oryginał: Six Years to Life: Son of Hogwarts (link w moim profilu)
autor: Laume (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
Rozdział siódmy
- Mój... mój... mój panie... AAAAAA!
Draco Malfoy zwijał się i krzyczał pod Cruciatusem.
- Dziecko. DZIECKO! Już dwa razy ten parszywy szczeniak was pokonał! Przynajmniej oszczędził mi trudu zabicia Lucjusza.
Voldemort chodził wściekle w tę i z powrotem, podczas gdy Draco starał się złapać oddech.
- On ma sześć lat, na litość Salazara! Jakie to może być trudne?
- P... P... Potter - wydyszał Draco.
- POTTER ma wciąż tylko szesnaście! Snape ma SZEŚĆ! Nastolatek i dziecko zdołali nie tylko się wymknąć, ale również ZABIĆ jednego z moich najbardziej kompetentnych podwładnych. To niezbyt dobrze świadczy o reszcie waszej żałosnej zbieraniny.
- Przepraszam, mój panie. - Draco prawie szlochał. - Przepraszam. Próbowałem...
Reszta kręgu zadrżała, przeświadczona, że teraz nastąpi cała masa bolesnych klątw zakończona Avada Kedavrą.
Lecz okrutne rysy Voldemorta złagodniały nieco.
- Tak, mały wężu, ty próbowałeś. To nie była do końca twoja wina. Dam ci więc kolejną szansę.
- Dziękuję, mój panie, dziękuję. - Draco pocałował skraj szaty Czarnego Pana. - Ale jak? Nie mogę wrócić do Hogwartu.
- Ty się przydasz do czegoś innego - stwierdził Voldemort nieobecnym tonem. - Jesteś całkiem niezły z eliksirów, a skoro mój najbardziej utalentowany mistrz eliksirów jest niedysponowany, ktoś inny musi je warzyć. Zresztą oni nie mogą tkwić w Hogwarcie wiecznie. Zawsze są jeszcze święta.
= Grimmauld Place =
Remus Lupin jęknął, niosąc ciężkie wiadro z wodą do kuchni. W domu ani przez moment nie wydawało się być nawet odrobinę czyściej, choć pracował nad tym całymi dniami. Wytarł pot z czoła.
Miał bardzo mało wolności. Budzony był o szóstej. Kiedy brał prysznic i ubierał się, zostawiano mu śniadanie na biurku w jego pokoju. Dokładnie o szóstej trzydzieści miał się zjawiać na parterze i przystępować do pierwszego obowiązku - przygotowania śniadania dla pozostałych osób przebywających akurat w tym domu. Czyli dla co najmniej jednej osoby, ponieważ nigdy nie zostawiali go samego.
Po podaniu śniadania i umyciu naczyń był zmuszany do sprzątania i czyszczenia. Dom opierał się jakimkolwiek próbom przywrócenia w nim porządku, to jednak nie znaczyło, że Remusowi wolno było przestać próbować. Potem przygotowywał lancz, mył naczynia, sam coś szybko przekąszał, dalej sprzątał, przygotowywał obiad, mył naczynia, potem zaś wreszcie mógł odpocząć. W swoim pokoju. Zamknięty.
Zaczynał rozumieć, przez co Harry przechodził u Dursleyów, a przecież nie był głodzony ani bity.
Dzisiaj było szczególnie źle. W ten dzień tygodnia jego nadzorcami byli Fred i George. A to zawsze, zawsze oznaczało kłopoty.
Kiedy odstawił wiadro i chwycił mopa, ten ożył i zaczął go bić mokrym końcem. Remus uciekł i skulił się w kącie, próbując się bronić, ale mop nie odpuścił. Wiadro podleciało w powietrzu i wylało wilkołakowi na głowę swą brudną zawartość.
Westchnąwszy, Remus wytarł mopem brudną wodę, pozbył się jej i posprzątał kuchnię. Zaczął kroić warzywa na obiad, miał jednak poważne problemy ze złapaniem ich: odbijały się rykoszetami po całej kuchni, najwyraźniej wcale nie mając ochoty zostać złapane i pocięte.
Remus westchnął, gdy usłyszał zza zamkniętych drzwi chichoczących bliźniaków. Fred i George byli bardzo źli, kiedy dowiedzieli się, co zrobił Sevvy'emu. Były nauczyciel był dla nich łatwą ofiarą i wiedział o tym.
= Hogwart =
Gwiazdka zbliżała się szybko i nauczyciele dali Dumbledore'owi oceny Sevvy'ego za pierwszy semestr.
Harry wszedł do gabinetu dyrektora właśnie wtedy, gdy gospodarz czytał informacje od profesorów. Staruszek praktycznie tryskał dumą.
- Co? - spytał nastolatek z uśmiechem.
- Ma same W, od góry do dołu. - Dumbledore promieniał. - Spójrz!
Harry zorientował się, że szczerzy zęby z radości, czytając wspaniałe rzeczy, które napisali nauczyciele.
- To wymaga uczczenia - uznał. - Nawet jeśli technicznie to JEST oszustwo: on to wszystko już wcześniej zaliczył.
Wzrok Dumbledore'a jakby nieco zmętniał - jak zawsze, kiedy starszy pan wspominał swego dorosłego syna.
- Tęskni pan za nim, prawda? - powiedział Gryfon cicho.
Dyrektor uśmiechnął się.
- Nie przejmuj się, Harry. Tak, tęsknię za moim złośliwym, sprytnym dorosłym Severusem, ale za nic nie chciałbym przegapić mojego czasu z Sevvym! Cudownie jest móc mu dać to, czego, jak się obawiałem, nigdy nie będę w stanie mu zapewnić, zmienić jego okropne dzieciństwo w szczęśliwe.
W tym momencie do komnaty wszedł Sevvy, który akurat skończył odrabiać zadania domowe.
- Cześć - rzucił z nieśmiałością. - Coś się stało?
Harry porwał go na ręce i zakręcił się wkoło.
- Jesteś najlepszym, najbystrzejszym, najwspanialszym chłopcem na całym świecie - ogłosił z szerokim uśmiechem.
Przerzucił dziecko nad biurkiem, prosto na kolana Dumbledore'a.
- Bezsprzecznie jesteś - zgodził się staruszek. - Nauczyciele przysłali mi twoje dotychczasowe wyniki. Jestem z nich bardzo zadowolony. Harry i ja uznaliśmy, że musimy je uczcić.
- Proponuję przyjęcie czekoladowe - odezwał się nastolatek.
- Przyjęcie czekoladowe? - Oczy Sevvy'ego błyszczały pełnym nadziei oczekiwaniem.
- Tak, przyjęcie czekoladowe. Zamiast kolacji zaprosimy tutaj twoich przyjaciół: Rona, Hermionę, bliźniaków, Albusa i mnie, i będziemy jeść czekoladowe ciasto, czekoladowe żaby, czekoladowe lody, czekoladowy pudding i pić czekoladowe mleko.
- Oooooch, tak, proszę! - Podekscytowany Sevvy podskakiwał na kolanach ojca. - Proszę, tatusiu, możemy? Proszę?
Dumbledore nie był w stanie odmówić tym wielkim, ciemnym, błagającym oczom, utkwionym w jego twarzy. Zresztą nigdy nie zamierzał odmówić - w duchu marzył, żeby mógł poprosić o przyjęcie czekoladowe na własne urodziny!
Sevvy wybiegł, aby zaprosić Rona i Hermionę na swoje przyjęcie, które zostało zaplanowane na następny dzień.
Dumbledore bacznie spojrzał na Harry'ego.
- Chcesz, żeby miał wszystkie te rzeczy, których ty też nigdy nie miałeś - stwierdził półgłosem. - Chcesz mu dać dzieciństwo, jakiego sam nie miałeś.
Nastolatek skinął głową.
- Tak jakby... tak jakby próbuję pozwolić mu być dzieckiem za nas obu - przyznał.
- Przepraszam cię, Harry, naprawdę przepraszam - powiedział dyrektor i położył rękę na ramieniu Gryfona.
Chłopak poklepał starą, pomarszczoną dłoń.
- Wiem, Albusie, wiem. Przynajmniej jestem w stanie zaakceptować teraz, że naprawdę popełniłeś błąd. A wracając do tego przyjęcia czekoladowego...
= Nora =
Remus Lupin po części wolał Norę od Grimmauld Place. Z całą pewnością łatwiej było ją posprzątać. Było w niej też pogodniej, choć i tam trzymany był na krótkiej smyczy.
Był tam też bardziej narażony na psikusy.
Odrobinę frustracji wyładowywał na gnomach w ogrodzie. Odgnamianie ogrodu było tu jego codziennym obowiązkiem.
Nagle pojawiła się obok niego znajoma postać.
Draco Malfoy.
- Każą ci pracować jak skrzatowi domowemu? Skandal - stwierdził nastolatek, marszcząc nos. - Chcesz zemsty?
Oczy Lupina rozbłysły.
- Zemsty?
- Zbliża się Gwiazdka. Wszyscy udadzą się do Hogwartu świętować ze Snape'em i Potterem. Ciebie też zabiorą; pełnia jest jakoś w tym czasie. Crabbe i Goyle również mają zostać. Użyję eliksiru wielosokowego, żeby zmienić się w Crabbe'a. Wydasz mi Snape'a. Nasz pan szczodrze cię wynagrodzi. Żadnego szorowania podłóg ani... odgnamiania ogrodów u niego nie ma.
Lupin wpatrywał się w chłopaka.
- Nie chcę widzieć Glizdogona na oczy - ostrzegł.
- Szczur będzie twój, jako nagroda, jestem tego pewny - stwierdził Draco. Potem odwrócił się na pięcie. - Pamiętaj, Lupin. Gwiazdka.
= Hogwart =
- Podaj mi miskę z lodami, Harry - powiedział Ron ustami pełnymi czekoladowej babeczki.
Harry, przełknąwszy łyk czekoladowego mleka, szybko podał misę.
Uszczęśliwiony Sevvy zajadał obiema rękoma, od stóp do głów upaprany czekoladą. Dumbledore już dawno zrezygnował z usuwania Chłoszczyścią każdego jednego okrucha, jaki spadł chłopcu. Jego oczy zresztą też błyszczały, kiedy patrzył na całe góry czekoladowych potraw. Bliźniacy przynieśli coś ze swoich dowcipów: czekoladki, których działanie przypominało mugolski hel - po ich zjedzeniu ofiara mówiła piskliwie przez pół godziny. Nie trzeba chyba wspominać, że wszyscy spróbowali przynajmniej po jednej.
- Wypróbowaliśmy je na Lupinie - zachichotał Fred; starał się przy tym, żeby Sevvy go nie usłyszał. - Ale wtedy jeszcze nie były udane: uciszyliśmy go na cały dzień.
Harry uśmiechnął się krzywo.
- Więc dajecie mu popalić, co?
- Z pewnością, Harry, młodzieńcze...
- ...Zemsta jest słodka...
- ...a nasze czekoladki jeszcze słodsze - dokończył George, podając Harry'emu kolejną.
- Ale on się tu zjawi z waszą rodziną na święta; to mnie martwi - mruknął Harry.
- On będzie ulokowany w zupełnie innej części zamku, z dala od zabawy - obiecali bliźniacy. - Nie musisz się niczego obawiać z jego strony.
KONIEC
rozdziału siódmego
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
