Jeśli mam chociaż troje czytelników, to dla nich będę pisała :) DZIĘKI! Mam nadzieję, że nie porzucicie mnie po tym rozdziale. Jest trochę... dziwny.


Rozdział 5. Jestem idiotą

Harry obudził się i znowu, tak jak poprzedniego ranka, chwilę zajęło mu zorientowanie się, gdzie się znajduje. Tak, to ciągle było Grimmauld Place, ale tym razem znajdował się w zupełnie innej sypialni – tej najmniej przez niego lubianej, która należała kiedyś do państwa Blacków i chyba nie mogłaby być bardziej ponura. Zastanowił się pobieżnie, kiedy w końcu wyląduje w swoim własnym łóżku, i przekręcił się na bok...

I o mało nie wrzasnął. Jego wzrok padł na śpiącą kobiecą postać. Z miejsca, w którym leżał, widział jedynie czarne, proste włosy i linię pleców, reszta szczupłego ciała była ukryta pod kołdrą, pod którą i on się znajdował. Przełykając głośno ślinę, delikatnie uniósł kołdrę i zerknął w dół.

Wydał z siebie cichy pisk i odsunął się tak gwałtownie, że niemal spadł z łóżka. Dziewczyna była zupełnie naga... zresztą tak jak i on, Harry. Nie budził się zazwyczaj w jednym łóżku z czarnowłosą pięknością, ale nie był też na tyle naiwny, żeby się nie domyślić, co się wydarzyło...

Pocierając bolące czoło, przypomniał sobie wczorajszy wieczór... mecz Armat i jego zdziwienie, kiedy szukającą okazała się Cho... i później tę nieszczęsną wódkę z Wrzeszczykiem... ach, czemu tyle pił, przecież to było kompletnie nieodpowiedzialne z jego strony, powinien był wiedzieć, że ma za słabą głowę, żeby wypijać więcej niż jeden kubeczek... no i potem...

Przypominając sobie to, co wydarzyło się potem, Harry się gwałtownie zarumienił. Cho musiała odprowadzić go do domu... a on był na tyle głupi i zdesperowany, oczekując już dwa lata na to, że Ginny pozwoli mu na coś więcej niż pieszczoty, że rzucił się na czarnowłosą kobietę niczym napalony nastolatek, idiotycznie wierząc, że to Ginny, chociaż nie było żadnych przesłanek, żeby mógł tak sądzić... Tak, to była wyłącznie jego wina. Fakt, że Cho nie oponowała, raczej go nie usprawiedliwia. To on miał dziewczynę, z którą chciał spędzić resztę życia. To on zdradził Ginny...

Było mu niedobrze. Wstał z łóżka, nakładając okulary, i zaczerwienił się jeszcze bardziej, widząc na podłodze bezładnie rozrzucone ubrania, należące zarówno do niego, jak i do Cho. Złapał z podłogi bokserki i wciągnął je na siebie, a potem podszedł do lustra znajdującego się naprzeciwko łóżka. Zrobiło mu się gorąco, kiedy przypomniał sobie, jak w nocy widział odbicie swoje i Cho w tym właśnie lustrze...

Poczłapał bliżej lustra i przyjrzał się sobie uważnie. Moi drodzy, tak właśnie wygląda Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył, i Zwycięzca Pojedynku z Lordem Voldemortem. Tak wygląda tchórzliwy zdrajca własnej dziewczyny, pomyślał gorzko.

Miał trochę przydługie, kruczoczarne włosy, jak zawsze sterczące w różnych kierunkach. Zza okularów wyglądały zielone, przekrwione dzisiaj oczy, w których wyraźnie odbijało się poczucie winy i beznadziejności. Nie wyglądał zbyt dobrze... na twarzy miał dwudniowy zarost, co sprawiało, że wyglądał trochę niechlujnie, a pod oczami duże worki ze zmęczenia i przepicia. Ale wygląd zewnętrzny i tak nawet w niewielkim stopniu nie odzwierciedlał tego, jak okropnie się czuł...

Oparł dłonie o toaletkę przed lustrem. Nie wiedział, co ma zrobić w tej sytuacji... przez moment pomyślał o tym, żeby zwinąć z Ministerstwa zmieniacze czasu, wrócić do wczorajszego wieczoru i zmienić bieg wydarzeń, ale natychmiast sobie uświadomił, że to bez sensu. Jak mówiła Hermiona – konsekwencje naszych działań są czasem tak zawiłe i skomplikowane, niekiedy sprzeczne, że nie można ryzykować zmiany przeszłości bez wpływu na teraźniejszość... A poza tym, nawet jeśli udałoby się coś zmienić, i tak pozostanie świadomość swojej zdrady. Wspomnienia nie znikną. Będzie go to nękało chyba do samego końca jego życia. I czy było warto? Dla kilku chwil przyjemności?

- Jestem idiotą. – szepnął do swojego odbicia w lustrze.

- Nie da się ukryć i nic tego nie zmieni – odpowiedziało lustro. – A poza tym, wyglądasz dziś okropnie. A ta czarnowłosa dziewka w łóżku jest chociaż czystej krwi?

Harry prychnął. Tak, czego innego można było się spodziewać po lustrze w sypialni rodziców Syriusza?

Jeszcze raz spojrzał w swoje zielone, przepełnione poczuciem winy oczy, i nagle zamarł.

W odbiciu lustra, tuż nad jego lewym ramieniem, pojawiła się nagle zszokowana twarz Ginny.


Ginevra Molly Weasley była osobą o dość porywczym temperamencie. Wraz z burzą rudych loków odziedziczyła po matce czasami gwałtowne usposobienie, a wychowując się razem z szóstką braci nauczyła się rozwiązywać konflikty w sposób otwarty. Nie była typem osoby, która chowała w sobie urazę. Ginny zawsze otwarcie mówiła, co jej leży na sercu, i tak też uczyniła tego wieczoru, w którym Harry zaprosił ją na kolację.

Naprawdę oczekiwała WIELE po tym wieczorze. Po miesiącu bez jakiegokolwiek kontaktu ze swoim chłopakiem, była bardzo stęskniona jego obecności, jego żartów i ciepłego spojrzenia jego zielonych oczu. Dlatego tak bardzo się cieszyła, że ma na co czekać w trakcie tego samotnego miesiąca. Na obiecaną kolację, sam na sam ze swoim ukochanym – spełnienie kobiecych marzeń o romantycznym wieczorze. Z tego też powodu w dzień poprzedzający powrót Harry'ego wybrała się do sklepu George'a i zakupiła cały zestaw eliksirów upiększających, przeznaczając na to prawie całą pensję z Harpii. Po namyśle, wymieniła pieniądze u Gringotta i wybrała się też do mugolskiej drogerii, gdzie bardzo miła pani ekspedientka wytłumaczyła jej zastosowanie tuszu do rzęs, chociaż patrzyła się na nią przy tym odrobinę podejrzliwie.

W dzień przyjazdu Harry'ego była bardzo podekscytowana. Spędziła w łazience całe wieki, nakładając kilka razy makijaż, jako że nie miała w tym wprawy. Była jednak przekonana, że będzie warto.

Ginny, jako jedyna córka Molly Weasley, zdawała sobie sprawę z tego, jacy są chłopcy. Ciężko byłoby tego nie wiedzieć, wychowując się z tyloma braćmi. Wiedziała, że dla nich bardzo dużą rolę w związku odgrywa kontakt fizyczny – pocałunki, pieszczoty, a nawet coś więcej. Wiedziała, że są wzrokowcami – w końcu to jej bracia kupowali namiętnie patentowe sny na jawie z Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów. Matka uświadomiła ją jednak, że mężczyźni naprawdę szanują jedynie te kobiety, o których zdobycie muszą się postarać. Nie warto więc wskakiwać od razu do łóżka pierwszemu lepszemu czarodziejowi. Ginny miała więc swoje zasady, trochę staroświeckie, tak jak staroświecka w swoich poglądach była jej matka. Owszem, spotykała się z wieloma chłopakami w Hogwarcie... ale ich relacje nigdy nie wychodziły poza pocałunki. I dlatego też przez dwa lata oficjalnego związku z Harrym, nie doszło w ich przypadku nawet do bardziej odważnych pieszczot. Ginny czekała. Czekała, aż Harry jej oznajmi, że ją kocha, i że chce z nią spędzić resztę życia. Wtedy mogłaby się odważyć... na więcej. Ale dopiero wtedy.

Liczyła skrycie, że Harry powie jej to tego właśnie wieczoru. Ile można czekać na te słowa? Byli ze sobą już dwa lata, to chyba wystarczająco długo, żeby pomyśleć o wspólnej przyszłości. Czasem... czasem Ginny wydawało się, że widzi w jego oczach uczucie, i że tylko przy niej Harry jest sobą. Ale nigdy, przenigdy nic nie powiedział na temat tego, jak sobie wyobraża ich wspólną przyszłość. Zawsze było tylko TU I TERAZ. A rudowłosa dziewczyna po prostu chciałaby wiedzieć, czy ten zielonooki okularnik chce, żeby kiedyś została jego żoną. Nie musiałyby to być nawet oficjalne oświadczyny... (chociaż na to po cichu liczyła)... wystarczyłaby jedynie wzmianka. Przykładowo: „Ginny, kiedy zdam egzamin na aurora, moglibyśmy pomyśleć o ślubie" albo „Ginny, jestem z tobą, bo chcę, żebyś to ty była kiedyś matką moich dzieci". No i jakieś wyrażenie własnych uczuć tez by się przy tym przydało.

Dlatego Ginevra Weasley poczuła się bardzo rozczarowana, kiedy Harry położył jej rękę na udzie. Nie byłaby rozczarowana, gdyby Harry zrobił to PO TYM, jak powiedziałby, że ją kocha, albo (Ginny sama się z siebie śmiała, że miała tak romantyczną wizję) po uklęknięciu na kolano i podaniu jej zaręczynowego pierścionka. Wtedy mogłaby u niego zostać, i pewnie wieczór zakończyliby w jednej sypialni. W końcu Ginny też miała swoje potrzeby, i wstrzymywanie jej gorącego temperamentu stawało się dla niej coraz trudniejsze.

Ale cóż, tak się nie stało. Harry chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – nie deklarować się ani nic nie obiecywać, a jednocześnie czerpać korzyści, jakie oficjalnie tylko narzeczony lub mąż powinien czerpać. To nie było w porządku, dlatego Ginny musiała zapytać wprost, czy Harry traktuje ją poważnie. Przecież nauczyła się otwarcie rozwiązywać takie sytuacje. Niestety Harry swoimi odpowiedziami jeszcze bardziej się pogrążył, dlatego wściekła Ginny wybiegła tamtego wieczoru z domu przy Grimmauld Place.

Wiedziała, że nie może wracać do domu. Jeśli w takim stanie wróci do domu, jeden z jej porywczych braci na pewno się wybierze do Londynu i będzie chciał się pojedynkować z Harrym, a ona mimo wszystko nie chciała, żeby stała się mu krzywda. Chciała po prostu, żeby uświadomił sobie, że ona nie będzie wiecznie czekać na to, żeby jej chłopak dorósł. Chciała go zmobilizować do przemyślenia swoich uczuć względem niej.

Wybrała się więc do Luny Lovegood. Wybór był swego rodzaju oczywistością – Luna mieszkała niedaleko, były na jednym roku w Hogwarcie, i począwszy od piątej klasy, bardzo się ze sobą zaprzyjaźniły, a po skończeniu szkoły Luna stała się jedną z najlepszych (oprócz Hermiony, ale do niej nie mogła się wybrać, w końcu Hermiona była w Norze razem z Ronem) przyjaciółek rudowłosej czarownicy. Owszem, była specyficzna, ale coraz częściej dawało się z nią porozmawiać na tematy niedotyczące chrapaka krętorogiego bądź gnębiwtrysków.

Blondwłosa Luna przygarnęła Ginny, zrobiła jej herbatę z podejrzanie wyglądających ziół, po czym zaprosiła do swojej sypialni, gdzie mogły sobie w spokoju podyskutować.

- ...no i wtedy on mnie łapie za udo, a ja się go pytam, czy traktuje mnie na poważnie. A on na to – wyobrażasz sobie Luna? – on po prostu powiedział „Tak, Ginny!". Powiedz mi, co za łoś odpowiada tak dziewczynie? Powinien chociaż dodać „Tak, jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu", albo „Oczywiście skarbie, liczę na to, że kiedyś się pobierzemy", ale nie, pan Chłopiec-Który-Zwyciężył nie musi deklarować swoich uczuć, on liczy na to, że wszystkie dziewczyny i tak wskoczą mu do łóżka! – zakończyła zbulwersowana Ginny.

- Wiesz Ginny... wydaje mi się, że twoja reakcja była trochę przesadzona – powiedziała swoim zwykłym, sennym tonem Luna. – Harry jest bardzo sympatyczny i na pewno traktuje cię poważnie, przecież to widać po SPOSOBIE, w jaki się przy tobie zachowuje. On po prostu nie może wyrazić tego słowami. Biedni mężczyźni... są tak ograniczeni uczuciowo i przyziemni...

- Kiedy ja muszę wiedzieć, Luna! Mi nie wystarczy domyślanie się, co on czuje... ja to muszę wiedzieć! Jeśli mamy kiedyś razem być, muszę być PEWNA!

Luna nagle wstała ze swojego miejsca, podeszła do szafki przy łóżku, i wyjęła z niej woreczek pełen jakiegoś ususzonego zioła. Potem wzięła w drugą rękę szklaną fajeczkę i wróciła z tym wszystkim do gapiącej się na to z otwartymi oczami Ginny.

- To ci pomoże się zrelaksować – stwierdziła pogodnie Luna, po czym nabiła fajkę zielem, wyjęła różdżkę i delikatnie wyczarowała płomyk. – Popatrz, wystarczy tylko się zaciągnąć. To niezwykłe zioło, sądząc z tego, co mówił mi Neville. Mugole też go używają. Jakimś cudem odkryli jego właściwości. Masz, spróbuj. Rozluźnisz się. – dodała sennie, wydmuchując kłąb dymu, po czym podała fajkę Ginny, podeszła do drugiego kąta pokoju, w którym stał adapter na płyty, i włączyła indyjską muzykę.

Wróciła kiwając ramionami i podzwaniając naszyjnikiem z kapsli z kremowego piwa.

Ginny była trochę sceptycznie nastawiona. Wiedziała, że niektóre z poglądów Luny są dość... niecodzienne. Przykładowo Hermiona opowiadała jej, że kiedyś razem z ojcem pomyliła róg chrapaka krętorogiego z buchorożcem, co wysadziło połowę domu w powietrze. Ale przyjrzała się Lunie, która nadal wyglądała normalnie, i zdecydowała się zaryzykować.

Po godzinie wiedziała już, że to był dobry pomysł. Poczuła się tak, jakby nagle wszystkie problemy związane z Harrym odpłynęły w siną dal. Była zrelaksowana i spokojna, jak po zażyciu wywaru uspokajającego. Stwierdziła nawet, że niepotrzebnie tak zdenerwowała się na swojego chłopaka.

- W końcu mogłam mu po prostu powiedzieć „nie" i nie ciągnąć dalej tematu – powiedziała do Luny, która właśnie czytała kolejne wydanie Żonglera, leżąc na podłodze.

- Oczywiście – stwierdziła Luna, jakby to było dla niej zupełnie jasne.

- Luna, mogę u ciebie przenocować? Nie chcę wracać dziś do Nory. Wrócę rano.

- Nie ma problemu. Odgrzeję nam tylko zupę z plumpków. Poczułam się nagle strasznie głodna, a ty? – powiedziała Luna, po czym tanecznym krokiem poszła do kuchni.

A Ginny, siedząc ciągle w swojej sukni, kupionej specjalnie na ten wieczór, poczuła nagle, że nic takiego się nie stało. Pójdzie rano do Nory, a potem spotka się z Harrym, który na pewno do tego czasu wszystko sobie przemyśli i przyjmie ją z otwartymi ramionami.

Wszystko było absolutnie w porządku, uśmiechnęła się rudowłosa czarownica.

Rano jednak sprawa się trochę skomplikowała. Wpadła do Nory, w której zastała jedynie Hermionę czytającą Proroka.

- Gdzie jest Ron? – zapytała podejrzliwie Ginny. Nie była przyzwyczajona do tego, żeby jej brat zostawiał swoją dziewczynę samą. W zasadzie nawet na chwilę jej nie opuszczał, szczególnie po miesięcznej rozłące.

- Ach, Ron... – machnęła ręką Hermiona, lekko ziewając. Ginny zastanowiła się, co jej brat i Hermiona robili w nocy zamiast spania, ale po chwili pomyślała, że woli tego nie wiedzieć. – Ron zwariował. To znaczy, on zawsze był nadpobudliwy... ale tym razem to chyba już przesadził. W dzisiejszym Proroku – zamachała gazetą przed nosem rozczochranej Ginny – napisali, że wygrał bilety na mecz quidditcha... więc pobiegł do Harry'ego machając łapami, żeby mu o tym powiedzieć. Mecz jest dziś wieczorem. Ach, ci faceci – prychnęła wzgardliwie Hermiona.

Ginny lekko się zdenerwowała. Miała zamiar dziś wieczorem pójść do Harry'ego i wszystko sobie z nim wyjaśnić. Wygląda jednak na to, że rozmowa będzie musiała poczekać do rana... Ginny jako ścigająca Harpii wiedziała, że mecze quidditcha mogą równie dobrze trwać godzinę jak i całą noc, dlatego nie było sensu bezczynnie czekać na chłopaka.

Pójdzie do niego jutro rano.

I tak właśnie zrobiła.


Harry przez jedną obłąkaną chwilę miał nadzieję, że coś mu się po prostu przywidziało. Że osoba, którą zauważył nad swoim ramieniem, nie jest wcale jego rudowłosą dziewczyną. Serce waliło mu niczym młotem, ale odważnie odwrócił się, na wszelki wypadek opierając się dłońmi o toaletkę przed lustrem.

Niestety... to była Ginny. Nie sposób było się pomylić. Nosiła dziś zwykłą, codzienną szatę, i nie miała makijażu, ale zdecydowanie była to jego dziewczyna.

Harry przyglądał się, jak Ginny ze zmartwiałą twarzą rozgląda się po pokoju. Zbladła na widok rozrzuconych po podłodze kobiecych szat. A jeszcze bardziej zbladła, kiedy zobaczyła leżącą na łóżku Cho, która beztrosko chrapała, z małą, jędrną piersią wystającą spod kołdry.

- Nie... – szepnęła, zakrywając dłonią oczy. – To niemożliwe... Jak mogłeś... Ty...

Harry stał przygarbiony w samych bokserkach. Zrobiło mu się nagle strasznie zimno. Pomyślał, że chyba nigdy w życiu nie czuł się tak okropnie. Nigdy, nawet wtedy, kiedy myślał, że umarł, po tym jak dostał zabójczą klątwą od Voldemorta. W zasadzie z chęcią zamieniłby ten moment na jeszcze jeden śmiertelny pojedynek z jakimś czarnoksiężnikiem. Wszystko, tylko nie to...

Nie miał nawet nic na swoje usprawiedliwienie. Kompletnie nic. Co miał powiedzieć? Ginny, przepraszam, byłem pijany i myślałem, że to ty? Albo, jeszcze gorzej, Ginny, to wszystko dlatego, że jako facet mam swoje potrzeby? Stał więc bez ruchu, kuląc się jeszcze bardziej. Zasłużył na jakąś wyjątkowo okropną klątwę. I nie zamierzał się nawet bronić.

Jednak Ginny wcale nie zamierzała rzucać na niego klątwy. Harry zrozumiał, jak bardzo ją zranił, kiedy ramiona Ginny opadły, a ona sama przygarbiła się i zadrżały jej wargi. Ginny, która zawsze była taką silną czarownicą... nigdy nie widział jej płaczącej... a teraz w jej oczach zaszkliły się łzy.

- Myślałam, że jesteś inny – wyjąkała. – Myślałam, że będziemy razem...

Harry miał ogromną ochotę podejść do niej i wziąć ją w ramiona. Przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, żeby nie płakała... ale wiedział, że nie może. I wcale nie będzie dobrze.

Wszystko popsuł.

- Żegnaj, Harry – powiedziała Ginny, trochę bardziej opanowanym tonem. – Nie próbuj wysyłać do mnie sów. Nie przychodź do Nory. Doceń to, że nie powiem moim braciom o tym, co zrobiłeś. Nigdy w życiu by ci tego nie wybaczyli. Powiem tylko, że po prostu się rozstaliśmy. Najwidoczniej tak miało być. – i odwróciła się, a Harry'emu wydawało się, że usłyszał po chwili cichy szloch.

Najwidoczniej tak miało być...

- Harry, co się stało? – Cho przeciągnęła się rozkosznie na łóżku, odsłaniając bezwstydnie drugą pierś.

Harry opadł załamany na łóżko obok niej.

- Nie bądź taki smutny – powiedziała Cho, podnosząc się do pozycji siedzącej i osłaniając się kołdrą. – Wcale nie byłeś taki zły – zażartowała.

Harry poczuł się nagle jeszcze gorzej. Wiedział, że to nie była wina Cho, ale po prostu nie mógł się już powstrzymać.

- Wyjdź z mojego łóżka i się ubierz – powiedział chłodno. – A potem idź do domu. Proszę – dodał z naciskiem.

Cho najwyraźniej zrozumiała, że nie ma co dyskutować, chociaż wyglądała na lekko oburzoną takim traktowaniem. Harry nie patrzył, kiedy się ubierała. W końcu trzask zamykanych drzwi powiedział mu, że został sam.

Kompletnie sam...

Czy jest ktoś, z kim mógłby porozmawiać w takiej sytuacji? Poradzić się, czy istnieje jakaś szansa, choćby najmniejsza, na to, że Ginny mu wybaczy? Przecież nie może powiedzieć o tym Ronowi, jako bratu Ginny...

Jego rodzice – nie żyją, a poza tym Harry jakoś wątpił, czy zachowali się kiedyś w tak odrażający sposób, jak on. Syriusz – również nie żyje, a poza tym nigdy nie miał poważnej partnerki. Lupin i Tonks... tak, oni mogliby pomóc, również mieli na początku związku problemy, ale oni także odeszli. Hagrid – miał tylko epizod z Madame Maxime, więc raczej nie pomoże.

Harry został zupełnie sam... była tylko jedna osoba, do której mógł się zwrócić. Owszem, opieprzy go, ale w końcu na to zasłużył... a przynajmniej powie mu szczerze, co o tym sądzi. I będzie wiedziała, czy jest jakiś cień szansy, że Ginny kiedyś mu wybaczy.

Nie ma na co czekać. Musi się do niej udać.

Podjął decyzję i wstał z łóżka. Będzie walczył o Ginny, nawet jeśli nie ma szans na powodzenie. Tylko z nią wyobrażał sobie wspólną przyszłość.