Czarnowłosa mroczna elfka poderwała się gwałtownie z łóżka odrzucając kołdrę, nie mogła złapać oddechu. Panicznym odruchem chwytała się za gardło, wbijała paznokcie w pierś. Próbowała wstać, ale nogi odmówiły posłuszeństwa i runęła na podłogę. Płuca zaczęły boleć domagając się powietrze, ale to nie chciało się przecisnąć przez zaciśnięte nagle gardło. Jeszcze się podniosła na wyciągniętych ramionach, by znowu upaść znowu, przestała walczyć, tylko ostatni raz spróbowała i powietrze, które niespodziewanie wdarło się do płuc, sprawiło, że w zakręciło jej się w głowie.

Leżała przez chwilę na podłodze uspokajając się po kolejnym ataku, to jeszcze nie ten ostatni. W końcu uklękła i wtedy za jej plecami cicho otworzyły się drzwi. Światło z korytarza oświetliła mały szpitalny pokoik. Cień wchodzącego padł na klęczącą elfkę.

- Już wszystko dobrze. - powiedziała nie odwracając się.

Drzwi zamknęły się, a w pokoju zapachniało pomarańczami.

- Oczywiście, że dobrze - odezwała się mroczna, która weszła. - W końcu cię znalazłam siostrzyczko.

Chora spojrzała przez ramię nie wstając z klęczek. Widziała jak mroczna zdejmuje kaptur i odsłania zęby w szerokim uśmiechu szaleńca, w jej dłoni błysnął wąski sztylet. Zmrużyła zielonożółte oczy.

- A więc jednak przyszłaś po mnie Sa'ameti? - na wpół spytała, na wpół stwierdziła i wyprostowała się odrobinę. Wpatrzyła się w niebo za oknem.

- Zdradziłaś rodzinę Naurloke, tak samo jak Angnir, a ja jestem zemstą, naprawdę myślałaś, że cię nie odnajdę? Siostrzyczko - powiedziała tamta czule i zachichotała zaraz.

Naurloke poczuła materiał sukni na swoim ramieniu i delikatny dotyk dłoni na swoim podbródku. Nie stawiała oporu, gdy Sa'ameti odchyliła jej głowę do tyłu. Spojrzała w oczy siostry.

- Nie umrę. Zadbałam o to - powiedziała z uśmiechem i rozluźniła się.

- Ty suko - warknęła młodsza Teresh i wbiła sztylet za obojczyk klęczącej, czuła jak długie, wąskie ostrze dosięga serca, wyszarpnęła je i odepchnęła od siebie ciało siostry. Z lubością oblizała sztylet z krwi i zaczęła się śmiać.

Rashirea skręciła w korytarz prowadzący do przyświątynnego szpitala. Niosła koszyk z grzebieniem, gąbką i perfumami, czyli to co zwykle, od jakiegoś miesiąca.

Skręciła znowu, pozdrowiła skinieniem głowy jedną z medyczek i kolejny skręt. Zatrzymała się w pół kroku i wyrzuciła koczyk, sięgnęła do paska z tyłu, wyciągnęła sztylet.

- Sa'ameti - warknęła pod nosem, widząc mroczną w czerwonym płaszczu i czarnych włosach spiętych w staranny kok, taki sam, jaki codziennie rano czesała Naurloke.

- Moja siostrzyczka już nie będzie potrzebowała opieki. Zatem mogę zająć się tobą - powiedziała młoda Teresh i zachichotała.

Rashirea zrobiła dwa kroki do tyłu, nie spuszczając oczu z czarnowłosej.

- Straaaaż! - krzyknęła, gdy tamta rzuciła się w jej stronę.

Cofnęła się jeszcze trochę, by znaleźć się w szerszym korytarzu. Odepchnęła swoim nożem proste pchnięcie w pierś.

- Straż! - krzyknęła raz jeszcze i zrobiła krok w bok, ledwo unikając kolejnego pchnięcia.

- Zginiesz dziwko - krzyknęła obłąkańczo Sa'ameti i rzuciła się znowu.

Rashirea syknęła, gdy ostrze, chociaż odbite, przecięło jej skóre na przedramieniu. Nigdy nie była najlepsza w walce na noże. Odskoczyła do tyłu i szykowała się do kolejnego parowania, które nie nadeszło, bo mroczna osunęła się bezwładnie na ziemię. Za nią stał mroczny w mundurze Straży Świątyni Nocy z włosami upiętymi w małe warkoczyki i z dzwoneczkami na końcu każdego z nich, które teraz jak klęknął zadzwoniły wesoło, jak mogło ich nie usłyszeć. Strażnik wziął sztylet nieprzytomnej i zabrał się do jej związywania. Dopiero teraz Rashirea zdała sobie sprawę jak bardzo trzęsą się jej nogi i ręce. Oparła się o chłodna ścianę, zamknęła oczy i starała się uspokoić.

Poczuła czyjś dotyk na swoim ramieniu i męski głos.

- Przepraszam pani. To pani została zaatakowana, tak? - to pytał stojący przed nią mroczny w mundurze dziesiętnika z niesamowicie błękitnymi oczami. Kogoś jej przypominał.

Nie była pewna swojego głosu, więc kiwnęła tylko głową i schowała sztylet z powrotem do pochwy.

- Nazywam się Sishir, pozwoli pani za mną, żeby wyjaśnić...

- Szefie mamy trupa - dobiegł ich krzyk z pokoju.

Dziesiętnik przetarł twarz dłonią. "Dlaczego do cholery jasnej na mojej zmianie", pomyślał i pokręcił głową.

- Zawołajcie, żeby ktoś to posprzątał a tą czarnulkę wrzućcie do celi - odkrzyknął i na powrót wrócił do Rashirei, wskazał dłonią korytarz zapraszającym gestem. - Proszę, muszę spisać raport.

- Oczy... - zaczęła mroczna, odchrząknęła i dokończyła. - Oczywiście.

Ruszyła za mrocznym już spokojna i wyprostowana. Trzeba będzie napisać list do Ryltara o śmierci Naurloke i Vellior też pewnie będzie chciał wiedzieć, że została złapana ostatnia z Teresh i ochrzanić go za to, że dopiero po tym, jak ją zaatakowała.


Trzymała w dłoni długi, wąski sztylet i patrzyła na związaną i klęczącą przed nią Sa'ameti. Nie słuchała tego, co dzieje się dookoła. Pewnie był odczytywany wyrok, ale Rashirea myślami była w jednej z komnat dworu Sherazai, gdzie siedziała na sofie obok swojej matki i bezsilna patrzyła, jak gwardia przyboczna tej małej suki poniża jej ojca, a ta śmieje się i poddaje im kolejne pomysły. Jak patrzy na nie z wyższością, pychą, której nie pozbyła się nawet teraz, na krok przed śmiercią.

- Zaraz umrzesz - syknęła ledwo się powstrzymując, żeby nie pchnąc już teraz.

Sa'ameti uśmiechnęła się szeroko.

- To ty jesteś martwa Sherazai! Ona przyjdzie po ciebie, w końcu o wszystkich się upomina - szepnęła i zachichotała.

Wtedy na sali zapanowała cisza. Rashirea spojrzała na kapłana, który przed chwilą odczytywał wyrok. Tamten skinął przyzwalająco głową. Mroczna zrobiła krok do przodu, chwyciła brodę klęczącej i odchyliła jej głowę do tyłu i wbiła sztylet za jej obojczyk, wyszarpnęła i odepchnęła ją od siebie robiąc krok do tyłu.

Odrzuciła sztylet z powrotem na należne mu miejsce i zeszła z podestu. Myślała, że przyjdzie ulga, satysfakcja, cokolwiek. Ale była tylko pustka. Coś się właśnie skończyło. Podniosła wzrok i napotkała spokojne spojrzenie Ryltara, który czekał na nią ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

- Zdaje się, że tym samym zakończyłaś wszystkie sprawy, które cię tutaj trzymały - odezwał się, gdy podeszła nie siląc się na jakieś powitanie. - Zatem możemy zacząć normalny trening, zgadza się?

W pierwszej chwili chciała się oburzyć, że odzywa się do niej w tak impertynencki sposób, skoro jest tylko wojownikiem, ale zdała sobie sprawę, że od tej chwili, to ona jest uczniem, a on nauczycielem, więc kiwnęła tylko głową.

- Doskonale - podsumował i ruszył.

Poszła za nim nie odwracając się, więc nie widziała, jak znoszą ciało Sa'ameti. W sumie nie miało to już żadnego znaczenia, stwierdziła patrząc na plecy rycerza, przez które przewieszoną miał tarczę. Uśmiechnęła się do marzeń.