Rozdział pisany trochę bez weny, po świątecznym obżarstwie. Mimo wszystko mam nadzieję, że komuś się spodoba :) Tak sobie myślę, że te moje rozdziały są trochę niespójne, każdy jest tak naprawdę trochę innym stylem napisany. Nie wiem, z czego to wynika - literacko ewoluuję, a może po prostu zależy to od nastroju? ;)

Poświąteczne życzenia dla wszystkich! :D

Na końcu jak zawsze dziękuję za komentarze - Bellatriks, T.E.D.S, Rubilaxowi, oraz Dagulcowi. Cieszę się, że udało mi się Was zaskoczyć w kwestii ojca Aurelii :) Opowiadanie powoli zbliża się ku końcowi. Będzie max. 12 rozdziałów.

Rozdział 9. Pompki, pegazy i tajemniczy blondyn

Poniedziałek wieczorem

- Harry, wiem, że tam jesteś! Wychodź, musimy porozmawiać! – Hermiona załomotała pięścią w drzwi łazienki.

- Zaraz – mruknął Harry, po czym z premedytacją zaczął głośno gwizdać pod nosem przebój Beatlesów i odkręcił wodę w wannie, żeby szum wody zagłuszył następne słowa przyjaciółki.

- Nie wygłupiaj się! Przecież ci nic nie zrobię, ty kretynie! Ty uparty do granic możliwości, okropny... – Hermiona zaczerpnęła oddechu, żeby kontynuować, ale drzwi łazienki otworzyły się i stanął w nich Harry w samym ręczniku. Przełknęła ślinę. To prawda, Harry był jej najlepszym przyjacielem... ale musiała przyznać, że wyglądał o wiele bardziej atrakcyjnie niż w czasach szkoły. Aurorski trening i jemu wyrzeźbił klatkę piersiową, a opalenizna utrzymująca się na jego ciele od wakacji tylko dodawała mu urody. W tym momencie Hermiona wcale nie dziwiła się, że Cho Chang uznała Harry'ego za tak pociągającego, że aż musiała wpakować mu się do łóżka.

- Posłuchaj uważnie, Hermiono. – powiedział Harry. – Tak się składa, że dziś miałem dość nieprzyjemny dzień, musiałem zrobić poważną krzywdę dwóm czarodziejom, którzy uważali, że eksperymenty na mugolach są czymś zupełnie normalnym, a Kingsley o mało co nie wykrwawił się na śmierć na moich kolanach. Sądzę więc, że gorąca kąpiel naprawdę mi się przyda. I myślę, że możesz poczekać dziesięć minut z opieprzaniem mnie. Stworek zrobi ci herbatę. Dziękuję. – zakończył wygłoszoną monotonnym tonem tyradę, po czym zatrzasnął zdumionej Hermionie drzwi przed nosem.

Ciągle nie mogąc otrząsnąć się z szoku, podeszła posłusznie do drzwi salonu, gdzie rzeczywiście zastała Stworka, czytającego książkę o mrocznym tytule: „Rody czarodziejskie najczystszej krwi. Jak znaleźć dobrą partię dla dziedzica majątku?", co wcale nie poprawiło jej humoru. Przecież jej krew była tak brudna, jak to tylko możliwe. Stworek jednak, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, zdawał się uważać, że Hermiona jednak nie zasługuje na pogardę z powodu „szlamowatej" krwi, i od czasu ich wspólnego pomieszkiwania na Grimmauld Place przy okazji polowania na horkruksy darzył ją niezwykłym szacunkiem.

- Stworek przyniesie panience herbatę, mademoiselle – ukłonił się skrzat, jak tylko Hermiona wkroczyła do pokoju. – Z miodem i cynamonem, tak, jak panienka lubi.

Hermiona nie miała jednak dużo czasu, żeby rozkoszować się wybornym smakiem herbaty z cynamonem, bo po chwili w drzwiach pojawił się Harry. Kropelki wody ciągle spływały mu po klatce piersiowej, ale przynajmniej włożył koszulę, za co Hermiona była wdzięczna niebiosom – szczupły, aczkolwiek umięśniony tors w kształcie litery V był zdecydowanie zbyt poważnym rozpraszaczem uwagi czarownicy w kwiecie wieku i sił seksualnych.

Harry przywołał sobie butelkę kremowego piwa. Poczęstował też Stworka, który postanowił dotrzymywać im towarzystwa, i rozpostarł się wygodnie na kanapie, obrzucając Hermionę przenikliwym spojrzeniem jasnozielonych oczu.

- Tak, wiem, spierdoliłem. – przyznał się z rozbrajającą szczerością i cały plan Hermiony, żeby wygłosić dwudziestominutowe przemówienie na temat jego nieodpowiedzialności diabli wzięli. – Co ci powiedziała Ginny?

Przez następne dwadzieścia minut wymieniali informacje i Hermiona musiała przyznać, że poczuła się dość zaintrygowana planem, jaki Harry wymyślił razem z Aurelią. Oczywiście wiedziała, że bez jej pomocy nie mają szans na powodzenie, co zaraz też, prosto z mostu, wydusił z siebie Harry.

- Więc w sobotę wieczorem, przed balem... przyjdziesz tu, prawda, Hermiono?

Hermiona zastanowiła się przez chwilę.

- Teoretycznie nie powinnam. Wiesz, że zachowałeś się jak obrzydliwa, mugolska świnia. Kiedy słyszę o takich przypadkach, wcale się nie dziwię, że czarodziejska przysięga małżeńska zawiera w sobie magiczny kontrakt wierności. Inaczej tacy mężczyźni jak ty mieliby mnóstwo bachorów z nieprawego łoża. – prychnęła, ale puściła do niego oko, tak, żeby Harry wiedział, że nie mówi do końca poważnie.

Harry zbladł, a butelka z kremowym piwem wypadła mu z hukiem na podłogę. Stworek leniwym pstryknięciem palców posprzątał rozlany płyn i podał mu nową butelkę.

- W dupę trolla! – jęknął głośno. – Myślisz, że ja i Cho... mogliśmy... nie pamiętam, czy użyliśmy zaklęcia antykoncepcyjnego...

Hermiona również zbladła.

- Stworek podał właściwy eliksir. – machnął dłonią skrzat. – Rano, zanim ta czarna czarownica obraziła się na panicza i uciekła. Stworek dolał do soku dyniowego. Panicz Harry nie może sobie pozwolić na dziedzica z nieprawego łoża! Bękart nie może odziedziczyć fortuny Blacków!

- Kocham cię, Stworku! – oznajmił swoje uczucia Harry, i usiłował przytulić skrzata, ale ten chyba nie był przyzwyczajony do takich czułości, bo zsunął się z kanapy i uciekł z salonu tak szybko, jak tylko mu na to pozwalały jego krótkie skrzacie nóżki.

Wtorek wieczorem

- Kobiety to zło, zapamiętaj to sobie, Teddy. – powiedział z powagą Harry, przytulając do piersi swojego chrześniaka. Właśnie układał z nim magiczne puzzle, które, ułożone poprawnie, tworzyły poruszającą się fotografię rodziców małego.

- Dlaciego? – zapytał zaciekawiony Teddy, wyjmując z rąk Harry'ego kawałek układanki, na którym widoczne były jasnoróżowe włosy jego matki.

- Hm... – zastanowił się Harry, zastanawiając się, jak to najlepiej wytłumaczyć niespełna trzyletniemu brzdącowi. – Normalny człowiek, czyli mężczyzna, zwraca uwagę przede wszystkim na to, co robimy, i po tym ocenia postępowanie innych. Dla kobiety natomiast najważniejsze są słowa. Słowa, słowa, słowa... Jeśli nie usłyszy, że istnieją chrapaki krętorogie, nie będzie wierzyła, że istnieją; nawet jeśli jeden z nich zatańczy jej przed samym nosem kankana. – powiedział zgorzkniały.

Teddy zmarszczył swój malutki nosek.

- Nie lozumiem – pokręcił główką, która tym razem znowu była pokryta różowymi włosami.

- Wiesz Teddy, wujek Harry miał dziewczynę. Miała rude włosy, bladą cerę i była naprawdę piękna. Wujkowi bardzo na niej zależało... odnosił się do niej z czułością. Nie poganiał. Starał się, żeby czuła się kochana... – Teddy'emu chyba znudziło się słuchanie tego nudnego monologu, bo z powrotem zabrał się za układanie puzzli, Harry jednak ledwo to zauważył. Pogrążony we wspomnieniach mówił dalej. – A jej było tego za mało... chciała słów, deklaracji. A wystarczyło tylko popatrzeć w moje oczy. Tam było wszystko widać... tam było widać, że ją kocham.

Teddy ze zmarszczonym czołem dopasowywał kolejny fragment układanki.

- Kocham cię, Teddy. – powiedział Harry, który poczuł nagły przypływ czułości do swojego rezolutnego chrześniaka.

- To dlaciego nie powiesz tes tak swojej dziewcynie, wujku Haly? – zapytał rzeczowo Teddy, a Harry pomyślał, że to bardzo dobre pytanie. Skoro potrafi powiedzieć to Teddy'emu, to dlaczego boi się wyznać miłość Ginny?

Czwartek wieczorem

Harry właśnie ćwiczył w salonie pompki. Wiele przyzwyczajeń ze zjazdów aurorów miał już tak zakorzenionych, że nie wyobrażał sobie ich pominięcia w swojej dziennej rutynie. Dwieście pompek każdego dnia należało do takich czynności.

- Cześć – usłyszał głos Rona. Nie przerywając pompek, odezwał się do niego.

- Cześć. Zeszły ci już bąble z twarzy?

- Ano zeszły. – wzruszył ramionami Ron, po czym zdjął bluzę i opadł na podłogę obok niego, zaczynając swoją serię pompek. – Pozwolisz? Dziś jeszcze jakoś nie miałem okazji.

W milczeniu skończyli, każdy w swoim tempie, serię pompek. Ociekając potem, usiedli na fotelach w salonie. Stworek dostanie zawału serca, kiedy zobaczy ich w przepoconych ubraniach na świeżo wyczyszczonej tapicerce, ale Harry'ego niewiele to obchodziło.

- Gazetę przyniosłem. – rzekł Ron, z dziwnym wyrazem twarzy wyciągając z kieszeni gazetę i podając mu ją. - Strona piąta. Kolumna druga. Idę przynieść nam piwo z kuchni.

Harry, ogarnięty bardzo złymi przeczuciami, otworzył magiczne czasopismo – „Czaroplotkarę" na wskazanej stronie. Kiedy zobaczył autora artykułu wiedział już, że jego obawy były jak najbardziej uzasadnione.

Najbardziej Pożądany Kawaler Według Magazynu CZAROWNICA Znowu Jest Do Wzięcia!

Rita Skeeter, autorka bestsellerowej biografii „Życie i kłamstwa Albusa Dumbledore'a", dowiedziała się ostatnio z poufnego źródła, iż Harry Potter, zwycięzca pojedynku z Lordem Voldemortem oraz jedyna osoba, która przeżyła zabójczą klątwę, rozstał się ostatnio ze swoją długoletnią partnerką, Ginevrą Molly Weasley, która gra na pozycji ścigającej w jednej z czołowych drużyn quidditcha.

Przyczyną rozstania musiały być homoseksualne skłonności pana Pottera", powiedział reporterce Gregory Goyle, bardzo dobry kolega Harry'ego z czasów szkolnych. „Już w czwartej klasie Harry przywiązał się do swojego starszego kolegi, Cedryka Diggory'ego, tak bardzo, że płakał po jego nieszczęśliwej śmierci wskutek starcia z Lordem Voldemortem. Nie od dziś wiadomo, że pan Potter woli chłopców, więc może to być dobra wiadomość dla młodego pokolenia homoseksualnych czarodziejów, którzy szukają dobrej partii".

Wydaje się więc, że panna Weasley nie ma już szans na naprawienie związku z panem Potterem, który, notabene, już dwukrotnie zdobył nagrodę Najbardziej Seksownego Męskiego Ciała w popularnym czasopiśmie dla homoseksualistów „Ten () Tego". Pozostaje jej jedynie życzyć szczęścia w znalezieniu kogoś, kto preferuje dziewczyny.

Harry był tak zdumiony, że przez chwilę siedział nieruchomo, gapiąc się na artykuł. W międzyczasie wrócił Ron i wetknął mu piwo do ręki.

- Zabiję skurwysyna. Zmiażdżę. Co za gnojek. – szepnął w końcu z niedowierzaniem Harry. – Jakim prawem Goyle... tylko taki debil jak on mógł wpaść na ten pomysł... ja gejem? Jestem tak heteroseksualny, jak to tylko możliwe! – zaperzył się Harry. – Przecież przeleciałem Cho! – ugryzł się w język, ale było już za późno.

Ron zbladł.

- Że co kurwa?

Harry przez jedną chwilę miał jeszcze nadzieję, że Ron go nie dosłyszał, ale niestety, w oczach przyjaciela pokazały się już wściekłe ogniki.

- Zdradziłeś moją siostrę? To dlatego się rozstaliście? Jak mogłeś, Harry? Ona ci ufała, baranie! – Ron zdenerwowany podniósł się ze swojego fotela. Butelka piwa, którą trzymał na kolanach, roztrzaskała się w drobny mak.

- Ron, to był przypadek...

- PRZYPADEK? – nakręcił się Ron. – Jak można przypadkiem wsadzić komuś kutasa, co? A może ona cię jeszcze zmusiła do tego, co nie, Harry?

- Ja... pijany byłem, myślałem, że to Ginny... a twoja siostra nie pozwalała mi na... w zasadzie to na nic mi nie pozwalała...

- To nie jest usprawiedliwienie. – powiedział Ron. – Czy ty wiesz, co się z nią w ogóle dzieje? Straciła całą radość życia... w ogóle się nie uśmiecha. Na treningach wypada jak kupa gówna na miotle... mówię prawdę, sam widziałem, byłem na trybunach... jak tak dalej pójdzie, to wywalą ją z drużyny! Harry... – pokręcił głową Ron, cały czerwony na twarzy - ...przecież masz już dwadzieścia lat, do jasnej cholery! Jeśli nie potrafisz się powstrzymać przy pięknej kobiecie, trzeba było iść do łazienki i sobie ulżyć, a nie zdradzać moją siostrę, na wielkie jaja Merlina! Powinienem ci teraz spuścić niezły łomot...

- Daj spokój, stary – mruknął Harry, widząc, że Ron jednak nie udusi go gołymi rękami. Przynajmniej nie tego wieczoru. – Uwierz mi, i tak czuję się już jak rozmemłany gumochłon. Czuję się jak wypierdek. Czuję się niegodny funkcjonowania w czarodziejskiej społeczności. Nie wiem, jak mogłem tak postąpić, i w ogóle nie było warto... Już pomijając rozstanie z Ginny, ja nawet niewiele pamiętam z tej nocy! Co z tego, że już nie jestem prawiczkiem, skoro czuję się jak ścierwo... – zakończył, po czym pociągnął solidny łyk z butelki, żeby zamaskować ochrypły ze wzruszenia głos. Faceci w końcu nie płaczą, prawda? Nawet jeśli niedawno na własne życzenie pozbyli się miłości swojego życia.

- No, tylko nie myśl, że będę ci współczuł. – mruknął Ron, ale opadł z powrotem na fotel, chociaż policzki nadal miał zaczerwienione z gniewu. – Przecież wy z Ginny byliście dla siebie stworzeni. Na początku mi się to nie podobało, rzecz jasna... ale teraz, kiedy Voldzio już piach gryzie, związek z tobą nie był już dla niej tak niebezpieczny. Była z tobą szczęśliwa, baranie. Zamierzasz to naprawić?

Harry, wzdychając ciężko, nie miał więc wyjścia. Wtajemniczył kolejną osobę w swój Genialny Plan Odzyskania Ginny.

Sobota wieczorem

- Harry, na litość boską, czy nie mógłbyś przez chwilę siedzieć nieruchomo? – warknęła Hermiona, która z wyciągniętą różdżką stała właśnie przed Harrym siedzącym na kuchennym krześle.

- Kiedy ja się stresuję. – mruknął Harry. – Ufam twoim umiejętnościom, Hermiono, ale tu w końcu chodzi o moją przystojną twarz...

Hermiona i Aurelia parsknęły jednocześnie śmiechem, co spowodowało, że eliksir, jaki właśnie wcierała Harry'emu we włosy jego partnerka, rozlał się.

- Ups. – powiedziała Aurelia, a Harry, zestresowany, zaczął się wiercić na swoim stołku.

- Coś nie tak?

- Nie, nie, absolutnie wszystko dobrze. Po prostu zamiast brązu wyjdzie nam jasny blond na włosach, nic się nie bój...

- Blond? Na wielkiego Godryka, dziewczyny, przecież umawialiśmy się na ładny odcień kasztanowego brązu!

- W blond włosach też ci będzie do twarzy. Siedź jeszcze chwilę spokojnie, już kończę i spadam... jestem w końcu organizatorką tej imprezy, nie mogę się spóźnić! – zdenerwowała się Hermiona.

Aurelia, która dziś również miała blond włosy i przybrała bujne kształty w rejonach piersiowo-biodrowych, pokiwała głową.

- Idź już Hermiono, widzimy się niedługo. Przejmuję od ciebie naszego blond przystojniaka.

Hermiona rzuciła ostatnie zaniepokojone spojrzenie na Harry'ego, który natychmiast zaczął się martwić, jak wygląda. Wizja blond włosów nieodmiennie przywodziła mu zawsze na myśl Dracona Malfoya i jego przylizaną czuprynę, a wcale nie chciał tak wyglądać.

- Trochę cerę mu trzeba rozjaśnić. – doradziła jeszcze Hermiona z korytarza, po czym zakręciła się na pięcie i wybiegła z domu przy Grimmauld Place.

Sobota, godzina 22. Początek balu

Ginny

Ginny ostatni raz zerknęła w lusterko, które miała w swojej szmaragdowej kopertówce. Ponętne usta? Są. Doskonale ułożone włosy? Są. Nieskazitelna cera? Jest. Brązowe oczy otoczone firanką bujnych rzęs? Są. Wesoły wyraz twarzy? Hm... z tym może być problem.

Mimo wszystko spróbowała przywołać na twarz uśmiech, ale natychmiast rozbolały ją policzki, więc stwierdziła, że jednak przekroczy próg sali balowej z ponurym grymasem. Miała nadzieję, że Draco Malfoy, który często miał podobny wyraz twarzy, nie uzna tego za oznakę nieatrakcyjności. Wzięła kolejny głęboki oddech i przekroczyła próg sali.

Przepych komnaty balowej w zamku Leichester raził po oczach. To ogromne zamczysko mogło równać się chyba jedynie z Hogwartem, ale że w jego wnętrzu nie rezydowało przez dziesięć miesięcy w roku kilka setek psotliwych nastolatków, wydawało się o wiele bardziej zadbane. W komnacie balowej ustawiono małe, okrągłe stoliki, przykryte jasnozłotymi obrusami; przy każdym z nich znajdowały się cztery nakrycia. Pośrodku sali znajdował się błyszczący, drewniany parkiet, a przed nim ustawiony był podest, na którym stały już muzyczne instrumenty oraz podium z mikrofonem. Komnata była ogromna, Ginny rozglądając się wokoło pomyślała, że chyba przewyższa wielkością Wielką Salę w Hogwarcie.

Komnata wypełniona już była gośćmi i Ginny z zadowoleniem pomyślała, że Hermiona z pewnością zdobędzie dużo funduszy na przedszkola już z samych wejściówek, które kosztowały po dziesięć galeonów. Przewidziane były również licytacje przedmiotów należących do Złotego Trio, co wygeneruje dodatkowy zysk, a także można było przeznaczyć darowiznę dowolnej wielkości, zamawiając za symboliczną opłatę wybraną piosenkę u zespołu.

- Witamy w zamku Leichester. – odezwał się do niej kamerdyner, biorąc od niej srebrny płaszcz. – Życzymy pani udanej zabawy.

Tak, na pewno będzie świetnie, pomyślała gorzko Ginny. W ciągu minionego tygodnia tęskniła za Harrym tak bardzo, że przypominało to nieustający ból brzucha. Brakowało jej jego ciepłych, umięśnionych dłoni, którymi masował jej kark i plecy albo trzymał jej ręce, kiedy skarżyła się, że jest jej zimno. Tęskniła za jego pełnymi ustami i gładką skórą na piersi, i za byciem obejmowaną przez jego umięśnione ramiona. Marzyła o tym, żeby jak zawsze zwinąć się w kłębek na tym ulubionym miejscu na jego barku i poczuć, jak obejmuje ją w talii. A najbardziej tęskniła za jego zielonymi oczami – żaden inny mężczyzna nie miał takich oczu! – i za jego niskim, ciepłym głosem, którym opowiadał jej zawsze śmieszne historie, z których zaśmiewali się do rozpuku. Tak chciałaby, żeby wszystko potoczyło się inaczej. Już nigdy nie naciskałaby na ślub. Poczekałaby, aż Harry poczuje się na to goto...

- Przepraszam – usłyszała męski głos i ze zdziwieniem stwierdziła, że na kogoś wpadła. Na kogoś, kto miał chłodny, drażniący głos, szerokie plecy i pachniał dobrą wodą kolońską. – Nie zauważyłem, że pani idzie...

- Draco – powiedziała Ginny, uśmiechając się oszczędnie. – Jak miło cię widzieć. Muszę przyznać, że opowieści Hermiony o tym zamku nie były przesadzone. To niezwykła posiadłość, dziwię się, że nie chcieliście się tutaj przeprowadzić na stałe.

Draco, nawet jeśli wydawał się zdziwiony uprzejmością Ginny, nie dał tego po sobie poznać. Uśmiechnął się również i Ginny ze zdumieniem zauważyła, że mężczyzna wcale nie wydaje się być tak niesympatyczny, jak to było za czasów Hogwartu. Jego szare oczy nie błyszczały już zimno, a wręcz przeciwnie – odbijały się w nich wesołe, psotne iskierki. Wyglądał... dobrze.

- Przyzwyczailiśmy się do Malfoy Manor – powiedział, oferując jej ramię. Ginny, teraz już bardzo zdziwiona, pozwoliła się poprowadzić do jednego ze stolików. Goście zajmowali już miejsca; zbliżało się oficjalne rozpoczęcie balu.

- Nie masz partnerki, Draco? – zapytała Ginny, waląc od razu z grubej rury. Ślizgon przecież ją znał, wiedział, że nigdy nie owijała w bawełnę.

- Tak się składa, że nie. Pomyślałem, że na pewno znajdzie się tutaj wiele pięknych dam, którym będę mógł dotrzymać towarzystwa – zaśmiał się cicho, całując ją w końcówki palców. Ginny wbrew sobie poczuła, jak przechodzi ją dreszcz ekscytacji. Czyżby Draco Malfoy... ten niedostępny Draco Malfoy, najprzystojniejszy blondyn w tej sali, flirtował z nią? Cóż... to zdecydowanie ułatwia jej zadanie. Wiedziała, że Draco miał reputację podrywacza, ale tego wieczoru niewiele jej to przeszkadzało. Przecież ona też nie zamierza brać z nim ślubu, na miłość boską.

Uśmiechnęła się więc oszałamiająco i zerknęła w stronę podestu, na który właśnie wchodziła Hermiona, ubrana w długą, liliową suknię. Włosy miała upięte w kok i wyglądała bardzo ładnie, obrzucając pewnym spojrzeniem setki gości zgromadzonych w komnacie. Ginny poczuła w sercu dumę z przyjaciółki. Hermiona była tak odważna, pewna siebie i przedsiębiorcza, a przy tym piekielnie inteligentna, że na pewno poradzi sobie z zebraniem tych pięćdziesięciu tysięcy galeonów.

Ignorując palce Dracona, które właśnie gładziły ją po wewnętrznej stronie dłoni, wsłuchała się w głos przyjaciółki.

- Dobry wieczór państwu. Bardzo się cieszę, że skorzystali państwo z mojego zaproszenia i przybyli do zamku Leichester i ten jesienny, pochmurny wieczór. Na wstępie chciałabym podziękować przede wszystkim osobie, która zgodziła się udostępnić nam tę wspaniałą Komnatę Balową, w której – mam nadzieję – będziemy się dziś świetnie bawić. Panie i panowie, ogromne brawa dla rodziny Malfoyów i jej przedstawiciela, Dracona!

Draco podniósł się z miejsca, puszczając delikatnie palce Ginny, i ukłonił się nisko. Rozległ się trzask aparatów i błysnęły flesze, a cała sala wybuchła oklaskami.

Ginny pomyślała, że niewiele trzeba, żeby ludzie zapomnieli o przeszłości tej rodziny i jej powiązaniach z czarną magią. Co prawda Draco nigdy nie był jej zagorzałym zwolennikiem, raczej był zmuszony przez warunki, żeby się angażować w czarnomagiczne aktywności, ale dziewczyna szczerze wątpiła, czy pan Lucjusz Malfoy po kryjomu nadal nie myśli o torturowaniu mugoli i szlam w swojej rezydencji.

Hermiona mówiła dalej.

- Jak państwo wiecie, zebraliśmy się tutaj w konkretnym celu. Ministerstwo Magii już dawno zdawało sobie sprawę z faktu, że w systemie szkolnictwa istnieje potężna luka: młodzi czarodzieje i czarownice idą do Hogwartu dopiero w wieku jedenastu lat, dlatego większość z nich po przybyciu do szkoły ma problemy z elementarną matematyką czy właściwą ortografią. Wiele rodzin nie zgadza się wysyłać swoich dzieci do szkół mugolskich, gdzie te umiejętności zostałyby im wpojone, zamiast tego starając się ich uczyć w domu. Niestety, nie zawsze jest czas, żeby zająć się edukacją młodzieży w sposób kompleksowy. Wyrywkowe lekcje to nieco za mało, żeby...

Ginny rozejrzała się po sali. Hermiony nie sposób było słuchać bez przerwy, jej wypowiedzi zawsze były tak szczegółowe i rozbudowane, że koncentracja uciekała po kilku minutach. Zauważyła dwa stoliki dalej dziwną parę – blondwłosą dziewczynę o tak wybujałych kształtach, że Ginny poważnie zastanowiła się, czy te dwa bufory z przodu nie za bardzo obciążają jej kręgosłup – oraz mężczyznę, również blondyna, którego falowane włosy sterczały na wszystkie strony. Miał na sobie jasnoszary mugolski garnitur, który opinał go trochę za bardzo w klatce piersiowej, a teraz wpatrywał się w nią intensywnie. Miał ZIELONE oczy.

Ginny pociągnęła Dracona za rękaw.

- Czy to jakaś twoja rodzina?

- Słucham? Ach, nie. Pierwszy raz ich na oczy widzę. – zmarszczył brwi Draco.

- Ten facet się na mnie patrzy. – poskarżyła się Ginny i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że musiało to zabrzmieć bardzo żałośnie, ale najwidoczniej w Draconie wyzwoliło samcze instynkty, bo zaborczym ruchem przytulił ją do siebie.

Blondyn z zielonymi oczami wpatrzył się w nią jeszcze bardziej intensywnie i zacisnął mocno szczękę, po czym zaczął coś szeptać do swojej partnerki.

- A więc, Ginny... – zaczął niskim głosem Draco, który najwidoczniej również dał sobie spokój z przemówieniem Hermiony – słyszałem, że rozstałaś się z Potterem... czy to prawda, o czym piszą w prasie? Że jest gejem? – roześmiał się krótko, jakby wizja Harry'ego z innym facetem szalenie go rozbawiła.

- Nieprawda – powiedziała z całą stanowczością Ginny. Zbyt dobrze pamiętała czarnowłosą Cho w łóżku Harry'ego... – Nie chcę teraz o tym rozmawiać, Draco.

Hermiona nawijała jak nakręcona.

- ...z tego powodu, rzeczą konieczną wydaje się, aby dostęp do sieci przedszkoli i szkół elementarnych, miały również dzieci pochodzenia mugolskiego, o ile tylko rodzice zechcą je zapisać. Oczywiście zostanie rzucony specjalnie zmodyfikowany przeze mnie czar, który sprawi, że nawet jeśli dzieci mugolskie będą miały jakieś podejrzenia odnośnie magicznych umiejętności swoich kolegów, zapomną one o tym natychmiast po opuszczeniu sali lekcyjnej. Jest to jednak mało prawdopodobne, ponieważ dzieci w tym wieku nie ujawniają swojej mocy magicznej, a jej niekontrolowane wybuchy zdarzają się jedynie wtedy, gdy ulegają silnym emocjom...

W tłumie nagle rozległo się poruszenie, kiedy przez drzwi komnaty wparowała nagle postać na koniu... ze skrzydłami. Jeździec miał na sobie pełen rynsztunek rycerza. Wybuchły podniecone głosy, kiedy postać w zbroi przegalopowała przez środek sali, zatrzymując się tuż przed podestem.

- Myślisz, że to część programu? – zapytała podekscytowana Ginny.

- Chciałbym, ale – z całym szacunkiem dla Granger – ona nie ma za grosz wyobraźni. Nie zrobiłaby czegoś takiego, nawet jeśli ktoś spisałby jej pomysł na kartce i napisał pod spodem drukowanymi lterami „WYPRÓBUJ TO".

Ginny wystarczyło jedno spojrzenie na zdumioną twarz Hermiony, żeby przyznać Draconowi rację. Z otwartymi ustami obserwowała, jak pegaz składa swoje potężne skrzydła, a rycerz zsiada z niego łagodnie i podchodzi prosto do niej.

- Przepraszam państwa za zamieszanie – wyjąkała w końcu Hermiona – zaraz wyproszę stąd tego pana...

Ale „pan" właśnie zabrał jej magiczny mikrofon i – ku jeszcze większemu zdumieniu zgromadzonego tłumu, w którym rozległy się zduszone okrzyki – opadł na jedno kolano, aż zbroja zatrzeszczała. I uniósł przyłbicę.

Hermiona zbladła. Ginny wyciągnęła szyję, żeby sprawdzić, kto ukrywał się pod zbroją rycerza... ale już nie musiała. Poznała po głosie.

- Hermiono – odezwał się drżącym głosem Ron – kiedy pierwszy raz zobaczyłem cię dziewięć lat temu w pociągu do Hogwartu, nigdy nie pomyślałem, że to właśnie tobie to powiem. Wiesz, że byłaś nieznośna, zarozumiała i przemądrzała... zresztą, nadal taka jesteś – powiedział, a wśród tłumu rozległy się chichoty – ale właśnie taką cię kocham. Zarozumiałą, upartą, wszystkowiedzącą i z dziesięć razy mądrzejszą ode mnie. Kocham twoje nieznośne włosy, twoje brązowe oczy, te małe piegi na nosie, i z całą pewnością mogę stwierdzić, że jeśli wytrzymałem z tobą te dziewięć lat, wytrzymam jeszcze dłużej. Wiem, że będziemy się sprzeczać i nawzajem doprowadzać do szału, ale przynajmniej nigdy nie będzie nudno... czy zostaniesz moją żoną?

Ginny roześmiała się przez łzy. Nigdy nie spodziewałaby się, że to właśnie jej najmłodszy brat wykaże tyle odwagi, żeby oświadczyć się przed setkami ludzi i cieszyła się jego decyzją, ale jednocześnie coś zakłuło ją boleśnie w sercu, kiedy uświadomiła sobie, że jej nie oświadczy się nigdy osoba, na której zależy jej najbardziej w świecie.

- Na miłość boską, Ron. – szepnęła Hermiona, opadając również na kolano i szepcąc wprost do mikrofonu, który trzymał w ręce jej rudowłosy chłopak. – Skąd wytrząsnąłeś tego pegaza? Oczywiście, że tak!

- Z Grecji – mruknął Ron nieprzytomnie, a po chwili jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. – Naprawdę?

- Jasne, że tak. – uśmiechnęła się Hermiona i objęła go, pomagając mu podnieść się na kolana.

W tłumie gości rozległy się ciche oklaski. Najpierw klaskało jedynie parę osób, w tym – co Ginny zauważyła ze zdziwieniem – ta dziwna para o blond włosach z niedalekiego stolika, ale po chwili do klaskania przyłączyło się coraz więcej osób i wkrótce rozległ się ogłuszający aplauz.

Zaczerwieniony do granic możliwości Ron porwał Hermionę na ręce i zaniósł ją do pegaza.

- Państwo wybaczą – powiedziała Hermiona, desperacko podwijając sobie sukienkę, żeby nie było widać jej ud – wrócę za 10 minut, musimy tylko odstawić wierzchowca. Niech zacznie się impreza! Zapraszam na scenę Fatalne Jędze!

Draco z nieodgadnionym wyrazem twarzy popatrzył za nimi, kiedy odlatywali na pegazie, który machał potężnymi skrzydłami, kierując się w kierunku wrót wejściowych.

- Wiesz, miałem kiedyś słabość do Granger. – zwierzył się Ginny, która poczuła się lekko urażona tą uwagą. Przecież teraz spędzał czas razem z nią, do jasnej cholery! – Na szczęście szybko mi przeszło. Zatańczymy, skarbie?

c.d.n.