vii
Severus Snape był gotowy.
Czarny Pan ogłosił to w nocy, po tym jak Severus przybył aby z nim porozmawiać. Powiedział mu, że chce to zrobić, dokładnie tu i teraz, dźgnąć różdżką w swoje ramię i rąbać dopóki krew zmiesza się z czarnym atramentem, a wijące się węże i zimne czaszki... chciał w końcu stać się tym, kim myślała, że jest.
Następnego wieczoru poszli do lasu. Peter Pettigrew prosto z weselnego przyjęcia. Ciągle trochę pijany. Nie powiedział do Severusa ani słowa, ale Severus wiedział.
Nie było już Lily Evans.
Było ciemno. Dookoła nich śmierciożercy utworzyli ogromy krąg. Ich maski czaszek pędziły prosto na nich.
Huśtała się. A potem poleciała. Obserwował ją zza krzaków...
Wymamrotali wyuczone słowa.
Pewnego razu wspięli się na szczyt wzgórza. A tam ona chwyciła jego dłoń i spojrzeli razem na swoje królestwo. Lily i Sev. Na całe wieki. Zawsze.
Przyrzekli swoją wierność.
Ustawili się w szeregu aby wejść do Ekspresu Hogwart. W najbliższym dostępnym przedziale siedziało dwóch głupich dupków... James i Syriusz... nie powinni byli nigdy tam wchodzić... ale opuścili przedział po tym jak chłopcy wdali się w kłótnię... i Lily zasnęła na jego ramieniu. Tylko ich dwoje w przedziale...
I Czarny Pan wystąpił z kręgu. Powiedział im aby uklękli.
- Sev?
- Tak?
- Cieszę się, że jesteś tutaj ze mną – powiedziała. - Byłabym bardzo przestraszona gdyby ciebie nie było.
- Powiedziałem ci, że przejdziemy przez to wszystko razem. Przydział, uczty, sumy... jesteśmy drużyną, Evans.
- Tak, ale nie jestem w tym samym domu co ty...
- Wszystko w porządku, Lily, to nic nie znaczy. Po prostu będziemy na zmianę odprowadzać się do pokoi wspólnych. Będzie dobrze. Hej... Lily, spójrz na mnie. To nic nie znaczy.
- Naprawdę chciałam być w Slytherinie...
I Czarny Pan przemówił do każdego z nich. Wysyczał ich imiona spod swojego kaptura. Przeszedł wzdłuż szeregu. Wycisnął Znak na ich ramionach. Każdy wydał przeraźliwy okrzyk bólu. Zapach przypalanego ciała...
- Przyjeżdżasz na święta w tym roku, prawda? Tak jak zawsze?
- Głupie pytanie. Jasne, że tak! Twoja mama daje lepsze prezenty niż moja.
- Co kupiłeś dla mnie? Hę?
- Nie mogę ci powiedzieć. Wtedy nie będzie to niespodzianka.
- Nie lubię niespodzianek.
Lucjusz spuścił głowę. A potem piekący ból.
- Wyglądałeś na zajętego podczas dzisiejszej lekcji u Slughorna...
- Nie muszę się uczyć tego co ten stary bałwan naucza – otworzył książkę aby mogła coś zobaczyć. - Spójrz. Spójrz co znalazłem ostatniej nocy.
Przyglądała się stronom, na których nabazgrał swój nowy wynalazek. Swój nowy pomysł.
- Sectumsempra? - wyszeptała. - Wow...
Lucjusz zaczął się skręcać z bólu.
- Opuść go! Robisz mu krzywdę!
- Wygląda na to, że Evans przybyła ci na ratunek, Smarkerusie!
Ale nie krzyknął.
- SZLAMA...
Severus także nie krzyknie.
- Przepraszam...
- Oszczędź sobie płuc.
I wtedy Czarny Pan spojrzał na Severusa. A Severus przypomniał sobie zielone oczy, które już nigdy więcej na niego nie spojrzą. W kościele one się tylko zabłąkały. Nie było w nich błyszczącego szmaragdu ani śladu litości. Tylko czysta nienawiść. Czyste obrzydzenie z powodu tego kim się stał.
Ona mogła być diabłem. Ale on był potworem.
- Severusie Snape – wysyczał Czarny Pan. Severus skłonił głowę i uniósł wysoko obnażone ramię czekając na uderzenie różdżki Czarnego Pana. - Czy oddajesz mi się całkowicie?
- Odejdź. Teraz. Zanim podejdę i zrobię to co powinnan zrobić.
I cała zieleń opuściła umysł Snape'a. Patrzył jedynie prosto przed siebie, na czerwony blask bijący z końca różdżki.
- Tak – powiedział miarowo.
I jego ręka eksplodowała.
Sycząc, wijąc się, skręcając ból wpełznął w jego żyły. W jego kręgosłup. W jego jelita. I owinął się wokół niego, dusząc go, zmuszając go do łapania powietrza, zmuszając go do wydania gwałtownego "Boże!" zanim upadł na ziemię, trzymając swe ramię w całkowitej i kompletnej agonii.
Ale nie krzyknął.
- Stało się! - ogłosił Czarny Pan i wszyscy śmierciożercy stanęli, ustawiając się gęsiego za Lucjuszem i Severusem. A oni bez żadnego namyślania się poprowadzili swe odddziały w las.
Wioska mugoli nie była daleko.
