Dziękuję za recenzje Rubilaxowi96, T.E.D.S. oraz Dagulcowi - jesteście wspaniali! Dziś trochę krócej niż zazwyczaj, brak wolnego czasu na pisanie.

Uwagi, wskazówki i komentarze jak zawsze bardzo mile widziane.

W tym rozdziale pojawia się trochę przekleństw, ale nie jest to w moim mniemaniu powód, żeby zmienić rating. Miłego czytania!


7. To tylko zemsta i papierosy

Harry i Aurelia aportowali się do swojego ulubionego mugolskiego zakątka w Londynie – pubu pod Zieloną Gęsią. To tam, w dniu, w którym Kingsley ogłosił, że będą partnerami, spędzili większość wieczoru razem z pozostałymi rekrutami, zajmując praktycznie cały pub i zalewając się w trupa. Można więc stwierdzić, że Harry miał z tym miejscem miłe wspomnienia – polubił miękkie, stare kanapy, przytłumione światło i oddzielne boksy, które zapewniały dość prywatności, żeby w spokoju rozprawiać o czarodziejskich sprawach, nie wywołując nadmiernego zainteresowania mugoli. No i lubił wpadać tam czasem z Aurelią i rozmawiać o różnych sprawach, dotyczących nie tylko pracy.

Aurelia przywitała się z barmanem jak ze starym kumplem i skierowała się w stronę ich ulubionego miejsca, gdzie stała jedna, rozłożysta kanapa oraz wygodny fotel, oprószone ciepłym światłem stojącej lampy. Mimo że był biały dzień, w pubie, jak zawsze, panował półmrok. Ceglaste ściany skrzyły się czerwienią, a Harry ze wzruszeniem opadł na swój ulubiony fotel.

Aurelia zajęła swoje zwykłe miejsce na kanapie i ku zdziwieniu Harry'ego wyjęła z kieszeni papierosy. Znał ją już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie jest dobry znak. Ostatnio zapaliła, kiedy wybrali się na imprezę z pozostałymi rekrutami i spili się tak niemiłosiernie, że zaczęli śpiewać w mugolskim karaoke. To było chyba... z pół roku temu? Skoro teraz paliła, coś musiało być na rzeczy...

- Palisz? – mruknęła Aurelia, zaciągając się dymem i podając mu paczkę z papierosami.

- Wiesz, że nie lubię tego mugolskiego świństwa – rzekł Harry. Po chwili jednak wyciągnął rękę po paczkę. Rozstał się z Ginny, jeden papieros raczej mu nie zaszkodzi. – Albo daj. Ale nie umiem tego palić.

- To nietrudne – powiedziała Aurelia, po czym rozejrzała się wokoło i zobaczyła, że w pubie jest dość pusto, więc wyciągnęła różdżkę i podała mu już zapalonego papierosa. – Musisz po prostu wdychać dym. Albo i nie musisz – dodała, kiedy Harry po jej instrukcji zaniósł się nieopanowanym atakiem kaszlu. – Dobra, do rzeczy, Potter. Co znowu spierdoliłeś?

Harry, ciągle kaszląc, wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Już zdążył zapomnieć przez ten miesiąc w Tanzanii, jak niewyparzony język miała Aurelia.

Tymczasem zjawił się barman, niejaki Hubert. Z szerokim uśmiechem zapytał, co sobie życzą.

- Dwa piwa poprosimy – dmuchnęła dymem Aurelia.

- Eee... – zawahał się Harry. – Ostatnio za dużo piję. A poza tym, czy nie jest trochę za wcześnie?

- Dwa piwa, dziękujemy – powtórzyła Aurelia, uśmiechając się promiennie do barmana. Któż mógłby odmówić spojrzeniu jej zielonych oczu?

Harry spojrzał na nią z ukosa.

- No co? Na trzeźwo nie dam rady słuchać o tobie nago – żachnęła się Aurelia.

Barman zjawił się niespodziewanie szybko, jak na mugola. Harry pociągnął łyk piwa i zastanowił się, od czego zacząć. O tym, że on i Ginny byli raczej niezwykłą parą, biorąc pod uwagę ich brak relacji intymno-łóżkowych, Aurelia już wiedziała. O jego rosnącej frustracji z tego powodu również. Nie powiedział jej tego, ale była wystarczająco inteligentna, żeby się domyślić. Pozostawało więc tylko wtajemniczyć ją w sprawę z Cho i wizytę Ginny rano na Grimmauld Place.

Po wypiciu swojego piwa i wypaleniu jeszcze dwóch fajek jakoś przez to przebrnął, niemiłosiernie czerwieniąc się i słuchając uwag Aurelii w stylu „Ty baranie" albo „Gdyby przyznawali nagrody za głupotę, zająłbyś pierwsze miejsce".

- Powiem tak – powiedziała Aurelia, odgarniając z ramienia długie włosy i zamawiając następne piwo. – Zjebałeś. Ale to pewnie wiesz. Czego nie wiesz, to fakt, że Ginny, nawet jeśli nadal cię kocha, kompletnie straciła do ciebie zaufanie. I niełatwo będzie je odzyskać. Teraz jest zraniona, wściekła i biorąc pod uwagę to, że pochodzi z rodziny Weasleyów, pewnie planuje jakąś okrutną zemstę. Co więc musimy zrobić? – zadała pytanie Aurelia, a Harry poczuł wdzięczność, że zadała pytanie w formie wskazującej na to, że nie zostawi go samego z tym problemem. – Musimy dowiedzieć się, co planuje Ginny. Znając życie, będzie próbowała się odegrać. Jakie ruda ma plany na najbliższy tydzień?

- Wybiera się na bal charytatywny, jako reprezentantka Harpii. Mieliśmy tam pójść razem... to bal mający na celu zgromadzenie funduszy na budowę sieci przedszkoli magiczno-mugolskich przez Hermionę. Sama wiesz, że Ministerstwo jest za tym pomysłem, ale knutem nie sypnie – ciągle mamy deficyt po wojnie.

- Okej, więc zrobimy tak... ale poczekaj chwilę, jeszcze jedno pytanie. Szczerze. Kochasz Ginny?

- Aurelio, nie wygłupiaj się. Przecież wiesz, że tak. Nie umiem jej tylko tego okazać...

- I chcesz się jej oświadczyć?

Harry zastanowił się. Tego trochę się bał, to prawda... ale w końcu, który mężczyzna jest na to do końca gotowy? Tylko z Ginny chciał spędzić swoje życie, tego był pewien. No a chyba to oznaczało, że...

- Tak – westchnął ciężko. Oby tylko Ginny teraz go znowu zechciała...

- Dobra, no to zrobimy tak... – zaczęła Aurelia, pochylając się nad swoim kuflem z piwem i z namysłem wpatrując się w niego ciemnozielonymi oczami.

Po upływie pół godziny i po kolejnym piwie plan był już ustalony. Harry musiał przyznać, że dobrze zrobił, zwracając się z problemem do Aurelii. Jednak kobieta lepiej potrafi się wczuć w psychikę innej zdradzonej kobiety... Dzięki temu planowi, będzie miał przynajmniej jakieś szanse powodzenia. Nieduże, ale zawsze. Wszystko opierało się na kluczowym założeniu, że Ginny, mimo że zraniona i wściekła, nadal go kocha. Jeśli to założenie było nieprawdziwe... Harry wolał nawet nie myśleć, co by było, bo na samą wizję przyszłości bez Ginny doznał nagłego skurczu serca.

- Aurelio, jesteś wielka! – wykrzyknął Harry, całując siarczyście partnerkę w oba policzki. – Ale teraz powiedz mi, czego dowiedziałaś się o ojcu. Felix Felicis zadziałało?

- Zadziałało, i to nieźle – uśmiechnęła się Aurelia. – Po pierwsze, poszłam do matki i wytłumaczyłam jej, że o wiele lepiej będzie, jeśli pozwoli mi zabrać całe wspomnienie – no, może za wyjątkiem samej sceny „łóżkowej" – niż opowieść o tym sylwestrze. Wtedy dokładnie będę wiedzieć, jak wyglądał ten mężczyzna. I wiesz, co się okazało? Że na tym balu w Łysej Górze było mnóstwo czarodziejów... Jakiś zlot, czy co, sama nie wiem... mama oczywiście nie miała o tym pojęcia, ale ja rozglądając się po sali od razu to zauważyłam. Mama została zatrudniona jedynie do sprzątania i donoszenia posiłków. Wiesz, to był okres komuny w Polsce, jedzenie było limitowane, na kartki, jak ci już opowiadałam, więc mama pomyślała, że zawsze dostanie trochę resztek po imprezie, i z chęcią podjęła się dodatkowej roboty. Z tego, co widziałam, wyglądało to tak, jakby jeden z mężczyzn próbował ją oczarować, bo poczuł się zainteresowany jej wyglądem, trochę wypił... Moja mama była piękna, nie to, co ja – zaśmiała się Aurelia, a Harry w duchu się z tym nie zgodził. To fakt, Aurelia nie była klasyczną pięknością, ale miała w sobie coś przyciągającego wzrok. Te piękne włosy i hipnotyzujące spojrzenie... – Dowiedziałam się więc, jak wyglądał, i jak do niego mówili towarzysze. I nie uwierzysz Harry... trochę boję ci się o tym mówić... sama jestem zdziwiona, kto to był... – zaplątała się Aurelia. Przerwał jej pisk dobiegający z jej płaszcza. Harry zerknął do swojej kieszeni i wyjął zegarek, którego używali do komunikowania się z aurorami z Ministerstwa. Jego też piszczał, a tarcza świeciła się na czerwono, pokazując komunikat: CZERWONY ALARM. APORTUJ SIĘ DO MINISTERSTWA.

- Kurwa, nie teraz – jęknął Harry. Byli już po dwóch piwach, a muszą stawić się w Ministerstwie. Aurorzy potrzebowali pomocy rekrutów – najwidoczniej działo się coś niedobrego. W Ministerstwie chyba za bardzo wzięli sobie do serca hasło przewodnie Moody'ego „STAŁA CZUJNOŚĆ!", i często nękali ich nawet w wolnym czasie alarmami, z których część była tylko treningami, mającymi na celu sprawdzić, jak szybko wszyscy kandydaci na aurorów zjawią się w Ministerstwie w przypadku zagrożenia. Czerwony alarm oznaczał jednak poważniejszą sprawę. Harry i Aurelia dopiero raz w nim uczestniczyli. Skończyło się to regularną walką z pozostałymi na wolności śmierciożercami, najwierniejszymi poplecznikami Voldemorta, którzy nie chcieli odpuścić – woleli umrzeć, zamiast się poddać. Wielu rekrutów odniosło w walce poważne obrażenia. Dwoje zrezygnowało, kiedy zobaczyło, z czym czasem przychodzi się zmierzyć w tej pracy. Teraz sprawa musiała być równie poważna.

Aurelia wyjęła z płaszcza dwie pastylki.

- Masz, łyknij. To na natychmiastowe wytrzeźwienie – oznajmiła rzeczowo, po czym nie czekając na odpowiedź Harry'ego, wyszła z pubu, pociągając go za sobą. Nie mieli czasu do stracenia. Historia o jej ojcu będzie musiała poczekać.

Barman ze zdziwieniem odprowadził wzrokiem dwójkę stałych bywalców w dziwnych płaszczach, do których wizyt zdążył się już przyzwyczaić. Byli dość podobni do siebie - zastanawiał się, czy nie są przypadkiem rodzeństwem. Teraz czarnowłosa dziewczyna ciągnęła za sobą chłopaka w okularach, który przełykał jakąś pastylkę. No proszę, co to się wyprawia... oby to jakieś narkotyki nie były...

- Pięćdziesiąt funtów starczy? – przypomniał sobie okularnik, wracając się i rzucając mu na stół plik banknotów. To było o wiele za dużo, jak na 4 piwa, ale zanim barman zdążył wydać im resztę, zniknęli za drzwiami baru. Wyszedł i rozejrzał się po ulicy. Nie było ich. Jakby rozpłynęli się w powietrzu. Co za dziwni ludzie, ta dziewczyna i ten chłopak...

Kręcąc głową, barman z pubu pod Zieloną Gęsią wrócił za swoją ladę.


Ginny

Ginevra wyszła w końcu od Hermiony, wytarła ostatnie łzy i usiłując zachować twarde spojrzenie, wybrała się do Nory. Epoka rozpaczania już minęła. Nigdy już nie pozwoli sobie na to, żeby płakać po Harrym. Nigdy.

- Skurwysyn – wysyczała przez zaciśnięte zęby, aportując się pod drzwiami mieszkania Hermiony. Wracała do Nory, gdzie będzie musiała udawać przed wszystkimi, jakby nic się nie stało. Po prostu wspaniale. Serce wyło jej z bólu i czuła się tak upokorzona, jak jeszcze nigdy w życiu, a musi pójść i odgrywać przed rodzicami grzeczną dziewczynkę, bo przecież „Harry to prawie członek rodziny, córeczko". No tak, ciekawie jak to teraz będzie wyglądało. Harry wpada do Nory... i co? Nie patrzeć na niego? Udawać, że nic się nie stało? A może ten zdrajca sam wpadnie na to, że najprzyzwoiciej z jego strony będzie, jeśli zerwie kontakty z całą rodziną i pożałuje, że kiedykolwiek zadarł z Weasleyami?

Ginny czuła przemożną potrzebę, żeby wydusić z siebie, patrząc prosto w ciepłe oczy matki, co zrobił ten jej bohater, Harry Potter. Okazało się, że w niczym nie był lepszy od pierwszego lepszego chłopca z ulicy. Ba, nie był w niczym lepszy od Toma Riddle'a, który opanował jej duszę i ciało, kiedy miała jedenaście lat... tak samo jak on, podstępem zdobył jej zaufanie, żeby potem wykorzystać je do własnych celów, a następnie podeptać. Zniszczyć. Zostawić w duszy nieodwracalną pustkę...

- Tak, mamo. Byłam u Hermiony. Dobrze, mamo. – odpowiadała monosylabami Ginny, patrząc w zatroskane oczy matki. Nie miała siły przyznawać się dziś, że nastąpiło rozstanie. Nie chciała ujrzeć rozczarowania w jej brązowych oczach. W końcu ona, tak jak chyba każdy w tej rodzinie, liczyła na to, że kiedyś pobiorą się z Harrym, Chłopcem-Który-Zdradził, i że stanie się on naprawdę członkiem tej rodziny. No cóż, mamusiu. Nic z tego.

W końcu wykręciła się jakoś od towarzystwa rodziców i pognała na górę schodami do swojego pokoju.

Spojrzała w lustro. Zobaczyła podpuchnięte od płaczu oczy – nic dziwnego, że mama się o nią martwiła – rozwiane włosy, i smutne, lecz twarde spojrzenie. Do cholery, nie na darmo nazywam się Ginevra WEASLEY, pomyślała ruda. Jeszcze pożałuje... pożałuje, że kiedykolwiek obejrzał się za jakąś chudą Azjatką.

Na rodzinę nie mogła liczyć, w końcu bycie Gryfonką zobowiązuje. Nie może pozbawiać Rona najlepszego przyjaciela, nawet jeśli ten przyjaciel okazał się ostatnim skurwysynem. Zrobi to sama. Najlepiej, jak potrafi.

Tak, powiedziała do siebie Ginny, uśmiechając się i bawiąc włosami. Włoży najlepszą sukienkę i seksowne szpilki. Zrobi staranny makijaż, podkreślający jej piękne oczy i bladą cerę. Ten zdrajca zobaczy, co stracił. Zobaczy na balu charytatywnym.

Kogo najbardziej nienawidzi Harry?, zastanowiła się Ginny, bawiąc się kosmykiem rudych włosów i wyginając ponętnie pełne wargi. Zobaczenie jej z kim sprawiłoby mu największy ból? Taki ból, jakiego ona doznała, widząc tę... szmatę... w jego łóżku?

No tak, oczywiście poderwanie go spowoduje pewne problemy, ale w końcu tu chodzi o zemstę. Konflikty między ich rodzinami nie mogą być przeszkodą. Ginny była świadoma swojej urody. Wiedziała, jak ją wykorzystywać. Jeśli zechce, każdy mężczyzna będzie należał do niej.

Nawet Draco Malfoy.