Był daleko za nią. W końcu nic dziwnego. Jeździła najlepiej ze wszystkich na dworze rodziny Sherazai. Nawet żołnierze nie potrafili jej dogonić, bo głupcy nie doceniali drobnych koni, które sobie wybierała młoda lady. Zaśmiała się i dźgnęła wierzchowca piętami, wiedziała, że to jeszcze nie wszystko, na co go stać. Mroczny jadący za nią zmalał jeszcze bardziej. Elfka uśmiechnęła się i skręciła w pełnym galopie w stronę rosnącego na wzgórzu zagajnika. Przeskoczyła nad zwalonym pniem i zniknęła wśród drzew.
- Co tak długo Dert? - spytała ze śmiechem, gdy na małą polankę w zagajniku wjechał zziajany mroczny na nie mniej zziajanym wierzchowcu.
Elf przez chwilę łapał oddech. W końcu zsiadł i podszedł do opartej plecami o drzewo mrocznej. Wsunął dłoń pod jej gorsecik.
- Bo tylko ty Rashireo potrafisz tak szepnąć wierzchowcowi, żeby pędził jak wiatr. Jestem ciekaw, co tam mu obiecywałaś? - uśmiechnął się bezczelnie Dert i drugą dłonią zaczął rozwiązywać haftki gorsetu.
- Nic ponad to, co tobie - elfka uśmiechnęła się lekko i wplotła dłoń we włosy towarzysza, gdy ten całował jej dekolt.
- Lord będzie rad również usłyszeć te obietnice.
Para podskoczyła i szybko odsunęła się od siebie na dźwięk męskiego głosu. Na skraju polany stał mroczny elf w stroju zwiadowcy i uważnie przyglądał się młodym.
- Nawet nie próbuj uciekać - zwrócił się do Derta, gdy ten zrobił krok w stronę koni.
W końcu Rashirea odzyskała głos. Wyprostowała się.
- Co to ma znaczyć? - starała się by jej głos był jak najbardziej władczy i oburzony. - Co tu robisz Sovirinie? Czy nie powinieneś być na zwiadzie?
Na zwiadowcy nie zrobiło to żadnego wrażenia, uśmiechnął się tylko półgębkiem.
- Właśnie na nim jestem lady. Z rozkazu lorda Sherazai mam sprowadzić do domu ciebie lady, oraz twojego towarzysza. Rozumiem, że pójdziesz po dobroci?
Rashirea przełknęła ślinę, kiwnęła głową i zawiązała haftki gorsetu.
Nie odzywała się do samej rezydencji.
Kilistir Sherazai - lord dowódca Straży Świątyni Nocy miał ciężki i pewny krok, który córka potrafiła rozpoznać bezbłędnie i gdy tylko go usłyszała, zaczęła nerwowo zaciskać dłonie. Serce jej tak waliło, że myślała, że zaraz jej wyskoczy i ucieknie bez niej. Stała razem z Dertem w gabinecie lorda. Starała się wyglądać jak na lady przystało, ale czuła, ze to jej nie wychodzi. Podskoczyła niemalże, gdy drzwi się otworzyły i stanął w nich Kilistir. Miał okropną bliznę, która ciągnęła się od skroni przez policzek, szyję i ginęła gdzieś pod czarnym jedwabnym wamsem. Białe włosy miał przycięte i zaczesane do tyłu. Przeszedł obok nich i stanął przy dużym hebanowym biurku. Jedną dłoń oparł na rękojeści miecza, który nosił przy pasie, druga zaczął się bawić wisiorem z symbolem lorda dowódcy.
- Więc to dla tego przystojniaka chciałaś rozłożyć nogi? - spytał spokojnie lustrując Derta szarozielonymi oczami. Chłopaczek wyraźnie skurczył się w sobie. Zresztą było niewielu, co wytrzymywało spojrzenie lorda Sherazai. - Chłopcze stań przodem do mojej córki. - elf posłusznie wykonał polecenie, chociaż musiał się przy tym odwrócić plecami do Kilistira. Ten patrzył teraz uważnie na swoją córkę, która znalazła w sobie odwagę straceńca i teraz patrzyła w oczy ojca. - Obiecuję ci solennie, że każdego mężczyznę, który spróbuje się do ciebie zbliżyć, czeka ten sam los.
Rashirea wytrzymała spojrzenie lorda, ale kiedy ten skończył mówić nie mogła nie przenieść wzroku na karminowe ostrze wystające z piersi Derta.
- Jesteś Sherazai, pamiętaj o tym.
Pamiętała doskonale, długo po tym jak nieprzytomną wynieśli ją z gabinetu ojca.
