oryginał: Six Years to Life: Son of Hogwarts (link w moim profilu)
autor: Laume (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
Rozdział trzynasty
- Sevvy, czy możesz pobiec dla mnie do skrzydła szpitalnego po więcej bandaży, słoneczko?
Chłopiec skinął głową i pobiegł.
Kiedy wrócił, przez chwilę przyglądał się widokowi, jaki zastał.
Z Wielkiej Sali usunięto stoły i ławki. Zamiast nich stały tam teraz całe rzędy łóżek piętrowych. Stół personelu zostawiono, ale stały na nim obecnie wszelkiego rodzaju eliksiry, opatrunki i inne przedmioty, których mogła potrzebować pielęgniarka. Święty Mungo też był w pogotowiu, spodziewano się jednak, że większość rannych członków Zakonu trafi do Hogwartu.
Zadrżał, gdy spojrzał na górę czystych białych prześcieradeł w kącie, które miały służyć do przykrycia zmarłych, jacy niewątpliwie również się pojawią. Pomimo kompetencji pielęgniarki, nie spodziewali się, że zdołają uratować wszystkich.
Zaniósł to, po co go posłano, pielęgniarce, która przyglądała się zapasom eliksirów ze zmarszczonymi brwiami.
- Co się stało? - spytał.
- Bill nie miał zbyt wiele czasu na warzenie - odparła Madame Pomfrey z roztargnieniem - zaś szkoła oczywiście nie posiada na stanie wystarczającej ilości eliksirów uzdrawiających przy tak dużej bitwie. Będziemy musieli ostrożnie rozdzielać zapasy.
Chłopiec spojrzał na równy szereg fiolek. Nie było szans, żeby to wystarczyło, zrozumiał. Bez nich ludzie umrą. Och, to było takie trudne... ale tatuś i Harry zawsze mówili, że czasami trzeba robić rzeczy, których się nie lubi.
- Ja będę warzyć - powiedział cicho.
Pielęgniarka spojrzała na dziecko. Jego niechęć do eliksirów była dobrze znana - i dokładnie przedyskutowana - wśród personelu.
- Słoneczko, to bardzo miło, ale czy jesteś pewny?
Severus przytaknął.
- Mogę je zrobić, Madame Pomfrey. Nie są takie trudne do uwarzenia.
Delikatnie pogłaskała go po włosach.
- Wiem, że jesteś bardzo zdolny, Sevvy, obawiam się jednak, że narazi cię to na stres.
No, a pozwolenie jej na próbowanie uzdrawiania rannych, kiedy eliksiry będą się kończyć, nie jest stresujące? Pokręcił głową.
- Mogę je warzyć - powtórzył. - Zacznę teraz, żeby miała pani świeże partie zanim te się skończą. Mogę tu ustawić kociołki? Nie... nie chcę być sam w lochach...
Miał nadzieję, że nie uzna go za słabeusza, ale naprawdę nie chciał być sam, a już na pewno nie daleko w lochach, gdy tatuś albo Harry mogli zjawić się tutaj ranni... albo gorzej...
Pielęgniarka zgodziła się, po czym zawołała z czterdziestki skrzatów jednego, który wiedział dość, by móc się przydać.
- Czy mógłbyś, proszę, udać się do lochów i przynieść wszystko, czego Severus może potrzebować? A potem pomóc mu się zainstalować w mniej lub bardziej spokojnym kącie?
Wkrótce przygotowywał już składniki. Mimo że przez cały rok nie zajmował się warzeniem, jego palce z łatwością przypomniały sobie dawne umiejętności - praktycznie momentalnie stały przed nim trzy bulgoczące kociołki z eliksirem uzdrawiającym. W dwóch innych miał eliksir uzupełniający krew, a w sześciu gotowała się na wolnym ogniu niebieska maź.
- Co to jest? - spytała madame Pomfrey, gdy podeszła sprawdzić, jak radzi sobie mały mistrz eliksirów.
- Coś bardzo starego - odparł chłopiec, który akurat obiema rękoma mieszał w dwóch kociołkach... w zupełnie inny sposób. - Znalazłem to w starych książkach matki. To coś w rodzaju antidotum na różne mroczne klątwy. Jeśli widać, gdzie klątwa uderzyła, wciera się to w to miejsce. W innych przypadkach rozrabia się z wodą w stosunku jedna porcja mazi na dwie porcje wody i daje do picia.
- Czy ta substancja nie będzie kolidować z innymi eliksirami? - spytała wstrząśnięta pielęgniarka.
- Kiedyś tak było - przyznał. - Ale odkryłem, że odrobina mięty pieprzowej tłumi większość reakcji. I poprawia smak.
Uśmiechnęła się. Nie zdołała się powstrzymać, aby nie zauważyć:
- Nigdy nie przejmowałeś się smakiem eliksirów.
Ponownie zamieszał.
- Nie przejmowałem się wieloma rzeczami, jak byłem dorosły, prawda?
Chociaż była bardzo zajęta, stanęła za nim, żeby potargać mu włosy i pocałować go w czoło.
- Pamiętaj po prostu, że bardzo cię kochamy - powiedziała, po czym pośpiesznie odeszła.
Musiał przywołać skrzata jeszcze trzy razy, aby przyniósł mu fiolki z lochów. Gdy przelewał do buteleczek niebieską maź, potężne zamieszanie i znajomy błysk świstoklików ogłosiły przybycie pierwszych rannych.
Cieszył się, że nie stoi na tyle blisko, żeby widzieć ich rany. Wciąż śnił koszmary o Lucjuszu Malfoyu i nie miał ochoty oglądać całej tej krwi. Skrzaty domowe nieustannie biegały po Wielkiej Sali, opatrywały rannych, zabierały eliksiry, których potrzebowała pielęgniarka. Zapasy kończyły się w zatrważającym tempie, więc Severus nastawił kolejne mikstury.
Komnata powoli wypełniła się ciężej i lżej rannymi. Po lewej ułożyli tych, którzy byli w lepszym stanie: mieli połamane kości, obficie krwawiące rany i pomniejsze klątwy. Jego maź działała tam cuda i wiele z tych osób było w stanie po kuracji wrócić na pole bitwy.
Ręce zaczęły go bardzo, bardzo boleć od całego tego mieszania, a w palcach chwyciły go skurcze od krojenia składników.
- SEVERUSIE! - krzyknęła naraz madame Pomfrey. - Czy możesz uwarzyć Szkiele-Wzro? Używają jakiejś klątwy, która łamie kości na kawałeczki.
Skinął głową ze znużeniem. Molly Weasley podeszła do niego, gdy trzęsącymi się dłońmi próbował posiekać składniki.
- Dziecko, nie możesz warzyć w takim stanie! - zawołała.
- Muszę - odparł, spoglądając na nią, wyczerpany. - Słyszałem o tej klątwie. Znam taki eliksir... potrzebuję więcej składników... - wymamrotał.
Molly przywołała dwa skrzaty.
- Pomóżcie mu, proszę - powiedziała. - Przynieście mu składniki, które wymieni, i przygotujcie je tak, jak was poinstruuje. Nikt inny nie może warzyć, nie wybaczę sobie jednak, jeśli on się przewróci ze zmęczenia.
- Poradzę sobie, pani... pani Weasley. - Musiał ją o tym przekonać. Ojciec i brat nie pozwolili mu wziąć udziału w bitwie; w porządku. Ale nie pozwoli odebrać sobie jedynej przydatnej rzeczy, jaką MÓGŁ robić.
- Usiądź, wypij trochę soku, zjedz kanapkę - poleciła mu surowo - podczas gdy Manny i Piry będą przygotowywać składniki. Mówię poważnie, Sevvy.
Widząc, że skrzaty są jak najbardziej w stanie poradzić sobie z podstawowymi składnikami zgodnie z książką, chłopiec pozwolił sobie na kilka chwil odpoczynku. Potem znowu wskoczył na stołek i zajął się bardziej skomplikowanymi przygotowaniami oraz warzeniem samym w sobie.
Kiedy warzył, widział, jak pojawiają się znajome twarze. Hagrid. Bill. Ktoś sprowadził Neville'a, który w rękach wciąż trzymał odciętą głowę Bellatriks Lestrange. Severus odwrócił wzrok - było mu niedobrze. Wciąż jednak nie było śladu po jego ojcu i bracie.
Wtedy, nagle, akurat gdy skończył, szum magii wypełnił powietrze. Chłopiec poczuł ból, jakiego nie czuł nigdy wcześniej, nawet pod Cruciatusem, i przewrócił się do tyłu, krzycząc.
- SEVVY! - usłyszał głosy madame Pomfrey i Molly Weasley. Kobiety podbiegły do niego.
Całe jego ciało płonęło. Było rozdzierane na kawałki. Każdy najdrobniejszy fragment bolał. Bolał. BOLAŁ! Zwijał się w konwulsjach, próbując uciec od bólu, mgliście świadom rąk, które próbowały go przytrzymać.
A potem wszystko spowiła czerń.
Pół godziny później do Wielkiej Sali przybył za pomocą świstoklika wysmarowany krwią, całkowicie pokryty brudem Dumbledore, trzymający w ramionach Harry'ego Pottera.
- Poppy! - zawołał.
- Albus! Dzięki Merlinowi... Och nie, Harry... Chodź za mną, szybko.
Dyrektor był zaskoczony, że pielęgniarka prowadzi go do skrzydła szpitalnego.
- Połóż go na tym łóżku, Albusie - poleciła, kiedy dotarli na miejsce.
Starszy pan usłuchał. Poppy zaczęła rzucać na Harry'ego zaklęcia diagnostyczne, a chwilę później Dumbledore zauważył osobę zajmującą sąsiednie łóżko.
- Sevvy! Co się stało, dlaczego on jest tutaj, co...
Pielęgniarka uniosła wzrok, po czym zaciągnęła dyrektora do drugiego łóżka.
- Chodź, Albusie. Harry cierpi na magiczne i fizyczne wyczerpanie. Skrzat go umyje i zajmie się jego lekkimi ranami. Harry na pewno będzie spał sporo czasu, ale nic mu nie będzie.
Dumbledore skinął głową, nieco uspokojony.
- Sevvy? - spytał następnie.
Pielęgniarka wzięła chłopczyka na ręce i umieściła go w ramionach dyrektora, później zaś wskazała mu wygodne krzesło.
- Severus znowu rośnie, Albusie - odparła cicho. - Klątwa znikła. Zajmie to kilka dni, ale jego ciało już zaczęło przybierać dorosłą formę. Dałam mu eliksir bezsennego snu, ponieważ niewątpliwie bardzo by w tym czasie cierpiał.
Dumbledore kołysał bezwładne ciało.
- Oczywiście - szepnął. - Nigdy nie zdaliśmy sobie sprawy... Harry pokonał Toma - wyjaśnił.
Oczy pielęgniarki rozbłysły.
- Naprawdę? On odszedł? Na dobre?
- Tak, odszedł. - Dyrektor uśmiechnął się, patrząc na jedyne zajęte łóżko. - Aczkolwiek odbędę z tym młodym człowiekiem, kiedy wydobrzeje, długą rozmowę na temat uganiania się za Czarnymi Panami bez żadnej pomocy. - Potem spojrzał na nieruchomą figurkę w jego objęciach. - Nigdy nie pomyśleliśmy, że klątwa może zniknąć, gdy Tom zostanie pokonany - stwierdził ze skruchą.
- Stracilibyśmy dzisiaj wiele żywotów bez niego - powiedziała Pomfrey, gładząc ciemne włosy. - Warzył jak szalony. Wiesz, jak bardzo tego nie znosi, ale robił to. Gdyby nie on, stracilibyśmy znacznie więcej osób. Teraz możemy tylko czekać, Albusie. Oni obaj zostaną tutaj; możesz zostać razem z nimi, o ile obiecasz, że się doprowadzisz do porządku, zjesz coś i prześpisz się na którymś z pustych łóżek.
Dumbledore pokręcił głową.
- Powiększ łóżko Sevvy'ego. Zostanę z nim; nie chcę, aby cierpiał, jeśli eliksir przestanie działać wcześniej.
Po szybkiej wizycie kominkiem w Wielkiej Sali, podczas której sprawdziła, czy wszystko jest tam pod kontrolą, pielęgniarka po raz ostatni zbadała Harry'ego. Gdy do sali chorych wrócił dyrektor, również na niego rzuciła zaklęcie diagnostyczne, następnie zaś wskazała mu łóżko, które miał dzielić z synkiem.
- Co się stało, Albusie? - spytała. - Sevvy nagle wpadł w konwulsje jakąś godzinę temu. Czy to właśnie wtedy Harry zabił Sam Wiesz Kogo?
Dumbledore przytaknął, układając dziecko wygodniej w swoich objęciach.
- Tak, to było to. Bitwa trwała całkiem sporo czasu. Kiedy przybyliśmy do Doliny Godryka, wciąż panował spokój...
KONIEC
rozdziału trzynastego
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
