrzącego na niego. Peter skinął w stronę drzwi.

- Byłem z nią na spacerze – powiedział. – Zostawiłem ją tam. Zupełnie samą. Tak jak prosiłeś.

W kościele zapanowała cisza. Park, jej szmaragdowe oczy… wszystko zniknęło.

Wszystko działo się tylko w jego głowie…

Snape kiwnął głową i schował różdżkę do kieszeni.

- Zabierz ją do domu – rzekł.

- Ale przecież powiedziałeś, że chcesz ją zobaczyć…

- A teraz mówię żebyś zabrał ją do domu! – rzekł ostro, aż Peter podskoczył. Snape zwiesił głowę, poczuł w piersi bolesne, coraz silniejsze mdłości. Odwrócił się od Petera i przygotował do odejścia.

- Snape? – głos Petera był cichy i spowodował, że Snape się zatrzymał.

- Co.

Peter milczał przez chwilę, a potem rzekł:

- Przykro mi.

- Och, oszczędź mi tego – rzucił Snape.

- Nie – Peter był szczery. Jego oczy były duże i okrągłe. Jego tłuste palce bawiły się oparciem ławki kościelnej. – Ja… ja myślę, że James nie jest dla niej odpowiedni. Nie tak jak… inni mogliby być… przykro mi.

Severus gapił się na niego. Oniemiał. Peter schylił głowę, a Snape pokręcił swoją.

- Jak ty możesz wytrzymać z samym sobą, Glizdogonie? Hmm? – zapytał gładko Severus, a Peter spojrzał na niego. – Mówić o swoich przyjaciołach w taki sposób. Walczyć razem z nimi w każdej bitwie jaką do tej pory stoczyliśmy. Spać pod tym samym dachem co oni, korzystać z ich zaufania i miłości… i wykorzystywać to przeciw nim aby zamordować ich z ukrycia.

Peter milczał.

- Jesteś nikczemny – powiedział Snape. – Bierzesz tych, których powinieneś kochać i zamieniasz ich w szubienicę dla twojego własnego egoizmu. Dla twojego własnego strachu. Budzisz we mnie obrzydzenie. Tak więc nigdy – przenigdy – nie pomyśl sobie, że ty i ja jesteśmy chociaż odrobinę warci ciepłej rozmowy.

Wargi Petera drżały.

- Mogę być diabłem – Snape zarzucił czarny kaptur na swoje tłuste włosy. – Ale ty jesteś wręcz potworem.

- Peter?

I drzwi otworzyły się po raz kolejny.

- Peter, wszystko w porządku? Jesteś tutaj strasznie długo…

Snape zamarł. Tam były szmaragdowe oczy. Rude włosy. Piękne… błyszczące…

- EXPELLIARMUS! – Lily Evans miała różdżkę w ręce zanim zdążyła nabrać tchu zaskoczenia. Snape uniknął zaklęcia i zanurkował za filar.

On też wyciągnął różdżkę.

- Lily, prze-przestań, on…

- W DZIEŃ MOJEGO ŚLUBU! PRZYSŁAŁ CIĘ W DZIEŃ MOJEGO ŚLUBU!

Snape trzymał swą różdżkę w gotowości, przygotowany na wyjście zza filaru. Czuł jak Lily biegnie, coraz bliżej. W dół nawy. Aby spotkać go przy ołtarzu.

Podniósł się zanim zdążyła minąć róg filaru i znokautować go. Różdżkę trzymał w ręku. Ale ona była już przed nim…

- SECTUMSEMPRA! – krzyknęła i na jego piersi pojawiło się nacięcie, z którego wypływała czerwona krew. Cofnął się, gapiąc się na nią. Jego oczy były szeroko rozwarte. Usta otwarte ze zdumienia.

A kiedy i ona spostrzegła krew kapiącą z jego czarnych szat i uderzającą w czerwony dywan – również nie wiedziała co powiedzieć.

- Ja – zaczęła, ale Snape wciąż patrzył na nią.

I to było wszystko co tych dwoje potrafiło zrobić.

- Lily…

Ale ona znów podniosła różdżkę. Gotowa do ataku. Jej oczy stały w płomieniach.

- Odejdź. Teraz. – wysyczała. Śmiertelnie. Morderczo. – Zanim podejdę i zrobię to co powinnam zrobić.

W ciągu jednej chwili Severus Snape zniknął.