- Mam cię! - krzyknęła Rashirea dłonią odsłaniając ciężką kotarę, za którą ukryła się jej młodsza siostra.

Wzięła się pod boki i czekała, aż ta wyjdzie z kryjówki i otrzepie kurz z dziecięcej sukni, która odsłaniała kostki i małe pantofelki z wstążeczką na czubku. Podobnie była ubrana Rashirea, tylko, że jej sukienka miała więcej koronek. Lubiła koronki i oczywiście kokardki i wstążeczki, którymi zresztą były związane dwa warkocze, które opadały na ramiona. Cały rządek kokardek zdobił gorsecik sukienki, o ile to gorsetem można było nazwać, skoro elfka nie miała jeszcze nic kobiecego w swojej figurze, co można by podkreślić. Pewnie dopiero za jakieś trzy lata zaczną jej rosnąć piersi, a i pewnie dopiero w wieku osiemnastu lat po raz pierwszy ubierze kobiecą suknię. W końcu musi mieć czas, żeby nauczyć się w niej poruszać do dwudziestych urodzin, kiedy w końcu będzie miała swój dzień przyjęcia i wreszcie będzie dorosła. Na cztery lata wcześniej niż Shirija.

- Już jesteś gotowa? - spytała zniecierpliwiona Rashirea wydymając wargi. - Teraz ty szukasz.

- Oooj wiem! Nie musisz mi przypominać - fuknęła młodsza elfka i tupnęła nóżką, za to otrzymała kuksańca w ramię.

- Licz, chyba że jeszcze się nie nauczyłaś - zakpiła siostra i wystawiła język.

- Umiem! - oburzyła się Shirija i żeby udowodnić, że umie odwróciła się do ściany i zaczęła głośno liczyć. Raz, dwa, trzy...

Rashirea właśnie zniknęła za zakrętem.

- Cztery, pięć, sześć, siedem...

Goniło ją, gdy wbiegała po schodach.

- ...Naście...

Dosłyszała jeszcze, gdy była już na górze i rozglądała się dookoła. W tej części rezydencji nie było już okien. Korytarz skąpany więc był w lekkim, błękitnym świetle magicznych kryształów, które zdobiły ściany. Rashirea podeszła nie do pierwszych, ale do drugich drzwi, przytknęła do nich ucho nasłuchując uważnie.

- ...Ścia dwa...

Wyglądało na to, że pokój jest pusty, tak jak się spodziewała. Rozejrzała się jeszcze dookoła i powoli nacisnęła klamkę. Drzwi nie zgrzytnęły. Po coś w końcu ta służba jest. Cienki strumyczek światła na chwilę rozjaśnił nieco mrok panujący w pomieszczeniu, obudził jakieś cienie i dziwne postacie, ale młoda elfka nie przestraszyła się ich, bo dobrze wiedziała, że to tylko zbroje. Zamknęła drzwi za sobą i ruszyła przed siebie po omacku. Na szczęście pamiętała ten pokój i tylko raz wpadła na taboret, którego nie powinno tutaj być. Dotarła do wbudowanej w ścianę szafy i wpełzła pomiędzy zawieszone w niej płaszcze. Schowała się w samym rogu i jeszcze tak ułożyła materiał przed sobą, żeby zasłaniał jej nogi. Shirija nigdy jej tutaj nie znajdzie.

Musiała przysnąć czekając. Obudził ją podniesiony głos ojca... W pokoju. Przerażona skuliła się jeszcze bardziej i zasłoniła sobie dłońmi usta starając się naprawdę nie być. Otworzyła szeroko oczy, gdy usłyszała głos matki, który nie był spokojny. Strach powoli ustępował miejsca ciekawości.

- Bawi się z nią, jakby były sobie równe! - to była matka.

- Są siostrami na boginię! Co jest złego w tym, że się bawią - głośność głosu ojca zmieniał się, pewnie chodził po pokoju.

- Jest bękartem! Jest twoją córką! Twoją i jakieś dziwki...

- Nie waż się nawet tak mówić!

Coś metalowego z hukiem upadło na podłogę. Rashirea przygryzła wargę i mocniej przycisnęła dłonie do ust. Byleby nie krzyknąć.

- Samo jej istnienie jest wystarczającą ujmą dla mnie i mojego rodu, a to, że sprowadziłeś ją jeszcze tutaj... Dobrze, że nie wziąłeś ze sobą jej mamuśki - zakpiła lady.

- To dlaczego jeszcze nie rzuciłaś mi w twarz listu rozwodowego, co?! - warknął lord.

- Wiesz dobrze, że...

Dalszy ciąg wypowiedzi matki umknął Rashirei, bo nagle drzwi do szafy otworzyły się, tym razem nie powstrzymała jęknięcia i już zaczęła żegnać się ze swoimi ślicznymi porcelanowymi laleczkami, ale nic się nie stało, po za tym, że szafa została zamknięta. Młoda elfka przełknęła powoli ślinę. Słyszała cichy stuk paznokci o drzwi szafy, odpowiedź ojca usłyszała bardzo wyraźnie.

- To nie trzeba było uciekać z naszego łoża i dać mi drugie dziecko - syknął lord Sherazai.

Takiego jadu w jego głosie nigdy nie słyszała.

Zapadła cisza.

Usłyszą, teraz na pewno usłyszą bicie jej oszalałego ze strachu serca, przyspieszony oddech, który mimo starań z sykiem wydostawał się spomiędzy dłoni.

Cisza.

Czyjeś wolne kroki.

- Fereso... - cichy głos ojca, w którym brzmiał coś jakby żal.

Cisza.

Dźwięk zamykanych drzwi.

Walnięcie pięścią w szafę i niemalże zwierzęce warknięcie.

Popłakała się. Nie rozumiała, co właśnie zaszło, nie wiedziała, o co chodzi. Chciała po prostu się stąd wydostać.

Dostała swoją szansę, gdy ciężkie kroki zniknęły za zamkniętymi z hukiem drzwiami. Wygramoliła się czym prędzej z szafy i bardzo gorliwie, tak jak uczyła ją Stara Niania, modliła się do Shilen, żeby tylko ojciec nie wrócił. Wyjrzała na pusty korytarz, odetchnęła z ulga i ile sił w nogach pobiegła przed siebie.

Przy swoim pokoju wpadła na Shiriję.

- Wiesz, co to znaczy, że ktoś jest bękartem? - spytała młodszą siostrę i wytarła zasmarkany nos w rękaw sukni.

Tamta pokręciła tylko głową patrząc na Rashireę szeroko otwartymi oczami.

- Chodźmy sprawdzić, dobrze?

- Ale najpierw chodź - powiedziała poważnie młodsza elfka - znajdę ci jakąś chusteczkę, przecież lady nie może chodzić zasmarkana.

Tym razem Rashirea pokiwała głową i dała się poprowadzić Shiriji za rękę, na poszukiwanie chusteczek.