Do lady Rashirei Sherazai
W dobrach domu
Pani dziwnie się czuję mogąc znów pisać list, którego Ty będziesz adresatką, zupełnie jak za dawnych czasów. Nigdy przyjaciółkami nie byłyśmy, ale mimo wszystko bardzo miło wspominam wspólną naszą korespondencję. Jednakże radość z kreślenia tych słów przyćmiewa mi, może nie smutek, a raczej niepokój. Myślę, że uczucie moje podzielisz Pani.
Tetrarcha Vellior Tiller jest chory. Pewnie osobiście by do Ciebie Pani list napisał, gdyby tylko sił mu starczyło i jasności umysłu. Zrozumiem Cię Pani, jeżeli uznasz tę wiadomość za niezbyt zmyślny fortel. Tym bardziej niezwykła jest to wieść, że obie dobrze wiemy, że pozostało mu jeszcze dwadzieścia trzy lata życia, o ile ani mnie, ani Pani, nie oszukał. Myślę jednak, że gdzieś w głębi nie jesteś Pani tą wiadomością zaskoczona. Widziałaś Pani, równie dobrze jak ja, że nie zawsze jego czarne oczy były równie przenikliwe, jak jeszcze osiemdziesiąt lat temu. A teraz w krótkich chwilach świadomości dyktuje swój testament i prosi, tak właśnie Pani, prosi byś go odwiedziła, byś osobiście kopię testamentu odebrała. Wydaje mi się, że chciałby z Tobą Pani, po prostu porozmawiać. Może wyjaśnić te sprawy, których wyjaśnić nie mógł, bądź nie chciał wyjaśnić wcześniej. Tak jak wspomniałam nie miałyśmy ani czasu, ani chęci by zostać przyjaciółkami, ale nie odmówisz mi Pani prawa do tego, że chociaż trochę Cię poznałam. Miałam również przyjemność swego czasu napotkać na swojej drodze Twojego ojca i pewnie nie raz już słyszałaś, że jesteś nieodrodną jego córką. Rozumiem więc i akceptuję Twoją Pani decyzję o oddaleniu się od spraw Świątyni Nocy, tym bardziej gdy spotkałaś się po tylu latach z Twoją córką. Jednakże nie zaprzeczysz, że Velliorowi Tillerowi jesteś coś winna. O swoje bezpieczeństwo nie musisz się Pani obawiać, w końcu jesteś azylantką Świątyni Nocy, za której życie i zdrowie jestem osobiście odpowiedzialna, ale oczywiście możesz przyjechać z własną służbą.
Bez względu na Twoją Pani odpowiedź posyłam wyrazy szacunku.
Alhena Lhien
Dowódczyni Osobistej Gwardii Tetrarchy Velliora Tillera
Alheno, przyjadę za dwa dni.
R. Sherazai
Czekała, więc chodziła po komnacie, w której mimo szeroko otwartych okien, unosił się ten charakterystyczny zapach choroby. Mimowolnie wodziła palcami po meblach, brzegu komody, oparciu krzesła, grzbiecie książki. Patrzyła na lustra, wiszące jedne przy drugim, w których odbijało się światło dziesiątek świec.
- Czy to kolejna mara, która nawiedziła mój umierający umysł i daje fałszywą nadzieję, na spełnienie ostatniej prośby? - odezwał się głos za plecami elfki.
Mroczna nie odwróciła się, za to spojrzała w jedno z luster, w którym odbijał się obraz łóżka z baldachimem, w którym siedział, opierając się o jego wezgłowie, mroczny elf i czarnymi oczami kruka przypatrujący się odbiciu Rashirei.
- Och proszę cię Velliorze, choroba to jeszcze nie śmierć - powiedziała i spojrzała na niego unosząc wymownie brwi. - Lekarstwa jak widzę ci pomagają - stwierdziła i sama zdziwiła się brzmieniem swojego głosu. Było tam, coś na kształt nadziei.
Tetrarcha wzruszył ramionami.
- Potrzeba ich coraz więcej, a starcza na coraz mniej.
- Czy mam się zmartwić? - spytała z lekkim uśmiechem przechodząc od komody do okna.
Zapatrzyła się na miasto leżące w dole rozświetlane przez magiczne kryształy. Największe podziemne miasto Enklawy. Można było nawet powiedzieć, że było piękne. Na swój nieco upiorny sposób.
- Zastanawiałem się w sumie, czy będziesz się cieszyć.
Zamyśliła się i zaczęła bawić się wisiorkiem kruka z księgą. Ubrała go, żeby przepuścili ją bez zbędnego dopytywania, ale z drugiej strony, był to chyba najbardziej znajomy kształt.
- Proszę - jęknęła niemalże. - Rozumiem jeszcze Alhenę, że w liście pisała, jak to z tobą źle, ale ty już nie musisz...
- Wiem, co się ze mną dzieje Rashireo - przerwał jej pewnym głosem.
Zerknęła na niego i zmrużyła oczy. On również patrzył z zaciętym wyrazem twarzy.
- Popełniłem błąd. Śmiertelny - dodał odwracając spojrzenie. - Niedługo lekarstwa w ogóle przestaną działać, a ja cóż - uśmiechnął się półgębkiem i wzruszył ramionami. - Odpłynę w krainę szaleństwa, jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało.
Rashirea odeszła od okna i podeszła do kredensu. Wyciągnęła kryształową karafkę w winem i dwa kieliszki.
- Ciekawa jestem, co też cię nawiedza w tym szaleństwie - rzuciła mimochodem nalewając wina.
- Nie licz, że rzucam się w pościeli dręczony wyrzutami sumienia - powiedział tym razem uśmiechając się rozbawiony. - Nie żałuje niczego, do czego przyłożyłem rękę.
- Masz rację, to było dość naiwne - zgodziła się podając kieliszek tetrarsze i samej siadając na brzegu łóżka.
- Za to cię uwielbiam Rashireo. Za tę nutkę naiwności...
- Przechodzimy do fazy komplementów? - uśmiechnęła się uprzejmie i upiła łyk wina.
- Nigdy nie prawiłem ci komplementów. Jesteś na to za dobra - uniósł palec, żeby powstrzymać ją od komentarza - i sama dobrze o tym wiesz. Przyznaj mi rację.
Nie odpowiedziała tylko pokręciła głową z uśmiechem, ale zaraz spojrzała na niego poważnie.
- Więc umierasz? - spytała i zaraz uniosła ponownie kielich, żeby się za nim ukryć.
Nie odpowiedział od razu, tylko patrzył na nią uważnie.
- Nie wyglądasz, jakbyś się cieszyła - stwierdził w końcu.
Wzruszyła ramionami.
- Bo to nie dzięki mnie, a po prostu choroba...
- Kłamiesz - stwierdził ponownie nie spuszczając spojrzenia przenikliwych, czarnych oczu z mrocznej.
Spuszczony mimowolnie wzrok padł na chudą dłoń trzymająca kryształowy kieliszek.
- Może... - powiedziała w końcu. - Ale na pewno nie będę zbytnio tęsknić...
- Tak? - zapytał z delikatnym uśmiechem i uniósł brwi. - A ja za tobą bym tęsknił.
Tym razem ona uśmiechnęła się pobłażliwie i uniosła brwi.
- Swoje lata przeżyłem Rashireo, wiele osób spotkałem, które w ten czy w inny sposób były dla mnie ważne...
- Jak marionetki?
- Skoro tylko tak to widzisz, nic na to nie poradzę.
- A co innego, troska, miłość? - podsunęła z kpiącym prychnięciem.
- A dlaczego by nie, Rashireo?
- Proszę...
- Piastuję zbyt wysokie stanowisko - kontynuował nie zwracając uwagi na uniesioną w niedowierzeniu brew. - Żeby jawnie okazywać swoją przychylność, po prostu nie wypada, żeby urzędnik, bo tym właściwie jestem, miał swoich ulubieńców - mówił szybko, nie pozwalając sobie przerwać, wzrok utkwił w jednym z luster - ale na swój sposób chciałem się zatroszczy o te osoby, które były mi jakoś bliskie i może też trochę potrzebne z różnych przyczyn. Ale żadnej nie nazwałbym marionetką. To wszystkie wspaniałe istoty. Dumne i zbuntowane - uśmiechnął się z szczerym podziwem.
- A co z Sishirem? - wtrąciła. - Trzymanie w celi własnego syna raczej nie jest dobrym sposobem na okazanie troski.
Zaśmiał się.
- Nie powiedziałem, że kocham wszystkich bez wyjątku. Tak, wykorzystałem go, a przynajmniej chciałam, bo mi na to nie pozwoliłaś i naprawdę nie miałby tak źle. Chciałem po prostu mieć przy sobie wiernego wojownika.
- I tak wytresowałeś sobie Alhenę. Wierna jak piesek...
Spojrzał na nią marszcząc brwi.
- Mam wrażenie, że masz do mnie o coś żal. Nie krępuj się, skoro już robię ten rachunek sumienia, jak na umierającego przystało. I nie mów, że chodzi o Nienaite, też miałem do niej prawo, jako ojciec. Po za tym domyślasz się chyba, że nie bez powodu posłałem was obie do Nirsavidari. Ponadto czyż nie przysłałem ci wspaniałej broni? A z tego co wiem, to już całkiem naturalnie zwraca się do ciebie "mamo". Co zatem leży ci na wątrobie moja droga?
Wstała, na wpół pusty kieliszek odstawiła na stolik. Podeszła ponownie do okna i splotła ramiona pod biustem.
- Odesłałeś Ryltara "Czarną Wstęgę" - powiedziała cicho dopiero po chwili.
Czuła na karku jego spojrzenie.
- Odesłałem - przyznał. - Ale nie sądziłem, że już nie wróci. Był rycerzem, któremu ufałem. Dlatego poleciłem go do tego zadania.
Machnęła dłonią nie odwracając się od okna.
- Chyba powinnam się już z tym pogodzić, prawda?
- Zawsze miałaś problemy z akceptowaniem rzeczywistości. Ach właśnie, dopóki pamiętam - znowu zaczął mówić z pośpiechem. - W pierwszej szufladzie znajdziesz kopię testamentu. Nienaite zgodnie z obietnicą została przeze mnie uznana i dziedziczy rubieże północne. Już ona będzie wiedziała, co z nimi zrobić. Jest także pudełko. To prezent dla ciebie, dawno temu kazałem wykonać. Ostatnio przestałem mieć nadzieję, że będę mógł ci go wręczyć, ale teraz to bez znaczenia. Weź. Najwyżej sprzedasz.
Patrzył na nią dziwnie rozpromieniony. Spazmatycznie zaciskał dłonie na kołdrze.
- Otwórz – ponaglił.
Kopertę schowała do kieszeni sukni, a pudełko otworzyła. Dopiero po chwili przeniosła spojrzenie na elfa.
- Piękny, prawda? – zapytał, ale nie była pewna, czy pyta o prezent, bo już na nią nie patrzył.
Rozpoznała to spojrzenie, które nie potrafiło się skupić w jednym miejscu. Podeszła do łóżka i wyciągnęła z dłoni mrocznego kieliszek z praktycznie nie ruszonym winem.
- Zawołaj mi Alhenę, muszę szybko jej coś podyktować – polecił i już chciał wstawać z łóżka, ale zamiast tego opadł na poduszki.
Rashirea nie ruszyła się z miejsca. Stała nad łóżkiem i patrzyła, jak jeszcze przez chwilę Vellior rzuca spojrzeniem po pokoju i mamrocze, aż w końcu zasypia.
Testament kazała przekazać Nienaite. Sama poszła do swojego gabinetu polecając służbie by jej nie przeszkadzano.
Stała w oknie i piła koniak, a z magicznego kryształu na stole leżącego na biurku płynęła muzyka.
Uśmiechnęła się ciepło. Chyba było jej smutno.
