oryginał: Six Years to Life: Son of Hogwarts (link w moim profilu)
autor: Laume (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
Rozdział piąty
Hermiona pędziła do zamku, przez całą drogę wzywając krzykami dyrektora. Nie pokonała jeszcze połowy odległości dzielącej jej od Hogwartu, kiedy Dumbledore aportował się tuż przed nią, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nawet jej umysł był w tej chwili na tyle zajęty, że nie pomyślała o "Historii Hogwartu" i nie zastanowiła się, jak taki wyczyn w ogóle jest możliwy.
- Dyrektorze... Remus... Artur zabrał Sevvy'ego...
Dumbledore wyraźnie się odprężył.
- Jeśli Artur zabrał Sevvy'ego... - zaczął, po czym zdrętwiał. - Ale Artura nie ma w Hogsmeade!
- Oszust - wydyszała Hermiona. - Harry ich goni. Wysłał mnie po pomoc.
- Szybko - rzucił pobladły, drżący, lecz zdeterminowany Dumbledore, wyczarowując miotłę. - Wsiadaj i trzymaj się mocno. Dokąd się udali?
= nad przepaścią =
Harry'ego sparaliżowało przerażenie, gdy Lucjusz pociągnął Sevvy'ego ze sobą poza krawędź urwiska.
"NIEEEEE!" - krzyczał jego umysł.
Nastolatek rzucił się do grani i spojrzał w dół. Przepaść była bardzo głęboka i obaj wciąż spadali.
"ACCIO SEVVY!" - pomyślał, nie zdając sobie sprawy, że nie odezwał się na głos. - "ACCIO SEVVY, ACCIO SEVVY, ACCIO..."
Ciało Lucjusza Malfoya roztrzaskało się na skałach; przypominało teraz dziwnego kształtu worek z ziemniakami.
- SEVVY!
Severus przestał spadać, kiedy był pół metra od ziemi. Przez moment wisiał w tym samym miejscu, a potem zaczął się unosić w powietrzu, coraz szybciej i szybciej.
Harry miał wrażenie, że trwa to całymi godzinami. Skupił się tak mocno, że cały świat przestał dla niego istnieć - w tej chwili nic nie zamieszkiwało planety Ziemia poza nim i bezbronnym chłopczykiem, którego życie było teraz dosłownie w rękach Harry'ego.
Powoli, powoli Sevvy dotarł do krawędzi, przeleciał nad nią nisko i wylądował w ramionach Harry'ego. Harry chwycił go i przytulił ze wszystkich sił. Sevvy załkał zduszonym głosem.
- Ciii, Sevvy, jesteś już bezpieczny, trzymam cię. Trzymam cię - szeptał Harry, kołysząc dziecko i uspokajając jednocześnie je i siebie.
Sevvy zwiotczał; szok był dla niego zbyt wielki. Harry poczuł serce w gardle, ale szybkie sprawdzenie pulsu i oddechu zapewniło go, że chłopiec żyje. Nie odsunął się od przepaści ani nie szukał swojej różdżki. Trzymał tylko braciszka w objęciach i płakał.
Kiedy zjawili się Dumbledore i Hermiona, zbledli oboje, widząc nieruchomego malca w ramionach płaczącego Harry'ego.
- Sevvy, nie, nie mój Sevvy, nie moje dziecko - jęknął Dumbledore, klękając obok nich.
To ocuciło Harry'ego.
- On... on żyje - wykrztusił. - On... on... - Wskazał na przepaść.
Dumbledore zerknął poza krawędź i momentalnie się odwrócił do niej plecami. Potem przytulił chłopców.
- Chodź, Harry. Chodź, obaj musicie znaleźć się w zamku.
Harry nagle uniósł wzrok.
- Zabiję Remusa - powiedział zimno.
Nie chciał puścić Sevvy'ego, dopóki nie znaleźli się w hogwarckiej sali chorych. Wtedy pozwolił pielęgniarce zbadać chłopca i wyleczyć swoją nogę, która mocno krwawiła. Hermiona zajęła się obiema różdżkami.
- Co się stało, Harry? - spytał w końcu Dumbledore trzymający Sevvy'ego na kolanach; pielęgniarka zapewniła, że dziecko tylko zemdlało z powodu wstrząsu i niebawem się obudzi.
Dyrektor wyciągnął rękę i przytulił drżącego nastolatka do swego boku.
- D... Draco... odwrócił moją uwagę, a właściwie próbował. Chciał wywołać kłótnię. Nie odpowiedziałem mu. Właśnie miałem zabrać Sevvy'ego i odejść, kiedy znikąd pojawił się Remus, złapał Sevvy'ego i wepchnął go w ramiona Artura... Lucjusza. Lucjusz wyglądał jak Artur, pewnie dzięki Eliksirowi Wielosokowemu. Wtedy zorientowałem się, że to nie może być Artur, bo Weasleyowie są w Londynie. Więc powiedziałem Mi, żeby sprowadziła pomoc i pobiegłem za nimi. My... my walczyliśmy i Lucjusz stracił równowagę nad przepaścią. Ale kiedy spadał, chwycił się szat Sevvy'ego.
Krew odpłynęła z twarzy Dumbledore'a.
- Sevvy... Sevvy spadł w przepaść?
- Tak - wyszeptał Harry. - Byłem... był tak blisko ziemi, zanim zdążyłem przywołać go z powrotem... - Załamał się i zaczął płakać dyrektorowi w ramię.
Starszy pan mocno przytulił obu chłopców, w pełni zdawszy sobie sprawę z tego, jak bliski był utraty ich obu.
Do sali weszła Hermiona, której po piętach deptali Weasleyowie. Za nimi szedł bardzo wstrząśnięty, bardzo przygaszony Remus Lupin.
Harry warknął, gdy go zobaczył.
- TY! Ty wstrętny, kłamliwy, zdradliwy... - Wyrwał Hermionie z ręki swoją różdżkę i wycelował nią w wilkołaka. - Daj mi choć jeden dobry powód, dla którego nie powinienem cię zabić tu i teraz - powiedział niskim, groźnym głosem, podobnym do tego, jakim posługiwał się hogwarcki mistrz eliksirów, kiedy był skrajnie rozzłoszczony.
Prawie wszystkie osoby obecne w pokoju zadrżały mimowolnie.
- My... myślałem... to był Artur... - wyjąkał Remus.
- Myślałeś, że to był Artur. Współpracowałeś z Draconem Malfoyem, Remusie?
Mężczyzna pochylił głowę i nie odpowiedział.
- WSPÓŁPRACOWAŁEŚ? - Ryknął na niego Harry.
- T... tak - przyznał nauczyciel opeceemu. - Byłem... taki zazdrosny... chciałem, żeby chłopiec... odszedł...
- No cóż, twoje życzenie prawie się spełniło. - Do czasu, kiedy wymówił te słowa, Harry zapędził już Lupina do kąta, teraz zaś przyciskał różdżkę od spodu do jego podbródka. - On prawie umarł. UMARŁ, Remusie! Prawie zabiłeś sześcioletniego chłopca!
Odsunął różdżkę i przygotował się do rzucenia klątwy.
- Nie, Harry - interweniował nagle Artur Weasley; Dumbledore zdawał się całą uwagę poświęcać dziecku. - Nie. Nie w ten sposób.
Harry spojrzał na niego groźnie.
- Nie zabiję go, tylko go paskudnie zranię. On go prawie zabił, Arturze...
- Wiem, Harry. Wiem. Ale to nie jest właściwy sposób, wiesz o tym. Sam mu to kiedyś powiedziałeś we Wrzeszczącej Chacie, pamiętasz?
Harry przytaknął.
- Nienawidzę cię, Remusie. Nigdy więcej nie chcę cię widzieć.
Wilkołak był wyraźnie załamany.
- Zabiorę go - stwierdził Artur, wyciągając Remusa z kąta za kołnierz. - Jesteś zwolniony, oczywiście.
Dumbledore wreszcie uniósł wzrok i skinął głową.
- Pójdziesz ze mną. Jeżeli oddamy cię Ministerstwu, zabiją cię, a to zniszczyłoby wszelkie nadzieje na normalne życie dla wilkołaków. Będziesz więc pod moim nadzorem pracował w Norze lub na Grimmauld Place, o ile akurat nie będziesz wypełniał jakiegoś zadania dla Zakonu. Dopilnuję, żeby nie sprawiał ci problemów, Harry.
- A Malfoy? - spytał Ron.
- Lucjusz nie żyje - odparł drżący Harry. - Draco... Nie wiem, gdzie jest Draco.
- Zostanie wydalony - zdecydował Dumbledore - i zadbam o to, aby jeszcze dzisiaj został wydany nakaz jego aresztowania. Jeżeli wstąpi w mury zamku, sam Hogwart go zatrzyma. On... czuję go czasem... on nie przepada za ludźmi, którzy krzywdzą Sevvy'ego.
= Grimmauld Place, później tego samego dnia =
- Sprzątaj. Bez magii.
Remus Lupin wziął do rąk mugolski środek czyszczący i westchnął. Zaznawszy gniewu tak Molly Weasley, jak Harry'ego, był kompletnie wyczerpany. Nie wolno mu jednak było odpocząć - musiał posprzątać cały dom w ciągu kilku następnych dni. Po mugolsku.
= Hogwart =
Wszyscy sobie poszli i tylko Harry oraz Dumbledore zostali z Sevvym, który powoli zaczął się budzić. Bezładnie pomachał rękoma i załkał przez sen.
- Harry, Harry, pomóż mi! - krzyknął, po czym gwałtownie usiadł.
- Ciii, synu, Harry tutaj jest. Jesteś w domu, bezpieczny - uspokajał dziecko Dumbledore, kołysząc je.
- Tatuś! - Severus zarzucił ręce ojcu na szyję i przytulił się mocno.
Harry usiadł obok nich i głaskał ciemne włosy chłopca, uradowany, że znowu słyszy jego głos.
- Harry - westchnął Sevvy. Pozwolił wziąć się bratu w objęcia. Nie wymówił już ani słowa, tylko ze wszystkich sił przylgnął do Dumbledore'a i Harry'ego.
Zaalarmowana krzykiem dziecka pielęgniarka weszła do sali, aby ponownie je zbadać.
- Fizycznie nic mu nie jest - uznała. - Teraz najlepiej będzie zabrać go do domu, do twojej wieży, Albusie, do znajomego otoczenia. Użyjcie kominka; nie sądzę, żeby miał odpowiedni nastrój na spotkanie z tłumem osób.
Potem wzięła dyrektora na stronę.
- Oni obaj potrzebują pomocy, Albusie. Bądź bardzo cierpliwy w stosunku do Severusa. Nie wiem, ile widział albo pamięta z... no wiesz. Przynajmniej mamy teraz pewność, że klątwa nie odczynia się w przypadku silnego wstrząsu. Musisz im jednak zapewnić pomoc. Żadne z nas nie ma dostatecznego doświadczenia, żeby pomóc temu dziecku.
Wróciwszy do wieży, położyli Sevvy'ego do łóżka, żeby się przespał. Nie chciał zamknąć oczu, jeśli nie trzymał go Harry lub Dumbledore, dla żadnego z nich nie był to jednak problem.
- Czy mogę... - zaczął Harry z zakłopotaniem. - Chcę zostać z Sevvym... i nie... nie mam nastroju na uczty w tej chwili... proszę, proszę pana, czy mogę zostać tutaj? Tylko na dzisiejszą noc?
- Oczywiście, Harry - zapewnił Dumbledore bez zastanowienia. - Możesz. Rankiem zaś razem znajdziemy ci kogoś, z kim obaj będziecie mogli porozmawiać. Bez dyskusji, Harry.
Harry zawahał się.
- Ja już z kimś rozmawiam, proszę pana.
Dyrektor uniósł brwi.
- Z kim?
- Z bratem Salvatore, Albusie. Grubym Mnichem, duchem Hufflepuffu. Spotkałem go, znaczy, poznaliśmy się, kiedy byłem tu latem. Pomógł mi z niektórymi sprawami z... z mojego dzieciństwa. Więc wolałbym porozmawiać o tym właśnie z nim. Dobrze sobie radzi z dzieciakami. Pozwól mu porozmawiać z Sevvym. Jeśli Sev się z nim dogada, tak będzie najlepiej. Wyjaśnianie nowemu terapeucie, że Sevvy ma sześć lat, ale urodził się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku byłoby bardziej ryzykowne, prawda?
Dumbledore odwrócił się na moment, żeby uspokoić Sevvy'ego, który właśnie zaczynał śnić jakiś koszmar, a potem pokiwał głową.
- Zgadzam się. - Wyczarował jeszcze jedno łóżko. - Ty też musisz się zdrzemnąć, Harry. To był bardzo wyczerpujący dzień.
Harry z wdzięcznością zrzucił buty z nóg i położył się.
- Albusie? - ziewnął. - Myślisz, że byłem za surowy dla Remusa?
Dumbledore uśmiechnął się.
- Okazałeś większą powściągliwość, niż ja byłem w stanie. W każdym razie dojdziemy do ładu z uczuciami, jakie do niego żywimy, jak sądzę. Obaj... nie potrafimy w tej chwili myśleć o nim spokojnie i jasno.
- Chyba nie - przyznał Harry z westchnieniem. - Zdaje się, że powinienem się cieszyć, że go nie zabiłem... - Zadrżał, próbując wyrzucić z głowy wspomnienie strzaskanego ciała Malfoya i wyobrażenie leżącego tuż obok Sevvy'ego.
Dumbledore pogłaskał go po czole i wyszeptał zaklęcie usypiające. Więcej Harry nie pamiętał.
KONIEC
rozdziału piątego
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
