Dziękuję za komentarze, wywołują uśmiech na mojej twarzy, aż chce się dalej pisać, tworzyć, w miarę możliwości zaskakiwać!

Do anonimowy: mój Harry nie jest idealny, jak widać, ma swoje wady i zalety. Uważam osobiście, że Rowling za bardzo wyidealizowała tę postać, dlatego ja go namiętnie ściągam z piedestału :D Cieszę się, że podoba się postać Aurelii - w tym rozdziale będzie jej więcej. Nie zamierzałam używać żadnych aluzji literackich, chyba nie jestem wystarczająco wyrafinowaną autorką fanfiction... ale może z czasem się rozwinę. Na razie i tak jestem dumna, że ciągnę to opowiadanie, chyba w życiu nie napisałam czegoś tak długiego ;)

Do Rubilax: czy plan Ginny wypali? Hm, tego nie mogę powiedzieć... ale będzie się sporo działo na balu, o tym mogę Cię zapewnić. Niestety to jeszcze nie ten rozdział ;)

Do Bellatrix: Najlepsza rzecz, jaką może usłyszeć początkująca autorka! Serdecznie dziękuję! Nie zaczerwieniłam się tak od czasu, kiedy Madame Pomfrey powiedziała, że podobają jej się moje nowe nauszniki :D

Zachciało mi się napisać rozdział nieco mniej odpowiadający tytułowi opowiadania - tutaj żadnych miłosnych rozterek nie będzie ;) A co będzie? Dowiecie się, jeśli przeczytacie. Nie jestem jednak z niego zadowolona do końca... więc wytykać błędy, czepiać się i nie szczędzić słów krytyki ;)


Rozdział 8. Córka mistrza

Harry poczuł znajome wirowanie, kiedy razem z Aurelią obracał się w powietrzu, skupiając się na celu podróży: wejściu do Ministerstwa Magii. Wszystkie myśli o Ginny wyparowały mu z głowy, jak zawsze, kiedy trzeba było skupić się na pracy aurora. W tej pracy, bardziej niż w jakiejkolwiek innej, liczyła się przytomność umysłu, skupienie i ostrożność; dopiero w trakcie aurorskiego treningu Harry nauczył się panować nad swoimi emocjami, tutaj to było konieczne. Noszenie serca na dłoni jeszcze nigdy nie pomogło w schwytaniu żadnego czarnoksiężnika. Zatrzymali się przed budką telefoniczną i Aurelia bez żadnego słowa wykręciła numer. Jej oczy również były poważne, skupione; ręką dotykała różdżki w kieszeni.

Znaleźli się w holu wejściowym... i od razu poczuli, że coś jest nie tak. Nie potrzebowali słów, porozumieli się spojrzeniem i bez namysłu wyciągnęli różdżki. Był poniedziałek, a Ministerstwo wyglądało zupełnie inaczej, niż jeszcze parę godzin temu. W przestronnym holu panowała złowieszcza cisza, nie było zupełnie nikogo, nawet urzędnika sprawdzającego różdżki. Harry słyszał jedynie stukanie obcasów Aurelii. Wiecznie jej mówił, że nie powinna nosić szpilek do pracy, ale Aurelia była chyba jeszcze bardziej uparta niż on i zapierała się, że podkreślają one jej kobiecość. W tej chwili jednak, wśród panującej na korytarzach pustki, stukot obcasów brzmiał niezwykle złowieszczo.

W końcu znaleźli się przed wejściem do Biura Aurorów i wymienili spojrzenia. Harry lekko uniósł brew i wysunął się naprzód. Jak zawsze w trakcie treningów, on zawsze przyjmował pozycję atakującą; jako lepszy z zaklęć ofensywnych niż Aurelia. Aurelia, bardzo uzdolniona w zaklęciach tarczy, chroniła jego tyły. Miała też jedną, szczególną umiejętność – nikt lepiej od niej nie potrafił posługiwać się nożem. Harry odetchnął głęboko i spojrzał, że jego partnerka właśnie położyła drugą dłoń na udzie, tam, gdzie miała przewieszoną przepaskę z bronią.

Wstrzymując oddech, wkroczył do środka... i natychmiast musiał zrobić unik, pociągając Aurelię za sobą.

- Drętwota! – wykrzyknął do napastnika, który okazał się być siwowłosym czarodziejem do czterdziestce. Miał zimne, czerwone oczy i nosił coś, co wyglądało na mugolski fartuch laboratoryjny.

Mężczyzna z łatwością uniknął zaklęcia i Harry z przerażeniem zauważył, że napastnik nie był sam. Oprócz niego w pomieszczeniu znajdowało się przynajmniej trzech mężczyzn, z których dwójka była uzbrojona w różdżkę. Harry i Aurelia, bez żadnego słowa, uskoczyli za kolumnę.

Znam ich, napłynął do niego w umyśle głos Aurelii. Jeśli tylko obydwoje otworzyli się na połączenie, mogli bez problemu komunikować się za pomocą myśli – bardzo przydatna umiejętność, która cechowała wszystkie pary Yin i Yang. To rosyjscy czarnoksiężnicy... to oni wykonywali te eksperymenty na mugolskich dzieciach...

Musimy połączyć magię, odpowiedział jej w myślach Harry. To nasza jedyna szansa. Mają przewagę.

- Nie chowajcie się, kotki! – wrzasnął siwowłosy mężczyzna. Faktycznie, w jego głosie wyraźnie słychać było rosyjski akcent. – Myśleliście, że wyślecie jakąś dwójkę legilimentów i natychmiast zaprzestaniemy naszej pracy? Myśleliście, że nie mamy żadnego wsparcia, głupcy? Że nikt nas nie odnajdzie i nie przełamie zaklęcia niepamięci? To szeroko zakrojona operacja, dzięki niej będziemy bogaci, cały świat się zmieni, a to wszystko dzięki NAM! Myśleliście, że powstrzymacie nas głupim Obliviate?

Pozostali mężczyźni roześmieli się zimno. Harry westchnął cicho. Ci mężczyźni są szaleni...

Musimy odwrócić ich uwagę... napłynął ku niemu głos Aurelii. Harry wiedział, co dziewczyna zamierza zrobić i nie zamierzał jej powstrzymywać.

- Jakim cudem w Ministerstwie nikogo nie ma? – zapytała głośno Aurelia, nie wychylając się zza kolumny.

- Dywersja, ty głupia dziewczyno... słyszeliście tutaj w ogóle o czymś takim? – syknął siwowłosy. – W tej chwili większość Ministerstwa jest w Hogwarcie na konferencji... a przynajmniej myślą, że ta konferencja się odbędzie. – roześmiał się głośno czarodziej. - Dwudziestu aurorów zostało wezwanych, żeby ochraniać wysokich rangą urzędników.

- Co się stało z Kingsleyem? – podjął grę Harry. Muszą dowiedzieć się jak najwięcej, żeby później nikomu nie stała się przypadkiem krzywda...

- Kingsley, Kingsley – westchnął ciężko mężczyzna. – Pan Kingsley chyba nie czuje się najlepiej w tej chwili... dostał kilkoma naprawdę okropnymi klątwami... teraz odpoczywa w swoim gabinecie. – powiedział z udawanym ubolewaniem.

Źrenice Harry'ego rozszerzyły się gwałtownie. Teraz zostali skazani jedynie na siebie... ale gdzie są pozostali kandydaci? Czy to możliwe, żeby Kingsley zdołał wezwać tylko ich dwoje?

Oczywiście, że możliwe, żachnęła się w jego myślach Aurelia. Nie ukrywajmy, jesteśmy najlepsi wśród rekrutów, to oczywiste, że nas wezwał w pierwszej kolejności. Być może pozostałych już nie zdążył...

Harry postanowił dowiedzieć się jeszcze więcej – mężczyźni najwidoczniej nie palili się do ataku, byli przekonani o swojej przewadze i nie spieszyło im się, inaczej kolumna, za którą się ukrywali, już dawno zostałaby rozniesiona w pył.

Aurelia, wyczuwając decyzję Harry'ego, przejęła pałeczkę.

- Wydaje mi się, że do nie do końca rozumiem, proszę pana – powiedziała na pozór grzecznie. – W jaki sposób wasze eksperymenty na mugolskich dzieciach miały się przyczynić do zmiany wizji świata?

- Aurelio, ty głupia dziewczyno... – westchnął ciężko mężczyzna, a Harry poczuł, jak stojąca obok niego dziewczyna drga gwałtownie. Skąd on, do cholery, zna moje imię? – Z takim ojcem jakiego miałaś, nie spodziewałem się po tobie takiej ignorancji. – Aurelia zesztywniała jeszcze bardziej. – Tak, znałem twojego tatuśka... przyjaźniliśmy się w starych, dobrych czasach... nie spodziewałem się, że okaże się on takim skurwysynem. – na pozór miły i rubaszny głos siwowłosego czarodzieja zaczął nagle ociekać lodem. – Gdyby nie to, że już jest martwy, z przyjemnością bym go wykończył. No cóż, nie wszystko stracone, mogę przynajmniej załatwić jego bękarta. Gdybym wiedział, że to ty... nie żyłabyś już wtedy, na Syberii.

O czym on mówi, Aurelio?, zapytał z naciskiem Harry, ale ledwo zadał w umyśle Aurelii to pytanie, poczuł, jak stawia ona zaporę, blokującą przed nim tę konkretną informację. Później, wysyczała z naciskiem... i, czyżby to możliwe, ze strachem? Skup się na walce, Harry...

- Nie sądzę - prychnęła Aurelia. - Nasze przybycie bardzo was wtedy zaskoczyło. Nie mieliście szans.

- Wtedy nie... ale każdy błąd jest do naprawienia. No tak, ale miałem ci opowiedzieć o naszym genialnym pomyśle... – zamruczał z namysłem mężczyzna. – Pozwólcie, że przedstawię wam profesora Iwanowicza, który jest szanowanym magomedykiem, zajmującym się genetyką.

Harry i Aurelia zerknęli zza kolumny i zobaczyli, jak kolejny mężczyzna z czarnymi jak smoła włosami kiwa głową zza biurka któregoś z aurorów i uśmiecha się zimno.

- Otóż pan profesor zajmuje się mutowaniem genetycznym. Od paru lat prowadził badania, żeby wyekstrahować gen, który odpowiada za umiejętności magiczne. Nigdy się nad tym nie zastanawialiście? Co jest w nas takiego szczególnego, że wyglądamy jak mugole, chorujemy jak mugole, czujemy i myślimy jak mugole... ale jednak, w przeciwieństwie do nich, potrafimy ujarzmić magię, której oni w ogóle nie czują, o której nie mają zielonego pojęcia? Może pan profesor zechciałby opowiedzieć naszym gościom o swoich badaniach, ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. – zakończył z szacunkiem siwowłosy czarodziej.

Harry usłyszał pociągły, niski i głęboki głos, od którego zjeżyły mu się włosy na karku.

- Otóż okazało się, że za umiejętności magiczne odpowiada jeden dodatkowy nukleotyd, który znajduje się u nas w DNA, a którego mugole są pozbawieni. Tylko jeden... czyli tak naprawdę, z naukowego punktu widzenia, umiejętności czarodziejskie są po prostu swoistego rodzaju anomalią, mutacją, nieprawidłową sekwencją DNA, która jest dziedziczona z pokolenia na pokolenie.

- A co z czarodziejami urodzonymi w mugolskich rodzinach? – nie wytrzymał Harry. Wbrew sobie poczuł się zainteresowany tematem.

- Ach, mutacja zdarza się także w rodzinach zupełnie niemagicznych. Coś, jak choroba Downa czy inne choroby wywołane brakiem określonego genu lub jego nadmiarem. Co więcej, ostatnio zauważono, że zdarza się również, iż gen pozostaje ukryty przez kilka pokoleń, po czym nagle się reaktywuje. Działa to także w drugą stronę... nawet jeśli obydwoje rodzice są czarodziejami, może zdarzyć się, iż ich dziecko jest niemagiczne.

- Jest charłakiem. – powiedziała drżącym głosem Aurelia. – Ale wciąż nie rozumiem, w jaki sposób to odkrycie zmieni świat? Nie ma czegoś takiego, jak czarodziejska nagroda Nobla, a mugolom nie można o tym powiedzieć. To wbrew zasadzie tajności uchwalonej przez Międzynarodową Konferencję Czarodziejów.

- Za późno, droga Aurelio. – warknął siwowłosy. – Jeden mugol już o tym wie i jest tutaj z nami. Jest naszym inwestorem. Chyba nie myślałaś, że profesor Iwanowicz zajmuje się tą dziedziną jedynie z czystej miłości do nauki? – parsknął szyderczym śmiechem. – Kiedy odkrył, że za umiejętności magiczne odpowiada zaledwie jeden nukleotyd, zaczął prowadzić eksperymenty mające na celu wyekstrahowanie tego genu z DNA... w ten sposób, kiedy poznamy dokładną jego strukturę, będziemy w stanie wszczepić dodatkowy gen nawet ludziom pozbawionym dotąd magii! Wszyscy staniemy się czarodziejami! A przynajmniej ci, których będzie stać na takową modyfikację genetyczną.

Harry zadrżał. Ten facet naprawdę jest szalony...

- Oczywiście na początku trzeba przeprowadzić badania laboratoryjne na chętnych mugolach... a że nie było chętnych mugoli, bo w końcu każdy obawia się ingerencji genetycznych... musieliśmy przechwycić dzieciaki z mugolskich sierocińców!

Kurwa, jęknęła Aurelia. Ten facet nie ma żadnych skrupułów... te dzieci były trzymane w lochach... ich organizmy nie wytrzymywały... one umierały, Harry, one po prostu umierały... nie zdołaliśmy Hubertem uratować wszystkich...

- To się okazało aż zbyt proste... kilka zaklęć modyfikujących pamięć mugolskich urzędników oraz opiekunek... i już nikt nie pamiętał, że kiedykolwiek prowadzony był w danym miejscu sierociniec!

- Ale... – odezwał się Harry, z najwyższym wysiłkiem panując nad głosem, powstrzymując się, żeby nie podejść i nie uderzyć tego mężczyzny, który mówił o mugolskich dzieciach jak o królikach doświadczalnych - ...po co w ogóle mugolom magia? Przecież tak został stworzony świat. My zdołaliśmy opanować potęgę magii, a oni żyją bez niej i całkiem dobrze się odnajdują w takiej rzeczywistości. Mają elektryczność, komputery, podróże kosmiczne...

- Po co? – wrzasnął mężczyzna, który zabrzmiał, jakby ktoś właśnie zadał mu najbardziej oczywiste pytanie na świecie. – Chociażby po to, żeby wysoko postawieni mugole mogli manipulować partnerami biznesowymi! Żeby byli w stanie uleczyć swoje dzieci, dziedziców swojej mugolskiej fortuny! Żeby zemścić się na przeciwnikach politycznych! Żeby lepiej manipulować opinią publiczną! Żeby zmieniać wygląd gwiazd z Hollywoodu bez operacji plastycznych, a jedynie za pomocą różdżki! Jest mnóstwo opcji, każdy chciałby posiadać taką moc! I każdy byłby w stanie za nią dużo zapłacić! Zbijemy na tym fortunę!

- Sądząc po wyglądzie tych dzieci, chyba na razie nie udawało wam się wszczepić im magicznego genu. – odezwała się na pozór spokojnie Aurelia.

Siwowłosy mężczyzna jakby się zmieszał.

- Jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu. – warknął. – Potrzebujemy więcej dzieci... więcej niechcianych mugolaków. Po co się kurwa wtrącaliście? – wybuchnął nagle. – Myśleliście, że jeśli uratujecie tę kupę bachorów, to zaprzestaniemy tych eksperymentów? Po co, do cholery, przyjechaliście tam aż z Wielkiej Brytanii?

- Ciężko było nie wiedzieć. Zniknięcie tych dzieciaków obiło się echem w polskiej prasie. Może postaraliście się, żeby wyczyścić pamięć urzędników z Rosji, ale na wasze nieszczęście znajdowały się tam też dzieciaki wysłane z innego sierocińca w Polsce. Moja mama musiała je tam wysłać, z powodu likwidacji placówki, w której pracowała... przy granicy. Płakała mi w słuchawkę, że jej podopieczni przestali się do niej odzywać. Gdyby nie ona, pewnie uszłoby to wam na sucho.

Harry już od dłuższej chwili nie słuchał Aurelii. Wiedział, jak Ministerstwo dowiedziało się o zniknięciu dwustu mugolskich dzieci, jak skontaktowano się z aurorami w Rosji i w Polsce, oraz jak zaplanowano atak i odbicie sierot. Skupił się teraz na drzwiach do wejścia do pomieszczenia, które wydawały się delikatnie drgać... i za chwilę ukazała się szczelina na tyle duża, że ukazał się w niej długi i piegowaty nos... Rona?

Mów dalej, odezwał się Harry radośnie w umyśle Aurelii. Ron i Jackie tutaj są.

Harry poczuł, jak napięty do tej pory umysł Aurelii się delikatnie rozluźnia – do tej pory był pod wrażeniem tego, jak doskonale panowała nad swoją mocą magiczną. Potrafiła bez problemu odciąć dostęp do konkretnej informacji, a także zepchnąć w najdalsze zakamarki umysłu gniew i emocje, pozostając na zewnątrz chłodna i opanowana.

- Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, zorientowaliśmy się, że niektóre bachory nie mówią po naszemu... – mruknął siwy. – W każdym razie, dość już tych pogawędek. Jesteśmy tutaj, żeby wykończyć wszystkich, którzy mogą cokolwiek wiedzieć na temat naszych eksperymentów. Nie możemy pozwolić sobie drugi raz na podobny błąd. Kiedy wszystko się uda, nikt nie będzie w stanie odróżnić nowo-powstałych czarodziejów od tych, którzy odziedziczyli magię po rodzicach. A nawet jeśli, będzie już za późno. My już będziemy bogaci... będziemy mieli władzę, potęgę!

- Nigdy! – wrzasnął Harry, i razem z Aurelią wyskoczył zza kolumny. W powietrzu zaczęły błyskać zaklęcia, kiedy Ron i Jackie otworzyli gwałtownie drzwi i ruszyli w kierunku zdezorientowanych przeciwników.

Magia zawirowała w powietrzu, kiedy dwie pary Yin i Yang połączyły swoje siły przeciwko czterem mężczyznom. Przedmioty stojące na biurkach zaczęły drgać, a Harry poczuł, jak wypełnia go moc Aurelii, jak nagle staje się bardziej rozważny, bardziej precyzyjny... jak ich połączone umiejętności wirują wewnątrz niego, powodując, że nieomal zachłystnął się tym nagłym przypływem mocy.

Ron i Jackie uderzyli jako pierwsi i Harry nie mógł się nadziwić, jak doskonale są skoordynowani. Największą siłą Rona była strategia, a najlepszą umiejętnością, jaką posiadała Jackie, zwinność i lekka różdżka do zaklęć, dlatego rudy i blond ledwo mignęły w powietrzu, kiedy Ron machnął różdżką, a Jackie skoczyła pod przeciwległą ścianę, celując z powietrza...

- Petrificus Totalus! – zawył Ron, ale szybko wzniesiona tarcza siwowłosego spowodowała odbicie zaklęcia. Ron zrobił unik i posłał jeszcze jedno zaklęcie... Jackie uniosła rękę w tym samym momencie i posłali łączoną klątwę...

- Plectre Crus! – zawyli, a nogi siwowłosego zaczęły nagle się plątać, próbował on przestąpić krok do przodu, ale zachwiał się. Szybko wymamrotał przeciwzaklęcie i wściekły ruszył w kierunku Rona i Jackie...

Harry nie miał czasu jednak się przyglądać, co było dalej... czując buzującą w sobie magię zbliżył się do pozostałych przeciwników... nie musiał nawet prosić Aurelii, żeby powiedziała mu, co widzi w ich oczach. Ich połączona magia wyposażyła go w jej umiejętności. Sam ledwo spojrzał na przeciwników, a poczuł, jakie są ich najlepsze, a jakie najsłabsze strony. Zobaczył, że nie będą wahać się przed użyciem na nich Niewybaczalnych... chcieli zabić, nie będą mieli skrupułów... co oznacza, że on też nie powinien mieć.

Aurelia skinęła niedostrzegalnie głową. Jednym z powodów, dla których byli najlepszymi kandydatami na aurorów było to, że nie wahali się używać zaklęć, które wcześniej były uznawane za czarnomagiczne. Cel uświęca środki. Niestety Harry zrozumiał z czasem, że niekiedy jedynym sposobem, żeby pokonać przeciwnika, jest zagranie jego własną bronią... Z Voldemortem miał szczęście, ale ci tutaj, to zupełnie inna bajka. Nie ma już matki, która oddałaby za niego życie, zapewniając ochronną tarczę...

- Conjuctivus! – warknął, celując w magomedyka... i zobaczył, jak oczy czarodzieja rozszerzają się w przerażeniu, po czym z ich białek bucha krew... czarnowłosy mężczyzna został oślepiony, bezradnie machał różdżką, rzucając zaklęcia na wszystkie strony... nie zdołał na czas wznieść tarczy. Połączona magia Yin i Yang była tak szybka, że Harry miał czasem wrażenie czarowania myślą, nie słowem, a jednak w jakiś niewytłumaczalny sposób było to jeszcze szybsze, niż zaklęcie niewerbalne. W tym samym czasie Aurelia uderzyła w drugiego maga Sectusemprą, co wywołało potok krwi, buchający z jego piersi... Czarodziej krzyczał głośno, przeraźliwie... ale dlaczego nie docenili mugola?

Popełnili podstawowy błąd, zlekceważyli osobę bez magicznej mocy... A mugolski inwestor właśnie wyciągał dwa sztylety i już mknęły one w ich kierunku. Harry zaczerpnął głęboki oddech i przygotował się do odpowiedniego ruchu różdżką, ale sztylet już prawie wbił mu się w pierś...

Aurelia szybkim ruchem różdżki transmutowała swój sztylet w papierowy samolocik i posłała w kierunku Harry'ego tarczę ochronną, od której nóż odbił się z wielkim hukiem, jak od metalowej ściany.

Uśmiechnęli się do siebie i unieruchomili jednocześnie mugola, litościwie pozwalając mu na dalsze życie. To szumowina, warknęła Aurelia. Ale można mu wyczyścić pamięć i puścić go samopas... nie podlega pod prawo czarodziejów...

- Incancerus – mruknęli jednocześnie, wiążąc oślepionego magomedyka. Aurelia jednym szybkim ruchem zatamowała krwotok z jego oczu, po czym zbliżyła się do drugiego czarodzieja, którego uderzyła Sectusemprą. Dusił się własną krwią.

- Powinnam pozwolić ci się wykrwawić na śmierć – mruknęła pod nosem, ale natychmiast zaczęła mamrotać uzdrawiające inkantacje.

- Jesteś taka podobna... do ojca. – wykrztusił mag. – Że też dopiero przed chwilą się dowiedzieliśmy... od tego czarnego...

- Zamknij się, ty kupo smoczego łajna. Azkaban ucieszy się z nowego więźnia...

Tymczasem Ron i Jackie nadal walczyli z siwowłosym magiem, ale widać było, że zyskują prowadzenie. W powietrzu błyskały klątwy... Aurelia odwróciła się błyskawicznie w ich stronę, chcąc posłać sztylet prosto w plecy czarodzieja, ale Harry ją powstrzymał. Mieszanie się w walkę pozostałych Yin i Yang mogło przynieść więcej szkody niż pożytku – co by było, jeśli przypadkiem trafiłaby w Rona albo w Jackie? Harry był przekonany, że ich przyjaciele sobie poradzą.

Chodźmy znaleźć Kingsleya, zaproponował jej w myślach.

Przestąpili szybko za drzwi gabinetu Szefa Aurorów. Harry zaklął szpetnie.

- Kurwa mać... – powiedział na głos, całkowicie zapominając o tym, że nie musiał tego robić, Aurelia i tak by go usłyszała.

Kingsley przedstawiał sobą krwawą miazgę. Brakowało mu jednego oka, lewa noga rozerwana była na strzępy i leżał w kałuży krwi, patrząc jednym, niewidzącym okiem prosto w sufit.

- Kurwa, kurwa, kurwa! – jęknęła Aurelia, po czym bez wahania zaczęła wyciągać z szaty eliksiry i wlewać mu je do zimnych ust. Ciemna twarz Kingsleya była szara... Harry nie próżnował, natychmiast unieruchomił mu nogę, zaleczył rany, powodując powstawanie różowych blizn... brakowało mu sporego kawałka mięśni i Harry wiedział, że nie będzie można go przywrócić za pomocą magii. Prawdopodobnie – o ile przeżyje – będzie musiał sprawić sobie sztuczną nogę albo kule.

Szef Biura Aurorów był nadal nieprzytomny, mimo tego, że Aurelia z opadającymi na twarz włosami mamrotała ciągle śpiewne inkantacje nad jego ranami.

Szybko wezwij magomedyków ze Św. Munga, usłyszał Harry.

Harry bez wahania wyczarował jelenia za pomocą Zaklęcia Patronusa.

Kingsley jest ciężko ranny. Wezwij pomoc z Oddziału Urazów Pozaklęciowych, szybko!

Po chwili w drzwiach ukazała się twarz Jackie. Harry bezradnie przyglądał się, jak blondynka blednie na widok ciała swojego szefa.

- Harry – odezwała się poważnie – Ron dostał zaklęciem oparzającym.

- Zaraz na miejscu będą magomedycy – odpowiedział szybko, podrywając się na równe nogi. - Co się stało z tym siwym?

- Nie żyje – odpowiedziała rzeczowo Jackie. – Ron powiększył żyrandol i opuścił mu go na głowę. Niestety, bydlak zdążył wystrzelić ostatnią klątwę.

Znaleźli się z powrotem w sali głównej, gdzie pośrodku leżał Ron, jęcząc głośno. Twarz miał pokrytą czerwonymi bąblami.

- Nie dotykaj ich, Ron. – odezwał się stanowczo Harry. Wyjął ze swojej szaty eliksir na oparzenia, jaki przygotowała Aurelia, i delikatnie zaczął nim smarować twarz przyjaciela.

- Harry, ja umieram. – jęknął Ron.

- Nie umierasz, idioto. Zaraz poczujesz się lepiej.

- Umieram. – powtórzył stanowczo Ron. – Powiedz Hermionie, że ją kocham. – i po tych słowach zemdlał.

Harry skończył nakładać mu na twarz eliksir. Kiedy nakładał ostatnią warstwę, w pomieszczeniu pojawili się magomedycy.

- Szybka reakcja, Harry. – oznajmił z podziwem Seamus, który zdał egzamin na magomedyka w zeszłym roku. – Teraz przekaż go nam. Gdzie Kingsley?

Harry kiwnął głową w kierunku drzwi.

Seamus wysłał tam pozostałą dwójkę medyków, a sam przykucnął przy Ronie.

- Mam nadzieję, że to zwykła klątwa parząca... inaczej mogą zostać blizny. Co się tutaj stało, Harry?

Harry streścił mu przebieg wydarzeń, pomijając tylko uwagi siwowłosego czarodzieja o Aurelii, ponieważ sam nie wiedział, co ma o tym myśleć.

Seamus nieprzerwanie wlewał w usta Rona coraz to nowe eliksiry, przytakując i zadając pytania w niektórych momentach opowiadania.

W drzwiach od gabinetu Kingsleya pojawiła się zmęczona Aurelia.

- Przeżyje. – oznajmiła. – Będzie tylko wyglądał trochę jak Szalonooki Moody, ale przeżyje. – kiwnęła głową w stronę portretu wiszącego na ścianie w rzędzie „Sławni Aurorzy Drugiej Wojny".

Kiedy zjawili się pozostali aurorzy, Harry i Aurelia zdecydowali się opuścić pomieszczenie, pozostawiając czarnoksiężników pod ich opieką. Ron został eskortowany do Św. Munga, zawiadomiono także Hermionę i Weasleyów. Jackie zdecydowała się towarzyszyć partnerowi.

- Aurelio... – odezwał się z namysłem Harry, kiedy opuścili gmach ministerstwa. Był spocony, brudny i zmęczony, ale nie mógł odejść do domu. Jeszcze nie teraz. – O czym oni mówili? Kim był twój ojciec?

Aurelia rzuciła mu poważne spojrzenie.

- Moim ojcem był Severus Snape.

Harry popatrzył się na nią w niedowierzaniu. Zatrzymał się w miejscu, obrzucając jej plecy poważnym spojrzeniem zielonych oczu.

- To niemożliwe. Snape kochał moją matkę. Nie zrobiłby czegoś takiego.

Aurelia zacisnęła mocno wąskie wargi... i wtedy Harry zauważył, jak bardzo są one podobne do wąskich ust Snape'a. Odkrył haczykowaty nos, na nowo przyjrzał się czarnym, falującym włosom... Przypomniał sobie, jak świetna była w legilimencji i zaklęciach uzdrawiających. Nie miała problemów z uwarzeniem żadnego eliksiru, niezależnie od stopnia jego skomplikowania. I wtedy uwierzył.

- Jak to się stało? – zapytał cicho.

Aurelia opadła na ławkę przy jakimś skwerze, pokazując gestem Harry'emu, żeby zrobił to samo. Harry pomyślał, że muszą teraz wyglądać bardzo dziwnie... oblepieni potem, brudem i krwią, skupiali na sobie mnóstwo spojrzeń przechodniów.

Ale Aurelia wydawała się mieć to gdzieś.

- Ten bal sylwestrowy... – zaczęła smutno - ...ten bal to był tak naprawdę zlot śmierciożerców. Sam wiesz, jak wielu zwolenników Voldemorta pochodziło z Rosji. Karkarow... Dołohow... to tylko dwa przykłady, było ich o wiele więcej. Zaplanowali więc sobie przyjemny bal połączony z rozmową o interesach. Jak przejąć władzę w Rosji i Polsce, jak zwerbować więcej zwolenników w krajach wschodnich, co się stało z Voldemortem i gdzie go szukać, oraz inne miłe tematy. Moja matka miała nieszczęście służyć tam jako kelnerka.

Nastąpiła krótka pauza.

- Mówisz, że to niemożliwe. Ja jestem w stanie zrozumieć Sna... mojego ojca. Był rozgoryczony, Lily zginęła dwa miesiące wcześniej. Jego życie wypełniła pustka. Zaczął grać rolę podwójnego szpiega, ale bał się, że już nigdy nie będzie w pełni szczęśliwy... bez twojej matki. Pokazywałam ci zdjęcie mojej mamy?

Harry pokręcił głową.

Aurelia wyjęła zakrwawionymi palcami fotografię z portfela i podała ją Harry'emu, który wciągnął mocno powietrze.

Miał wrażenie, jakby patrzył na niego sobowtór Lily Potter. Kobieta na zdjęciu miała takie same, ciemnorude włosy i zielone oczy. Na pierwszy rzut oka były identyczne. Dopiero po lepszym przyjrzeniu się Harry zauważył, że zielone oczy Poli Jakubowskiej mają ciemniejszy odcień, a jej wargi nie są tak pełne, jak usta jego matki. Była też trochę wyższa i szczuplejsza.

- Ciekawe, prawda? – uśmiechnęła się gorzko Aurelia.

- Czyli Snape... szukał zapomnienia w ramionach kogoś, kto wyglądał... prawie jak moja matka? – szepnął Harry.

- Podejrzewam, że tak. Mama mówiła mi, że był delikatny, zdziwiła się jedynie, że poprosił ją na samym początku ich rozmowy, żeby mógł mówić na nią Lily. I uwiódł ją. Nie wiem, dlaczego moja mama się nie opierała, ale na pewno nie była pod wpływem żadnego zaklęcia czy też eliksiru, sama to widziałam w jej wspomnieniu. Sama tego chciała. No i po dziewięciu miesiącach pojawiłam się ja. – zaśmiała się Aurelia, ale Harry zauważył, że jej ciemnozielone oczy błyszczą się od łez.

- Czy Snape o tobie wiedział? – zapytał Harry.

- Mogę tylko zgadywać... ale sądzę, że nie. Niby skąd miałby wiedzieć? Dla niego to było oczywiste, że czarownice, kiedy tylko chcą, mogą zapobiegać poczęciu. Zapomniał jedynie o tym, że moja mama jest mugolką.

- Bardzo mi przykro... że nie zdążyłaś go poznać. – powiedział Harry. – Był jednym z najodważniejszych ludzi, jakich znałem. Mimo że go czasem nienawidziłem, kiedy jeszcze był nauczycielem. – uśmiechnął się.

- Jestem z niego bardzo dumna, ale bałam się ci o tym powiedzieć. W końcu ciebie i Snape'a... nie łączyły najbardziej przyjazne stosunki. – powiedziała z namysłem Aurelia. - Wiem, że nie chciał, żebym się narodziła... ale za późno, stało się, panie Snape. Załatwiłam już formalności w Ministerstwie. Powiedziałam o tym Kingsleyowi. Pewnie dlatego tamte szumowiny wiedziały, skąd mam na imię... torturując go. – Blada twarz Aurelii przybrała jeszcze bardziej ziemisty kolor. - Niedługo zmienię nazwisko. Jak ci się podoba Aurelia Snape? – szturchnęła Harry'ego prosto w żebro.

- Auć – syknął Harry, rozcierając sobie brzuch. – Bardzo mi się podoba. Myślę, że twój ojciec, gdyby tylko żył... byłby z ciebie dumny.

- Naprawdę tak myślisz? – ucieszyła się Aurelia. – Odziedziczyłam po nim dom. Myślę, że się tam przeprowadzę. Mama i tak chce zostać w Polsce... a ja jednak czuję się bardziej Brytyjką.

Nastąpiła głucha cisza, w trakcie której Harry zastanawiał się nad nową informacją. Aurelia była córką Snape'a... czy to zmienia w jakiś sposób jego uczucia? Nie, nie zmienia, odpowiedział sobie stanowczo. Snape był prawdziwym bohaterem, mimo tego, że nienawidził ojca Harry'ego. A Aurelia... będzie jego partnerką już na dobre i na złe, nie ma możliwości zerwania magicznego kontraktu zawiązanego przez Winale.

- Wiesz co, Harry... lepiej chodźmy do domów. Hermiona ma do ciebie wpaść wieczorem. Przedstawisz jej nasz plan. Jutro pójdziemy odwiedzić Rona. A w sobotę... mamy swój wielki dzień. Odzyskasz Ginny. – odezwała się Aurelia, po czym złapała Harry'ego pod ramię i ucałowała go w brudny policzek.

- Mam taką nadzieję – odpowiedział ponuro Harry.