M - slashy nie będzie, ja również nie trawię. Aczkolwiek fanfick jest o dorastaniu i dojrzewaniu Harry'ego i Ginny, dlatego pewne motywy dla dorosłych się pojawią, ale bez szczegółowych opisów ;)
Dzięki Dagulec, jak zawsze Twoje uwagi są nieocenione :) Postaram się zwrócić uwagę na lepszy dobór słownictwa i stylu. Szkolenia może będą, może nie, ciężko powiedzieć. Moje pisanie jest trochę zbyt spontaniczne, niestety ;]
Rozdział 3 - miałam się zmieścić z historią w paru rozdziałach, ale widzę, że z moim rozwlekłym stylem może być ciężko. Będę nad tym pracować ;]
Rozdział 3. A może jednak już czas?
Harry obudził się i przez moment patrzył się w sufit, starając sobie uświadomić, gdzie się znajduje, co nie było łatwe, zważywszy na fakt, że jakoś wyjątkowo mocno bolała go głowa.
Tak... tapeta w romby nad nim... przekręcił głowę, co spowodowało jeszcze większy ból pod czaszką, i popatrzył na bok – tam znajdował się plakat z dziewczyną w bikini. Czyżby znajdował się ciągle w Tanzanii? Jego niektórzy koledzy z kwatery mieli podobne plakaty nad łóżkami. Ale nie, ten tutaj się nie poruszał... więc zaraz, czyżby był...?
No tak, pomyślał Harry. Jestem w pokoju Syriusza. Mimo remontu całego domu, przez wzgląd na pamięć o swoim ojcu chrzestnym, a także z powodu Zaklęcia Trwałego Przylepca, jakiego Syriusz użył w celu dekoracji ścian swojego pokoju, Harry pozostawił pokój Syriusza w stanie niemal nienaruszonym – jedynym nowym meblem było podwójne łóżko, na którym właśnie się znajdował.
Czując pulsowanie w skroni, starał się sobie przypomnieć, w jaki sposób znalazł się w tej sypialni i w tym konkretnie łóżku. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu majaczyła mu się pod powiekami butelka wina skrzatów... Ach, tak.
Zrozumienie, w co wpakował się ostatniego wieczoru z Ginny, przyprawiło go o jeszcze większy ból głowy. To była poważna kłótnia. Oczywiście, mieli sprzeczki wcześniej, byłoby niemożliwością ich nie mieć w trwającym ponad dwa lata związku... ale do tej pory jakoś udawało im się je rozwiązywać niemal natychmiast, i po paru godzinach ich wzajemne relacje wracały do normy. Harry miał jednak nieprzyjemne przeczucie, że tym razem będzie inaczej. Kompletnie się nie zrozumieli. Oczekiwał, że Ginny również spodziewała się po tym wieczorze tego, co i on, a okazało się, że jej potrzeby były zupełnie inne. Harry jeszcze nie wiedział, jak się do tego ustosunkować, i biorąc pod uwagę jego obecny ból głowy, jeszcze długo nie będzie w stanie się nad tym zastanowić.
Te ponure rozmyślania przerwał mu nagle głośny trzask.
- A więc panicz Harry już się obudził? Czy podać paniczowi śniadanie? – to jego skrzat, Stworek, aportował się tuż przy jego łóżku. Harry aż podskoczył w swoim posłaniu. Lubił skrzata, chociaż kiedyś nie myślał, że to będzie możliwe, ale od tego czasu sporo się zmieniło. Teraz polubił jego towarzystwo, a i Stworek coraz bardziej się do niego przywiązywał. Trochę miał mu za złe zostawienie go samego trzy lata temu, kiedy Harry, Ron i Hermiona po kradzieży naszyjnika Umbridge nie mogli już wrócić na Grimmauld Place, ale Harry wytłumaczył skrzatowi, że nie było to wówczas możliwe, więc ten jakoś mu przebaczył.
- Dziękuję, Stworku, ale nie jestem głodny – zmarszczył brwi Harry. – Wiesz, tak naprawdę to przyda mi się tylko szklanka wody... albo w sumie cała butelka...
Skrzat zmarszczył czoło z dezaprobatą.
- Panicz nie powinien był wczoraj pić całego wina, sir. To nie było mądre, oj nie. Ale Stworek jest posłusznym skrzatem domowym i przeniósł wczoraj panicza tutaj na łóżko, a teraz przyniesie mu wodę, chociaż Stworkowi się nie podoba, że panicz tyle wypił.
Harry'emu zrobiło się głupio. Wiedział, że nie postąpił mądrze, ale po odejściu Ginny czuł się tak nieszczęśliwy, że jedyne, czego pragnął, to zapomnieć w jakiś sposób o całej sprawie. A skoro miał do dyspozycji butelkę wybornego wina skrzatów... zawsze lepsze, niż Obliviate, które chyba sam musiałby na siebie rzucić...
- Wiem, Stworku, prawdziwy idiota ze mnie...
- Stworek nie potwierdzi, bo Stworek jest dobrym skrzatem... ale i nie zaprzeczy. A teraz idzie po wodę. Ale najpierw przedstawi paniczowi gościa. Przyszedł już pół godziny temu, ale panicz spał, więc Stworek nie pozwolił go obudzić. To panicz Weasley, sir.
Harry poczuł się trochę niekomfortowo. To pewnie przyszedł Ron, bo któżby inny? Nie dalej niż wczoraj zwracał Harry'emu uwagę, żeby traktował jego siostrę z szacunkiem... po czym Ginny wybiegła z Grimmauld Place zdenerwowana i smutna... Ron na pewno nie będzie zadowolony z tego powodu.
- Przyprowadź go Stworku, dziękuję.
Skrzat kiwnął głową, i po chwili w pomieszczeniu pojawił się wysoki i chudy Ron. Ku zdziwieniu Harry'ego, wcale nie wyglądał na wściekłego, a wręcz na radosnego – na jego twarzy gościł szeroki uśmiech. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Harry szybko mu przerwał.
- Ron, ja nic nie zrobiłem twojej siostrze!
Ron zamknął usta i zaczął się na niego patrzeć ze zdziwieniem.
- To gdzie ona jest? – zapytał. – Pytałem się Stworka, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Dał mi herbatę i kazał się zamknąć i dalej czytać Proroka, oczywiście nieco milszymi słowami.
- To... Ginny nie wróciła do Nory? – wyjąkał Harry.
- Oczywiście, że nie. Przecież miała nocować u ciebie, nie pamiętasz? A może i nie pamiętasz – dodał po chwili, patrząc się na niego podejrzliwie. – Jakoś niewyraźnie dziś wyglądasz.
Harry opadł na poduszki. Ginny nie wróciła do Nory... więc gdzie mogła być? Jeszcze bardziej zaczął się martwić – chociaż z drugiej strony, mimo że sam nie chciał tego przed sobą przyznać – poczuł również ulgę. Państwo Weasley nie wiedzieli, że wieczór zakończył się katastrofą, więc może uda mu się wyprostować sytuację z Ginny, zanim ktokolwiek się zorientuje, że się pokłócili.
- Ach tak. – wymruczał Harry. – Słuchaj Ron, jakby ci to powiedzieć... wieczór nie wypalił. Trochę się posprzeczaliśmy. Ale nic nie zrobiłem Ginny, nie martw się – dodał, widząc spojrzenie Rona.
- Więc co się stało?
- Wiesz... ona oczekiwała, że się jej oświadczę – powiedział ponuro Harry, wciąż trochę oszołomiony tym pomysłem. Postanowił nie wtajemniczać Rona w szczegóły i nie mówić, na co on sam liczył. – A ja raczej nie jestem jeszcze na to gotowy. Przecież jeśli się jej oświadczę, to zaraz wasi rodzice będą naciskać na ślub i dzieci... a ja jakoś jeszcze nie widzę się w roli ojca rodziny. Rozumiesz, stary?
Ronowi opadła szczęka ze zdziwienia, po czym podszedł niepewnym krokiem do fotela w rogu i usiadł na samym jego brzegu.
- Łał... tego to się nie spodziewałem, że moja młodsza siostra zaczyna już odczuwać ciągoty macierzyńskie... ale wiesz co, najgorsze jest to, że Hermiona też zaczyna patrzeć się z rozczuleniem na dzieciaki w wózkach – dodał z wyraźnym przerażeniem. – Mówiłem ci, że chce założyć przedszkole? Ma być koedukacyjne, to znaczy mają tam uczęszczać dzieci i czarodziejskie, i mugolskie... mówi, że to ma uczyć tolerancji i przyjaźni już od najmłodszych lat... Moi rodzice są zachwyceni pomysłem. Niestety.
- Więc sam widzisz – powiedział z wyraźną ulgą Harry. – Ale nie martw się, myślę, że się pogodzimy. Już kilka razy się kłóciliśmy. Porozmawiamy na spokojnie i wszystko się ułoży – dodał, bardziej chyba do siebie niż do Rona.
TRZASK. W pokoju pojawił się Stworek z butelką wody, którą wręczył Harry'emu, po czym bez słowa aportował się z powrotem.
- Dobrze się czujesz? – zapytał Ron, patrząc, jak Harry wychyla pół butelki jednym łykiem.
- Tak – zaczerwienił się Harry. – Wiesz, wczoraj trochę przesadziłem z winem.
Ron zaczął się śmiać. Rechocząc, klepnął się w czoło, jakby nagle sobie o czymś przypomniał, po czym wyciągnął z kieszeni dwa kawałki papieru.
- Harry! Mam coś, co poprawi ci humor! Pamiętasz, jak ci opowiadałem, że w Proroku jest konkurs, w którym można wygrać dwa bilety na dowolny ligowy mecz quidditcha?
- No pamiętam, pamiętam – powiedział z nikłym uśmiechem Harry. Ron był zbyt dumny, żeby pozwalać Harry'emu na kupowanie sobie biletów na mecze, więc z zapałem brał udział we wszystkiego rodzaju konkursach i loteriach, w których można było wygrać wejściówki. Mecze quidditcha były dość drogie, więc Ron, który jeszcze nie zarabiał jako auror, nie mógł sobie pozwolić na ich kupno.
- Więc zgadnij, kto wygrał dwa bilety i wybiera się na mecz Armat ze Zjednoczonymi z Puddlemore?
- Nie gadaj! – Harry, zszokowany, wstał z łóżka, uświadamiając sobie, że przespał całą noc w ubraniach. Trochę mu było niewygodnie. – Wygrałeś?
- Tak – odpowiedział dumny z siebie Ron. – Dziś wieczorem, o 18, na boisku Armat. Armaty, czaisz, Harry, Armaty... od dziecka marzyłem o tym, żeby pójść na ich mecz... i oto moje marzenie się spełnia! A że jestem dobrym kumplem, to zabiorę cię ze sobą! Co ty na to, Harry?
Harry zastanowił się przez chwilę. Nie przepadał za Armatami, ale wiedział, że to ulubiona drużyna Rona... No i miał dziś kaca, ale spojrzał jeszcze raz na uradowaną twarz Rona i poczuł, że nie może mu odmówić.
- Jasne – powiedział z uśmiechem. – Idziemy na mecz dziś wieczorem! Nie zapomnij swojego kapelusza Armat, tego, co ci kiedyś dałem na urodziny!
Ron tylko pokiwał głową i za chwilę już go nie było. Wykrzyczał tylko po drodze: „punkt 17.30, na boisku Armat w Chudley", po czym wypadł z radosnym uśmiechem na korytarz i pognał z powrotem do Nory, najwidoczniej po to, żeby ogłosić tę nowinę całemu światu.
Parę godzin później Harry, ubrany w świeże ubrania, wymyty, nakarmiony przez Stworka i odświeżony, wybierał się w wizytę do jeszcze jednej osoby. Nie, to nie była Ginny. Po głębszym przemyśleniu sprawy Harry stwierdził, że musi dać jej i sobie czas, żeby spokojnie się zastanowili nad tym, co zaszło, i trochę ochłonęli z nadmiaru emocji. Wiedział, że się kochają. Po prostu będzie musiał jakoś się przełamać i powiedzieć to Ginny, jednocześnie prosząc, żeby nie poganiała go w kwestii ślubu... Harry był pewien, że sam będzie wiedział, co zrobić, kiedy nadejdzie właściwy czas. Dziś był wieczór relaksu i przygotowywania się psychicznie do wypowiedzenia tych słów, których nigdy jeszcze nie powiedział żadnej kobiecie. Nie miał okazji wypowiedzieć ich do swojej mamy. Teraz powie je innej, równie ważnej, czarownicy w swoim życiu. Na razie jednak aportował się w jeszcze jedno miejsce.
Po znalezieniu się na miejscu podszedł do domu i zapukał do drzwi. Bywał tu dość często w przeciągu ostatnich dwóch lat i wiedział, że dziś spodziewają się jego wizyty, ale wolał zachować się uprzejmie i uprzedzić gospodarzy o swojej obecności.
Drzwi otworzyły się i za drzwiami stanęła kobieta z długimi, ciemnymi włosami, ciemnobrązowymi oczami o ciepłym odcieniu i ciężkimi powiekami. Andromeda Tonks.
- Harry! Jak cudownie, że jesteś! Mały Teddy już się obudził ze swojej poobiedniej drzemki. Nie może się ciebie doczekać – uśmiechnęła się.
Harry wszedł do środka. Znalazł się w małym holu. Na lewo, jak wiedział, znajdował się pokój małego, niespełna trzyletniego Teddy'ego, jego chrześniaka. Spojrzał pytająco na Andromedę.
- Jasne, wchodź do niego. Ja zaraz przyjdę, przyniosę nam tylko herbatę i soczek dla Teddy'ego.
Harry wszedł do jasnego pokoju o niebieskich ścianach. Pełen był zabawek, zarówno mugolskich, jak i magicznych. W rogu stał mały konik na biegunach, który sam się bujał, jak tylko ktoś na niego wsiadał. Obok leżała niedbale porzucona, maleńka dziecinna miotełka. Jeszcze dalej znajdowały się mugolskie miśki o różnych kształtach i kolorach, a także klocki LEGO, które Harry kojarzył, bo jego kuzyn, Dudley, miał takie same, kiedy byli mali. Naprzeciwko stało małe łóżeczko, w którym stał rozkoszny dzieciak w małych, zielonych spodenkach i białej koszulce, z buzią umorusaną czymś, co wyglądało na krem czekoladowy, który chyba wyjadał ze słoiczka palcem. Miał trójkątną, pucołowatą twarz, czarne oczy i brązowe włosy. Harry nie mógł się zdecydować, czy jest bardziej podobny do Tonks czy do Lupina, ale zawsze w pierwszej chwili czuł ukłucie serca, kiedy patrzył na chrześniaka. Przypominał mu ich obydwoje i zawsze czuł z nim szczególną więź – w końcu mały Teddy, tak jak i on, Harry, będzie wychowywał się bez rodziców... Dobrze przynajmniej, że miał kochających dziadków. No i jego, Harry'ego, pomyślał po chwili. Nigdy nie zastanawiał się, czy jest dobrym ojcem chrzestnym, ale uwielbiał spędzać czas z małym. To on był jego pierwszym nauczycielem latania na dziecinnej miotełce (Harry z dumą obserwował jego postępy) i to Harry spędzał mnóstwo czasu opowiadając mu o jego rodzicach. Rodzicach, których nie miał prawa pamiętać. Rodzicach, którzy poświęcili swoje życie po to, żeby on, Harry, mógł zwyciężyć Voldemorta.
- Cześć, mały – uśmiechnął się do Teddy'ego Harry, wyciągając go z kojca. – Jak leci? Tęskniłeś trochę za mną przez ten miesiąc, co?
- Wujek Haly! – powiedział mały. Miał bogaty zasób słów jak na trzylatka, ale, jak wiele małych dzieci, miał problem z wymawianiem głoski „r". – Zaglasz ze mną w galgulki? Baba kupiła. – dodał rezolutnie, przynosząc z kąta komplet do gry.
- Zagram Teddy, zagram. Ale to później. Na razie chodź, pooglądamy zdjęcia twoich rodziców.
Harry wyciągnął plik zdjęć zza pazuchy. Andromeda miała w domu mnóstwo albumów Nimfadory, ale on, Harry, spędził ostatnio mnóstwo czasu kompletując zdjęcia Lupina i Tonks z ich czasów w Hogwarcie. Kilka zdjęć dał mu Charlie, który chodził razem z Tonks do tej samej klasy, a kilka zdjęć Lupina znalazł w domu na Grimmauld Place (były niezwykle dobrze ukryte za tapetą w pokoju Syriusza). Nie chciał, żeby mały nic nie wiedział o swoich rodzicach. Zasługiwał na to, by ich poznać. Choćby ze zdjęć.
- Zobacz, tu jest twoja mama... była wtedy w drugiej klasie w Hogwarcie. Ty też kiedyś pójdziesz do Hogwartu, wiesz? – powiedział Harry, pokazując małemu zdjęcie, na którym Tonks, jeszcze jako dziecko, stała w otoczeniu kilku koleżanek z Hufflepuffu na dziedzińcu w Hogwarcie. Uśmiechała się i machała do obiektywu. – Pokażesz mi mamę na zdjęciu?
- Mama – powiedział rezolutnie Teddy, bezbłędnie wskazując właściwą osobę. Nadął się lekko i jego włosy przybrały odcień różowego, co się często zdarzało, kiedy oglądał zdjęcia Tonks, mimo że przecież na czarno-białym zdjęciu nie było widać, że włosy matki są w tym samym odcieniu. Harry wciąż się zastanawiał, jak to możliwe. Czyżby dzieci miały jakąś szczególną intuicję?
W drzwiach usłyszeli ciche łkanie.
- Posiedź tu sobie Teddy, dobrze? Rozpakuj gargulki. Zaraz zagramy – powiedział Harry, po czym podszedł w kierunku drzwi, w którym stała Andromeda.
- Andromedo, nie płacz... nie płacz przy nim. – powiedział niezdarnie, klepiąc kobietę po ramieniu.
- Po prostu to takie... niesprawiedliwe – pociągnęła nosem Andromeda. – Że nigdy nie pozna swoich rodziców...
- Mi też ich brakuje – powiedział ponuro Harry. – Ale została nam przynajmniej po nich pamiątka... musimy postarać się, żeby Teddy wyrósł na dzielnego, młodego człowieka. Takiego, jak oni. Oni by tego chcieli, Andromedo. Teddy nie może odczuć, że się nad nim litujemy.
- Masz rację, Harry. – powiedziała starsza kobieta. – Chodź, zagramy z nim gargulki. Jest taki zdolny, ten mój wnuk – dodała, uśmiechając się przez łzy.
Kiedy Harry opuszczał dom państwa Tonks parę godzin później, miał głowę pełną myśli. O Teddym, który powoli wyrastał na inteligentnego i zdolnego chłopca... i o tym, że to może nie byłoby takie straszne, mieć własne dzieci. W końcu Teddy był całkiem rozkosznym małym chłopcem. Wiadomo, czasem marudził, jak to każdy dzieciak... ale przez większość czasu Harry odczuwał wielką przyjemność z jego towarzystwa. Może tak byłoby z jego własnymi dziećmi? Może jednak już czas pomyśleć o rodzinie?
Ale zanim miał czas dłużej się nad tym zastanowić, zerknął na zegarek, stojąc ciągle w ogródku państwa Tonks. 17.20. Najwyższa pora wybrać się na mecz Armat.
I czując to jedyne w swoim rodzaju podniecenie, towarzyszące meczom quidditcha, nawet wtedy, kiedy sam w nich nie grał, obrócił się w miejscu, skupiając się na celu swojej podróży – boisko Armat. W Chudley.
