Wiem, nigdy tak naprawdę nie klęknąłeś. To tylko te słabe nogi, które znienawidziły cię nieść, zdezerterowały, nie usłuchały rozkazu.
Wiem, chciałeś tam walczyć do końca, zginąć przy boku swoich żołnierzy, tych kilkudziesięciu, którzy cię tak pokochali, że zdezerterowali, nie usłuchali rozkazu.
Wiem, to nie była łza. Morze grzmi, nigdy nie płacze. Ale to niebo tamtego dnia opłakiwało, ten nasz świat, który upadł wraz z tobą.
Wiem, chciałeś tym spojrzeniem mnie przeprosić, ale wiesz? Tak bardzo zazdrościłam matce, tego twojego ostatniego najpiękniejszego uśmiechu, który jej ofiarowałeś.
Wiesz, w tej ostatniej chwili naszego świata, wyszło słońce. To zachodzące, krwiste. To ono cię przebiło, bo nie uwierzę, że mogłeś umrzeć od miecza.
Wiesz, nigdy nie widziałam, by morze twoich oczu było tak spokojne, tak piękne. W tamtej chwili byłeś najwspanialszym mężczyzną w moim życiu.
Wiesz, że matka ścisnęła moją dłoń. Nie po to, żeby mnie powstrzymać. Ty pewnie nie zdążyłeś tego zauważyć, ale tak bardzo chciała w tamtej chwili podbiec i chwycić cię w ramiona.
Wiesz, podsłuchałam was. Wtedy, kiedy schowałam się w szafie w twoim gabinecie i wtedy, kiedy wróciłeś z patrolu i spotkaliście się w stajni. Szeptałeś, ale ja słyszałam.
Wiesz, chciałabym w tamtej chwili być na jej miejscu.
Ojcze.
Nie wiedział ile czasu minęło, gdy w końcu odzyskał przytomność. Ktoś trzymał go za ramiona i ciągnął. Dłonie miał skute łańcuchami. Nawet nie próbował się wyrwać i tak wiedział, że nie starczy mu sił, a może będą mu jeszcze potrzebne, o ile dadzą mu szansę. Przymknął oczy i dał się nieść.
Otworzył je odpiero, gdy ktoś z hukiem otworzył drzwi, tuż przed tym jak rzucili go na podłogę. Zdążył tylko zobaczyć poprzez sklejoone krwia i potem włosy, siedzące na kanapie Feresę i Rashireę, nieruchome jak dwa posągi. Zaczął powoli wstawać, było to trudniejsze niż przypuszczał.
Dodatkowo w nodze obudził się pulsujący ból. "I ty chciałeś coś jeszcze robić lordzie? Jak nawet wstać nie masz siły", pomyślał zbierając się by podnieść się na nogi.
- Pozwoliłam ci wstać? - odezwał się gdzieś z boku obcu kobiecy głos.
Zignorował go.
- Nie pozwoliłam ci wstać, psie! - ten sam głos.
Spojrzał w bok, na fotelu siedziala mroczna z czarnymi włosami upiętymi w staranny kok, w kolczudze narzuconej na bojową suknię. Skądś ją kojarzył, ale nie zdążył przyjrzeć się dokładniej, bo noga, na którą wstawał, właśnie zadrżała i upadl z powrotem na ziemię. Ktoś postawił ubłocony but na jego twarzy.
- Pies powinien wiedzieć, gdzie jego miejsce - czarnowłosa była widocznie zadowolona. - Jak będziesz grzeczny to pozwolę ci służyć, w końcu to lubisz, co lordzie Sherazai?
Milczał, nie drgnął nawet. Mroczna chyba wzięła to zgodę, bo po chwili ktoś zabrał nogę z jego twarzy. Podniósł się niespiesznie, ale nie próbował już wstawać z klęczek. Wyprostował się i spojrzał na Feresę i Rashireę. Feresa jak zwykle spokojna, a przynajmniej na taką wyglądająca, a Rashirea... Przestraszona? Nie. Wściekła, prawdziwie gniewna. Jego dwie piękne kobiety.
- I jak, będziesz służył piesku? - odezwała się znowu czarnowłosa, widać chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Nawet na nią nie patrzył. Patrzyl tylko na swoją żonę i córkę, chcąc się nacieszyć ich widokiem. Dopiero teraz zauważył jak są do siebie podobne, w uniesieniu głowy, w wyprostowanych plecach, w powoli unoszącej się i opadającej piersi. Trzymały się za ręce. Wargi Feresy drgały ledwo zauważalnie. Rashirea zacisnęła dłoń na sukni tak mocno, że pobielały jej kostki. Jak dwa posągi, martwego już świata. Chciało mu się gorzko zaśmiać. Jedyne co zostało do uratowania to godność. Szkoda. Szkoda, że nie może po prostu umrzeć w ramionach tych dwóch najważniejszych w jego życiu kobiet. "Pomarzyć można lordzie, ale mają rację, została już tylko godność do ocalenia." Odetchnął głębiej.
- Służę, przez cały czas służę - odezwał się cicho. - Służę swojej rodzinie, służę Enklawie, służę Shilen. A takie marne stworzenia jak ty, pies taki jak ja, rozrywa i zjada.
Nie odpowiedziała, ale kątem oka zauważył jak wykonała gest i któryś z jej żołnierzy uderzył go twarz.
- Jeszcze śmie szczekać? - prychnęła oprawczyni.
- Przynajmniej nie ujadam... - zaczął ale kolejne uderzenie mu przerwało. Przez chwilę zrobiło się czarno przed oczami.
- Skoro taki z ciebie niebezpieczny pies to może powinniśmy dać ci obroże i trzymać na łańcuchu, co? Ma tam któryś jakiś sznurek, może wyprowadzimy wielkiego lorda na spacer? - rzuciła i zaczęła się śmiać, a wraz z nią wszyscy jej żołnierze.
Zignorował ich, chociaż na usta aż cisnęły się słowa riposty.
- Cieszę się, że widzę was całe i zdrowe Fereso, Rashireo - szepnął, nawet nie wiedział czy go usłyszały, ale chyba tak, bo obu zaszkliły się oczy.
Nawet nie zaprotestował, gdy jakis żołdak założył mu na szyje obrożę zrobioną z paska. Ktoś z tyłu zaczął szczekać.
- Dość tego Sa'ameti! - czyjś zmęczony głos przedarł się jakimś cudem, przez hałas, wszyscy umilkli.
Nawet lord odwrócił wzrok, by się upewnić, że dobrze pamięta ten głos. Veanerys Denery Teresh w zbroi i przy mieczu i w przeciwieństwie do córki siedzącej na fotelu widać było, że jeszcze przed chwilą walczył. Kilistir odwrócił się do żony, ale tak jak się spodziewał, jej twarz ani na jotę nie zmieniła się na widok brata.
- To mój więzień i mogę robić z nim co mi się żywnie podoba - zaprotestowała mroczna.
- Jak śmiesz... A wy? Co z was za żołnierze, gdzie wasz honor - Veanerys nie podniósł głosu, ale z powodu zmęczenia gorzej niż siostra panował nad targającym nim gniewiem. - Zdejmijcie to - rozkazał i ktoś zdjął przed chwilą założoną niby obrożę.
- Jak zwykle psujesz dobrą zabawę - prychnęła młoda Teresh.
- Wynocha - szepnął jej ojciec ignorując jej uwagę.
Sa'ameti przez chwilę jeszcze siedziała na fotelu, w końcu prychnęła i wyszła z pokoju.
- Lordzie, siostro wybaczcie...
- Nie wiem kim jesteś - odezwała się cicho Feresa patrząc na Veanerysa - bo mój brat na pewno umarł.
- Miałem nadzieję, że mnie zrozumiesz, ale trudno. I tak ty i twoja córka będziecie gośćmi w naszym dworze...
Feresa zaraz wróciła wzrokiem do swojego męża, tak samo Rashirea. Wszyscy wiedzieli, co znaczą te słowa.
Usłyszał za sobą dźwięk wyjmowanego miecza.
Spojrzał na swoją córkę i zaraz odwrócił wzrok. Nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Nie był dla niej dobrym ojcem. "Przepraszam."
Przeniósł wzrok na swoją żonę, na ten szary spokój. Uśmiechnął się, tak jak ona uśmiechnęła się tej ich pierwszej nocy. Uśmiechem tylko dla niej. "Kocham cię"
Poczuł ostrze wchodzące w jego ciało.
O słońce zachodzi.
Trochę smutno.
... wasze ramiona...
