Całość to cztery rodziały i epilog. Postaram się je zamieścić w najbliższym czasie.
Rozdział I
Retrospekcja
Alice POV
Wychowałam się w sierocińcu. Nie znam swoich rodziców, podobno pochodzili oni z niezbyt wysokiej warstwy społecznej. Nie wiem także, czy mam rodzeństwo, bo z tłumoczkiem, w którym byłam ja, dostarczono tylko kartkę z rachitycznie napisanym tekstem: Zajmijcie się nią.
No więc się zajęli. Szesnaście lat życia było nieustanną walką z przeznaczeniem. Będąc malutką, prawie zostałam zaadoptowana, ale los stwierdził inaczej. Para, chcąca mnie przygarnąć, doczekała się w czasie uzgodnień własnego potomka. I zrezygnowała ze mnie. Miałam wtedy trzy latka i na szczęście przyszło mi czekać kolejne trzynaście lat. Jedynym pocieszeniem w tamtym czasie były moje ulotne sny, senne marzenia, które mimo piękna były przerażające.
- Alice Brandon proszę cię po raz ostatni o uwagę. Więcej nie powtórzę! – Panna Cooper spojrzała groźnie i z wyrzutem na niewielką dziewczynkę o długich, czarnych włosach zapatrzoną w krople deszczu za oknem. – Wstań! – Twarz nauczycielki zaczęła niepokojąco nabrzmiewać czerwienią. Alice posłusznie podniosła się z krzesła. – Teraz… - nie dokończyła, bo drzwi otworzyły się. Stanął w nich dyrektor szkoły im. Wiliama Szekspira.
- Witam panno Cooper. Przyprowadziłem dwóch nowych uczniów Edwarda i Emmetta Cullenów. Od dziś uczestniczą w pani lekcjach. – Dyrektor, z ogromnym uśmiechem na ustach, przepuścił uczniów.
Byli to dwaj wysocy ciemnowłosi uczniowie o jasnej karnacji. Jeden o kasztanowych włosach był proporcjonalnie zbudowany. Wyglądał na sympatycznego. Drugi, o włosach zdecydowanie wpadających w czarne, był umięśniony jak sportowiec i uśmiechał się zawadiacko.
- Siadajcie chłopcy – panno Cooper westchnęła – Alice ty też usiądź. Kontynuujmy lekcję…
Nauczycielka zaczęła swój wywód, ale wszyscy uczniowie zwracali uwagę tylko na nowych przybyszy. Alice także była ich bardzo ciekawa, więc odwróciła się. Pochwyciła spojrzenie sportowca, który uśmiechnął się szeroko, odpowiedziała skinięciem.
- Alice, uprzedzałam! – usłyszała warknięcie panny Cooper. – Będziesz stała całą lekcję.
Brunetka podniosła się i z miną wyrażającą skruchę przeprosiła nauczycielkę, ale ta nie dała się ubłagać.
Lekcja przeminęła w miarę szybko, a gdy zadzwonił dzwonek wszyscy wysypali się z klasy. Alice pakowała torbę powoli, układając wszystko na swoim miejscu. To była ostatnia lekcja, a ona niezbyt chętnie chciała wracać do sierocińca. Tam zawsze było ponuro i smutno.
- Niegrzeczna uczennica z ciebie, Alice. - Za jej plecami stanął wyraźnie rozbawiony sportowiec. – Jestem Emmett, a to mój brat Edward. – podał jej dłoń. Uścisnęła ją, lekko zaskoczona. Nie spodziewała się, że do niej podejdą, ani tym bardziej zagadają.
- Nie chciałabyś oprowadzać nas po tym nudnym mieście, w którym nic się nie dzieje, a największą nowością… - ciągnął Emmett, ale przerwał mu Edward.
- Mój brat żartuje, to miasto jest ciekawe.
Alice zachichotała, powstrzymując wybuch śmiechu.
- Jasne, służę pomocą. A twój brat ma całkowitą rację.
APOV
Bracia Cullen diametralnie odmienili moje życie. Sprawili, że nabrało barw, stało się bardziej fascynujące, ciekawsze i dużo, dużo piękniejsze. Każdy dzień był dla mnie niespodzianką, niezapisaną kartką papieru czekającą na słowa. Dzięki nim pokochałam to, co dostałam, a przynajmniej nauczyłam się tolerować.
Zaakceptowałam siebie i otoczenie. Emmett i Edward byli dla mnie jak najwspanialsze rodzeństwo, między którym nie ma barier. Dla nich z sierocińca nie oznaczało ,,gorsza'', a wręcz mówiło, że trzeba się zaopiekować.
Szczęście dopełniło się, gdy poznałam ich ojca – Carlisle'a.
Właściwie to mieli iść na kręgle, rozerwać się po ostatniej klasówce panny Cooper, ale Emmett zauważył coś, co Alice próbowała za wszelką cenę zamaskować.
- Alice… Co to do cholery jest? – Emmett złapał ją za nadgarstek, ale ta cały czas unikała jego wzroku.
- Alice! – krzyknął, a w oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
- Em… - Edward, dotychczas stojący z boku, wtrącił się. – Puść Alice, tak będzie lepiej.
Emmett z niechęcią posłuchał polecenia brata. Alice cały czas nie patrzyła w oczy braciom, ale powiedziała:
- Odkąd widuję się z wami nie bardzo mnie lubią w sierocińcu. Właściwie to przestali mnie nawet tolerować… - jej głos załamał się lekko.
- To musi zobaczyć Carlisle – zdecydował Edward i pociągnął ją za sobą. Emmett przytknął i powędrował za obojgiem.
Ich dom, umieszczony w znakomitej dzielnicy, zdecydowanie różnił się od bidula. Był to parterowy budynek pomalowany na biało. Na tle ścian doskonale odznaczały się, wykonane z ciemnego drewna, okna. Dodatkowo przed wejściem stały dwie ozdobne kolumienki oplecione gęsto bluszczem. Wkoło domu roznosiła się intensywna woń kwiatów pochodząca pewnie z wypielęgnowanego ogrodu.
- Ślicznie tutaj – Alice była zachwycona.
- Cieszymy się – Edward uśmiechnął się do niej ciepło i poprowadził ją do drzwi.
- Nie mamy czasu rozwodzić się nad domem. – powiedział Emmett sucho i wpuścił ich do środka. – CARLISLE! – wydarł się.
Dlaczego oni nie mówią tato?' skontrastowała Alice.
Z głębi domu wyłonił się mężczyzna, który, na pierwszy rzut oka, zdecydowanie był za młody na ojca braci.
- Cześć Emmett, słychać cię nawet u sąsiadów. O! – spojrzawszy na Alice stracił na chwilę rozeznanie.
– Przyprowadziliście koleżankę, jak miło. Napijesz się czegoś, dziecko? – uśmiechnął się i kontynuowałby rozmowę, gdyby nie słowa Emmetta.
- Carlisle, przyprowadziliśmy ją do ciebie. – Edward podprowadził dziewczynę do ojca. – Ona ci sama wszystko powie.
Carlisle wydawał się być lekko zdziwiony, ale starał się tego nie pokazywać po sobie.
- W takim razie zapraszam do gabinetu.
Alice, przymuszona przez braci, podążyła za lekarzem. Po chwili znalazła się w sterylnym pomieszczeniu będącym najpewniej gabinetem.
- Usiądź, moje dziecko – Carlisle posadził ją na kozetce, a sam przysunął swój fotel. Usiedli naprzeciwko siebie i wtedy Alice olśniła jego uroda.
Był nieprzyzwoicie przystojnym blondynem o miękko zaznaczonych rysach, ale to jego oczy ją przyciągnęły. Miały odcień głębokiego błękitu, morskiego oceanu pochłaniającego do reszty; cudownie pasowały do wąsko wykrojonych bladoróżowych ust. Jego twarz idealnie harmonizowała się z cudownie ciepłą barwą głosu.
Alice, podczas analizowania jego piękna, straciła zdolność mówienia, więc udała, że kaszle.
- Powiedz mi, co tak zaniepokoiło moich synów.
Dziewczyna nieśmiało podciągnęła rękaw zniszczonego swetra. Było tam kilka siniaków w całej gamie kolorystycznej. Przez twarz Carlisle'a przebiegł cień.
- Czy masz tego więcej? - Alice skinęła i zdjęła sweter. Jej plecy przypominały abstrakcyjny obraz w różnych odcieniach szarości, fioletów i brązów.
Usłyszała, jak Carlisle bierze gwałtowny wdech.
- Bardzo się cieszę, że ich to zaniepokoiło. Jestem z nich dumny.
Dotknął czymś chłodnym plecy Alice, ta drgnęła bardzo gwałtownie. Bolało ją całe ciało, a już szczególnie obolałe były właśnie plecy.
APOV
Zabrali mnie z sierocińca dzięki tym siniakom. Carlisle, w obliczu tak poważnych dowodów, szybko uzyskałopiekę nade mną. Zresztą dla braci także pełnił funkcję ,,rodziny zastępczej''. Okazało się, że i Edward, i Emmett są synami jego brata – Laurenta. To było dla mnie spełnieniem najśmielszych snów – spokojne życie w otoczeniu kochających ludzi. Jedynym moim marzeniem było wyniesienie się z tego okropnego miasta gdzieś bardzo, bardzo daleko.
I to marzenie zostało spełnione, ba, stało się dla mnie przekleństwem.
Forks, w stanie Waszyngton, najbardziej deszczowe miasto w całej Ameryce. To był cel przeprowadzki Carlisle'a Cullena z podopiecznymi. Tutaj osiadł i objął posadę ordynatora w szpitalu.
W krótkim czasie przystojny doktor zawojował także mnóstwo serc miejscowych kobiet. Jednak na żadnej z nich nie zatrzymał dłużej wzroku. Zmieniła to dopiero Esme Swan, nieustraszona dziennikarka przygotowująca dokumenty o zachwycających zakamarkach Ameryki. Esme była dosyć niską, szczupłą kobietą o orzechowych oczach i o takim samym kolorze włosach. Kipiała z niej energia i chęć życia. Nie bała się niczego, z zachwytem doświadczała nowych, ekstremalnych przygód.
Carlisle'a urzekła w niej pasja i zaciętość, z jaką podchodziła do pracy. Długo trwało zanim zrozumieli, że są dla siebie wprost stworzeni. Idealnie równoważyli się, idealnie wypełniali się pod każdym możliwym względem. Ich związek nie miał żadnych wad, żadnych rys ani braków.
Wszystko byłoby doskonałe, gdyby nie…
Bella Swan i Rosalie Hale. Dwie urocze, intrygujące i irytujące w swym pięknie, istotki. Uwielbiające chłopaków, zakupy, sławę i rozgłos. Na pozór słodkie, niewinne aniołki, w głębi egoistyczne suki, pilnujące własnych interesów; gardzące innymi, a już szczególnie ,,gorszymi''.
Gdy tylko siostry zobaczyły Alice, na ich usteczka wpłynął złośliwy uśmiech. Zyskały koziołka ofiarnego, którego będą mogły dręczyć, a on i tak nic nie wyda, bo się nie domyśli. Na dodatek cudne dziewczątka odkryły, że istnieją bracia Emmett i Edward, więc od razu zarzuciły na nich sieci. I to także było udane, chłopcy tak zauroczyli się, czy zadurzyli w nich, że od razu zapomnieli o bożym świecie.
Zapomnieli o swojej najdroższej Alice, dla której był to cios w samo serce. Na dodatek Carlisle także stał się bardziej niedostępny przez swoje idealne małżeństwo. Alice stała się bardzo samotna i sama w swoim jestestwie. Miewała chwile, w których bardzo chciałaby wrócić do bidula, ale akurat wtedy albo Emmett ją rozśmieszył, albo Edward podrzucił ciekawy utwór, albo Carlisle… Albo Carlisle'owi przypominało się, że w ogóle istnieje. Najczęściej zdarzało się to w szpitalu, gdzie Alice, w ramach wolontariatu, bawiła się z dziećmi na oddziale pediatrii. To było dla niej jedyne wytchnienie – kontakt z chorymi dziećmi, którym tak niewiele brakowało do szczęścia. Mimo to poza szpitalem była sama.
Te dni bywały okropne także przez siostry. Stosowały one utajone tortury, bo przez przypadekdowiedziały się o jej najgłębszym sekrecie, który nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego.
Esme wcale nie była lepsza – ona w Alice cały czas widziała rywalkę do serca i ciała Carlisle'a. Może to dotyczyło młodego wieku dziewczyny, a może faktu, że Esme była starsza od męża?
Tego Alice nie miała się nigdy dowiedzieć od Esme, ale przecież zawsze pozostawały siostry.
Tak jak bracia byli dla niej wspaniali, tak siostry były dla niej paskudne.
APOV
Esme nie ma. Odeszła na zawsze. Czuję się wolniejsza, ale ta wolność mi nie wystarcza. Znów mam te niepokojące sny dręczące mnie od tylu lat… Coś się stanie, czuję to.
