Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że tak dużo osób przeczyta moje wypociny i jest mi niezwykle miło :) Każda recenzja była dla mnie niezwykle cenna! Z każdej postaram się wyciągnąć wnioski. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna.

1. Dajcie znać, co myślicie o tym rozdziale.

2. Namieszać w epilogu czy nie namieszać? Jak wolicie? ;)


Rozdział 6. Grad sów i pomocna dłoń

Mimo że Harry spontanicznie podjął decyzję, że wybierze się do jedynej osoby, która spojrzy na sprawę w sposób bezstronny, po zerknięciu na zegarek okazało się, iż na wizytę jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie. Była dopiero siódma rano. To oznaczało, że musi zostać w domu przynajmniej do dziewiątej.

Opadł zrezygnowany z powrotem na łóżko. Nie minęło parę sekund, a znowu odezwało się jego ulubione lustro w sypialni państwa Black.

- Ja na twoim miejscu bym się cieszył, pacanie. Rude są fałszywe. Czy to nie była przypadkiem Weasleyówna, z domu tych zdrajców krwi? Ta czarna miała chociaż temperament, oj miała...

Harry wypiął język w stronę lustra. Miał dość tej sypialni. Musi się ruszyć, znaleźć Stworka, ostoję normalności, i posłuchać jego narzekań na temat nadużywania alkoholu i niezgolonej brody.

Po godzinie, obsztorcowany przez Stworka zgodnie z oczekiwaniami, siedział przy stole w kuchni, ogolony i czysty, i pokornie czekał na swoją jajecznicę.

- I panicz znowu pił, co też panicz narobił najlepszego... Stworek nie zatrzymywał tej zdraj... – ugryzł się w język Stworek – to znaczy, Stworek miał na myśli, panny Weasley nie zatrzymywał, bo Stworek nie miał pojęcia, że w sypialni panicza jest jakaś inna czarownica. Skąd Stworek miałby wiedzieć? Nie minęła chwila, Stworek patrzy, panna Weasley wybiega zapłakana z sypialni... a zaraz po niej ta czarna... Stworek nie rozumie, co się dzieje... – mamrotał pod nosem skrzat. – Nawet panicz Regulus nie miał w sypialni dwóch kobiet jednocześnie, nigdy. A on, z całym szacunkiem, był o wiele przystojniejszy niż panicz Harry... I o wiele mądrzejszy, bo wiedział, że jak się umawia z jedną czarownicą, to z drugą w tym samym czasie nie powinien. Panicz powinien się uczyć od szlachetnego rodu Blacków. – zakończył dumnie, po czym postawił przed Harrym talerz z pachnącą jajecznicą.

Harry'emu aż pociekła ślinka na ten widok i postanowił zignorować wywody Stworka. Doceniał troskę skrzata i nie miał do niego pretensji o to, że nie zatrzymał przy wejściu Ginny... w końcu bywała tu dość często, i Stworek wiedział, że jest dla niego kimś ważnym, więc dlaczego miałby to robić?

Przegryzał smętnie jajecznicę, rozmyślając na temat swojej życiowej nieudolności. Co z tego, że był na tyle sławny, żeby mieć każdą czarownicę, o jakiej zamarzy? Przecież chciał tylko Ginny. Tylko co do niej był pewny, że zależy jej na nim bez względu na jego sławę czy pieniądze. Ach, dlaczego uświadomił sobie to tak późno?

Stworek usiadł razem z nim przy stole i nadal patrzył się na niego z wyrzutem swoimi wyłupiastymi oczami. Harry odwrócił wzrok. Popatrzył nonszalancko w stronę kuchennego okna. Ku jego zdziwieniu, na parapecie stały trzy sowy. Pierwszą poznawał – była to jedna z hogwarckich sów. Drugą, o szarawym upierzeniu, widział po raz pierwszy w życiu, a trzecia należała do Hermiony – wiedział, że Krzywołap był o nią dość zazdrosny.

Harry z radością przyjął ten niespodziewany zbieg okoliczności. Naprawdę miał już dość jęczenia Stworka, a dzięki sowom będzie mógł przynajmniej na chwilę zająć skrzata czymś innym.

- Ehm... Stworku... na parapecie stoją trzy sowy, mógłbyś się nimi zająć?

Stworek zeskoczył ze swojego krzesła, obrzucając go jeszcze jednym niemiłym spojrzeniem, po czym podszedł do okna i otworzył je za pomocą magii. Sowy wleciały do środka.

Stworek odwiązał im listy i poczuł się w obowiązku nalać do miseczki wody, żeby ptaki napiły się po podróży, w związku z czym chwilowo przestał prześladować Harry'ego.

- Accio listy! – powiedział Harry, celując różdżką pod stołem w trzy kawałki pergaminu. Listy natychmiast wyrwały się spod sowich nóżek i wpadły mu... no, niestety nie w rękę, ale w jajecznicę.

Harry zaklął brzydko pod nosem. Czy dziś wszystko musiało mu iść źle? Stworek znowu popatrzył się na niego z wyrzutem.

- Państwo Black nigdy nie czuli potrzeby używania takich słów przy śniadaniu... – mruknął pod nosem cicho, lecz dostatecznie wyraźnie, żeby Harry go usłyszał.

Harry tylko wzruszył ramionami i pogrzebał widelcem w jajecznicy. Całe szczęście, były ubrudzone jedynie koperty, więc po wyjęciu listów okazało się, że da się je bez problemów przeczytać. Harry zaczął od listu przyniesionego przez sowę z Hogwartu.

Drogi Harry,

Właśnie żem dostał sowę od Hermiony. Ty wiesz co ona mówi? Ona mówi, że Ginny przyszła do niej z płaczem i zaczęła wieszać na Tobie psy. Coś tam twierdzi, żeś Ty ją z jakąś Krukonką zdradził, cholibka. No to ja piszę do Ciebie, bo to przecież niemożliwe, no nie, Harry? Musiało się coś Hermionie pomylić, przecież ja żem myślał, że niedługo na Waszym weselu z Ginny potańcuję i dzieciaki Wam bawić będę. Odpisz prędko bom się trochę zmartwił.

P.S. W Hogwarcie wszystko w porządku. Nowe dzieciaki trochę psocą, ale nie umywa się do tego, co Wyście z Ronem wyprawiali, więc daję radę.

Czekam na sowę, Harry.

Hagrid

Harry'emu jajecznica stanęła w gardle. Nie rozumiał, czemu Hermiona musiała powiedzieć o wszystkim Hagridowi... chociaż, w sumie... i tak by się dowiedział. Przynajmniej nie musi mu tego mówić osobiście. Ale... będzie musiał mu odpisać. Zrobi to później.

Sięgnął więc natychmiast po list od Hermiony. Był ciekaw, czemu ta napisała o wszystkim do Hagrida... jak również trochę się martwił, jaka będzie jej reakcja. Czy zechce wysłuchać jego wersji, czy ujmie się za Ginny? Z nim zaprzyjaźniła się najpierw, to prawda... ale ta kobieca solidarność... Zaraz się o wszystkim przekona. Z drżącym sercem przeczytał list.

Harry,

Właśnie Ginny wypłakuje mi się w ramię. Coś Ty najlepszego narobił? Twierdzi, że zdradziłeś ją z Cho Chang! Ach, Harry, proszę, powiedz mi, że to nieprawda... Sprawdziłam Ginny pod względem najczęściej spotykanych zaklęć zakłócenia rzeczywistości oraz modyfikowania pamięci, a także dałam antidota na eliksiry upojenia, ale wygląda na to, że ona faktycznie... widziała Ciebie w łóżku Z CHO CHANG!

Musiałam się oczywiście jeszcze upewnić, rzecz jasna, więc napisałam do Hagrida, żeby się Ciebie zapytał, jak to było dokładnie i co masz na swoje usprawiedliwienie. Wiem dobrze, że nie potrafisz go okłamać.

Sama nie wiem, co o tym myśleć. Chwilowo pocieszam Ginny i myślę, że najlepiej będzie, jeśli z nią trochę zostanę. Wybacz Harry, ale jeśli to, o czym ona mówi, jest prawdą, to zdecydowanie bardziej potrzebuje mojego towarzystwa niż Ty.

Cholera, Harry! Jak mogłeś to zrobić Ginny? A myślałam, że to Ron jest królem kretynów... ale Ty pobiłeś go na głowę, naprawdę.

Spotkamy się wieczorem. Lepiej, żebyś do tego czasu wymyślił, jak to odkręcić!

(Nadal) Twoja przyjaciółka, choć nieco na Ciebie wkurzona,

Hermiona

Harry odetchnął z ulgą. Może nie wszystko stracone? Hermiona na pewno pomoże mu w odzyskaniu Ginny... aby tylko zdołał ją przekonać, że zaistniała sytuacja była jakąś koszmarną pomyłką wynikającą z nadmiernego spożycia wódki. No i z jego rozbudzonej potrzeby... bycia z kobietą. Nie, nie usprawiedliwiał się, ale to nie było fair, że Ginny na każdej kolejnej randce kusiła go coraz bardziej – wyzywającymi strojami, makijażem, pocałunkami – a potem musiał obejść się figą z makiem.

Z zaciekawieniem otworzył ostatni list. Stworek gdzieś zniknął, całe szczęście, więc miał zapewnioną zupełną prywatność.

Kochany Harry,

Wiem, że rozstaliśmy się przed godziną, ale piszę, żeby powiedzieć Ci, że absolutnie rozumiem, dlaczego mnie wyprosiłeś. Jesteś trochę zawstydzony, to zrozumiałe. Jednak muszę Ci powiedzieć, że nie masz ku temu żadnego powodu!

Byłeś wspaniały, Harry. Wiem, że zdarzyło się to nieco zbyt szybko... ale, z drugiej strony, zanosiło się na to już od piątej klasy Hogwartu, więc nie byliśmy sobie zupełnie obcy, prawda? Dlatego nie myśl o mnie jak o jakiejś kobiecie lekkich obyczajów, kochany. Po prostu dałam się ponieść chwili i w zupełności tego nie żałuję.

Czekam, aż zaprosisz mnie na małą powtórkę z rozrywki... nie mogę się tego doczekać, szczerze mówiąc, mój Ty ogierze.

Całuję w usta i nie tylko,

Cho

Harry jęknął głośno. Tylko tego mu brakowało do pełni szczęścia. Miał nadzieję, że Cho nie wpadnie w jakiś miłosny amok i nie będzie go ścigała. Chyba jednak zbyt delikatnie kazał jej się rano wynosić.

Napisał szybko dwa listy, zerkając co chwila na zegarek (do dziewiątej pozostało zaledwie parę minut). W pierwszym, do Hagrida, nabazgrał, że owszem, zdarzyło mu się wejść w bliższe relacje interpersonalne z Cho, ale był pijany, bardzo tego żałuje i postara się to odkręcić. Wiedział, że półolbrzym i tak będzie bardzo rozczarowany jego postępowaniem, ale po prostu nie potrafił mu skłamać... co dobrze przewidziała Hermiona.

Do Hermiony nie pisał, wiedział, że dowie się od Hagrida, czego trzeba. Zostało mu tylko jakoś spławić Cho. Dość zdecydowanie, żeby zrozumiała, że między nimi nie ma co liczyć na coś więcej, ale na tyle delikatnie, żeby nie straciła wiary w siebie i w swoją kobiecą godność. Po pięciu minutach drapania się po głowie wymyślił, jak mu się wydawało, odpowiednią wersję. Zapakował listy w koperty i poprosił Stworka o wysłanie sów, po czym narzucił na siebie płaszcz, złapał różdżkę i wypadł przed dom. Deportował się przed wejście do Ministerstwa Magii.

Cała ta procedura z budką telefoniczną i sprawdzaniem różdżek chyba nigdy nie denerwowała go bardziej, niż teraz, kiedy zależało mu na czasie. Z wielką ulgą przyjął w końcu chłodny kobiecy głos, który oznajmił:

- Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu.

Wparował do Biura Aurorów. Kiwnął głową w stronę Dawlisha, Proudfoota oraz Sammurabiego, którzy zajmowali się teraz projektem magicznych ulepszeń w Azkabanie i właśnie ślęczeli nad jakąś skomplikowanie wyglądającą makietą. Miał z nimi zajęcia podczas szkoleń, więc doskonale się znali.

- Cześć, chłopaki. Wróciła Aurelia? – zapytał, nie tracąc czasu na niepotrzebne wstępy.

Dawlish podniósł głowę znad makiety Azkabanu.

- Tak, siedzi razem z Hubertem w jego gabinecie. Muszą skończyć raport z misji.

Harry podziękował kolejnym skinieniem głowy. Stanął przed drzwiami do gabinetu Huberta Macmilliana, aurora ze specjalizacją w Legilimencji i Kamuflażu. Chyba tylko Kingsley był od niego lepszy w Legilimencji. Aurelia stała na równym poziomie, ale w końcu, była od niego dwadzieścia lat młodsza, więc miała do tego zupełne prawo.

Nasłuchiwał chwilę przed drzwiami. Już miał zapukać, ale nagle usłyszał zbliżające się do niego z drugiej strony drzwi kroki. Zastukały kobiece szpilki, usłyszał krótkie „Na razie, Hubercie", i po chwili drzwi otworzyły się i stanął twarzą w twarz z Aurelią. Z jego partnerką. Najważniejszą dla niego osobą, oprócz Ginny, Rona i Hermiony.

Pociągła, blada twarz Aurelii rozświetliła się zdziwieniem. Jej czarne, lekko kręcone włosy opadały delikatnie na szczupłe ramiona, a ciemnozielone oczy błysnęły wesoło. Miała wąskie usta i lekko zakrzywiony nos, ale pasowało to do niej. Nie była piękna, o nie. Jego partnerka, Aurelia Jakubowska, nie była typową pięknością, ale miała w sobie coś, co sprawiało, że nie można było oderwać od niej wzroku. Może to ta wypisana na twarzy powaga, zupełnie nie pasująca do jej dziewiętnastu lat? A może to, że jeśli chciała, jej twarz była równie nieprzenikniona, jak twarz mugolskiego pokerzysty? A może to te hipnotyzujące, ciemnozielone oczy? Harry machinalnie przypomniał sobie, kiedy zobaczył po raz pierwszy te oczy wpatrujące się w niego z tak bliska...


- Dziś – zagrzmiał Kingsley – zostaniecie przydzieleni do swoich partnerów. Ministerstwo Magii uznało, że działanie w parach zwiększy skuteczność aurorów, pozwoli na ich większe bezpieczeństwo, koordynację akcji i wzajemne uzupełnianie się w magicznych umiejętnościach. Nie ukrywam, że pomysł ten jest wzorowany na mugolskiej policji, gdzie do każdej sprawy jest przydzielany pałecjant prowadzący i pałecjant mu podporządkowany.

- Policjant – mruknął Ron, stojący obok Harry'ego w sali szkoleniowej aurorów w Ministerstwie Magii. – Nawet mój ojciec nauczył się już tego słowa... Cholera, nie mogą po prostu dać nam się samym przydzielić? Byłbym z tobą w parze... przecież tak było od zawsze...

Kingsley, jakby usłyszał pomruk Rona, odwrócił się nagle w ich kierunku.

- Chcę wam powiedzieć, drodzy rekruci – ciągnął dalej – że u nas tak nie będzie. Wasz partner będzie zajmował zupełnie równorzędne stanowisko. Będzie towarzyszył wam w większości waszych ćwiczeń i szkoleń, a później, kiedy zdacie egzamin, w trakcie niemal KAŻDEJ waszej misji. Wasz partner musi wiedzieć o wasz WSZYSTKO. Musi znać KAŻDĄ WASZĄ SŁABĄ I MOCNĄ STRONĘ. Musicie z nim działać niemalże automatycznie, to ma być prawie jak telepatyczna więź. We dwójkę będziecie stanowić większe zagrożenie dla czarnoksiężników, niż każdy z was osobna. Będziecie w stanie zginąć za swojego partnera. MUSICIE prędzej zginąć, niż go zdradzić. Przy czym, bardzo ważne... będą uzupełniać się jedynie wasze umysły i magiczne zdolności, nie wasze ciała i nie wasze serca. Nie gwarantuję nawet, że będziecie się lubić, ale tak czy siak... będziecie ze sobą nieodwracalnie związani. Oczywiście nadal możecie zakładać rodziny, mimo posiadania partnera aurora.

Harry zainteresowany patrzył się na Kingsleya. Był bardzo ciekaw, w jaki sposób odbędzie się dobieranie partnerów.

- Jedno nie będzie mogło istnieć bez drugiego. Będziecie stanowić dwie przeciwstawne, aczkolwiek uzupełniające się siły. Yin i Yang. Część Yin znajduje się w Yang, a część Yang w Yin... Razem te siły będą stanowić barierę, jakiej nie przeniknie żaden naśladowca Voldemorta. Na Merlina, nawet sam Voldemort miałby trudności, on nigdy nie odnalazł swojej Yang. Rudolfie, wnieś Winale.

Przez salę przebiegł pomruk zdenerwowanych rekrutów. Co to jest Winale?

- Obserwowaliśmy was przez pół roku – ciągnął nadal Kingsley. – Nasze myśli, odczucia i spostrzeżenia przelewaliśmy do Winale, które jest niczym innym, jak chińskim naczynkiem, które zapamiętuje wspomnienia, niczym myślodsiewnia. Jednak, w przeciwieństwie do myślodsiewni, Winale potrafi je zanalizować, a nie tylko biernie odtworzyć. Winale zna was lepiej, niż ktokolwiek inny; lepiej, niż wy sami. Wy również, nawet, jeśli nie jesteście tego świadomi, skopiowaliście swoje myśli, przeczucia, talenty i predyspozycje do Winale. Odbywało się to podczas snu, gdy byliście zbyt zmęczeni całodziennymi zajęciami, żeby odczuć, że coś wysysa z was kawałek waszej świadomości.

Harry zdumiony uniósł brwi. Nigdy nie słyszał o Winale. To niepozorne naczynko musiało posiadać ogromną moc magiczną...

- Dziś Winale jest gotowe ogłosić, kto będzie waszym partnerem. Dziś Winale stwierdzi, którzy z was stanowią doskonałe Yin i Yang. – zagrzmiał Kingsley, doskonale świadom, że oczy wszystkich pięćdziesięciu rekrutów są zwrócone w jego kierunku. – Astoria Manale! – zawył nagle, celując różdżką w małe naczynko.

Ron, stojący obok Harry'ego, lekko pisnął, kiedy z jego piersi wystrzeliło nagle czarne światło. Rozejrzał się zdezorientowany po sali. Harry zauważył, że podobne, aczkolwiek białe, światło, dobiega z grupki osób, które stoją po przeciwległej stronie sali.

- Kto zauważył światło? – zapytał Kingsley. – Wyjdźcie na środek sali!

Ron niepewnie wystąpił z szeregu. Z naprzeciwka zbliżyła się do niego dziewczyna o włosach koloru słomiany blond i o piegowatej twarzy. Uśmiechnęła się do Rona nieśmiało.

- Ronaldzie Weasley – powiedział uroczyście Kingsley – Jackie Hernandez, od dziś będziecie partnerami. Pomagajcie sobie wzajemnie i szlifujcie swoje talenty. Jesteście od dziś Yin i Yang – zakończył, a czarne światło bijące z piersi Rona połączyło się z białym strumieniem od blondwłosej dziewczyny.

Ron zdziwiony zamrugał. Odwrócił się zdenerwowany w stronę Harry'ego. Harry uniósł kciuk, sygnalizując, że wszystko jest w porządku.

- Idźcie na kawę – powiedział do nich Kingsley. Ron i Jackie spojrzeli na niego z niedowierzaniem, jakby postradał zmysły. – Nie, mówię serio, to rozkaz. Szeregowy Weasley, szeregowa Hernandez, idźcie na kawę i porozmawiajcie. Musicie się naprawdę dobrze poznać...

Ron wyszczerzył zęby do Jackie. Wyszli razem z sali. Harry poczuł skurcz serca. Wiedział, że to mało prawdopodobne, że zostanie przydzielony razem z Ronem... ale mimo wszystko oznaczało to, że od tej pory na szkoleniach będą spędzali ze sobą o wiele mniej czasu.

Ceremonia przebiegała następnie w bliźniaczy sposób. Kingsley wypowiadał zaklęcie, pojawiał się czarny i biały strumień światła, po czym po słowach „Jesteście od dziś Yin i Yang" rekruci po prostu wychodzili na kawę. Harry przyglądał się, jak Romilda Vane zostaje przydzielona do Gregory'ego Buicka, a Colin Ferry do jakiejś dziewczyny o pochodzeniu prawdopodobnie arabskim. Zauważył, że większość par składała się z mężczyzny i kobiety. Doszedł do wniosku, że być może Yin i Yang oznaczają również dwie przeciwstawne płcie i postanowił zapytać o to wszechwiedzącą Hermionę przy najbliższym spotkaniu.

W końcu doczekał się. Także z jego piersi wystrzeliło czarne światło. Podszedł na środek sali, bez czekania na ponaglenie ze strony Kingsleya. Był niezmiernie ciekaw, kto zostanie jego partnerem...

Czarnowłosa dziewczyna zbliżyła się do niego. Miała ciemnozielone oczy, o ton lub dwa ciemniejsze od Harry'ego, i bladą, podłużną twarz. Harry kojarzył ją ze szkoleń, była niezwykle inteligentna... i bardzo utalentowana w oklumencji, ale słaba w zaklęciach z obrony przed czarną magią, w przeciwieństwie do niego. Cóż, wygląda na to, że Winale wiedziało jednak, co robi. Z pewnością będą doskonale się uzupełniać.

- Harry Potterze – rzekł uroczyście Kingsley – Aurelio Jakubowska, jesteście od dziś Yin i Yang.

Czarne i białe światło połączyło się, a Harry uśmiechnął się szczerze, zerkając w te ciemnozielone oczy.


- Harry... Harry! – ktoś do niego krzyczał. Harry z trudem wyzwolił się ze wspomnień i spojrzał ponownie w ciemnozielone oczy Aurelii. – Co ty tutaj robisz? Przecież masz wolne. To tylko ja, jako najlepsza z legilimencji, musiałam zapieprzać na Syberię, żeby zająć się jakimiś popaprańcami. Wy sobie mogliście odpoczywać w Tanzanii – prychnęła.

- Tak... uwierz mi, to z pewnością był odpoczynek – żachnął się Harry. – Sama wiesz, jak jest na szkoleniach. Udało się załatwić tych czarnoksiężników?

- Udało się – westchnęła Aurelia. – Pożałują, że kiedykolwiek zechcieli zajmować się mugolskimi dziećmi... w taki sposób – dodała na pozór spokojnie, chociaż Harry znał ją już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że w środku gotowała się ze wściekłości.

- A jak... jak z tą drugą sprawą? – zapytał nieśmiało Harry. Wiedział, że Aurelia zamierzała wykorzystać przerwę w szkoleniach nie tylko na zajmowanie się „popaprańcami" na Syberii. Chciała również odwiedzić matkę w Polsce i dowiedzieć się jak najwięcej na temat swojego ojca, którego nie znała. Jej matka była mugolką i kiedyś, w młodości, popełniła błąd, spędzając noc razem z przypadkowym młodzieńcem, który pojawił się na Balu Sylwestrowym na Łysej Górze, gdzie mieszkała Pola Jakubowska. Do tej pory Pola nie chciała nic powiedzieć na temat tego mężczyzny. Zawsze zmieniała temat, ilekroć Aurelia chciała się czegoś dowiedzieć. Jego partnerka podejrzewała, że jej ojciec był czarodziejem i Brytyjczykiem, ale nie miała stuprocentowej pewności. Po rozmowie z Harrym postanowiła łyknąć Felix Felicis, zainspirowana faktem, że Harry kiedyś w taki sposób wyciągnął od starego nauczyciela potrzebne mu wówczas wspomnienie.

- Dowiedziałam się, kim był mój ojciec – powiedziała krótko z kamienną twarzą Aurelia.

Harry spojrzał w jej ciemnozielone oczy, próbując coś z nich wyczytać... jednak nie na darmo Aurelia była mistrzynią oklumencji.

- Nie próbuj tego, Harry – dodała z rozbawieniem. – Powiem ci, ale nie tutaj. Skoczmy na kawę. Czuję, że ty też masz mi coś do powiedzenia.

- Tak, mam... Aurelio, spieprzyłem sprawę. Zdradziłem Ginny...

Aurelia zwróciła na niego swoje ciemnozielone oczy.

- Widzę, że twoja sprawa jest ważniejsza niż moja – powiedziała ze stoickim spokojem. – Do pubu pod Zieloną Gęsią?

- Do pubu pod Zieloną Gęsią. – zgodził się Harry. Wiedział, że rozmowa z Aurelią mu pomoże. Ufał jej bardziej niż samemu sobie.