oryginał: Six Years to Life: Son of Hogwarts (link w moim profilu)

autor: Laume (link w moim profilu)

Tłumaczenie za zgodą autorki


Rozdział jedenasty


- Ravenclaw TRAFIA! I wyrównuje: obie drużyny mają teraz po sto czterdzieści punktów! Możemy się spodziewać, że tak będzie w nieskończoność, dopóki jeden z szukających nie złapie znicza...

Harry i Sevvy siedzieli na trybunach, oglądając ekscytujący choć raczej długi mecz quidditcha pomiędzy Ravenclawem a Hufflepuffem. Głośno dopingowali oba zespoły - żaden z nich nie miał faworyta - i zwyczajnie cieszyli się spektaklem. Harry wskazał Severusowi parę interesujących zagrań i obiecał, że wypróbują je podczas najbliższego treningu Małej Ligi.

Nie byli świadomi, że obserwują ich wielkie oczy osoby, której palce czule gładzą różdżkę.

= kryjówka Voldemorta =

- Draco.

- Tak, panie?

- Ostatnio jestem dość zadowolony z twoich wysiłków. Udowadniasz mi, że jesteś prawdziwym synem swego ojca. Ucz się z jego siły i unikaj jego słabości, mój smoku.

- Tak, panie, jak zawsze staram się zadowolić ciebie.

- Dobrze. Zajmiesz honorowe miejsce przy moim boku, kiedy będziemy maszerować na ostateczną bitwę. Tę, która na dobre rozwiąże kwestię między mną a Harrym Potterem.

- To... to wielki zaszczyt, mój panie. Dziękuję ci.

- Gdy tylko nasz lojalny szpieg w Hogwarcie pozbędzie się tej małej gnidy, która była niegdyś moim mistrzem eliksirów, uderzymy. Potter i ten stary głupiec będą pochłonięci żałobą i osłabieni.

- Tak, mój panie. Czy mam przygotować twoje oddziały, panie?

Voldemort uśmiechnął się pobłażliwie.

- Zrób to, mały smoku. Niedługo, bardzo niedługo, cały czarodziejski świat zobaczy, jak mądry uczyniłeś wybór, służąc mi, jaki honor to przynosi.

Draco uśmiechnął się z wdzięcznością i wyszedł z pokoju.

= Hogwart =

Mecz zakończył się zwycięstwem Ravenclawu, acz minimalnym. Trwał przeszło cztery godziny i widzowie byli całkiem zadowoleni, że mogą wreszcie wstać z ławek i podczas spaceru do zamku pozbyć się sztywności, którą wszyscy czuli od siedzenia przez tak długi czas.

Sevvy uśmiechnął się do Harry'ego, kiedy zobaczył stoisko z lodami ustawione przez skrzaty na błoniach z myślą o kibicach. Był wyjątkowo gorący dzień pod koniec maja; zmyślne stworzenia doszły do wniosku, że uczniom potrzebne będzie coś orzeźwiającego.

- Mogę iść po loda, Harry?

- Tak, ale zostań ze skrzatami dopóki nie przyjdę po ciebie ja albo ojciec. Muszę przez moment porozmawiać z Hermioną. Wrócę za dziesięć minut.

Sevvy skinął głową i pobiegł. Dostał swojego loda i jadł go przy stoisku, wesoło rozmawiając ze skrzatami.

Po jakimś czasie zorientował się, że ktoś go obserwuje. Uśmiechnął się, gdy zobaczył kto to.

- Cześć.

- Cześć, maluchu. Twój ojciec mnie przysłał, żebyś ze mną wrócił. Chodź.

Sevvy zawahał się.

- Gdzie są tatuś i Harry?

- Musieli iść, dziecko. No chodź już, dobry chłopczyk.

Sevvy skrzywił twarz.

- Nie jestem dzidzią!

- Oczywiście, że nie jesteś.

Chłopiec nie dał się ogłupić tonem obliczonym na udobruchanie go, uznał jednak, że był to wyraz dobrej woli. Powoli ruszył, wciąż jedząc loda. Zbyt późno zauważył, że wcale nie idą w stronę szkoły.

- Co...?

Wielkie oczy za ogromnymi okularami błysnęły złowieszczo, kompletnie pozbawione zwykłego zamglonego wyrazu.

- Mój pan szczodrze mnie wynagrodzi za twoją głowę, zdrajco.

Sevvy próbował uciec, ale zatrzymała go zaskakująco silna ręka. Ręka, która pociągnęła go w stronę znajomego drzewa.

- Nie, tylko nie wierzba, PUŚĆ mnie! - wrzasnął chłopiec.

- Tak, wierzba. I chata. Powinieneś był spotkać tam swoje przeznaczenie wiele lat temu, lecz spotkasz je teraz.

Gałęzie drzewa poruszały się w dzikim zapamiętaniu, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Wszelkie starania dziecka spełzły na niczym. Nie miał szans z tą doskonale wyszkoloną kobietą. Został rzucony w stronę wierzby i z głuchym odgłosem wylądował w samym środku chłoszczących gałęzi.

Dzięki instynktowi wyostrzonemu przez lata treningów, których nie pamiętał, zdołał uniknąć trzech konarów.

Ale drzewo miało ich wiele. Usłyszał złowieszczy śmiech, gdy dwie kolejne gałęzie runęły na niego. Nie miał szans uratować się przed nimi. Patrzył na nie z przerażeniem i myślał o swoim tatusiu i bracie, jak bardzo będzie za nimi tęsknił.

Wtedy dwie rzeczy stały się jednocześnie.

Jaskrawopomarańczowy pół-kuguchar przedarł się przez gałęzie i skoczył na sęk u podstawy drzewa.

I jakiś głos zawołał: "DRĘTWOTA!", a potem rozległ się niemożliwy do pomylenia dźwięk upadającego ciała.

Sevvy uniósł wzrok i zobaczył rozzłoszczoną, ponurą minę Neville'a Longbottoma.

- Dobra robota, Krzywołapie - powiedział nastolatek. Później ukląkł obok dziecka. - Jesteś ranny? Możesz wstać?

Sevvy odsunął się.

- Nie rób mi krzywdy - szepnął.

Chłopak westchnął.

- Nie zamierzam zrobić ci krzywdy. Wiem, ignorowałem cię, ale nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Chodź, musimy zabrać ją do zamku; musi zostać przesłuchana. I jestem pewny, że Dumbledore i Harry już szaleją z niepokoju.

Sevvy wybuchł płaczem.

- Harry powiedział, żebym został ze skrzatami, a ja nie zostałem! Będą na mnie wściekli.

Neville pokręcił głową.

- Wszystko im wyjaśnię, obiecuję. Myślałeś, że możesz zaufać profesorowi, to oczywiste.

Chłopiec słabo przytaknął. Gryfon podniósł go i posadził sobie na biodrze, drugą ręką zaś lewitował nieprzytomną nauczycielkę.

Spotkali Dumbledore'a i Harry'ego niedaleko od - już usuniętego - stoiska z lodami. Obaj prawie walili w dwa przerażone skrzaty.

- Gdzie go widzieliście po raz ostatni? W którą stronę odszedł? Kto był z nim?

- Jest tutaj, został odciągnięty, ale teraz jest bezpieczny - odparł Neville.

Obaj odwrócili się na pięcie i stanęli twarzą w twarz z przedziwną sytuacją.

Neville Longbottom, nieśmiały Gryfon, którego wątpliwym honorem było, że najbardziej bał się Severusa Snape'a, niósł ów swój największy strach i lewitował kompletnie nieprzytomnego profesora.

- Sybilla! - zachłysnął się Dumbledore. - Ona... jak?

- Na pana miejscu sprawdziłbym jej lewe przedramię - zasugerował Neville. - Próbowała go zabić.

Harry szybko podciągnął lewy rękaw nauczycielki. I był tam - paskudny, czarny Mroczny Znak.

Na wszelki wypadek nałożyli na kobietę również magiczne więzy i najciszej jak to możliwe skierowali się do gabinetu dyrektora, po drodze ostrzegając Minerwę McGonagall i Filiusa Flitwicka.

- Sevvy - rzekł Albus, związawszy profesor wróżbiarstwa i posadziwszy ją na krześle - podejdź tu, dziecko.

Severus przywarł do Neville'a.

- Przepraszam, tatusiu, nie chciałem być nieposłuszny, nie wiedziałem, powiedziała, że ty ją przysłałeś!

Dumbledore szybko przeszedł przez komnatę i zabrał syna Gryfonowi.

- Dziecko, nie sądzisz chyba, że się na ciebie gniewamy, prawda? Oczywiście, że nie chciałeś być nieposłuszny.

Ku wielkiemu zażenowaniu Sevvy'ego, dyrektor przytulił go jak małe dziecko.

- TATUSIU! - zaprotestował chłopiec gwałtownie. - Tu są ludzie!

Przytulanie przez tatusia było bardzo przyjemne i zawsze bardzo chętnie na to pozwalał, kiedy był kładziony do łóżka, no ale doprawdy, miał już siedem lat. Dużych chłopców nie przytula się publicznie!

Mimo swoich protestów skulił się przy piersi Dumbledore'a, szukając pociechy po przerażającym popołudniu.

- Co się stało, Nev? - spytał Harry.

- Krzywołap do mnie przyszedł, pewnie dlatego, że byłem najbliżej - wyjaśnił nastolatek, który ani na chwilę nie spuścił wzroku z dziecka ani nie przestał celować różdżką we wciąż nieprzytomną wiedźmę. - Pobiegłem za nim i dotarłem na miejsce w samą porę, żeby zobaczyć, jak ona rzuca chłopcem w wierzbę bijącą.

Dumbledore i Harry zbledli. Stary czarodziej mocniej przytulił dziecko. Brak oburzenia wyjawił mu, że Sevvy na nowo przeżywa te okropne chwile.

- No cóż, potem wszystko stało się nieco niewyraźne, ale Krzywołap podbiegł do drzewa i nacisnął sęk u podstawy, a ja rzuciłem Drętwotę na Trelawney. - Spojrzał na siedzącego przy jego nogach kota, który wyglądał, prawdę mówiąc, na raczej zadowolonego z siebie. - Później przyszliśmy tutaj. - Neville wzruszył ramionami.

Jęk dobiegający z krzesła poinformował ich, że wiedźma się obudziła. Z oczu Albusa Dumbledore'a biła zimna furia.

- Filiusie, w tamtej szafie jest Veritaserum. Czy mógłbyś zaaplikować dawkę, proszę?

Mały profesor usłuchał. Wtedy dyrektor wezwał ducha Hufflepuffu.

- Bracie, czy mógłbyś, proszę, zabrać Severusa? Potrzebuje teraz twojej pomocy, my zaś musimy zająć się tym... tym... Tym.

Kiedy chłopiec odszedł z duchem, Dumbledore odwrócił się do Trelawney, a McGonagall przygotowała samopiszące pióro do zapisania zeznań.

- Nazwisko?

- Sybilla Kasandra Trelawney.

- Jesteś śmierciożercą.

- Tak.

- Od jak dawna?

- Od powrotu naszego pana.

- Czy pamiętasz nasze spotkanie w Hogsmeade, kiedy starałaś się o tę posadę?

- Tak. Tego dnia, gdy dałam ci przepowiednię.

- Pamiętasz ją?

- Nie. Nie pamiętam prawdziwych przepowiedni. Ale Czarny Pan odzyskał ją z mojego umysłu.

- Więc on wie.

- Tak. Wcale nie był bardzo zaskoczony. Niecierpliwie oczekuje, aż zmiażdży Harry'ego Pottera. Dlatego muszę zabić Snape'a. To zrani Pottera, uczyni go słabym.

Harry prychnął.

- Czy on planuje działać zgodnie z przepowiednią jakoś niedługo?

- Tak. Zbiera swoją armię. Gdy tylko dam mu znać, że Snape nie żyje, on wyruszy.

- Wyruszy dokąd? - spytał Harry głosem pełnym napięcia.

- Do Doliny Godryka. - Wiedźma uśmiechnęła się z zadowoleniem, po czym straciła przytomność.


KONIEC
rozdziału jedenastego


Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).