"[...]musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą."*

Wiatr trącił i pochylił trawę ku ziemi, strącił z liścia kwiatu kroplę krwi, która powoli spłynęła po zielonej blaszce, zniknęła w gęstwinie, by może gdzieś w korzeniach ziemi połączyć się ze swoimi siostrami, które osiadły na źdźbłach i delikatnych płatkach, znaczyły wzgórze koło Dion, takie jakich wiele. Może to właśnie im tak uważnie przyglądał się orczy wojownik leżący na wznak z rozrzuconymi na bok ramionami. Tym, które schły na eleganckich butach z delikatnej, czarnej skóry, a może jednak tym, które znalazły swój kres na złotym hafcie zdobiącym czarny jedwab sukni.

Na opuszku nieruchomego, skierowanego ku niebu palca, przysiadła biedronka. Złożyła chitynowy pancerzyk i nie przejęła się zbytnio szelestem jedwabiu i delikatnym zapachem ozonu. Orczy wojownik widać podzielał zdanie biedronki. Nie poruszył się, nie rzekł nic, gdy obiekt jego dotychczaowych obserwacji zniknął.

Wdzięczność orokai jest twoja.

Walcz ze mną!

To ty jesteś martwa Sherazai!

Wypadła z portalu nie martwiąc się krwią barwiącą jej suknie, ramiona i twarz. Nie schowała okrwawionego miecza. Świat gdzieś zniknął. Była tylko burza w szarozielonych oczach.

Jest tylko prośba o przysługę

Zabij mnie!

Przyjdzie po ciebie

Obcasy uderzały o deski podestu. Były jak grzmoty. Zachodzące słońce odbiło się od

ostrza. Błyskawice.

Jestem Rubra z domu Quercus

Wspaniale...

O wszystkich się upomina.

Nie zatrzymywała się ani na chwilę. W końcu kto to widział, żeby burza milkła w jednej chwili. Nie zapukała, bo kto widział, żeby fala wznosząca się na drewniana łupiną statku pytała o pozwolenie.

Wdarła się do pokoju Oriana, chwyciła go siedzącego przy biurku i pociągnęła na ziemie przygniatając wątła pierś kolanem. Sztych miecza znalazł się przy chudym gardle. Powietrze chrapliwie wydobywało się za zaciśnietych zebów odsłoniętych w wilczym grymasie. Gdzieś w oczach szalał sztorm, pod którego powierzchnią, w głębi, czaił się spokój szaleństwa.

W jednej chwil drzwi huknęły o ścianę, a Orian poznał Rashireę, która wpadła do jego pokoju. Nawet nie próbował zgadnąć co się stało. Z wyrazu twarzy było widać, że coś paskudnego. Już chciał się zerwać i biec po kapłańską torbę, kiedy zaatakowała. Więc przejście na stronę Nirsavidari było bajką, musiały ze Świątyni Nocy dostać rozkaz zniszczenia bractwa.

Tylko tyle zdążył pomyśleć, a zrobić nie zdążył nic. Walnął tyłem głowy o deski podłogi, pierś przygniotło kolano. Pociemniało przed oczyma, dźwięki zlały się w niezrozumiały szum.

Wrzasnęła dziko i odrzuciła miecz gdzieś na bok. Chwyciła Oriana za szatę, uniosła go lekko by zaraz uderzyć nim o podłogę. Burza urodziła deszcz, który dwoma kroplami spłynął po szarych policzkach. Podniosła się szybko i cisnęła krzesłem, na którym jeszcze przed chwila siedział kapłan.

- Nigdy - warczała - więcej - uderzyła pięściami w stół - następnemu znajomemu - kolejne uderzenie pieściami - powiedz, żeby się obwiesił! - pochyliła głowę chowając twarz w dłoniach. - Pozdrowienia od Pazura... - szepnęła zmęczonym głosem.

Miecz pod ścianą, elfka waląca pięściami w jego stół. Jej słowa musiał sobie powtórzyć. Cały czas był nieco oszołomiony. Ork napuścił ją na niego ? Niemożliwe. Skrzywdził ją ? Niemożliwe. To musi być jakieś nieporozumienie. Na wszelki wypadek nie wstawał, a nuż ją rozjuszy ? Oparł się plecami o łóżko.

- Nie wierzę, żeby on powołał się na mnie, by ci wyrządzić jakąś niegodziwość. Ten ork ma więcej honoru niż dziesięciu dowolnych rycerzy razem wziętych. To musi być jakieś nieporozumienie. Powiedz mi co się stało, a ja z nim pomówię. -

Stała pochylona nad biurkiem z czołem opartym na zaciśniętych pięściach. Zaśmiała się nieco histeryczne na słowa kapłana.

- Pomówisz? - znowu zachichotała. - Jeżeli nauczysz się rozmawiać ze zmarłymi to proszę bardzo...

Wyprostowała się, ale nie odwróciła. Patrzyła na swoje dłonie, prawą płasko położoną na biurku i lewą, której palce wciąż były lekko zagięte.

- Honorowy tak? To pewnie ten cholerny honor nie pozwolił mu się samemu zabić, musiał poszukać sobie kogos naiwnego, kto zrobi to za niego, tak?! - jej głos drżał na granicy kolejnego wybuchu gniewu.

Uspokoił się niemal natychmiast. Widać było, że sięga do pamięci. Kiedy mówił jakby do siebie

- Więc jednak to zrobił - w jego głosie brzmiała zaduma z odrobiną zazdrości. Po chwili milczenia dodał. - Myślałem, że mu się coś uda. Albo ją znaleźć albo się z nim pogodzić. - Za moment chyba całkiem już ochłonął. Wzruszył ramionami.

- Też nie rozumiałem tego poczucia honoru. Choć spędziłem z nim sporo czasu. -

Zaczął się zbierać z podłogi. Co dziwne, przestał się najwyraźniej obawiać Rashirei. Podniósł jej miecz i położył na stole.

- Kiedyś, jak będziesz chciała, mogę ci opowiedzieć co wiem. Trochę go może wtedy zrozumiesz. No ale to jeśli będziesz chciała. Dać ci coś na uspokojenie ?

Przyszło zmęczenie i odegnało wściekłość. Wydobyło z ust ciche westchnienie.

Nie zrozumiał, po prostu nie zrozumiał. Ale nie było w tym nic dziwnego, w końcu to nie on próbuje uciec przed wiatrem, wciąż się łudząc, że jest to możliwe.

- Nieważne - szepnęła i pokręciła głową. - Miłego dnia Ogrodniku.

Wzięła miecz ze stołu i skierowała się w strone drzwi. Zmęczenie i rezygnacja była widoczna w kazdym ruchu. Nie garbiła, co to to nie, ale łopatki nie były ściągnięte tak jak zwykle, ramiona zwieszone wzdłuż ciała, głowa pochylona odrobinę, o tą odrobinę, która przesądza o wszystkim.

- Muszę to z siebie zmyć - rzuciła w ramach wyjaśnienia i wyszła z pokoju kapłana i skierowała się do swojego.

Oczyściła miecz, starannie tak jak robiła to o każdym polowaniu. Starała się nie myśleć, po prostu zapamiętać się w prostych czynnościach. Przyglądała się swoim palcom rozwiązującym haftki sukni, starała się nie widzieć krwi barwiącej jedwab. Założyła wyjęte z szafy czyste ubranie, proste - domowe. Wybrała kilka flakoników, z tych, które stały na toaletce i skierowała się do łaźni.

Zanurzyła się w gorącej wodzie, która rozluźniła mięśnie, odetchnęła głeboko parą pachnącą lawendą i kwiatem wiśni. Oparła się plecami o brzeg bali, odchyliła głowę do tyłu i zapatrzyła się w sufit.

Przymknęła na chwilę oczy. Tylko na chwilę.

Chciała się zerwać, gdy czyjeś delikatne dłonie dotknęły jej ramion, ale nie mogła się ruszyć. Chciała krzyknąć, ale usta nie chciały sie otworzyć. Mięśnie zastygły, mogła tylko patrzeć. Patrzyła więc i z każdą chwilą była bardziej przerażona. Koło bali klęczała idealna kopia jej samej, tylko że w negatywie. O lśniącej srebrem skórze, popielatoszarych włosach, bladych ustach. Tylko oczy były złote. Zręczne dłonie ugniatały mięśnie ramion.

- Niechaj nikt nie waży się odbierać Matce jej córkę - odezwała sie postać, jej głos brzmiał, jakby odbijał się echem w pustej jaskini. - Niech córka nie ucieka od swojej Matki, bo po co? Przecież miłość zawsze odnajdzie drogę. A nie ma większej miłości nad matczyną, nieprawdaż Rashireo, córeczko?

Postać przechyliła głowę i uśmiechnęła się czernymi zębami. Dłonie przesunęły się na kark. Czule zadbały o każdy splot mięśni.

- Myśleli, że są w stanie mnie powtrzymać - zachichotała. - Dla nich jestem tylko suką z podziemi, nie potrafia pojąć, że jestem ciemnością, w której każdy widzi coś innego.

Posmutniała wyraźnie.

- Dla ciebie córeczko byłam kiedyś Dającą Dary. Dlaczego teraz nie korzystasz z moich darów? Dlaczego się ich wstydzisz?

Blade usta ściągnęły sie, długie palce oplotły się wokół szyji elfki, zacisnęły się.

- Moich darów się nie odrzuca, córko!

Ostre paznokcie przebiły skórę, ciepła krew popłynęła po szyji i zabarwiła wodę.

- MNIE się nie odrzuca!

Powoli przesunęła dłonie rozdzierając skórę i żyły. Rashirea próbowała za wszelką cenę zaczerpnąć oddechu. Powieki zaciążyły.

- Ale nie martw się. Przed moją miłością nie ma ucieczki...

Dławiła się swoją własną krwią. Jej ciało zadrżało konwulsyjnie.

Wyprysnęła spod wody i rozkaszlała się. Rozejrzała się po łaźni uważnie, ale była sama. Zasnęła, po prostu zasnęła. Tylko dlaczego... Dotknęła nerwowo swojej szyji. Znieruchomiała z sercem trzepoczącym się w piersi, jak motyl w zamkniętych dłoniach, przed oczami jej pociemniało.

Dlaczego w powietrzu unosi się zapach ozonu, a na szyji widnieją ślady po zadrapaniu.


*Zofia Nałkowska "Granica"