W powietrzu uniósł się drobny pyłek, ale ani elfka, która siedziała, ani ta, która stała za nią, nie zwróciły na to uwagi. Za bardzo były podekscytowane.
- Wszystkich olśnisz pani siostro - powiedziała Shirija. Dopiero od niedawna zwracała się do swojej przybranej siostry w formalny sposób, ojciec tak rozkazał.
- Gdyby nie twoje zręczne dłonie, na pewno bym tak ślicznie nie wyglądała - odwdzięczyła się szczerze Rashirea.
Młoda lady nikomu innemu niż Shirija nie pozwoliłaby się przygotować na bal. Trzeba było przyznać, że ta miała bardzo dobry gust. Rashirea przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Włosy miała starannie upięte, tylko kilku pasemkom pozwolono opadać swobodnie, a i te zostały poskromione srebrnym drucikiem, który wił się wokół nich. Shirija właśnie wbijała w kok siostry szpilę, z której zwisała czarna wstążka, a na niej pyszniły się drobne diamenciki. Kolczyki składały się z kilku cienkich łańcuszków sięgających niemalże ramion mrocznej, na końcach których znajdowały się kuleczki z barwionego na czarno szkła podzwaniające przy każdym ruchu. Długa, smukła szyja nie była niczym przyozdobiona, ale tylko, dlatego, że Shirija powiedziała, że ojciec tak kazał. Delikatna, srebrna koronka zakrywała ramiona kończąc się szerokim rękawem w połowie dłoni. Tą samą koronką wyszyty był czarny gorset, a później w luźnych klinach spływała w dół satynowej sukni.
Młodsza elfka oparła brodę na ramieniu siostry. Spojrzała na ich odbicie w lustrze.
- Olśnisz ich – powtórzyła.
Rashirea tylko się uśmiechnęła. Po raz kolejny zadziwiły ją niesamowicie błękitne oczy siostry. Jedyny element urody, którą bękartka odziedziczyła po swojej matce. I w sumie Rashirea nie dziwiła się ojcu, że dał się tym oczom skusić.
Shirija wyprostowała się nagle i odsunęła o krok spuszczając głowę. Rashirea też usłyszała. Niespieszne, ale pewne kroki. Lord Sherazai wszedł bez pukania do pokoju córki. On też był już gotowy do balu. Miał na sobie wams ze stójką z purpurowego jedwabiu, który lśnił delikatnym haftem. Czarne spodnie ginęły w wysokich wojskowych butach. Jedynymi ozdobami był wisior - symbol sprawowanego urzędu i sztylet przy szerokim pasie.
- Zostaw nas samych - zwrócił się do młodszej elfki, tak jak do służby.
Shirija ukłoniła się i wyszła bez słowa. Kilistir zamknął za nią drzwi i stanął za plecami wciąż siedzącej córki. Widziała jak uśmiechnął się lekko.
- Mam dla ciebie prezent Rashireo - powiedział łagodnie, przynajmniej jak na jego zwyczaje. - Zamknij oczy.
Posłusznie wykonała polecenie. Po chwili poczuła chłód na szyi i muśnięcia palców swojego ojca na karku.
- Możesz otworzyć.
Była piękna. Rashirea przekręciła głowę wpatrzona w migotanie diamentów, które na srebrnych łodyżkach bluszczu, wyglądały jak ledwo opadła rosa. Bluszcz wił się i plątał wokół jej szyi na szerokość dłoni. Bluszcz... Ten sam, co w herbie rodziny.
- Dziękuje panie ojcze, jest piękna - próbowała przybrać obojętny ton.
Oparł dłonie na jej ramionach i pochylił się. Spojrzał w oczy jej odbicia.
- Twoją służbą jest Sherazai. Pamiętaj - wyszeptał jej do ucha. W jego głosie próżno by było się doszukiwać wcześniejszej nutki łagodności. - Czekamy z matką na dole.
Nie odpowiedziała, ale skinęła głową nie spuszczając wzroku. Jej ojciec uśmiechnął się raz jeszcze, ale wiedziała, to nie był uśmiech przeznaczony dla niej i wyszedł.
Pogładziła dłonią otrzymaną ozdobę. Uśmiechnęła się i z szufladki toaletki wyciągnęła porcelanowe puzderko. Jeżeli ojciec myślał, że będzie mu posłuszna jak piesek to się grubo mylił. Na najniższej łodyżce zawiesiła wyjętą z puzderka różę, że szlifowanego czarnego kryształu - prezent od matki, herb jej rodu. Spoczęła w dołeczku w złączeniu obojczyków. Rashirea zaśmiała się cicho. Doprawdy ten, kto zaaranżował małżeństwo jej rodziców musiał mieć poczucie humoru. "Służba jest wyborem" wołają Sherazai, "jesteśmy dumą i godnością" odpowiadają Denery.
Wstała i wyszła z pokoju.
- Lord Kilistir Sherazai, wraz z małżonką Feresą i córką Rashireą - rozległ się w sali wyćwiczony głos herolda.
Szła krok za swoimi rodzicami, unosiła delikatnie suknię schodząc po schodach. Czuła się jakby wypiła pół butelki wina, modliła się więc, żeby przypadkiem się nie potknąć. Czuła na sobie spojrzenia gości. Niektórzy jawnie jej się przyglądali, nie odwracali nawet wzroku, gdy na nich spojrzała, inni rzucali tylko ukradkowe spojrzenia nie przerywając rozmów. Znała większość, znała tych, co znać powinna. Wiele czasu poświęciła na to, żeby nauczyć się nazwisk, zapamiętać twarze z portretów. To miał być tak naprawdę jej bal.
Minęła tylko krótka chwila, gdy już pierwszy młodzieniec podszedł do niej z lampką wina. Areun aed Neresht drugie dziecko lorda skarbnika, dziedziczy po starszej siostrze.
- Lordzie! Toż to zbrodnia była trzymać taki kwiat z dala od naszych oczu - zawołał wesoło młodzieniec i skłonił się nisko Kilistirowi. Ten skinął nieznacznie głową i zaraz odwrócił się, by przywitać się z kimś innym.
Rashirea została sam na sam z Aerunem i już po kilku minutach stwierdziła, że ma go dość. Zupełny brak wyobraźni sprawiał, że jego komplementy były płytkie i trywialne. Przy trzecim "lśnisz niczym gwiazda" miała ochotę wylać na niego resztkę wina z kieliszka. Na szczęście ktoś ją wybawił.
- Młody lordzie chyba ojciec cię szuka - odezwał się męski głos z boku.
Było w tym głosie coś przyciągającego, a jednocześnie niepokojącego. Odwróciła się natychmiast w jego stronę i utonęła. Gdyby otchłań miała oczy, wyglądałyby dokładnie tak, jak oczy tego mrocznego z siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu i z przyciętą w szpic bródką.
- I pewnie mam przyjemność z młodą lady Sherazai. To prawdziwy zaszczyt. - Uśmiechnął się lekko i skłonił głowę nie spuszczając spojrzenia niesamowitych oczu z Rashirei.
Ukłoniła się z gracją, zupełnie nie zwracając uwagi na młodzika, który obok zaczął chyba coś tłumaczyć i poszedł.
- Wybacz panie, że nie mogę odwdzięczyć się takim samym zasobem wiedzy o tobie - powiedziała starając się by jej głos brzmiał jak najspokojniej.
- Pozwól mi młoda lady, na tę jedną noc, zostać po prostu twoim tajemniczym wielbicielem - odrzekł z bezczelnym uśmiechem i podał elfcę ramię.
Pozwoliła mu.
Nie odstępował jej przez cały bal i była mu za tę obecność niewymownie wdzięczna, bo wszyscy paniczykowie niedługo wytrzymywali w jego obecności, a przy okazji nie prawił suchych komplementów. Rozśmieszał trafnymi dowcipami. Chociaż zadziwiało Rashireę to jak wiele wiedział o wszystkich uczestnikach balu i to z jakim szacunkiem go witano. Trochę irytowało, że nikt nie wymienił jego nazwiska, a ona przeklinała ojca za to, że nic jej o nim nie powiedział.
- Och młoda lady - zaczął odpowiedź na zadane przez nią pytanie. - Tytuł lorda dowódcy był przecież w waszej rodzinie od pokoleń. Twojemu ojcu trudno będzie się z nim rozstać, a będzie musiał, jeżeli nie wyjdziesz za mąż, tudzież nie urodzisz syna. Bo jak wszyscy dobrze wiemy Straż Świątyni Nocy jest w zupełności męską organizacją.
- Czyli tak naprawdę niewiele się zmieniło - westchnęła ciężko. - Wciąż jesteśmy tylko żonami i matkami. Zazdroszczę nieco kobietom Teresh i ich matriarchatu.
Jej towarzysz zaśmiał się.
- Jesteś lady jak swój ojciec. Zapraszam do tańca - dodał zanim Rashirea zdążyła odpowiedzieć, więc podała tylko dłoń i dała się powieść na środek parkietu.
Muzyka grała. Ukłon. Krok w bok. Wyciągnięcie dłoni. Obrót. Kolejny ukłon. Wirujący, barwny tłum. Jak w kalejdoskopie.
- Nie chcę być krową wystawioną na targu - szepnęła, gdy szli w figurze obok siebie.
- Ale służba zobowiązuje - odpowiedział jej towarzysz. - A duma nie pozwala służyć byle komu - zrobili obrót. - Ciekawe to będzie widowisko, aż jestem ciekaw, co też zwycięży - uśmiechnął się do niej.
Kolejny ukłon, Wtedy spod koszuli mrocznego wypadł wisior. Kruk i księga. Uśmiechnęła się i zrobiła dwa kroki do przodu.
- Coś czuję, że znajdzie się dla ciebie szanowny tetrarcho miejsce w pierwszym rzędzie w tym przedstawieniu.
Vellior Tirel tetrarcha Świątyni Nocy zaśmiał się i zrobił obrót i krok w bok zmieniając partnerkę w tańcu.
Jednak na wiele spotkań, które później się odbywały, zapraszał jedynie Rashireę.
