oryginał: Six Years to Life: Son of Hogwarts (link w moim profilu)
autor: Laume (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
Rozdział szósty
Sevvy wszedł do komnat ojca, trzymając Harry'ego za rękę, blady, lecz uśmiechnięty.
- Witaj, mój chłopcze - przywitał go dyrektor i wyciągnął ręce, aby go przytulić. - Przyjemnie ci się gawędziło?
- Tak, tatusiu, brat Salvatore jest naprawdę miły! Przez przypadek nazwałem go Grubym Mnichem, ale wcale się nie rozgniewał. Mogę coś dla niego narysować?
- Oczywiście, że możesz. Zawołam cię później na herbatę, dobrze?
Dziecko wdrapało się na krzesło na drugim końcu pokoju, daleko od okna.
- Boi się wysokości - powiedział zmartwiony Harry. - Nie chce już nawet więcej latać.
Dyrektor pokiwał głową.
- To zajmie trochę czasu, Harry.
- Jakieś nowiny o Malfoyu?
- Zdrapaliśmy starszego z kamieni. O Draconie ani słowa. Narcyza wydaje się szczera, kiedy twierdzi, że nie wie, gdzie on jest.
Harry przygryzł wargę.
- Nie uspokaja mnie świadomość, że on gdzieś tam jest. Zrobi wszystko, żeby zemścić się na Sevvym.
- Sevvy ma dobrą ochronę, Harry - zapewnił uspokajająco Dumbledore, spojrzawszy z czułością na dziecko całkowicie pochłonięte rysowaniem.
- Wiem, wiem. Salvatore cieszy się z jego postępów. Nie potrafię pozbyć się uczucia, że go w jakiś sposób zawiodłem.
Dyrektor poklepał go po kolanie.
- Bez ciebie on już by nie żył, Harry. Uratowałeś go. Jestem przeświadczony, że brat Salvatore powiedziałby to samo. Jak to się właściwie stało, że w ogóle zacząłeś z nim rozmawiać?
- Cóż...
Harry bezcelowo pałętał się po zamku. Sevvy spędzał czas z Dumbledore'em, a Harry czuł się trochę nie na miejscu. Po wszystkich tych wstrząsach z ubiegłych tygodni teraz zaczęły go dopadać jego własne problemy. Nie zwracał uwagi dokąd idzie, dopóki nie sapnął i nie zadrżał, gdy przeszedł prosto przez ducha.
- Hej, młody człowieku, powinieneś uważać, gdzie chodzisz - zganił go żartobliwie radosny głos ducha Hufflepuffu. - Z czasu, jaki sam spędziłem między żywymi, pamiętam, że przechodzenie przez jednego z nas jest wysoce nieprzyjemne.
- Możesz to powtórzyć - sapnął Harry. - Przepraszam pana. Nie patrzyłem, gdzie idę.
- To raczej oczywiste. Mogę ci w czymkolwiek pomóc, młody Wybrańcze?
Harry skrzywił się.
- Nie przepadasz za tym tytułem, nieprawdaż? - zaśmiał się duch.
- Może i jestem Wybrańcem, ale nigdy nie miałem szansy niczego wybrać - stwierdził Harry z gniewną miną. - I mam tylko szesnaście lat. Chciałem tylko wieść normalne życie.
- Jesteś czarodziejem - zauważył duch. - Dla wielu ludzi już samo to sprawia, że jesteś anormalny.
Harry zbladł.
- Wiem - szepnął.
Duch zaprowadził go do opuszczonego pomieszczenia, które, co zaskakujące, było umeblowane i posprzątane.
- To była moja komnata, gdy tu uczyłem - wyjaśnił. - Gdy wciąż używałem imienia brat Salvatore. Usiądź sobie.
- Brat Salvatore, co? - Harry uśmiechnął się nerwowo. - Ma pan coś przeciwko, żebym pana tak nazywał?
- Och, z całą pewnością nie. Miło będzie słyszeć własne imię po tylu latach.
- Nie zamierza mnie pan chyba zaprosić na swoje przyjęcie z okazji rocznicy śmierci, prawda? - Harry nagle stał się podejrzliwy.
Duch ryknął śmiechem.
- Doprawdy, przyjęcie z okazji rocznicy śmierci! Nie, nie, nie świętuję dnia, w który umarłem i na pewno nie zaprosiłbym żywych na takie przyjęcie. Przynajmniej o ile nie miałbym pewności, że ich żołądki będą w stanie to znieść. Nadal jednak świętuję moje urodziny, a skrzaty domowe zapewniają pożywienie dla ludzi, których zapraszam.
- Mogę spytać, kto jest wśród nich?
- Zazwyczaj Pomona Sprout, czasem jakiś uczeń. I oczywiście Severus Snape, chociaż wątpię, aby mnie teraz pamiętał.
- Trudno powiedzieć. - Harry westchnął. - Wciąż ma swoje dorosłe wspomnienia, tylko nie ma do nich dostępu. Od czasu do czasu coś sobie przypomina.
- Jak się z nim spotkałeś tego lata? - spytał duch.
- To było kilka tygodni temu...
- No i opowiedziałem mu tą historię, a on potem wyciągnął ze mnie wszystko o moim dzieciństwie, o Cedriku, o Syriuszu i zanim się obejrzałem, rozmawialiśmy prawie codziennie.
- I to pomogło.
Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Na początku było tylko gorzej, ale w końcu tak. Naprawdę czuję się teraz lepiej. I mam o wiele więcej szacunku dla Puchonów.
Tydzień później, w sobotę, Mała Liga wrzała z podniecenia: najlepsi zawodnicy mieli grać przeciwko drużynie Gryffindoru na dużym boisku.
Danielle została szukającym, ponieważ Severus nadal odmawiał latania na miotle. Bliźnięta Weasley, dzięki wielu treningom, wreszcie nauczyły się pracować razem i stworzyły niezły zespół pałkarzy. Choć wciąż wolały grać przeciw sobie.
Sevvy nie chciał towarzyszyć dyrektorowi na wysoko położonej trybunie dla nauczycieli, więc został z Harrym, który występował jako trener.
Madame Hooch zgodziła się sędziować ten mecz towarzyski.
Przedsięwzięto pewne środki ostrożności. Na tłuczki nadal było nałożone zaklęcie amortyzujące, kafel zaś był nieco mniejszy, żeby pasował w ręce dzieci. Używali za to oficjalnego znicza. Zespół Gryffindoru uśmiechał się szeroko. Dla nich była to zabawa. Harry też się uśmiechał. Ginny zajęła jego miejsce szukającego, żeby mógł trenować Małą Ligę w trakcie gry; wiedział, że drużyna jego domu była pewna, że z łatwością pokonają dzieci bez praktycznie żadnego wysiłku. Planowali przeciągnąć mecz, żeby nie sprawić malcom przykrości. Poza tym dla nich też był to dobry trening.
Hooch zagwizdała i ścigający ruszyli. Gryfoni szybko odkryli, że ich drobni przeciwnicy wcale nie są w niekorzystnej sytuacji - łatwo prześlizgiwali się przez szczeliny w obronie, które dla hogwarckich uczniów były za małe. Wkrótce mieli już strzelone trzy gole; 30 : 0 dla Małej Ligi!
Problemy mieli za to pałkarze. Ich przeciwnicy byli o wiele więksi i silniejsi. Trudno było odbić tłuczki z powrotem. Kiedy jeden z nich znalazł się w pobliżu ścigającego, ten musiał zrobić unik i stracił kafla. Wówczas Gryfonom udało się wyrównać; było 30 : 30.
Danielle goniła znicza, był on jednak zbyt szybki i zniknął jej z oczu, gdy szukający Gryffindoru odciął jej drogę. Dziewczynka nie poddała się. Podleciała wyżej i znowu zaczęła się rozglądać za małą piłką. Susan radośnie dopingowała ją z trybun, na co gryfońscy kibice patrzyli krzywym okiem.
Poirytowane bliźnięta Weasley rzuciły na siebie okiem (pilnujący bramek Ron przełknął ślinę - doskonale wiedział, co znaczy to spojrzenie) i popędziły przez boisko, posyłając tłuczki w ścigających z zadziwiającą precyzją.
Podniesiona tym na duchu Mała Liga znowu zdobyła gola. Było 40 : 30.
Gra przez długie minuty toczyła się bez punktów dla żadnej z drużyn. Potem, kiedy Danielle akurat leciała wyżej, żeby sprawdzić, czy nie zauważy gdzieś znicza, jeden z gryfońskich pałkarzy odbił w jej stronę tłuczka. Sama piłka nie wyrządziła wielkiej szkody, ale dziewczynka była dość daleko od ziemi. Harry poczuł, jak serce w nim zamiera, kiedy mała straciła kontrolę nad miotłą i runęła w dół. Wyszarpnął swą różdżkę, podobnie jak Dumbledore i Hooch. Trzy zaklęcia trafiły w miotłę i prawie ją zatrzymały. Danielle spadła z niej jednak na ziemię. Harry popędził na boisko.
- Złamała rękę - stwierdziła madame Hooch, która pierwsza znalazła się przy dziecku.
Madame Pomfrey była tam chwilę później.
- Och, biedactwo. Łatwo się zrośnie, nic się nie martw, dziecko - zapewniła pobladłą dziewczynkę. - Obawiam się jednak, że nie będziesz mogła dokończyć tej gry. Chodź ze mną, wyleczymy cię. Jesteś bardzo dzielna, muszę powiedzieć - mówiła uspokajająco.
Harry też powiedział Danielle, że świetnie się spisała. Tylko że teraz zostali bez szukającego. Wtedy poczuł, jak ktoś ciągnie go za rękaw. Odwrócił się. Obok stał Severus z miotłą w ręce.
- Pójdę - powiedział chłopiec krótko.
- Jesteś pewny? - spytał zmartwiony Harry.
- Nic mi nie będzie - uznało dziecko. - Będziesz tu i będziesz patrzył, prawda?
- Oczywiście, Sevvy - przytaknął Harry, kucając przed malcem. - Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz, Sevvy. Nie będę cię zmuszał.
Chłopczyk spojrzał na niego poważnie.
- Ale chcę. Chcę wygrać tą grę.
Harry spojrzał w górę i dostrzegł wystraszoną, zmartwioną minę Dumbledore'a. Potem znowu skierował wzrok na zdeterminowaną twarzyczkę Sevvy'ego.
- No dobrze. Ale gdy tylko zaczniesz mieć jakiekolwiek problemy, masz wrócić prosto do mnie, zrozumiano? Czy przegramy mecz, czy nie. Ty jesteś ważniejszy.
- Obiecuję, Harry. - Sevvy wsiadł na miotłę. - Ale chcę wygrać!
- Wkurzający, wpieniający, odważny mały Ślizgon - mruczał Harry przez zaciśnięte zęby, gdy chłopiec ruszał; na jego twarzy zmartwienie i duma walczyły ze sobą.
Po dziesięciu minutach wróciła wciąż blada Danielle z ręką na temblaku. Usiadła obok Harry'ego.
- Sevvy lata! - zauważyła z radością.
- Owszem, lata - odparł Harry nieuważnie, całkowicie skupiony na bracie, szukających jakichkolwiek oznak kłopotów.
Ginny dostrzegła znicza zaledwie pół sekundy po tym, jak zobaczył go Severus. Oboje popędzili ku piłce. Sevvy skulił się na miotle, żeby stać się jak najmniejszym i gnać jeszcze szybciej. Potem, kiedy prawie miał znicza w zasięgu ręki, podleciał wyżej, dezorientując i Ginny, i piłeczkę, następnie zaś zanurkował, dzięki czemu znalazł się tuż za zniczem, którego złapał jednym ruchem, równocześnie wykonując unik, żeby nie zderzyć się z Ginny.
- Mam go! - krzyknął, szczęśliwy, i poleciał do swojego trenera. - Harry, mam go!
Wszystkie dzieci wylądowały, a potem pobiegły do braci, wiwatując, madame Hooch dmuchnęła zaś w gwizdek.
- Mecz wygrała Mała Liga, sto dziewięćdziesiąt do trzydziestu! - ogłosiła.
Harry pozwolił, żeby dzieci zaciągnęły go do Wielkiej Sali, gdzie wszyscy mieli świętować zwycięstwo. Wolał przynajmniej przez jakiś czas unikać upokorzonych kolegów z drużyny.
KONIEC
rozdziału szóstego
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
