Za oknem wiatr tańczył wraz z drobnymi śnieżnymi płatkami. Wydawać by się mogło, że to gwiazdy spadły z nieba wśród ciemności nocy i wirują rzucane na łyse konary drzew, na drewniane dachy, niemalże niewidocznych w zamieci, pojedynczych zabudowań. Osiadały na parapetach wykutych w skale okien, jakby chciały zajrzeć do środka, jakby chciały poczuć ciepło bijące od kominka, może chciały przejrzeć się w lustrze tak samo jak siedząca w środku mroczna elfka, która podobna była lodowej figurze.
Ogień trzaskał i rodził iskry, które zaraz umierały i może dzięki temu były takie piękne. Każda inna i niepowtarzalna. Płomień zalewał pomieszczenie ciepłym, miękkim blaskiem. Łagodził rysy i krawędzie. Rozświetlał ołowianoszare oczy, te prawdziwe i te w lustrze. Znaczył karminem miękkie usta, które są idealne do uśmiechów. Tylko o tym nie wiedzą, nie dano im tej wiedzy. Kolejne iskry ogień budził w diamentach kolczyków i kolii, ale te były inne. Nadal piękne tylko, że chłodne i nieśmiertelne. Takie same jak łabędzia szyja, jak smukłe, szare ramiona, jak wyprostowane plecy i wzgórza piersi, które unosiły się w ledwo widocznym, płytkim oddechu konającego. Ciepło ognia nie docierało w dół. Nic więc dziwnego, że wzgórek krył się w ciemnościach i pokrył się białym puchem. Zimny. Tylko jeden z opuszków położonych na udach dłoni był pieszczony ciepłym światłem.
Figura poruszyła się, uniosła spojrzenie z wnętrza swoich dłoni na swoje odbicie w lustrze. Wszystko trwało, jakby zawieszone w zupełnie innym czasie, a może raczej bezczasie. Powolne przymknięcie i otworzenie powiek, było oznaką zaskoczenia. Zdałoby się, że to nie przed lustrem siedzi elfia pani, a raczej przed lodową taflą, w której zaklęta, żyje inna istota. To by wyjaśniało, ten dziwny chłód panujący dookoła, którego mimo starań, ogień nie potrafił rozegnać. Istoty jednocześnie podniosły dłonie i dotknęły powierzchni tafli. Muskały policzki, szyję i ramiona. Pogładziły srebrne upięte włosy.
Kolejne przymknięcie powiek - zawód. Pod palcami był tylko chłód szkła. Nie było drugiej osoby.
Za oknem szalała zamieć, w pokoju huczał ogień. I było przejmująco cicho.
Samotnie.
- Nie spodziewałem się ciebie pani w stajni. Nie mogłaś lady poczekać na mnie w gabinecie. Co to za pilna sprawa?
Kobiece ramiona same się uniosły i objęły męską pierś.
- Przepraszam cię...
Męskie dłonie wahały się tylko przez chwilę. Przytuliły smukłe ramiona, pogładziły pachnące zimowym słońcem włosy.
- Fereso?
- Jestem martwym, zimnym diamentem... Nie jestem do niczego potrzebna, wyrzuć mnie.
- Po co? Żeby samemu potem umrzeć?
Spojrzenie odnalazło spojrzenie. Usta odnalazły usta.
Pierwszy raz od dawna było tak ciepło.
