Powitajmy elementy romansu. Ale nic nie trwa wiecznie. Miłego czytania.
Rozdział II
Kilka dni po pogrzebie Esme Cullen życie w Forks wróciło do starego, utartego rytmu.
Carlisle poświęcił się do reszty pracy w szpitalu, rzadko bywał w domu, a jak już się zjawił, to padał wycieńczony na łóżko i spał. Po kilku godzinach niespokojnego snu wstawał, przebierał się i wracał na oddział, a wszystko po to, aby zapomnieć o śmierci Esme. Praca była dla niego wytchnieniem, odskocznią od niedawnych bolesnych wydarzeń. Cała ta sytuacja bardzo niekorzystnie odbijała się na nim, przede wszystkim fizycznie – wycieńczenie i osłabienie zauważyli już nawet niedowidzący pacjenci, ale i psychicznie. Carlisle ukrywał pod żelazną maską to, że jego dusza jest jedną, wielką, ziejącą raną. Nie radził sobie z cierpieniem, jakie pozostało po odejściu Esme. Nie przyznałby się przed nikim. Nigdy. Ogrom tego uczucia przerażał jego samego.
Dwa tygodnie po pochowaniu matki, Bella zwołała rodzinne zebranie. Była i zaniepokojona, i zdenerwowana stanem Carlisle'a.
- Tak już dłużej być nie może – powiedziała do reszty siedzącej przy stole.
- Ja też nie mogę już dłużej znosić jego bezwładnego miotania się po domu. Jeżeli w ogóle jest w domu. – Dodała Rosalie. – Musimy coś zrobić, bo inaczej… - Westchnęła.
- Bells, Rose, macie racje. Sypie nam się tatuś. – Mimo słów, oczy Emmetta były całkowicie poważne. – Chyba śmierć Esme dotknęła go bardziej, niż myśleliśmy.
- Mam wrażenie, jakby sobie z tym nie radził – Edward spojrzał na Bellę, a ta przytknęła. – Trzeba go jak najszybciej wyrwać z tego błędnego koła - amoku.
- Dziwi was, że sobie nie radzi? – Cichy głos Alice był ostry jak sztylet. – Odeszła jego ukochana żona, a najbliżsi udają, że nic się nie stało. Atmosfera w domu sprawia pozory normalnej, kochającej się rodziny, a naprawdę jak jest? Carlisle'a boli każda wizyta w tym domu. Dlaczego? Bo wszystko przypomina mu o jego najdrożej Esme. Każdy zakamarek, każdy kąt, każda rzecz, nawet ten głupi wazon.
- Sugerujesz, że mamy się przeprowadzić? – Głos Belli był chłodniejszy niż zamierzała.
- Ja nic nie sugeruję – Alice umilkła i uparcie unikała wzroku sióstr.
- Spokojnie, Bells. Alice chce jak najlepiej dla wszystkich. – Melodyjny głos Edwarda uciął temat. – Ona się po prostu dzieli spostrzeżeniami i uważam, że ma rację. Naprawdę powinniśmy stać się jedną, wielką, kochającą się rodziną. Może Carlisle otrząśnie się z szoku, gdy odkryje, że Esme jest w nas.
Emmett pokiwał głową, a za nim z pewnymi oporami zgodziły się i Bella, i Rose.
Budowanie podwalin wielkiej, kochającej się rodziny zaczęto od stopniowego ograniczenia pracy Carlisle'a. Trzeba było robić to sprytnie i powoli tak, żeby lekarz nie zorientował się w tych subtelnych manipulacjach. Dlatego więc Edward oddelegował Bellę i Alice do pomocy w szpitalu. Dla Alice nie było to nic nowego, już nie raz pomagała jako wolontariuszka na oddziale pediatrii, ale dla Bells praca okazała się całkowitym zaskoczeniem.
- Powiedz mi, czy wszystkie dzieciaki są chore?
- Raczej tak, rzadko się zdarza, żeby trzymali tu zdrowe. – Brunetka uśmiechnęła się leciutko.
- No dobrze, a co mam z nimi robić? Bawić się, rozśmieszać?
- Podaruj im odrobinę ciepła, kawałek serca, uśmiechnij się. Nie trzeba wiele. – Po raz pierwszy od dłuższego czasu Bella spojrzała na Alice bez uprzedzeń.
- Postaram się, ale nigdy nie miałam do czynienia z cierpiącymi dzieciakami.
- Idź, śmiało.
Praca na oddziale pochłonęła obie dziewczyny, choć w różnych stopniach. Najważniejsze, że nauczyły się tolerować nawzajem, a to ułatwiło poprawę relacji i trochę uzdrowiło atmosferę w rodzinie.
Któregoś dnia z kolei Bella pomagała Carlisle'owi w gabinecie zabiegowym. Już miała iść na przerwę, gdy do środka weszła jakaś dziewczyna, a właściwie kobieta.
Carlisle był człowiekiem, który nie umiał odmawiać, jeżeli chodziło o czyjeś zdrowie, tak więc przyjął pacjentkę kosztem własnego czasu przeznaczonego na lunch.
- Panie doktorze, wydaje mi się, że chyba złamałam rękę! Tak mnie boli… - Zawodziła nieszczęśnica tak głośno, że Belli zachciało się śmiać.
- Niech pani usiądzie. Widzę, że przyniosła pani kartę. Ostatni raz była pani chyba u mnie … trzy dni temu. Ma pani strasznie pechowy tydzień.
- Ja mam pechowe życie, doktorze. – Parsknęła kobieta i machnęła ręką, zapominając, że boli ją owa kończyna.
Carlisle uśmiechnął się prawie niezauważalnie i zaczął badać rękę pacjentki.
- Tutaj boli? – Kobieta krzyknęła. – Tutaj też?
- Taaaak… - Jęczała.
Nagle, gdy lekarz przestał ją badać, jakby wszystko ustało. Carlisle podszedł do biurka i zaczął wypisywać coś na karteczce.
- Pani Evans, ręka absolutnie nie jest złamana. Uważam, że stanowczo za dużo się pani opala, przez co skóra jest przesuszona i robi się nadwrażliwa… na dotyk. Proponuję używać kremów z wysokim filtrem i maści z witaminą A. Powinno pomóc.
- Nic innego? – Głos pani Evans był mocno zawiedziony. – Pan doktor jest naprawdę bez serca! Nie zbadał mnie pan doktor dokładnie, ot co. Nie wyjdę stąd dopóki nie zostanę przebadana.
Carlisle, tak jak i Bella skryta na zapleczu, miał ochotę roześmiać się na głos.
- W takim razie proszę wykonać rentgen całego ciała, szczególnie ręki oraz oddać mocz i krew na podstawowe badania. Zobaczymy się za kilka dni i wtedy ustalimy jednoznacznie, co pani dolega. Tymczasem radzę używać kremu – powiedział śmiertelnie poważnie i wstał. – Teraz chciałbym iść na lunch, jeżeli pani pozwoli. – Wyszli z gabinetu, a Bella zaczęła się śmiać. Ta kobieta zdecydowanie zarzuciła sieci na Carlisle'a, flirtowała z nim bezwstydnie. Po chwili uśmiech zszedł z twarzy dziewczyny.
Jeżeli teraz, dwa tygodnie po śmierci Esme, kobiety się na niego rzucają to, co będzie później...
Bella chciała podzielić się swoim odkryciem z Rosalie, ale ta była zajęta czytaniem czegoś. Jak się później dowiedziała, przyszedł list od adwokata Esme.
Esme Anne de domo Platt, primo voto Swan, secundo Cullen zmarła… - Rose próbowała odszukać
właściwy fragment. – Jest! Cały spadek, wynoszący sto tysięcy dolarów, Esme Cullen przepisuje,
sprawiedliwie dzieląc między swojego męża, Carlisle'a Cullena, córkę Isabellę Swan i siostrzenicę Rosalie Hale.
Co więcej, Esme Cullen zrzeka się praw do spadku po swojej siostrze Renée Platt na rzecz Rosalie Hale w kwocie
pięćdziesięciu dwóch tysięcy dolarów z tytułu sprzedaży nieruchomości. Jednocześnie pieniądze pozostają w dyspozycji
Carlisle'a Cullena aż, do osiągnięcia przez dziedziczki pełnoletniości, tj. 21 lat. Jesteśmy bogate, Bells. – Rose uśmiechnęła się szeroko.
- No nie wiem, Rose. – I opowiedziała o zajściu w szpitalu i swoich przeczuciach. To trochę zirytowało dziewczynę.
- CO!? JAKAŚ OBCA SUKA BĘDZIE SIĘ ROZPORZĄDZAĆ NASZYMI PIENIĘDZMI!? PO NASZYM TRUPIE!
- Spokojnie, daj nam jeszcze pożyć. Nie spieszno mi odchodzić z tego świata – Bells chciała uspokoić przyjaciółkę. – Znajdziemy jakieś sensowne rozwiązanie. Jakieś musi być.
Kasztanowłosa położyła się na łóżku i przymknęła oczy. Czuła, jak bardzo rozdygotana jest Rose, mimo że siostra stała kilka metrów dalej.
- A może by tak, Bells, uknuć intrygę? Malutką, maluteńką, prawie nic… - Na ustach blondynki pojawił się szelmowski uśmiech. – Pamiętasz, co odkryłyśmy, gdy przez przypadek pamiętnik Alice wpadł w nasze ręce?
Bella podniosła się. Chyba wiedziała, o co chodzi blondynce.
- Jej najbrudniejszym i najmroczniejszym sekretem jest właśnie Carlisle. – W oczach Belli zamigotały złowieszcze iskierki. – Więc wykorzystajmy to, wykorzystajmy Alice.
- Genialny plan, Rosalie. Jesteś mistrzynią knucia.
- Bez siostry byłabym niczym - Rosalie zmrużyła oczy. – Wmówmy jej to, czego właściwie nie ma, a co mogłoby być… A może Alice zostanie naszą macochą. Kto wie?
- Jeżeli Alice zostanie naszą macochą, to nikt nam już nie odbierze tego, co do nas należy. – Analizowała Bella. – Ona nie pokusiłaby się o kradzież naszych pieniędzy. Jest za święta. – Przewróciła oczyma – A Carlisle nie oglądałby się za żadnymi innymi tyłkami, bo nasza anielica jest naprawdę ładna – prawie wypluła ostatnie słowo. – I z pewnością chętna – zachichotała. – Kto wie, może ma diabełka za skórą.
- Nie będzie Alice, nie będzie rywalki dla innych dziewczyn w walce o chłopców. Z pewnością się ucieszą i jeszcze nam podziękują, zobaczysz, Bells. I będzie miał nas kto wyręczać… - Blondynka puściła oko do siostry.
Uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo, nie musiały nic mówić, bo wszystko zostało już powiedziane.
Wiedziały, że są zepsute do szpiku kości, ale im to nie przeszkadzało. Przecież chciały dla wszystkich jak najlepiej, prawda?
APOV
Chciałabym wyjść za mąż z miłości, takiego prawdziwego, czystego uczucia. Chciałabym, aby ktoś mnie pokochał tak, jak ja bym go pokochała. Taka myśl, to odzwierciedlenie duszy każdej dziewczyny...
Ja też chciałabym być kochaną, chciałabym wyjść za mąż i mieć rodzinę. Chciałabym urodzić dziecko, które otoczyłabym opieką, jakiej sama nie zaznałam. Chciałabym poczuć się w pełni szczęśliwa, w pełni wyzwolona.
Chciałabym wiele…
Znów miałam ten sen. Stale powtarzający się schemat, wszystko tak, jak pamiętam. Po raz kolejny obudziłam się, czując dreszcze na plecach, z rozszalałym sercem i mętlikiem w głowie. Chyba krzyknęłam, bo w drzwiach pojawił się zaspany Carlisle i spytał się, czy wszystko w porządku. Przytaknęłam i zrobiło mi się wstyd. Dopiero wrócił z dyżuru i zasnął, a ja mu przeszkodziłam. Przeprosiłam go, a on się uśmiechnął smutno i wyszedł. Jego piękny uśmiech błąkający się na ustach i w oczach, zabrała Esme. Chciałabym, aby on powrócił.
Chciałabym wiele.
Carlisle wrócił do domu przed trzecią i od razu położył się spać. Był wyczerpany operacją, która trwała ponad dwie godziny. Tuż po nim zjawiła się Bella i zobaczywszy, co robi ojczym, przystąpiła do akcji.
Ustaliły z Rose, że cały proces musi być bardzo delikatny i bardzo subtelny, aby w ogóle wypalił.
Doszły do wniosku, że miłość Alice i Carlisle'a wpisze się w ,,budowanie wielkiej i kochającej się rodziny'', co zmusiło ich do jeszcze intensywniejszego ustalania planu. Miały zamiar na każdym możliwym kroku splatać tę dwójkę ze sobą, aby osiągnąć wyznaczony cel. A może nawet więcej.
Bella zeszła do pralni i z suszarni wyjęła wszystkie szpitalne koszule Carlisle'a. Na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech, gdy niosła je do przedpokoju koło strychu, gdzie mieszkała Alice. Niestety, po wprowadzeniu się Carlisle'a i jego synów, nie było już prawie miejsca w jednorodzinnym domku Esme, więc wychowanica lekarza musiała zadowolić się strychem. I wcale nie narzekała na takie warunki, wręcz przeciwnie, one chyba jej pasowały.
Bella zostawiła rzeczy i z zaciekawieniem uchyliła drzwi, kryjące schody na poddasze. Jeszcze nigdy tu nie była. Wchodząc, poczuła, że drewno wyłożono miękką wykładziną. Znalazłszy się na górę zobaczyła, że Alice uwiła sobie tutaj całkiem przytulne gniazdko.
Cały strych miał kształt trapezu, gdzie pod jedną boczną ścianą ukośnie stało łóżko, na którym leżała starannie ułożona błękitno-biała pościel w kropki. Obok znajdował się niewielki stoliczek nocny, a na nim jakaś książka. Bella podeszła i zobaczyła, że to podniszczona wersja baśni Charlesa Perraulta.
Otworzyła ją na zaznaczonej stronie i roześmiała się. Alice czytała ,,Kopciuszka''! Zamknęła książkę, odłożyła ją i rozejrzała się ponownie. Przy dużym oknie zobaczyła maleńkie biureczko, na którym leżało kilka bibelotów, jakieś podręczniki, pusta ramka na zdjęcie – Po co jej pusta ramka zdziwiła się Bella - i mały flakonik perfum. W oknie wisiały ciężkie, granatowe zasłony z satyny. Gdzieniegdzie zostały ozdobione białymi broszami, w kształcie motyli.
- Ładnie to wymyśliła – pochwaliła ją bezgłośnie kasztanowłosa. Na drugiej ścianie stała wąska meblościanka, która już tak Belli nie zainteresowała, za to jej wzrok przyciągnął leżący w koszu naśmieci obrazek. Podeszła i wyjęła go. Był to szkic wykonany miękkim ołówkiem. Alice, rysując go, musiała być zaniepokojona, ponieważ linie były poszarpane, pourywane i wydawały się, być rysowane dość gwałtownie. Sam obrazek przedstawiał zarys jakiejś osoby, jednak Belli trudno było orzec kogo.
Zmarszczyła brwi i wrzuciła go z powrotem do śmieci. Obróciła się dookoła własnej osi i nie widząc już niczego ciekawego, opuściła pośpiesznie strych. Zaraz mieli przyjechać bracia, a ona nie chciałaby być przyłapana na grzebaniu w cudzych rzeczach.
Na obiad była pizza, bo nikt nie miał ani czasu, ani ochoty by gotować. Czasami Edwardowi udawało się przekonać Alice, żeby coś upichciła, ale ona, mimo talentu i chęci, nie lubiła kuchni. Nie lubiła TEJ kuchni, gdzie wcześniej rządziła Esme, jednak za nic w świecie nie przyznałaby się nikomu do takiego myślenia. Dzisiaj kolej na zmywanie przypadła Emmettowi, więc siostry mogły swobodnie wykonać pierwszy punkt planu.
- Tylko nie potłucz wszystkich talerzy! – zawołała ze śmiechem Alice i zaczęła wspinać się po schodach.
- Alice… - usłyszała cichy głos Rose, który wydawał się być… serdeczny?
- Tak? – Dziewczyna odruchowo przybrała postawę obronną.
- Bella wróciła ze szkoły i Carlisle poprosił ją o przygotowanie koszul na przyszły tydzień, ale my
mamy jutro test z biologii, no wiesz, rozszerzony poziom i musimy naprawdę ostro zakuwać.
Wyręczyłabyś ją? Już ci je nawet położyła koło wejścia na strych. Znaczy koło wejścia do pokoju – Rose przybrała niewinną, proszącą minę, a Alice stała na schodach, lekko zdezorientowana.
- Ale…
- Obiecuję, że przejmę jakąś kolejkę w zmywaniu, chociaż tego nienawidzę… - powiedziała, ale w myślach dodała, że przejmie ją Emmett. – Więc jak, zrobisz to? – Klasnęła w dłonie ucieszona jak dziecko, nie czekając na odpowiedź dziewczyny. – Dziękuję pięknie w naszym imieniu! – krzyknęła i wbiegła energicznie po schodach.
Alice stała jak otępiała na drugim stopniu i analizowała usłyszane słowa. Ma poprasować koszule, bo one się uczą. A od kiedy to one się uczą? Otrząsnęła się z szoku i przyspieszyła kroku. Jeżeli ma niezawalić własnego testu z arytmetyki, to zdecydowanie musi się pośpieszyć.
Stojąc nad żelazkiem, uczyła się ciągów arytmetycznych, powtarzała regułki i definicje. Po skończonej pracy złożyła starannie koszule i chcąc jak najszybciej przystąpić do obliczenia zadań, wpadła do sypialni Carlisle'a. Zapomniała zupełnie, że on tam spał! Stanęła pośrodku i nie bardzo wiedziała jak się zachować. Podeszła do komody, najciszej jak umiała i położyła koszule. Gdy wracała, nadepnęła stopą na pechową deskę, która skrzypnęła i Carlisle przebudził się.
- Alice, co ty tu robisz? – zapytał zaspany.
- Przyniosłam Ci twoje koszule, które wyprasowałam.
- O – doktor ziewnął. – Naprawdę? Nie trzeba było, sam bym to zrobił, ale mi miło – uśmiechnął się półprzytomnie.
Alice odwzajemniła uśmiech, ale jego słowa zdziwiły ją. Wyszła z pokoju i zamknąwszy drzwi doszła do wniosku, że on się po prostu nie rozbudził. Przecież prosił o to Bellę, a na prośbę Rose wykonała to ona, więc pomyślał zapewne, że zrobiła to sama z siebie. Wzruszyła ramionami i wspięła się na strych.
Arytmetyka wydawała się dużo bardziej logiczna niż te wszystkie zaprasowane wydarzenia.
Nim się siostry obejrzały, nadeszła sobota i kolejna okazja, aby zbliżyć do siebie nieświadomych kochanków. W domu Cullenów był to dzień wielkich, całotygodniowych zakupów spożywczych i nie tylko. Podczas nich uzupełniało się wszelkie braki materialne. Przeważnie robiono kilometrową listę, którą później dwie losowo wybrane osoby, realizowały w jakimś dużym supermarkecie w Port Angeles. Na początku każdego miesiąca odbywało się losowanie, w którym ustalano grafik obowiązków i powinności. Według tego planu, w tym tygodniu zakupy przypadły Emmettowi i Alice, ale w piątek wieczorem Rose poprosiła Carlisle'a o zmianę.
- Przepraszam, ale wypadło nam to strasznie niespodziewanie. Nie wiedziałam, że Jessica leży w szpitalu w Waszyngtonie. – Rose kłamała jak najęta. – Chciałabym ją odwiedzić, a tylko Emmett jestmnie tam w stanie dowieźć. Wzięlibyśmy BMW… Proszę, zgódź się. Emmett przejmie przyszłotygodniową kolejkę, już się go pytałam. – Carlisle spojrzał na swoją podopieczną z zamyśleniem. Zakupy z Alice zawsze były zaplanowane, spokojne i jakieś takie przyjemne… Nawet z Esme, która była dosyć uporządkowaną osobą, wkradał się jakiś chaos.
- Dobrze, Rose - westchnął. - Na szczęście nie mam dziennego dyżuru, więc zamiana nie jest taka kłopotliwa.
Rosalie pisnęła i zaczęła mu dziękować, na co Carlisle uśmiechnął się pobłażliwie. Gdy blondynka wyszła z jego sypialni, uśmiechnęła się podstępnie. Znając życie i zauroczenie Alice, nie będą musiały aż tak ingerować.
W pokoju podzieliła się dobrą nowiną z Bellą, która aż przytupnęła z radości.
- No, no siostra. Idziemy do przodu – wymruczała kasztanowłosa, a tamta skinęła głową.
- Jeszcze trochę i się złamią. Kto wie, może do czegoś dojdzie wcześniej… Hmn…
- Przecież Alice nie ma jeszcze osiemnastu lat… - Bella przekrzywiła śmiesznie głowę.
- Kwestia czasu… Ile jej zostało do urodzin? Miesiąc, dwa? Skończy i zaraz będzie czekało ją drugie duże wydarzenie…
- O tak – zachichotała. – Zmieni się co nieco. Na przykład nazwisko.
- Na przykład… Ale i dużo, dużo więcej – uśmiech Rose był naprawdę diaboliczny, a iskierki w oczach potwierdzały, że od tego planu zależało wiele.
Na zakupy wzięli srebrne volvo, będące dość pakownym wozem i wygodnym w prowadzeniu. Alice, uzbrojona w mega-długą listę i ogromny zapas cierpliwości, siedziała w środku i czekała na Carlisle'a.
Przed wyjściem wziął prysznic, żeby się rozbudzić, bo był zmęczony ostatnimi dniami. Teraz, z mokrymi włosami i w zwykłej koszulce polo, naczelny ordynator szpitalu w Forks wybierał się na zwyczajne zakupy. Otworzył drzwi i „klapnął" na siedzenie.
- Okej, Alice. Jedziemy na zakupy – westchnął i uruchomił silnik. – Żadnego roztkliwiania się nad produktami spożywczymi, filozofowania i wszystkiego, co zwiększa potliwość u mężczyzn, a także podnosi ciśnienie.
Dziewczyna zachichotała i ochoczo skinęła głową.
- Staram się być dobrym kompanem w tym horrorze – dodała.
- Jesteś. A na pewno lepsza niż Rose i Bella. – Uśmiechnął się delikatnie i wyjechał na drogę w
kierunku Port Angeles. – Dla nich to PRZYJEMNOŚĆ.
- Fakt, ale mamy listę. I to wybawienie. – Carlisle przytknął. Każdy z członków rodziny miał obowiązek spisać swoją, a później dołączyć do ogólnej. Kwestie spożywcze uzgadniali razem, a w razie nieporozumień, zawsze zostawała pizza, zapiekanka, chińskie bądź japońskie jedzenie, domowe obiadki Sue, restauracja lub fast foody.
Supermarket w Port Angeles był niezbyt duży, ale można było w nim kupić zdecydowaną większość produktów, zamieszczonych w spisie. Carlisle pchał wózek, a Alice przy użyciu ściągi, ładowała do środka wszystkie wyszczególnione pozycje.
- Namnożyło się w tym tygodniu, czy tylko mi się wydaje? – Stęknął lekarz. Doktorzy też mają ludzkie odruchy.
- Dawno nie byłeś na zakupach – powiedziała Alice i ugryzła się w język. Otarła się niebezpiecznie o niedawną śmierć Esme, a nie chciała tego. Przed jej śmiercią Carlisle często jeździł z żoną i wyręczał młodych.
- No tak. – Między nimi zapadła cisza i słychać było tylko gwar rozmów, toczących się wkoło nich. Co jakiś czas Alice wrzuciła jakąś rzecz do wózka, pokazała, gdzie ma skręcić albo po prostu szła przed siebie. W końcu lista skończyła się i ustawili się w długiej, sklepowej kolejce.
- Nie cierpię zakupów. – Parsknęła brunetka i przeczesała dłonią długie włosy. Zapomniała je spiąć, a w supermarkecie, mimo klimatyzacji, było piekielnie gorąco.
- Popieram, ale z tobą nie jest to taką katorgą – dodał Carlisle. Alice, usłyszawszy to, zarumieniła się lekko. Nie spodziewała się usłyszeć komplementu w chwili, gdy stała zmęczona i spocona w bardzo irytującej kolejce do kasy.
- Dziękuje. To miłe.
- Dobry z ciebie kompan, dzieciaku – poklepał ją po ramieniu i przesunął się do przodu. Była ich kolej.
Nareszcie.
Podczas gdy Carlisle płacił, ona analizowała słowa mężczyzny. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie
kłujące w serce ,,dzieciaku''. Westchnęła cichutko i popchnęła wózek w kierunku samochodu.
Pora wrócić do rzeczywistości, Alice.
APOV
Nie kocha się za coś, kocha się pomimo czegoś.
Minął kolejny tydzień od śmierci Esme. Carlisle nadal zapracowany, nadal bez większych zmian. Chociaż nie, zaczął się uśmiechać. Póki co tylko ustami, a oczy nadal pozostają bez wyrazu, ale idziemy do przodu. Rose i Bella są dla mnie miłe. Zdecydowanie za miłe i trochę mnie to niepokoi. Ostatnio miałam wrażenie, jakby ktoś szperał w moim pokoju… Może to tylko moje kolejne urojenie, jak ten… Tak, jak ten sen. Cały czas mnie nawiedza, z dnia na dzień jest intensywniejszy.
Właściwie są to sny, ale najczęściej różnią się kilkoma szczegółami między sobą. Zaczynam się bać, bać samej siebie.
Niedługo konkurs z arytmetyki. Strasznie się denerwuje, chyba jestem za głupia na niego.
Rosalie i Bella z uwagą obserwowały miny ,,prawie zakochanych'', gdy wrócili z zakupów, ale nic szczególnego nie mogły wyłapać. Alice zachowywała się tak jak zawsze, tylko może była bardziej przygaszona, a Carlisle wydawał się być pogodny jak co dzień. Żadnych czulszych gestów, porozumiewawczych spojrzeń, niedopowiedzeń. Nic, okrągłe zero. Nie pocieszyło to Rose przeciwnie, doszła do wniosku, że pora na ,,etap drugi''.
- Co planujesz, siostrzyczko? – zapytała Bells, malując swoje paznokcie.
- Jeszcze nie wiem, ale to będzie zdecydowany krok do przodu. – Blondynka przymrużyła oczy, intensywnie myślała. Stwierdziła, że przygoda w sklepie nie była wystarczającym bodźcem do zacieśnienia kontaktów, a może je nawet lekko rozluźniła.
- Carlisle ma jutro nockę – ziewnęła Bella i zamknęła buteleczkę. – Po niej będzie odsypiał, więc raczej nic się nie wydarzy…
- A właśnie, że się wydarzy – Rose uśmiechnęła się szeroko. – Ha! To będzie dopiero przełom, zobaczysz.
- Nie odzywaj się, ja będę mówić, okej Bells? – Szatynka skinęła głową, słysząc słowa blondynki. – To zaczynamy.
- Alice – krzyknęła, aż brunetka obejrzała się do tyłu. Siostry doszły do niej i Rose zaczęła przedstawienie:
- Alice, słyszałaś, co się stało? – Czarnowłosa potrząsnęła głową, więc blond piękność kontynuowała. - Był wypadek w nocy koło Forks. Jakaś ciężarówka zderzyła się z samochodem osobowym. Carlisle musiał mieć niezłe urwanie głowy!
Alice zmrużyła oczy i zapytała z delikatnie wyczuwalnym wahaniem, które podłapała jej siostra.
- No i co w związku z tym?
- Miał bardzo ciężką nockę! Może byśmy mu zrobiły miłą niespodziankę?
- To znaczy? – Brunetka wciąż nie umiała zrozumieć sióstr, ani sensu tej rozmowy.
- Upiekłabyś mu jego ulubione ciasto, wiesz, ten pyszny sernik kakaowy – wtrąciła się Bella.
- No nie wiem, czy to dobry pomysł… Nie mam czasu, muszę przygotowywać się do konkursu.
- To DOSKONAŁY pomysł – powiedziała dobitnie Rose. – Myślę, że się ucieszy, a konkurs nie zając….
Alice skinęła głową bez większego entuzjazmu, z opresji wybawił ją dzwonek.
- No to umówione, Alice – uśmiechnęła się szeroko blondynka i odeszła wraz z siostrą, a czarnowłosa stała na korytarzu i mruknęła:
- Właśnie, że zając. Jest jutro…
Westchnęła, nie umiała odmawiać. A one teoretycznie były jej siostrami.
Dość zwinnie uporała się z sernikiem, jeszcze zanim Carlisle wrócił ze szpitala, a reszta rodziny z fakultetów. Posprzątała w kuchni i spojrzała na zegarek. Dochodziła czwarta. Może by tak wyjść gdzieś i pouczyć się na spokojnie? Wzięła telefon do ręki i ogarnęły ją wątpliwości. Pokonała je i wybrała numer.
- Posterunek Policji w Forks. Szeryf Charlie Swan przy telefonie.
- Hej Charlie, tu Alice.
- O, cześć. Coś się stało, coś z Bells?
- Nie, nic z tych rzeczy. Potrzebuję spokoju, mogłabym się pouczyć u ciebie w domu? Jutro mam konkurs z
arytmetyki.
- Jasne, Alice – usłyszała, jak westchnął. – Wpadnij na posterunek po klucze.
- Dziękuję ci ślicznie.
- Nie ma sprawy.
Rozłączyła się i poczuła ulgę. Charlie momentami stawał się dla niej jak ojciec i mimo specyficznej natury bardzo go lubiła i szanowała. Najbardziej wdzięczna była za to, że mogła wpadać do niego wtedy, gdy potrzebowała odpoczynku, wytchnienia czy zwyczajnego spokoju. Czasami oglądała z nim mecze, czasami rozmawiała, a czasami milczała, bo Charlie nigdy nie nadużywał słów.
Wspinając się na schody usłyszała, że do domu wchodzi Carlisle. Wróciła się i powitała go.
Mężczyzna odpowiedział i usłyszała, jak bierze głęboki wdech.
- Cudowny zapach, upiekłaś coś Alice? – Spojrzał na nią badawczo.
- Tak, sernik, bo słyszałam, że miałeś ciężką nockę.
- Faktycznie, trochę tak, ale nie odbiegała za mocno od standardowej. – Uśmiechnął się. – Mogę spróbować? – W jego oczach zabłysnęły iskierki, jakby był małym dzieckiem.
- Jeszcze jest gorący, ale śmiało. Bita śmietana jest w lodówce. – Na to Carlisle roześmiał się.
- Jak zawsze przewidująca. Chyba wszystko o mnie wiesz – otworzył chłodziarkę i wyjął spray.
Alice nie odpowiedziała tylko weszła na górę i spakowała do torby podręcznik do matematyki i kilka kartek z zadaniami z ciągu arytmetycznego.
Nie chciałabym wiedzieć.
Chciałabym.
Chciałabym wiele.
Usłyszała, że przyjechały siostry, którym towarzyszyli Edward i Emmett.
Omiotła jeszcze wzrokiem pokój i jej wzrok przyciągnął leżący na biurku zeszyt. Na śmierć zapomniałaby o nim!
Wrzuciła go i zbiegła po schodach na pierwsze piętro, gdzie ponownie natknęła się na uśmiechniętą Rose.
- Pyszny sernik, Alice.
- Przecież go nie jadłaś – burknęła czarnowłosa i chciała ją minąć, ale ta złapała jej nadgarstek.
- Masz rację, ale mężczyźni się zajadają, a szczególnie Carlisle. Acha… A może… Pomogłabyś
rozładować Carlisle'owi napięcie jakie spowodował dyżur? Jakiś mały masaż?
- NIE! – Alice odskoczyła jak oparzona od Rosalie. – Zostaw mnie w spokoju, słyszysz? – krzyknęła tak głośno, aż jej oczy się zaszkliły.
- Jasne – blondynka zrobiła urażoną minę, ale w środku była przerażona. Czyżby plan się sypał, niemożliwe…
Alice uciekła z domu tak szybko, jak tylko mogła. Wyglądała tak, jakby ktoś deptał jej po piętach. Całą drogę na komisariat biegła, zmęczenie fizyczne było dla niej pewną odskocznią od problemów.
Wpadła jak szalona na izbę, aż Charlie podskoczył z zaskoczenia.
- Alice, zjawiasz się niespodziewanie jak huragan – przywitał ją. Dziewczyna odkiwnęła, powoli uspokajając oddech po wyczerpującym biegu. – Biegłaś? – Charlie zmarszczył brwi, ale nic nie dodał.
Wyjął tylko z kieszeni klucze i podał jej.
- Dziękuję – wymruczała przez suche gardło. – Ratujesz mi życie, znów.
Charlie skinął głową i po chwili zastanowienia zapytał:
- Co będziesz jeść na kolację?
APOV
Doszłam do wniosku, że oglądanie meczów z Charliem, to całkiem przyjemne i dość fascynujące zajęcie.
Patrzenie na spoconych, biegających jak szaleńcy piłkarzy, przyprawia mnie o dreszcz - dreszcz rozbawienia.
Czasami nie umiem się powstrzymać i parskam śmiechem, gdy jeden zaliczy kontakt z ziemią, drugi celując w bramkę, trafi w słupek albo trzeci zupełnie bezsensownie wyskoczy jak Filip z konopi. Charlie taktownie ignoruje moje zachowanie lub mruczy coś pod nosem, a ja usilnie staram się zapanować nad sobą. Nie jest to aż taka trudna sztuka.
Tym bardziej, że ten człowiek jest moim wybawieniem. Może nie idealnym, ale jest. Tyle razy uratował mi życie, że aż wstyd mówić ile… I wcale się nie skarży na to.
A ja naprawdę lubię pepperoni.
Zobaczywszy wyniki konkursu poczuła ciarki na plecach. Zajęła drugie miejsce w stanowym konkursie matematycznym! Przetarła oczy i spojrzała raz jeszcze, aby się upewnić.
ALICE BRANDON – 119/120 pkt – II MIEJSCE
Tak, to była prawda. Poczuła się w pełni szczęśliwa, miała ochotę krzyczeć z radości i iść gdzieś poszaleć, ale po chwili otrząsnęła się z krótkotrwałej euforii. Obiecała Edwardowi, że zrobi obiad, specjalnie dla niego - jego ulubione roladki. Westchnęła, kochała go jak rodzonego brata i chciała mu zrobić przyjemność, nie mogła go zawieść.
Z uśmiechem na ustach wyszła ze szkoły i podekscytowana skierowała się w kierunku domu.
Chce roladki, to je dostanie!
Spojrzała na zegar kuchenny i zmarszczyła brwi. Ziemniaki właśnie się gotowały, roladki piekły się w piecu z przyjemnym skwierczeniem, roztapiającego się sera. Alice uchyliła lekko drzwiczki i jeszcze raz spojrzała na zegarek, tym razem ten na jej nadgarstku. Za kilka minut miała wybić czwarta, a tu Edwarda i reszty ani widu, ani słychu. Westchnęła i zaczęła rozstawiać talerze. Może mieli jakiś powód, żeby się spóźnić, a ona tutaj zaprząta sobie niepotrzebnie głowę. Z drugiej strony chciała jak najszybciej podzielić się sukcesem z całą rodziną, nawet z Rose i Bellą. Czuła się dumna z siebie, drugie miejsce w stanowym konkursie, to nie lada wyczyn!
Usłyszała, jak drzwi wejściowe trzaskają, ale po chwili nastała cisza. Do domu z pewnością nie wróciło ,,rodzeństwo'', bo Emmett przy wchodzeniu robi wiele hałasu, a Edward zazwyczaj przekomarza się z Bellą. Alice wychyliła się i zobaczyła, że to był Carlisle. Poczuła się lekko rozczarowana, wciąż nie mogła wybaczyć mu ,,dzieciaka''.
- Hej, Alice – zawołał głośno lekarz i dodał: - Ale pięknie pachnie, znowu. Co tym razem zmalowałaś?
- Roladki dla Edwarda – podkreśliła jego imię, ale wydawało się, że doktor nie zauważył niuansu.
- Będzie pyszny obiad jakiego w tym domu dawno nie było. – Podsumował i rozejrzał się wokoło. – Jesteśmy sami?
Alice przytknęła i zajrzała do piekarnika, podczas gdy Carlisle'owi zadzwonił telefon.
- Halo… Tak, już w domu… No, dobrze, przekażę, ale wiesz, że to niekulturalne. Halo, Edward?! – Doktor usłyszał, że połączenie przerwano. Przez chwilę analizował słowa Edwarda i stwierdził, że jest w nader niewygodnej sytuacji. Miał sprawić, że Alice posmutnieje. Musiał ją zawieść w imieniu syna, a było to dla niego ciężkie. – Alice, właśnie dzwonił mój syn i kazał mi przekazać, że coś im wypadło, i że nie zdążą na obiad. Twoje pyszne roladki Edward zje na kolację. – Carlisle z niepokojem zobaczył jak dziewczyna blednie. – Wszystko w porządku.
Początkowo pokiwała głową, ale zaraz stanowczo zaczęła nią kręcić.
- Wszystko się sypie – mruknęła, unikając jego wzroku. – Chciałam wam powiedzieć przy obiedzie, że zdobyłam drugie miejsce w konkursie stanowym z arytmetyki. – Jej głos był beznamiętny.
- To cudownie Alice! – krzyknął Carlisle i w przypływie odruchu objął ją. I wtedy poczuł, że jej włosy pachną cynamonem, a ona sama jest taka miękka, taka zupełnie niedziecięca. Przez te kilka sekund wydawało mu się, że słyszy szaleńczy galop jej serca i czuje na sobie jej przyspieszony oddech.
Spojrzał w oczy dziewczyny. Wychwycił w nich coś ulotnego, trudnego do zdefiniowania, co sprawiło, że między ich ciałami przeskoczyła intrygująca iskra. Magia prysła, gdy Alice odskoczyła jak oparzona, cała była spłoniona, a po chwili doszło zażenowanie. Carlisle czuł się podobnie, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu.
- Taak – głos Alice zadrżał. – Dziękuję… A teraz może zjedzmy… - Podeszła do piecyka i wyjęła blachę. Była roztrzęsiona i…
- Masz rację, Alice – powiedział cicho Carlisle i usiadł do stołu. Zapadła między nimi krępująca cisza, która trwała do końca dnia. Nie omieszkały zauważyć jej Rose i Bells. Blondynka była pewna, że COŚ musiało się wydarzyć. Upewniło ją w tym myśleniu przyłapanie Carlisle'a na rzucaniu ukradkowych
spojrzeń w kierunku Alice, gdy myślał, że nikt nie patrzy. Po za tym podejrzana była ich cichość, a także niezwykła grzeczność w relacjach. Zachowywali się jak dzieciaki, które coś przeskrobały.
W pokoju Rosalie z tryumfalnym uśmiechem rzuciła do Bells:
- Siostra, szykuj sukienkę na wesele. Przełom jest za progiem. Już coś się wydarzyło… Jestem ciekawa, co…
Bella zachichotała:
- Jesteśmy genialne.
- Tak. Plan doskonały. I wspaniale się toczy. Teraz pozostał tylko cios w samo serce, ale już mam pomysł. Sama Alice mi go podsunęła…
Uśmiechnęły się do siebie, zwycięstwo było bardzo blisko. Wystarczyło tylko zamknąć Kopciuszka w komnacie bez wyjścia.
APOV
Nie wiem, co się stało między nami. Nie chce wiedzieć.
A chciałabym wiele. Może i jego też?
Może nie.
Sny bez zmian. Są. Straszne jak zawsze, straszniejsze z dnia na dzień. A najgorsze jest to, że nie wiem, czego się boję. Chyba tej sylwetki przybliżającej się z każdym dniem do mnie… Coś się stanie. Czuję to.
Edward uważał się za dobrego i ostrożnego kierowcę, którego tylko czasami ponosiły emocje. I tak stało się dzisiaj. Na kilka sekund stracił panowanie nad samochodem, co wystarczająco rozzłościło Carlisle'a, który ostatnio był bardzo drażliwy.
- Do cholery, synu, chcesz nas wszystkich pozabijać? – warknął i kazał mu zjechać na pobocze.
Zamienili się, a Edward usiadł z tyłu koło śpiącej Alice. Co się dzieje z Carlisle'em – pomyślał i stwierdził, że ostatnie dni były dziwne.
Alice dowiedziała się, że uroczyste wręczenie nagród odbędzie się w Seattle i miała zamiar wybrać się tam sama pociągiem, ale zbieg okoliczności sprawił, że w tym samym czasie Carlisle miał sympozjum naukowe, a Edward postanowił spotkać się ze starymi kumplami, których kiedyś poznał będąc w Seattle. Tak więc wzięli samochód i ruszyli wspólnie. Alice, ze względu na niedawne wydarzenia,czuła się bardzo nieswojo w obecności Carlisle'a, ale Edward rozładował troszeczeczkę napięcie. Na szczęście, gdy tylko opuścili Forks, zasnęła.
Do Seattle dotarli nad ranem i tylko zahaczyli o hotel, który dla nich zarezerwowała Rosalie. Edward wniósł rzeczy do jednego pokoju i wrócił. Carlisle zawiózł go do przyjaciół, Alice pod uniwersytet, a sam skierował swoje kroki na uczelnię, gdzie odbywało się sympozjum. Po kilku godzinach, gdy wszystkie ceremonie mniejsze lub większe zakończyły się, doktor wrócił po swoją wychowankę, która czekała na niego w pobliskiej kawiarni. Czytała jakąś książkę, popijając kawę. Obok niej stał mały, srebrny puchar. Wszedł cicho do środka i przysiadł się do niej, co spowodowało pojawienie się szoku na twarzy dziewczyny. Przez przypadek rozlała też trochę kawy na spódnicę, tak bardzo byłazdumiona, że go widzi.
- Alice, spokojnie. Nie jestem zjawą. – Głos Carlisle'a wydawał się być zmęczony.
- Wiem. Przepraszam, nie spodziewałam się – wyjąkała i pospiesznie zaczęła wycierać materiał, ale na niewiele się to zdało.
- Jedziemy do hotelu? Jestem zmęczony, ty z pewnością także – powiedział. – Wejdziemy też coś zjeść.
Alice skinęła głową i podniosła się z krzesła, a lekarz poszedł uregulować rachunek.
Gdy tylko Alice, Carlisle i Edward zniknęli z pola widzenia, Rose wyciągnęła telefon. Bella ustaliła wcześniej, że jej ukochany zatrzyma się na noc u swoich znajomych, więc to było duże ułatwienie dla intrygi. Wykręciła numer i przyłożyła słuchawkę do ucha:
- Hotel Seattle? Mówi Rose Cullen, rezerwowałam wczoraj dwa pokoje. Tak, małżeńskie i pojedyncze… W związku z pewnym wydarzeniem chciałabym zmienić rezerwacje tylko na małżeńskie… Tak… I miałabym prośbę, żeby powiedzieć, że nastąpiła pomyłka w systemie, wie pan, to młode małżeństwo… I jeszcze trochę się wstydzą prosić o wspólny pokój. Haha… Dziękuję ślicznie. Rezerwacja na Carlisle'a Cullena, tak, zgadza się. Podwójny pokój z małżeńskim łożem… Żadnej kanapy. Jest pan genialny. Dziękuję raz jeszcze – zawołała Rose słodziutkim głosikiem i rozłączyła się.
– Załatwione – powiedziała do Belli, która pokiwała głową. Jak teraz nic
się nie wydarzy, to wszystkie ich plany zniweczą się. A to byłoby najgorszym z możliwych wyjść.
Carlisle podszedł do lady, za nim nieśmiało stała Alice i rozglądała się wokoło. Hotel był niewielki, ale urządzony gustownie i dosyć skromnie.
- Carlisle Cullen, miałem rezerwację.
- Tak, pański syn ją potwierdził, a bagażowy zaniósł bagaże. Oto kluczyk – recepcjonista podał mu kluczyk z numerem 14.
- Tylko jeden? Miały być dwa pokoje.
Recepcjonista wklepał coś w komputerze, zmarszczył brwi i pokręcił głową.
- Nie, tutaj wyraźnie jest zaznaczone, że jeden pokój. Jeden, podwójny pokój… - mówił, ale
Carlisle'owi zadzwonił telefon, więc przeprosił go na chwilę. – Halo? Edward? Acha, zostajesz u nich… To wiesz co synu, to nawet lepiej, bo okazało się, że jest tylko jeden pokój… Jakiś błąd w systemie. To do jutra.
Recepcjonista cierpliwie czekał na reakcję klienta, ale ten zwyczajnie poprowadził „żonę" po schodach. Ciekawa para, nie chce z sobą przebywać? Dobrze, że w tamtym pokoju nie ma kanapy – uśmiechnął się pod nosem.
Alice, tak jak i Carlisle, przeżyli szok zobaczywszy wygląd i wyposażenie pokoju. Było to pomieszczenie z aneksem kuchennym i sporą łazienką. Pokój jak pokój, ale pośrodku niego stało wielkie małżeńskie łóżko z baldachimem, które przeraziło tych dwoje do reszty.
- To chyba jest pomyłka – wydukała czarnowłosa.
- Niestety – mruknął Carlisle i wszedł do łazienki, starannie zamykając drzwi. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to ogromna wanna z jacuzzi, z pewnością przeznaczona dla dwóch osób. Mimowolnie jęknął i zasłonił dłonią oczy. - Co tu się dzieje? – pomyślał, ale nie znalazł żadnej, sensownej odpowiedzi na to pytanie. Wszystko było przypadkiem losu, niczym więcej i usilnie chciał w to wierzyć.
Zjedli obiad w hotelowej restauracji, a później udali się każde w swoją stronę. Alice poszła zwiedzać Seattle, a Carlisle czytał skrypty na jutrzejsze wykłady. Zmęczenie dało mu się we znaki i zwyczajnie usnął.
Alice wróciwszy, nie spodziewała się, że zastanie śpiącego Carlisle'a. Był to dość nietypowy widok i w pewien sposób ją rozczulił. Mężczyzna we śnie wyglądał bezbronnie jak dziecko, ale cały czas był diabelnie przystojny. Podeszła bliżej, żeby po kryjomu nacieszyć się jego pięknem. Carlisle zakrawał na ideał i wszystko byłoby perfekcyjne, gdyby nie to, że dla niego była tylko ,,dzieciakiem''.
Chciała dotknąć jego policzka, poczuć pod palcami gładkość jego skóry, nasycić się nim. Już wyciągnęła dłoń, gdy lekarz otworzył oczy, Alice krzyknęła, wystraszona.
- Alice – wymruczał zaspany. Zdawało się mu się, że nadal śni, tylko że na jawie. – Jesteś piękną kobietą. Tak, kobietą, uświadomiłem to sobie niedawno. – Dotknął jej dłoni i przyciągnął ją bliżej siebie. – Cudownie pachniesz, cynamonem… I masz taką miękką skórę, delikatną, jedwabistą… - Pogłaskał jej policzek. – Można by ją głaskać bez końca. I twoje usta - śliczne czerwone usteczka. – Przejechał palcami po wargach dziewczyny. – Stworzone do całowania… - uśmiechnął się sennie. - Jak smakują, jak malina…? - Złapał ją za brodę i przybliżył jej twarz do swojej.
Alice poczuła, jak jego wargi odnajdują jej. Był to delikatny, niepewny pocałunek. Carlisle niewinnie badał jej usta swoimi,
rozkoszował się tym doznaniem. Po chwili urwał i spojrzał na nią.
– I te oczy - przerażająco smutne oczy. Czemu nie ma w nich radości, szczęścia, miłości? No powiedz, dlaczego? A może to tylko sen… - zamruczał.
Alice wyrwała dłoń i stanęła koło łóżka. Zawstydzona, z palącymi policzkami i posmakiem ust Carlisle'a na swoich.
- Carlisle – warknęła, a doktor spojrzał na nią przytomniej. Otworzył szeroko oczy, jakby dopiero sobie uświadomił, co zrobił. Usiadł i zaczął się w nią wpatrywać. Wyszeptał:
- Dziecko, powiedz, że to mi się tylko śniło…
W czarnowłosej coś pękło.
- DZIECKO?! Do jasnej cholery Carlisle, spójrz na mnie! Czy tak wygląda dziecko? – wrzasnęła. – Carlisle, ja jestem dorosła, jestem kobietą, a nie żadnym dzieckiem, zrozum to – dodała spokojniej.
Doktor spuścił wzrok i najciszej jak umiał, dodał: - Jestem tego świadomy, Alice. Bardzo świadomy. To, co zrobiłem było odzwierciedleniem moich ostatnich myśli. Myśli, których wstydziłem się i nadal się wstydzę. Widzisz, facet pamięta wszystko, co dotyczy kobiet, a już szczególnie pięknych. Wtedy, w kuchni, olśniło mnie. Zauważyłem, że zmieniłaś się, rozkwitłaś z pąka w kwiat. W nęcący i przyciągający kwiat, ale nie dla mnie. Wydarzenia z przed chwili w ogóle nie powinny mieć miejsca, nigdy.
- Żałujesz? – Wtrąciła, obawiając się odpowiedzi.
Zaśmiał się gorzko i pokręcił głową.
- To było piękne doznanie, ale jesteś zakazanym owocem dla mnie. Jestem starym człowiekiem, a ty młodą dziewczyną wkraczającą w świat dorosłych. Jeszcze spotkasz tego jedynego, zobaczysz.
- Carlisle, wygadujesz bzdury.
- O nie, Alice. Wiem więcej o życiu niż ty, maleńka.
- Nic nie wiesz. – Dziewczyna spojrzała na niego dziwnie. – To się musiało stać, ja to przeczułam… - Carlisle nie skomentował tego, w ogóle starał się nie patrzeć na stojącą przed nim kobietę.
- A więc to tak – Alice przysiadła na łóżku. – Będziesz mnie unikać, tak? Ignorujmy się nawzajem i udawajmy, że nic się nie wydarzyło. Tak będzie najlepiej… Pójdę już… – Wstała, ale poczuła, jak Carlisle przygniata jej ramię swoją dłonią.
- Nie będę niczego udawać, nie będę się wypierać. Stało się, niczego nie żałuje. A ty nigdzie niepójdziesz, zrozumiałaś?
- Nie jestem już mała. Sama za siebie mogę decydować. Nie będziesz mi mówił, co mam robić, a czego nie! – warknęła Alice, ale Carlisle położył dwa palce na jej wargach i wyszeptał – Cicho…
Spojrzała w jego niebieskie oczy, on także wpatrywał się w nią uważnie. Alice wysunęła usta, czekając na pocałunek, ale ten nie nadszedł. – To bardzo trudna dla nas sytuacja… To uczucie nie powinno nigdy się rozwinąć, w ogóle nie powinno mieć miejsca, ale los chciał inaczej. Połączył nas w jakiś specyficzny sposób, zbudował relację między nami. I nie wiem, co zrobić. Tak niewiele minęło od śmierci Esme.
- Może wybrać najprostsze rozwiązanie… Pogodzić się z tym. Ja już to zrobiłam kilka lat temu.
Lekarz spojrzał na nią i zaniemówił, więc Czarnowłosa przystąpiła do akcji i pocałowała go. Był to intensywniejszy pocałunek, bardziej agresywny i mówiący więcej. Carlisle i Alice poczuli dreszcz, gdy ich wargi połączyły się, spragnione własnego towarzystwa. Byli idealnie do siebie dopasowani, jakby stworzeni na miarę. Kobieta oderwała się od niego z trudem, uśmiechnęła się i powiedziała:
- Marzyłam o tym odkąd cię zobaczyłam, ale nie wiedziałam, że moje pragnienie się spełni.
- Alice, jestem od ciebie starszy o ponad dwanaście lat…
- Prawdziwe uczucie nie zna granic… Tylko trzeba odnaleźć drugą połówkę.
- Co ludzie powiedzą?
- Chrzanić ludzi, najważniejsze jest to, co my czujemy i co chcemy czuć.
- Alice, jeszcze za wcześnie…
- Carlisle, stoimy na kruchym lodzie, próbujemy bezpiecznie dostać się na brzeg, ale to niemożliwe. Musimy zaryzykować, inaczej utoniemy i będziemy nieszczęśliwi. Los, nie bez powodu, złączył nasze ścieżki…
- Co powiedzą nasi najbliżsi?
- Bracia wiedzą, kiedyś wyciągnęli to ze mnie, a siostry… One się chyba domyślają. Nie umiałam ukrywać się z uczuciem do ciebie, ale ty go nie dostrzegałeś. Byłam za młoda, za smarkata, nie traktowałeś mnie poważnie, bo miałeś Esme. A ona to wiedziała – uśmiech Alice był przygaszony. – I traktowała mnie jak rywalkę, mimo że wtedy nią nie byłam. A teraz jestem.
- Zawsze miałem słabość do ciebie, ale myślałem, że tylko w relacjach rodzic-dziecko, ale nie… Takich uczuć się nie żywi do córki… Esme była wspaniałą, cudowną żoną i towarzyszką życia, ale między nami nie istniała taka duchowa więź.
- Carlisle, czy ty chcesz mi powiedzieć, że… - Alice spojrzała na niego niepewnie.
- Tak, Alice, nie jesteś mi obojętna, chociaż uświadomiłem to sobie niedawno. I chyba nadeszła pora, w której powinniśmy podjąć decyzję co dalej.
- Chciałam być wolna. Po śmierci Esme stałam się wolniejsza, ale to nie było to, czego szukałam. Teraz wiem, że prawdziwie wolna będę wtedy, kiedy stanę u twojego boku.
Carlisle złapał jej dłoń i ucałował ją.
- Nie śpieszmy się. Mamy czas, Alice. Musisz być pewna swojej decyzji.
- Niczego bardziej nie jestem pewna – odpowiedziała, patrząc mu w oczy. Wtuliła się w niego – tak, jak ona potrzebowała jego ciepła, tak on potrzebował jej ciepła. Uzupełniali się nawzajem, czyniąc się szczęśliwym.
Carlisle był pełen obaw, Alice pełna nadziei.
Nie wiedzieli, co przyniesie przyszłość, ale mieli siebie.
Intryga sióstr przyniosła efekt.
APOV
Nic do mnie nie dociera. Nic.
Sny przerodziły się w istne koszmary. Mara ukazała twarz. Jest coraz bliżej. Czuję, że niedługo zaatakuje.
Jestem tego bardziej niż pewna.
