Cóż, włożyłam sporo wysiłku w napisanie tego rozdziału... jest dłuższy niż poprzednie. Jeśli historia Wam się podoba, dajcie znać w komentarzach! Duuża ilość komentarzy na pewno przyspieszy zamieszczenie następnego rozdziału, ich brak pewnie sprawi, że historia zostanie zawieszona (nie mam teraz zbyt dużo wolnego czasu)...

Więc jeśli Wam się podoba, liczę na Was, że mi o tym powiecie!


Rozdział 4. W powietrzu z Armatami

Harry jeszcze nigdy nie był na boisku Armat, co nie znaczy wcale, że nie wiedział, jak ono wygląda. Przyjaźniąc się z wielkim fanem tego zespołu od jedenastego roku swojego życia, trudno byłoby nie wiedzieć, jak wygląda stadion „pomarańczowych". Jednak kiedy Harry znalazł się na miejscu, doszedł do wniosku, że zdjęcia (nawet magiczne) nie są w stanie oddać całego przepychu i wspaniałości stadionu. Atmosferę panującą na boisku quidditcha trzeba było po prostu poczuć.

Pierwszym, co rzuciło się Harry'emu w oczy po znalezieniu się na miejscu, była rzesza pomarańczowych fanów Armat. Ubrani od stóp do głów w kolor swojej drużyny, przemieszczali się całymi grupami przed imponująco wyglądającym boiskiem. Do meczu zostało jeszcze pół godziny, dlatego większość kibiców, zamiast wchodzić na stadion, zajmowała się kupowaniem klubowych pamiątek, rozmowami ze znajomymi i rzucaniem ponurych spojrzeń w stronę fanów drużyny przeciwnej. Harry zdążył się krótko zastanowić, jakim cudem w tym tłumie znajdzie Rona, ale nie musiał się długo tym martwić. Stał zaledwie chwilę, podziwiając widok (Armaty, mimo że nie zajmowały ostatnio wysokich miejsc w lidze, miały bardzo hojnego sponsora), zanim usłyszał wrzask: „Harry!", dochodzący ze strony mężczyzny ubranego od stóp do głów w pomarańcz. Co dziwne, mężczyzna ten, w którym Harry wytężając wzrok rozpoznał Rona, stał obok postaci ubranej w barwy klubowe Zjednoczonych z Puddlemore, a co więcej – w kompletny strój gracza.

- Harry! – krzyczał i machał do niego Wood, zmierzając szybko w jego kierunku z Ronem przy boku. – Harry, Ron mnie tutaj znalazł, kompletnie się was nie spodziewałem... miło, że wpadliście, od razu będzie się lepiej grało!

- Cześć, Wood – uśmiechnął się Harry. Lubił starszego kolegę, który jako pierwszy wprowadził go w tajniki quidditcha podczas wspólnych treningów w drużynie Gryffindoru w Hogwarcie. – Słuchaj, nie strzelaj w nas zaklęciami, ale my tak w zasadzie nie do ciebie... tak naprawdę to interesują nas Armaty. I Ron pewnie w głębi serca życzy ci, żebyś przepuścił jak najwięcej goli. – dodał żartobliwie.

- Nieprawda – zaperzył się Ron, świecąc się na pomarańczowo niczym żarówka. – Niech Wood sobie broni jak najlepiej, aby szukająca Armat złapała znicza w przeciągu kilku pierwszych minut meczu – zażartował.

- Wiem, że z Rona zapalony maniak Armat – mruknął Wood. – Faktycznie, ta ich nowa szukająca jest naprawdę dobra... ale to w sumie nie moje zmartwienie. A ścigających mają co najwyżej przeciętnych – wydął pogardliwie wargi.

- Ale ja jestem bezstronny, jeśli poprawi ci to humor. Czy widzisz na mnie coś pomarańczowego? – zapytał retorycznie Harry. – Będę ci kibicować. Takich obron, jakie miałeś w zeszłym sezonie, to już dawno nie widzieliśmy na boiskach. Jestem twoim wielkim fanem, naprawdę.

Wood się lekko zarumienił.

- Dzięki, Harry. Zawsze żałowałem, że nie chciałeś kontynuować kariery jako gracz quidditcha. Zmarnować taki talent... – pokręcił głową. – Zachciało ci się łapania czarnoksiężników. Serio, powinieneś się jeszcze nad tym zastanowić. A teraz muszę już lecieć chłopaki, mecz zaczyna się za piętnaście minut! Spóźnię się na przemówienie kapitana! Trzymajcie kciuki! – i z tymi słowami, szybko obrócił się na pięcie i skierował się biegiem w stronę wejścia dla zawodników.

- Harry, my też już chodźmy. Nie mogę, po prostu nie mogę się spóźnić na ten mecz, nigdy w życiu bym sobie tego nie wybaczył. – powiedział Ron.

Harry zgodził się z przyjacielem i skierowali się w stronę głównego wejścia, gdzie zdążył się już zebrać spory tłumek. Znaleźli się przed ogromnym, czarno-pomarańczowym stadionem, mogącym pomieścić aż do dwudziestu tysięcy czarodziejów. Stadion ten, jak na stadion, na którym rozgrywano mecze ligowe, charakteryzował się bardzo starannym wykończeniem. Nie był typem boiska, który rozkładano w sposób magiczny na jeden wieczór – wieczór meczu – po czym ukrywano w niewielkim pudełku, które można było zmieścić w dowolnym schowku, i które (co ważne) nie wzbudzało podejrzeń mugoli. Posiadanie szczodrego sponsora zrobiło jednak swoje i stadion Armat znajdował się pod samym miasteczkiem Chudley, i znajdował się tam na stałe, chociaż Harry zastanawiał się, czy przypadkiem do Ludona Bagmana nie poszła w tym celu jakaś łapówka. Został ukryty za pomocą wyrafinowanych zaklęć antymugolskich i łudzących, które powodowały, że wyglądał dla niepowołanych oczu jak wysypisko śmieci.

I był piękny, pomyślał Harry, kiedy po podaniu biletów na bramce znaleźli się z Ronem w środku. Kiedy już oko przyzwyczaiło się do dość wyrazistego, czarno-pomarańczowego połączenia kolorów, robił imponujące wrażenie. Ustawione pionowo pomarańczowe siedzenia wzdłuż trybun wyglądały na niezwykle komfortowe, murawa wewnątrz była równa i gładka, i także zmieniono jej magicznie kolor na pomarańczowy. Czarne natomiast były same trybuny, słupki obrońców na końcach boiska i wielkie mag-bimy, które były niezmiernie nowoczesnym i skomplikowanym magicznie wynalazkiem, czerpiącym swoje źródło z mugolskich dużych telewizorów, które, jak Harry wiedział, nazywano telebimami. Świeżo odnowiona i naprawiona znajomość z kuzynem, Dudleyem, bardzo mu pomagała w orientowaniu się w świecie mugolskim, od którego inaczej już dawno by się odzwyczaił.

- Robi wrażenie, nie? – zapytał uradowany Ron, kierując się w stronę ich trybuny. Mieli dobre miejsca – na samym środku boiska, w dość wysokim rzędzie, dzięki czemu nie trzeba będzie w trakcie meczu zadzierać głowy do góry.

- No jasne... jest niesamowity! – krzyknął Harry, jako że na trybunach zgromadził się już spory tłum kibiców i jednej, i drugiej drużyny, i huk podnieconych rozmów rozbrzmiewał w powietrzu.

Zajęli miejsca. Harry jeszcze raz pomyślał, że trudno by było o lepsze; przed ich oczami rozciągało się niemal całe boisko. Najmniej wyraźnie będą widzieć obrońców i strzały, ale to właśnie w odpowiedzi na te potrzeby kibiców quidditcha powstały mag-bimy, oferujące powtórki najbardziej widowiskowych akcji.

- Zaczyna się! – wrzasnął mu do ucha Ron, podskakując podniecony na swoim siedzeniu, tak mocno, że o mało nie spadł mu z głowy kapelusz Armat.

I faktycznie – zaczynało się. Huk rozmów na stadionie został zagłuszony przez komentatora, który właśnie przygotowywał się do prezentacji drużyn.

- Witam wszystkich zgromadzonych na meczu siódmej kolejki quidditcha w tym sezonie! Dziś zmierzą się ze sobą drużyny Armat i Zjednoczonych! Pozwólcie, że przypomnę, jak wygląda sytuacja w tabeli... w tym momencie Zjednoczeni zajmują trzecią pozycję w lidze, do czego z pewnością przyczynił się wybrany w zeszłym sezonie na bramkarza roku Wood! Natomiast Armaty – tu nastąpił głośny ryk fanów Armat, w tym Rona, który sprawił, że Harry o mało co nie spadł z krzesła – Armaty zajmują miejsce siódme, ale mają ogromne ambicje na więcej! Mają nadzieję, że przyczyni się do tego zwerbowanie nowej szukającej, Cho Chang!

- Cho? – wrzasnął zdumiony Harry. – Czemu mi nic nie powiedziałeś, Ron?

- A wiesz, tak mi jakoś wypadło z głowy – powiedział Ron, poprawiając sobie kapelusz. – Jest naprawdę niezła, chyba lepsza, niż w Hogwarcie... to znaczy chodzi mi o grę, nie o wygląd. Chociaż w sumie... o wygląd też... Tylko nie mów tego Hermionie – przestraszył się. – Zresztą Cho zagrała do tej pory tylko jeden mecz, więc wiele cię nie ominęło.

Tymczasem komentator mówił dalej.

- Powitajmy więc głośnymi brawami obydwie drużyny! Najpierw drużyna gospodarzy, czyli Armat! Na pozycji obrońcy Fox, Dallas, Megan i Smith jako ścigający, para pałkarzy – Wrzeszczyk i Trover, oraz nowa szukająca – Chang! Jako ciekawostkę mogę tutaj dodać, że Chang zajęła drugie miejsce w corocznych wyborach Miss Quidditcha, wyprzedziła ją jedynie Ginny Weasley z Harpii z Holyhead! – powiedział komentator, a Harry poczuł nagły przypływ dumy z powodu posiadania tak pięknej dziewczyny. Co prawda nie uważał, że uroda jest najważniejsza w związku, ale miło było pochwalić się, że chodzi z TĄ Ginny Weasley. A przynajmniej chodził... do poprzedniego wieczora...

- Ja tam uważam, że Cho powinna wygrać – rzekł Ron, patrząc przez swoje zabrane z domu widmokulary na czarnowłosą dziewczynę w pomarańczowych szatach Armat. Wytrąciło to Harry'ego z niewesołych rozmyślań na temat Ginny.

- Nie znasz się, nie jesteś obiektywny, jesteś bratem Ginny – wytknął mu Harry. Przez chwilę walczył ze sobą, ale w końcu ciekawość zobaczenia byłej dziewczyny zwyciężyła, i mruknął do Rona:

- Daj popatrzeć.

Ron niechętnie wręczył mu widmokulary, które Harry włożył na nos, zaraz za swoimi własnymi. Podkręcił ostrość i znalazł w powietrzu Cho – właśnie robiła małe kółka dookoła boiska, rozgrzewając się przed meczem. Długie, czarne włosy miała związane w prosty koński ogon, co odsłaniało jej ładną twarz, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, rumieńcami od wiatru i błyszczącymi oczami. Harry niechętnie sam przed sobą przyznał, że wyglądała nieźle. Przez moment zastanowił się, dlaczego w ogóle się rozstali, i obserwując krążącą w powietrzu Cho, zdał sobie z nagłym przerażeniem sprawę, że chyba nie pamięta. Coś to miało wspólnego z Gwardią Dumbledore'a chyba... z tą Marriettą... ale to było tak dawno, szczegóły już zatarły mu się w pamięci.

- Możesz mi je oddać? – zapytał Ron. – Wylatują Zjednoczeni.

Na boisko wleciała grupa zawodników w szaro-zielonych strojach, wśród których był wysoki i szczupły Wood.

- I witamy Zjednoczonych! Świetny, przynajmniej w zeszłym sezonie, Wood jako obrońca, trójka wyśmienitych ścigających – Roster, Alex i Garvin, pałkarze – Jeremy i Hood, oraz szukający: Lobster! Według wielu znawców sportu, mają duże szanse na zwycięstwo w lidze w tym roku... Popatrzmy więc, jak to wszystko się rozegra. Na boisko wchodzi sędzia, Harper...

Ale Harry już nie słuchał komentarza. Postanowił skupić się na grze. Nie potrzebował większej ilości informacji, ponieważ właśnie na jednym z mag-bimów pojawiła się tablica z wynikiem, dzięki której widzowie będą na bieżąco. Siadając wygodnie na swoim pomarańczowym fotelu, poczuł dreszcz emocji, kiedy sędzia zaprosił zawodników na środek boiska i wypuścił piłki – najpierw maleńkiego, złotego znicza (Harry widział go zaledwie przez moment, zanim wtopił się w pomarańczową murawę i zniknął mu z oczu), potem dwie tłuczki, a na końcu wyrzucił w powietrze kafla i zagwizdał.

Na boisku zakotłowało się od pomarańczowo-zielonych postaci. Takiego qudditcha Harry już dawno nie widział i pluł sobie w brodę, że nie zaciągnął Rona wcześniej na jakiś mecz. Od razu zauważył, że ścigający Armat są faktycznie kiepscy, ale litościwie postanowił nie dzielić się swoimi przemyśleniami z Ronem. Ten jednakże sam musiał dojść do tego wniosku, kiedy Megan spudłowała w sytuacji sam na sam z Woodem...

- No nie! – wrzasnął Ron, a jęk zawodu potoczył się po trybunach. – Przecież ślepy by to strzelił, Wood bronił zupełnie innej obręczy!

Całkiem nieźle sprawowali się natomiast pałkarze Armat, dzięki czemu drużyna Zjednoczonych nie uzyskała natychmiast prowadzenia. Prawie zawsze, kiedy trójka ścigających pikowała w stronę obręczy Armat, znikąd wyrastali Wrzeszczyk albo Trover, którzy celnie walili w gracza trzymającego kafla. Ogółem więc mecz był dość wyrównany, i po piętnastu minutach było zaledwie trzydzieści do zera dla Zjednoczonych.

- Jeśli Cho złapie znicza, zanim wlepią nam kolejne trzy gole, będę ją wielbił – mruknął do siebie Ron.

Harry poszukał wzrokiem Cho. Krążyła nad boiskiem, dość wysoko. Harry w duchu pochwalił taktykę. Sam to robił, kiedy był szukającym. W ten sposób nie ryzykowało się oberwania zbyt wieloma tłuczkami w głowę, a jednocześnie miało się oko na grę.

- Co sądzisz o szukającym Zjednoczonych? – ryknął do Rona. Zjednoczonym właśnie udało się strzelić kolejnego gola, co zaowocowało wybuchem radości ze strony zielono-szarych sektorów, i jękiem zawodu fanów „pomarańczowych".

- Nie jest zły, ale to ścigający odwalają większość roboty! – odwrzasnął Ron. – Wood broni praktycznie wszystko, często się zdarza, że przeciwna drużyna łapie znicza, a oni i tak wygrywają! Dlatego Cho mogłaby się łaskawie pospieszyć!

W czasie kolejnych dziesięciu minut gry Armatom udało się w końcu strzelić gola (Ron stanął na swoim pomarańczowym krzesełku, ryknął niczym goryl, po czym pobiegł przybić piątkę dwudziestu innym fanom Armat), zaliczono jedną kontuzję (ścigająca Zjednoczonych, Alex, oberwała tłuczkiem tak mocno, że o mało co nie spadła z miotły), i szaro-zieleni ścigający popisali się kilkoma kolejnymi widowiskowymi akcjami, ale znicza nadal nie było widać.

- Myślisz, że w końcu wypatrzą znicza? – zapytał Harry Rona, kiedy ten, spocony i zziajany, wrócił ze swojego triumfalnego przemarszu wzdłuż trybun.

Ale Ron nie zdążył nawet odpowiedzieć. Jakby Lobster usłyszał słowa Harry'ego, nagle zanurkował w dół boiska, skupiając się uważnie na jednym punkcie. Harry przyjrzał się i też to zobaczył... prawie niewidoczny na tle pomarańczowej murawy, migotał na samym dole maleńki, szybki znicz.

- NIE! – wrzasnął przerażony Ron. – Cho, dalej, dalej!

Nie musiał jednak jej poganiać. Szukająca Armat również zobaczyła znicza, i zbliżała się do niego niczym strzała z przeciwnego końca boiska. Lobster jednak znajdował się bliżej... o wiele bliżej...

Pozostali gracze na boisku niemal zamarli, obserwując wyścig szukających... ale nie, była jedna osoba, która zachowała przytomność umysłu... Wrzeszczyk pomknął na swojej miotle w kierunku najbliższego tłuczka, i z całych sił uderzył go tak, żeby oddzielił Lobstera od znicza, po który ten już wyciągał rękę...

Harry jeszcze nigdy nie widział takiego zagrania. Tłuczek był wymierzony tak precyzyjnie, jakby pałkarz dokładnie wiedział, z jaką szybkością porusza się Lobster. Szukający Zjednoczonych nie miał wyjścia, nie mógł ryzykować, musiał zatrzymać się praktycznie w miejscu z wyciągniętą ręką. Ułamek sekundy później, tam, gdzie powinna była znajdować się jego głowa, uderzył w murawę tłuczek z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę... Harry pomyślał, że gracz Zjednoczonych naprawdę miał szczęście i dobre hamulce w miotle, takiego uderzenia nie wytrzymałaby ŻADNA czaszka... i nie sądził, żeby w Św. Mungu potrafili naprawić taki uraz, który zrobiłby z czyjejś głowy krwawą miazgę...

To wystarczyło Cho... nie spuszczając wzroku ze znicza, wyciągnęła rękę z drugiej strony tłuczka, podczas gdy Lobster, wciąż roztrzęsiony, jeszcze nie ruszył z miejsca. Chwyciła znicza i zrobiła obrót w powietrzu, wymigując się od tłuczka, który właśnie odbił się od podłoża i zmierzał w jej kierunku.

- CÓŻ ZA WIDOWISKOWY KONIEC MECZU! – zagrzmiał komentator. – ŚWIETNY CHWYT SZUKAJĄCEJ, ALE CHYBA WSZYSCY MUSIMY PRZYZNAĆ, ŻE PRAWDZIWYM BOHATEREM TEJ AKCJI BYŁ TEN NIEPOZORNY PAŁKARZ Z POLSKI, WRZESZCZYK!

Widownia oszalała... mag-bimy ciągle powtarzały zagranie Wrzeszczyka, emitując powtórki z różnych kątów, i równie widowiskowy chwyt Cho... Harry popatrzył na głupią minę Lobstera. Trochę mu go było szkoda... Zjednoczeni grali naprawdę dobrze, a Wood był po prostu rewelacyjny... jednak nie miało to już znaczenia. Liczył się tylko wynik.

- ARMATY WYGRYWAJĄ STO SZEŚĆDZIESIĄT DO PIĘĆDZIESIĘCIU! – wrzeszczał dalej komentator, podczas gdy Ron popłakał się ze szczęścia, ocierając sobie twarz pomarańczowym rękawem i obściskując się z jakimiś czarodziejami z rzędu poniżej.

Rozdzierający huk kibiców Armat ciągle rozdzierał boisko... ale zaraz, chyba zaczęli coś skandować... Harry wytężył ucho, klaszcząc i uśmiechając się do Rona od ucha do ucha.

- WRZESZCZYK! WRZESZCZYK!

Harry przyłączył się do okrzyków, polski pałkarz zdecydowanie sobie na to zasłużył. Harry pomyślał, że mógł przecież przywalić tłuczkiem wprost w Lobstera, co mogłoby by się skończyć dla szukającego Zjednoczonych poważną kontuzją, ale zachował się przyzwoicie i tylko go postraszył. Wszystkie mag-bimy pokazały jego niepozorną, aczkolwiek umięśnioną sylwetkę, wzruszoną, szczupłą twarz, i ciemne włosy, kiedy pozostała część drużyny, łącznie z roześmianą Cho, niosła go na ramionach po pomarańczowej murawie. Ron przestał płakać i tańczył teraz swój goryli taniec, skandując razem z innymi. Publiczność nadal szalała i Harry pomyślał, że już nigdy się nie uspokoją... ale mylił się, po zrobieniu kolejnego kółka z Wrzeszczykiem na rękach, gracze Armat udali się w kierunku szatni, a stadion powoli pustoszał.

- Harry! – wrzasnął nagle Ron wprost do jego ucha, tak że niemal podskoczył na swoim krześle – Harry, myślisz, że możemy pójść załatwić autograf graczy Armat? Przecież kiedyś chodziłeś z Cho, no i jesteś TYM Harrym Potterem, więc na pewno nas wpuszczą do szatni zawodników!

Harry zastanowił się nad tym przez moment. Nie miał ochoty spotykać się z byłą dziewczyną, ale z drugiej strony, Ron mu tego nie wybaczy, jeśli nie zdobędzie przy tej okazji autografów... szczególnie autografu Wrzeszczyka, który po tej akcji i po tym meczu stanie się chyba jednym z najlepiej rozpoznawalnych graczy w lidze...

- No dobra, spróbujemy! – krzyknął do Rona, i zaczęli się przeciskać w stronę wejścia dla zawodników.

Pomarańczowy tłum nadal szalał, od czasu do czasu jakiś kibic, widząc strój Rona, podchodził do niego i ściskał go, przybijał piątkę albo całował w oba piegowate policzki, które to czułości Ron z entuzjazmem odwzajemniał, ale mimo to w miarę szybko udało im się dojść do wejścia dla zawodników i personelu.

Przed wejściem stał jednak dość masywnej postury ochroniarz. Ron nie przejął się i spróbował po prostu przejść obok niego (wciąż chyba był oszołomiony zwycięstwem Armat), ale mężczyzna jedną ręką złapał go za pomarańczowy rękaw i odciągnął.

- Panowie dokąd? To wyjście dla zawodników i trenerów, wyjście dla publiczności jest naprzeciwko – zagrzmiał groźnie.

Ron spojrzał błagalnie na Harry'ego. Ten westchnął. Nienawidził wykorzystywać tego, że jest postacią rozpoznawalną w świecie czarodziejów... w ogóle najchętniej zapomniałby o tym, że kiedyś musiał stanąć twarzą w twarz z Voldemortem, i że zginęło przez niego tylu ludzi, w tym Tonks, Lupin... Fred... ale jednak, musiał przyznać, w tej sytuacji jego sława mu się przyda.

- Jestem Harry Potter, proszę pana. – zwrócił się grzecznie. – Chcielibyśmy zamienić parę słów z graczami Armat. Szukająca jest moją dobrą znajomą... – zełgał lekko. Na pewno ostatnim razem, kiedy się widzieli, Cho raczej nie chciała go widzieć. - ...i obiecuję, że nie zostaniemy długo, chcieliśmy się tylko przywitać...

Teraz pozostało mu tylko obserwowanie, jak te magiczne słowa działają. Dość tępa twarz ochroniarza najpierw wykazała zdziwienie, później przetwarzanie informacji, które zmusiło go do spojrzenia na Harry'ego... potem dostrzegł jego bliznę i najwidoczniej jego mózg skojarzył fakty prawidłowo.

- Pan Harry Potter! – zapiał z zachwytem ochroniarz. – Ależ oczywiście, proszę pana, proszę wchodzić, nie ma problemu, to zrozumiałe, szczególnie, że ma pan w drużynie znajomych... proszę, oto przepustki, proszę pokazać je przed szatnią Armat – dodał, wciskając Harry'emu i Ronowi w dłonie dwie pomarańczowe odznaki. – Pan Harry Potter, cóż za spotkanie, jaki to zaszczyt, że pan przyjechał na ten mecz... moja żona mi nie uwierzy, to absolutnie niemożliwe... – mamrotał dalej pod nosem, ale Harry i Ron już nie słuchali. Weszli do korytarza prowadzącego do szatni, z którego dobiegał gwar podnieconych rozmów.

Pokazali przepustkę kolejnemu ochroniarzowi stojącemu przed szatnią (Ron zrobił to z wyniosłą miną, jakby miał zwyczaj wchodzić do szatni Armat przynajmniej raz w tygodniu) i znaleźli się w środku.

Tego Harry się jednak nie spodziewał. Wszyscy gracze, przebrani już w zwykłe stroje, siedzieli przy jednym stoliku. Wrzeszczyk zajmował przy nim honorowe miejsce, i wyciągał właśnie z plecaka coś, co wyglądało na flaszkę wódki, i plastikowe kubeczki.

- Kuba, wszędzie nosisz ze sobą wódkę? – zażartowała Cho, ale w tym samym momencie dostrzegła Harry'ego i Rona. Najpierw na jej ładnej twarzy odmalowało się zdziwienie, później – niedowierzanie, a na końcu, ku uldze Harry'ego, miłe zaskoczenie. Obawiał się, co będzie, jeśli Cho odmówi udzielenia autografu.

- Harry! – pisnęła. – Harry, na Merlina, tyle lat... – po czym rzuciła mu się na szyję i wycałowała go w obydwa policzki.

Harry poczuł, że się rumieni.

- Cześć, Cho. Świetny chwyt, gratulacje. Słuchaj, jesteśmy tu z Ronem... pamiętasz Rona, prawda? ...bo tak sobie pomyśleliśmy, że może moglibyśmy zdobyć twój autograf, no i reszty drużyny. Ron jest fanem Armat odkąd nauczył się chodzić. – zażartował.

Cho popatrzyła dość przyjaźnie również i na całego pomarańczowego Rona.

- Jasne! Słuchaj, już się robi, a reszta zaraz też się podpisze. Na czym chciałbyś autograf? – zapytała grzecznie Rona.

- Na tym kapeluszu – zarumienił się ze szczęścia Ron, podając jej kapelusz i czerwieniąc się jeszcze bardziej, kiedy pozostali członkowie Armat zachęcili ich do dołączenia do stolika, a Kuba Wrzeszczyk wyciągnął dwa kolejne plastikowe kubeczki, do których nalał wódki, oraz pomarańczowy soczek.


- Czemu w zaadzie nie grasz dla Tajfunów? – zapytał Harry Cho, marszcząc brwi, jakieś cztery plastikowe kubeczki wódki później (Kuba Wrzeszczyk okazał się dość utalentowany nie tylko jako pałkarz; radził sobie też świetnie z zaklęciem napełniającym, dlatego wódka ciągle się nie kończyła). - Wydawao mi się, że to twoja ulubiona drużyna...

- Wiesz, Harry – powiedziała Cho, uroczo zarumieniona od swojej wódki – chciałam się dostać do Tajfunów, naprawdę. I dostałam się, ale na miejsce rezerwowe, wiesz pewnie, że mają na razie świetnego szukającego, i nie zamierzają go zmieniać... nie miałabym szans, żeby wskoczyć do podstawowego składu... więc poradzili mi, żebym znalazła sobie inną drużynę, tak, żebym się podszkoliła w swojej grze, a nie grzała ławkę rezerwowych, i poczekała, aż Grease przejdzie na emeryturę, co pewnie się stanie za jakieś dwa, trzy lata. Jest już stary, jak na szukającego. A poza tym lubię Armaty i lubię swoich nowych kolegów! – powiedziała odrobinę za głośno. – Kuba Wrzeszczyk jest nie tylko utalentowanym pałkarzem, jest także duszą towarzystwa, jak widać.

Faktycznie, Kuba Wrzeszczyk siedział przy stoliku, ciągle dolewając wódki pozostałym, pogrążony w głębokiej rozmowie z drugim pałkarzem i Ronem, który miętosił w dłoniach kapelusz czarny od podpisów.

- To było zagranie SEZONU! – stwierdził z przekonaniem Ron, klepiąc Polaka po plecach. – Stary, gdzie ty się tego nauczyłeś? Bez urazy, ale wydawało mi się, że polska liga nie należy do czołówki... kiedy ostatnio zakwalifikowaliście się do Mistrzostw Świata?

- Dwadzieścia lat temu – westchnął Wrzeszczyk, wychylając jednym haustem swoją wódkę. Nawet się nie skrzywił. Harry ze zdumieniem pomyślał, że Polacy i Rosjanie to chyba istoty nie z tego świata, jeśli chodzi o picie alkoholu. On sam pił wódkę dopiero pierwszy raz w życiu i już szumiało mu w głowie, podczas gdy Wrzeszczyk wychylał już chyba piąty kubeczek i nawet nie plątał mu się język. – No właśnie, polska liga nie jest zbyt dobra... ja grałem, grałem w Krakusach, ale ja się już nie rozwijałem za bardzo, zdobyliśmy mistrzostwo Polski trzy razy z rzędu, dla mnie to było już nudne, więc mówię sobie – a może by się przeprowadzić? Wcześniej trochę się bałem, u was grasował ten cały Voldemort – tu łypnął na Harry'ego, który właśnie pił kolejny kubeczek wódki i trochę szumiało mu w uszach – ale jak się go Potter pozbył, to ja mówię sobie – na co czekać? Byłem dobry, dostałem propozycję i z Armat, i z kilku innych drużyn, ale wybrałem Armaty, bo to dobra drużyna, tylko trochę zaniedbana ostatnio... i oto jestem. Tęsknię trochę za krajem, ale znalazłem dziewczynę i jakoś to leci. – zakończył niezdarnie. – To co, chluśniem bo uśniem?

Wszyscy przy stole roześmieli się. Harry przelotnie pomyślał, że może nie powinien tyle pić... wczoraj to wino, dziś znowu wódka, która chyba jednak miała mocniejszy kaliber, ale odmówić Wrzeszczykowi? Wrzeszczykowi, który prawdopodobnie zostanie wkrótce równie sławny, jak Wiktor Krum? Przecież tego nie zrobi... zresztą, w domu przy Grimmauld Place czeka na niego jedynie Stworek... i z tą ponurą myślą pogrążył się w dalszej rozmowie z Cho, która z każdym kolejnym kubeczkiem stawała się coraz ładniejsza... i coraz bardziej podobna do Ginny...

- Cosiestao z Marriettą? – przypomniał sobie nagle Harry. Trochę plątał mu się już język. Trójka ścigających zaczęła śpiewać jakiś przebój Fatalnych Jędz, Ron, który chyba za szybko pił, pochrapywał z głową na stole, tylko Wrzeszczyk, obrońca i drugi pałkarz nadal trzymali się całkiem nieźle.

- Ach, Marrietta... – machnęła ręką Cho. – Posz.. poszła do mugolskiego chirurga i on jej usunął te pryszcze, nie było innej rady, ale już się nie przyjaźnimy... wiesz, tak jak teraz sobie pomyślę, to chyba byłam głupia, że ujęłam się za nią...

Harry zdumiony wpatrywał się w Cho... wydała mu się nagle jeszcze piękniejsza... coraz bardziej atrakcyjna... ale chyba trochę dwoiło mu się w oczach...

- Harry – usłyszał głos jakby z daleka – Harry, chyba za dużo wypiłeś... chodź, przejdziemy się na zewnątrz, odetchniesz świeżym powietrzem, dobrze ci to zrobi.

I Harry bezwolnie dał się poprowadzić... mała, ciepła dłoń ujęła go za rękę...

- Harry, powiedz mi, gdzie mieszkasz? Zaaportuję cię tam...

- Ron... – zdołał wybąkać Harry.

- Kuba się nim zajmie. On ma najmocniejszą głowę z nas wszystkich. Trochę sobie pośpi i od razu lepiej się poczuje...

- Grimmauld Place 12...

Jeszcze raz poczuł małą, ciepłą dłoń, i nagle poczuł się niewiarygodnie szczęśliwy. Tak, to był tylko zły sen... Ginny jest tutaj, tylko ona ma takie małe, ciepłe ręce... i aportują się na Grimmauld Place...

- Ginny... dlaczego pofarboałaś wosy? – wybełkotał Harry, kiedy drobna dziewczyna poprowadziła go w stronę którejś z sypialni.

Dziewczęca postać tylko się roześmiała.

- Kładź się Harry, jesteś zmęczony i pijany...

- Nie... nie odchodź... śpij ze mną dziś... – wyjąkał Harry, i nagle objął, objął mocno tę drobną dziewczynę, tak dobrze, że mu wybaczyła i wróciła do niego, wszystko było w porządku...

Pocałował ją mocno, prosto w usta... na początku niechętnie, ale później odwzajemniła pocałunek... Harry wplótł palce w jej długie, czarne włosy... ale zaraz, czy one nie powinny być rude? Chociaż zaraz, to nie miało znaczenia... liczyło się tylko to, że był z tą piękną kobietą sam na sam w swojej sypialni, marzył o tym już od dawna...

Czarnowłosa Ginny niecierpliwie zrywała z niego ubranie... popchnęła go na łóżko i zrobiła coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie próbowali...

Harry lekko się zdziwił... czuł wszystko inaczej, wszystko było inaczej, Ginny była zbyt... seksowna, zbyt odważna... ale poczuł jej usta tam, gdzie jeszcze nigdy żadna kobieta go nie dotykała, i w tym samym momencie przestał się czemukolwiek dziwić. Przestał myśleć. Mógł już tylko czuć.