Trzy części, z których II i III nie są już słodkie. Do głosu dochodzą sprzeczne uczucia, emocje, pragnienia. Pojawiają się problemy i dylematy...

Miłego czytania i odkrywania skomplikowanej duszy Alice.


ROZDZIAŁ III

cz. I


APOV

Jego śmiech rozsadzał mi czaszkę, słyszałam każde wysyczane słowo, widziałam każdy gest. Tym razem nie był litościwy – uderzył ze zdwojoną siłą. Mara miała anielską twarz, ale przesiąknięta była czymś, co nie było do końca dobre. I tego nieokreślonego bałam się najbardziej.

Krzyk był ostry, przeszywający, prowadzący do obłędu.

Ale nie był zły…

To było wołanie o pomoc.


Alice wzdrygnęła się gwałtownie na łóżku i donośnie krzyknęła przez sen. Carlisle zerwał się i potrząsnął dziewczyną; obudziła się. Była rozdygotana, a jej serce głośno waliło, sprawiała wrażenie przerażonej do granic możliwości. Nie umiała nic powiedzieć i tylko przytuliła się do mężczyzny,

oddychając głęboko.

- Spokojnie, Alice. – Carlisle pogłaskał ją po głowie i ucałował jej włosy, sycąc się ich wonią. – To tylko zły sen… Tylko sen.

Dziewczyna skinęła głową i przywarła do niego bardziej. Jednocześnie w myślach analizowała nowy fragment snu. Mara ukazała twarz i chociaż nie widziała jej dokładnie, pewne cechy zauważyła.

Zjawa była mężczyzną, przystojnym blondynem, choć rozmytym. Miał w sobie magnetyzm, coś, co przyciągało, a zarazem coś co odpychało. Na swój sposób bezpieczny i niebezpieczny, diabelski anioł.

- Dziękuje ci – spojrzała w oczy Carlisle'owi, mężczyźnie, który nie był widmem. – Która godzina?

- Po drugiej w nocy… - Odparł i popatrzył na nią z czułością. – Chodźmy jeszcze spać.

Alice ułożyła się ponownie na poduszce i przymknęła oczy. Zasypiała, trzymając Carlisle'a za rękę.

Dopóki czuła jego dłoń. Już nic jej się nie śniło.

Rano Carlisle wymknął się z łóżka, starając się nie budzić Alice. Dziewczyna smacznie spała wtulona w hotelową poduszkę. Jej twarz oświetlały anemiczne promienie słońca, co czyniło brunetkę jeszcze bardziej dziecinną. Doktor spojrzał na młodą oblubienicę i westchnął. Czuł coś do tego dziecka i tylko podejmował nieudane próby wyperswadowania sobie tego. Nie dziecka, broń Boże, nie dziecka. Alice była kobietą z krwi i kości, która dawała mu to odczuć na każdym kroku, zwłaszcza teraz. Pospiesznie wziął prysznic, bo na jacuzzi patrzył lekko skonsternowany i jeszcze szybciej ubrał się. Upewniwszy się, że Alice spokojnie śpi, wyszedł, zamknąwszy cichutko drzwi. Było czterdzieści dwie po siódmej.

Znów ten krzyk, przeklęty krzyk. Krzyk przeszywający duszę. I te ostrzegające oczy… Anioł. Diabeł. Mara.

Za trzy ósma Alice niespodziewanie obudziła się. W uszach cały czas pobrzmiewało jej echo wyśnionych słów. Właściwie wyłapała i zapamiętała tylko jedno.

Uważaj.

Usiadła na łóżku i rozejrzała się. O tej godzinie Carlisle'a już nie było, a ona miała prawie cały dzień, więc postanowiła zwiedzić to, czego wczoraj nie zdążyła. Zapowiadał się przyjemny dzień, podczas którego miała zamiar zapomnieć o nocnych troskach. A to do najprostszych nie należało.

Znów, tak jak poprzedniego dnia czekała w kawiarni na Carlisle'a. Gdy tylko zobaczyła jego sylwetkę w oddali poczuła jakąś dziwną słodycz w sercu. On jest naprawdę jej… Żadnej innej. Mężczyzna wszedł, a zobaczywszy ją, uśmiechnął się promiennie. Zanim usiadł pocałował ją w policzek, co trochę zawiodło Alice.

- Witaj, Alice – przysiadł się i zamówił dla siebie kawę. – Zjadłaś coś?

Skinęła grzecznie głową i wskazała na pusty talerzyk – zostało tylko kilka okruszków po szarlotce.

- To dobrze. A spałaś spokojnie? – Doktor przeglądał kartę, zadając to pytanie. Czarnowłosa drgnęła, słysząc to.

- Tak. – Skłamała i poczuła się źle, ale z drugiej strony nie chciała go zamartwiać jeszcze bardziej.

- Dochodzi czwarta, powinniśmy zjeść obiad. – Carlisle posłodził sobie kawę i spojrzał na Alice z czułością. – A później przejdziemy się po Seattle, zanim Edward do nas dołączy. Obiecał, że będzie prowadził.

Alice uśmiechnęła się od ucha do ucha i z nieukrywaną radością zgodziła się. To wydarzenie zakrawało na prawdziwą randkę, randkę sam na sam…

Wieczór w Seattle był naprawdę piękny. Niebo okraszone było mnóstwem lśniących gwiazd, które migały porozumiewawczo do ludzi na ziemi. Lampy ustawione wkoło dróg doskonale oświetlały chodniki i nadawały poświatę magiczności temu miastu.

Wielu ludzi było urzeczonych panującą tu atmosferą, a wśród nich znaleźli się Carlisle i Alice.

Spacerowali oni po Seattle w oczekiwaniu na Edwarda mającego drobne problemy z dojazdem na czas.

- Pięknie tutaj, aż chciałoby się zostać… - Westchnęła rozmarzona Alice, przytulając się do ramienia mężczyzny.

- Tak, to miasto ma pozytywną aurę. I pozytywnie wpływa na ludzi. – Uśmiechnął się znacząco. W Seattle nie musiał kryć się z uczuciem do wychowanki, tutaj nikt ich nie znał, więc nikt ich nie oceniał.

Ale po powrocie do domu będzie musiał podjąć decyzję. Forks to niewielkie miasto, wieści roznoszą się szybko, a od pogrzebu Esme tak niewiele minęło. Spojrzał na Alice i zdziwił się, że dopiero teraz odkrył w niej kobietę. Była niesamowicie piękna ze swoimi długimi ciemnymi włosami i czekoladowymi oczami. I miała tak łagodne, pogodne i dobre usposobienie, idealnie nadawała się na żonę i matkę. Ona była aniołem, po prostu.

- Carlisle – Anielica pomachała mu dłonią – Ziemia do ciebie! – Zachichotała.

- Tak, tak – spojrzał na nią. – Przepraszam, zamyśliłem się.

- Zauważyłam – Alice przygryzła śmiesznie wargę i stanęła przy barierce mostu. Wpatrywała się w wodę, która przedstawiała ich obraz na swojej powierzchni. – Zobacz, jak ładnie wyglądamy… - Carlisle podążył za jej dłonią.

- Tacy troszkę rozmazani… - Powiedział żartobliwie.

- I to jest cudowne. Piękno można znaleźć w naprawdę wielu rzeczach i osobach… - Szepnęła i wyciągnęła rękę, jakby próbując dotknąć wody. – Ty je znalazłeś w Esme.

Ostatnie zdanie zbiło trochę Carlisle'a z tropu, ale odchrząknąwszy, odpowiedział: - Tak, znalazłem je.

- Długo poszukiwałeś ideału – ciągnęła nieubłaganie Alice. – Dlaczego, Carlisle, dlaczego Esme i dlaczego dopiero ona?

Mężczyzna spojrzał na nią, ale za moment przeniósł wzrok na płynącą wodę.

- Masz racje, wiele kobiet mogło zaistnieć w moim życiu, ale…. Ja żyłem z przeczuciem, że muszę na kogoś czekać, więc czekałem. I znalazłem Esme. Wtedy przeczucie zniknęło, nie, właściwie ucichło. Powróciło krótko po ślubie, jednak nie zwracałem na nie uwagi, byłem pewien, że się myli…

- A teraz?

- Teraz wiem, że to ja się myliłem. Esme była wspaniałą osobą, ale nie tą jedyną.

Serce Alice podskoczyło i fiknęło koziołka, a ona sama poczuła się tak lekka.

- Ale nadal nie rozumiem twojej decyzji, Alice – głos Carlisle'a przedarł się przez ścianę radości powstałą wkoło niej.

- Zauroczyłeś mnie jak tylko ciebie zobaczyłam. Zaopiekowałeś się mną, nie pytając o nic. Później przyjąłeś do rodziny… Zrobiłeś to, czego przez tak długi okres nie dali mi inni, i co najważniejsze, nie robiłeś tego z litości. No i Edward z Emmettem, cudowne osoby, które pokazały mi kolory.

Podarowałeś mi życie. I już wtedy zaczęłam się zakochiwać. Z dnia na dzień coraz bardziej… - Carlisle nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko ścisnął jej ramię.

Zadzwonił telefon, to był Edward. Doktor rozmawiał z nim chwilę, po czym powiedział do Alice:

- Edward czeka na nas w restauracji. Zjemy coś i wyruszymy. Przed nami dość długa droga. – Dziewczyna skinęła głową i ruszyli w kierunku głównej alei z kawiarniami.

Pierwszy do uszu Edwarda dotarł donośny śmiech Alice. Nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby dziewczyna śmiała się w ten sposób częściej. Drugą niezwykłością okazały się splecione dłonie, które szybko rozłączyły się przed wejściem do restauracji. Trzecią rzeczą było szczęście, które wprost emanowało i z Alice, i z Carlisle'a i to dopiero zastanowiło Edwarda.

Czyżby oni… Coś… Razem… Czy coś?

Zmarszczył brwi i wzruszył ramionami. Jeżeli nawet, to nie jego sprawa.

Domniemana para dosiadła się i razem zamówili coś do jedzenia. Po kolacji wsiedli w samochód i ruszyli w podróż. Alice, umościwszy się na siedzeniu, natychmiast zasnęła.

Jacuzzi nie zostało użyte.


Zadzwonił budzik, więc Rose wyłączyła go i gwałtownie zwlokła się z łóżka. Spojrzała na godzinę, było dziesięć po szóstej, tak jak zawsze. Przeciągnęła się i wstała, a wychodząc z pokoju obejrzała się na śpiącą Bellę. Wyglądała tak niewinnie podczas snu. Delikatny uśmiech zagościł na twarzy blondynki – kochała swoją siostrę.

Zeszła na dół i weszła do kuchni. Zobaczyła, że srebrne volvo stoi koło domu, co znaczyło, że Edward wraz Carlisle'em i Alice wrócili do domu.

Poczuła podniecenie, które rozniosło się falą po całym ciele. Miała nadzieję, że coś się wydarzyło między nimi, liczyła na to z całych sił. Nie, ona była pewna, że COŚ się stało, bo musiało. Po prostu.

Oni od samego początku dryfowali na cienkiej granicy i wystarczyło ich tylko popchnąć, właściwie ukierunkować. A ona z siostrą zrobiły to, najsubtelniej jak potrafiły. I chciały, aby przyniosło to konkretny efekt. Ślub.

,, Jeżeli to się nie uda…''- pomyślała Rose i zmroziło ją na moment. - ,, To nasz spadek będzie

zagrożony, nasze pieniądze… I nasza pozycja w Forks, kiedy jakaś siksa złapie Carlisle'a i jego

fortunkę w swoje sidła. Nie, to niemożliwe! Alice zostanie żoną doktorka. Zostanie i już. ''

Blondynka otworzyła z rozmachem lodówkę i złapała karton soku. Ścisnęła go mocno, aż powstała dziura w jednym miejscu. Słodki, pomarańczowy nektar spłynął jej po palcach.

- Cholera – warknęła i poczuła, że jej złość okazała się krótkotrwała. Przecież nie jest w stanie wejść do serca Alice i wpisać komendę: ,, Bądź z Carlisle'em. Teraz.'' Wzięła głęboki oddech, wypiła sok, opłukała ręce i wróciła na górę. Z pokoju wzięła rzeczy i zamknęła się w łazience.

Dwadzieścia minut później, za dwadzieścia siódma, do drzwi łazienki zapukała zaspana Bella.

Rosalie, tak jak zawsze, otworzyła jej drzwi i powiedziała:

- Hej Bells. Jak się spało?

Szatynka głośno ziewnęła i pokiwała głową co mogło oznaczać ,,cześć'', ,,dobrze'', ,,tak sobie'',

,,źle'', ,,masakrycznie '' lub ,,właśnie wstałam i jeszcze nie wiem, jak mi się spało''. Jednak za moment dodała:

- Cześć. Spokojnie, w miarę. Nie wiesz, czy Edward wrócił? – Zapytała i wzięła szczoteczkę do ręki.

Nałożyła pastę i zaczęła szorować zęby, oczekując odpowiedzi.

- Wrócili w nocy. – Mruknęła Rosalie. Była skupiona na swoich rzęsach, które za nie chciały być posłuszne.

- Yhmmm.

- Jestem ciekawa jak tam nasza intryga, czy coś się rozwinęło…

- Hyaaa tes. – Bella wypluła pastę i przepłukała usta. – Może się dowiemy wieczorem, bo teraz kopciuszek pewnie śpi po fascynującej podróży.

- Z pewnością. – Rosalie podała siostrze podkład i tusz, a ta z wdzięcznością je przyjęła. Tak wyglądał ich każdy poranek za wyjątkiem tych, kiedy postanowiły, najdelikatniej mówiąc, ominąć szkołę.

Mimo rokowań dziewczyny były w błędzie. Alice już nie spała, tylko leżała w łóżku i wpatrywała się w sufit, rozpamiętując wydarzenia minionego weekendu. A działo się sporo i wszystko dotyczyło jej małego światka. Nigdy by nie przypuszczała, że Carlisle tak dosadnie powie to, co myśli o niej i ich…

Związku? Nie, to zdecydowanie za daleko idące słowo – o ich relacji. Brunetka westchnęła z wygramoliła się z pościeli i spojrzała na zegarek. Było za dziesięć siódma, więc stwierdziła, że zdąży do szkoły. Wstając, strąciła ręką książkę leżącą na stoliku. Ta upadła i otworzyła się na stronie, gdzie Kopciuszkowi siostry nie pozwalają spotkać się z księciem. Spojrzała na nią przelotnie, podniosła i zamknęła. Nie zaprzątała sobie głowy tym wydarzeniem. Postanowiła iść, bo lekkie zmęczenie zostało zupełnie zagłuszone przez adrenalinę, a raczej jej nadmiar. Wyjęła rzeczy z szafy, szybko się przebrała i rozczesała włosy . Chwilę później po cichu zeszła ze strychu, a otwierając drzwi uważnie nasłuchiwała odgłosów dochodzących z łazienki. Usłyszała dziewczęce śmiechy co jednoznacznie mówiło, że pomieszczenie okupują jeszcze siostry. Wróciła więc na górę i skorzystała z niewielkiego lustra w szafie. Tak jak zawsze.

Rosalie wyszła pierwsza z łazienki i wróciła do kuchni. Cały dom, oprócz niej i Bells, był uśpiony i taki spokojny. Zupełnie inny niż w minioną sobotę, kiedy to przewinęło się przezeń mnóstwo ludzi…

Uśmiechnęła się do swoich wspomnień - impreza była przednia, szkoda tylko, że Bella bawiła się bez swojej miłości. Chociaż Edward też nie mógł narzekać na brak wrażeń w Seattle.

Usiadła przy stole i zamyślona spojrzała za okno. Emmett nie szedł do szkoły, stwierdził, że ,,musi potowarzyszyć'' Edwardowi gdy ten wróci. A to oznaczało tylko jedno – będzie spał jak aniołek do południa. Usłyszała kroki n schodach i zawołała, nie odwracając się nawet:

- W samą porę, Bells.

- Eeee… Hej. – Ten głos nie należał do Belli. To mogła być tylko Alice.

- Alice? – Rose zmarszczyła brwi widząc dziewczynę. – A ty nie powinnaś spać?

- Nie jestem zmęczona. – Brunetka odpowiedziała zgodnie z prawdą i otworzyła lodówkę. Zdziwiła się, że nie ma soku, ale nic nie powiedziała. Chociaż w nocy jeszcze był.

- Jak tam wypad? – Głos Rose stał się milszy, łagodniejszy. Za wszelką cenę chciała coś wyciągnąć od dziewczyny.

- Dobrze. Dostałam nagrodę i było miło.

- A Seattle? Podobało ci się to miasto?

- Tak, Seattle jest zdecydowanie magiczne. I ma pozytywny wpływ na ludzi. – W głosie Alice pojawiła się nuta rozmarzenia, którą Rosalie skrzętnie wyłapała.

- To super – powiedziała i jeszcze słodszym głosem dodała: - A hotel? Wydawał mi się idealny. Przestronny, kameralny, z TĄ atmosferą.

Tutaj Alice nie wiedziała co odpowiedzieć, co jeszcze bardziej utwierdziło blondynkę w jej przypuszczeniach. COŚ się stało.

- Baaa… Bardzo dobry hotel. – Mruknęła i mimowolnie zarumieniła się.

- Cieszę się. – Uśmiech Rose był szeroki. – Jedziesz dzisiaj z nami do szkoły?

Dłonie Alice niebezpiecznie zadrżały, gdy zamykała lodówkę. O co chodzi Rosalie, dlaczego jest taka miła…? Czyżby się domyślała, że do czegoś doszło pomiędzy nią a Carlisle'em? Nie… Chociaż…

- Mówisz serio? – Upewniła się, wkładając jogurt do torby, co miało zatuszować jej zmieszanie.

- Pewnie. Edward i Emmett nie jadą, to mamy wolne miejsce. A Bells jest szczupła. – Zachichotała Rosalie i wyszła z kuchni. Jej siostra właśnie zeszła ze schodów, więc blondynka puściła jej oczko.

Bella uśmiechnęła się i zaczęła ubierać buty, dołączyła do niej Rose. Alice stała z boku, teraz lekko oszołomiona, jak nie skołowana.

- Na co czekasz? – Odezwała się do niej Bella pozornie serdecznym tonem, ale oczy pozostawały bez wyrazu.

- Już… Już się zbieram.


APOV

Siostry są miłe. Dziwne to jest, doprawdy. Nie spodziewałam się, że mogą być jeszcze słodsze niż zazwyczaj. I to jest podejrzane, bo one nigdy nie były uprzejme. No chyba, że coś chciały. A może chcą?

Ale co w takim razie?


Miesiąc później

Z Carlislem to właściwie nie mam kontaktu. On chyba mnie unika ze względu na wydarzenia z Seattle.

On się boi naszych uczuć. A przecież powiedziałam mu co o tym myślę. Zachowuje się jak duże dziecko! Dzieli nas tylko dwanaście lat, a to żadna różnica w dzisiejszych czasach. On ma jakieś głupie obawy, wręcz urojenia.

Męczy mnie to. Jestem dorosłą kobietą i chciałabym, żeby czasami mnie przytulił albo pocałował. A on nic.

Kompletnie nic, totalna ignorancja. Czasami tylko coś mruknie, a jak inni nie widzą to złapie za dłoń.

Krzyk przybrał na sile.

Dwa miesiące później

Siostry coś podejrzewają i nawet, nie wprost oczywiście, zapytały się mnie czy coś między nami jest. W sumie to sama nie wiem, ale chyba udzieliłam odpowiedzi wpół twierdzącej. Spowodowało to uśmiech na ich twarzy.

Zaakceptowały ten fakt tak po prostu, bez komentarza. Bella nic nie powiedziała, a Rose mruknęła coś pod nosem.

Któregoś dnia podsłuchałam ich rozmowy z braćmi – ONI SIĘ CZEGOŚ DOMYŚLAJĄ. WSZYSCY, a co najlepsze Rosalie doskonale wie, że brak informacji to wina tylko i wyłącznie Carlisle'a. Jest świadoma, że przez jego obawy mogę zostać zraniona, gdyż moje uczucie trwa długo. Według niej aż za długo czekałam na reakcję z jego strony.

Słuchając tego dziwnie się poczułam, ale ku mojemu zdziwieniu ta rozmowa poruszyła braci, zmotywowała ich do działania. Zmusili Carlisle'a do wyłożenia kart na stół. I przyniosło to nieoczekiwany efekt.


Cała rodzina zgromadziła się w salonie na cotygodniowe ustalanie listy zakupów. Jednak to nie było zwykłe spotkanie, bowiem atmosfera w pokoju była zdecydowanie gęsta i coś wisiało w powietrzu.

Carlisle od samego początku siedział jak na szpilkach, nerwowo spoglądając to na synów, to na Alice.

Emmett i Edward patrzyli na niego wymownie, ale milczeli. Rozmowę prowadziły prawie tylko Rose i Bella, a Alice tylko czasami coś wtrąciła.

W końcu Edward zacisnął zęby i powiedział głośno i wyraźnie:

- DOŚĆ.

Siostry umilkły, jakby spodziewały się tej kwestii. Spojrzały po sobie, a później przeniosły wzrok na doktora. Ten wstał, odchrząknął i lekko zmieszany zaczął mówić:

- Chyba każdy z domowników zauważył małą zmianę jaka zaszła…. Hmn... We mnie po powrocie z Seattle. – Kaszlnął. – Stało się to przez pewną cudowną kobietę, która obudziła mnie z zimowego snu.

– Uśmiechnął się. – Mam na myśli oczywiście Alice, ale to już wiecie… Wiedzieliście to lepiej ode mnie…

Brunetka zaczerwieniła się.

- No, dalej Carlisle! – Popędził go Emmett, na co czarnowłosa musiała się uśmiechnąć. Jego charakter był niebanalny i to uwielbiała w bracie.

Doktor wziął głęboki oddech, strasznie ciężko było mu o tym mówić, a już tym bardziej przy wszystkich.

- Alice – wyciągnął do dziewczyny dłoń, a ta wstała. – Alice jesteś taka młoda…

Emmett, wyraźnie zniecierpliwiony, parsknął:

- Prawdziwa miłość nie zna granic.

- Dobrze, synu, przechodzę do sedna. – Oczy obojga spotkały się, a przez ich dłonie przebiegł dreszcz.

– Alice, droga Alice, przez te dwa miesiące zrozumiałem, że więź powstała w Seattle może przerodzić się w coś pięknego. Tylko musielibyśmy dać temu szansę… - Kobieta poczuła, jak jej serce gwałtownie przyspiesza. – Mamy błogosławieństwo całej rodziny… - Dodał ciszej i popatrzył na nią z lękiem.

- Carlisle, ty idioto – głos Alice załamał się, puściła jego rękę. – Ty cholerny idioto! – Krzyknęła, a na twarzy doktora odmalowało się przerażenie. – Rozmyślanie nad tym zajęło ci całe dwa miesiące! Czas, który dla mnie był męczarnią, bo nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć i co robić. – krzyk cichnął, aż czarnowłosa wzięła głęboki wdech. – Idioto… Kochany idioto. – Szepnęła i przyłożyła dłoń do czoła.

- Alice… - Chciał jej przerwać, ale go uciszyła gestem

- Emmett ma rację. Prawdziwa miłość nie zna granic, ale my musimy się przekonać jak silne jest nasze uczucie. Jak silne może być… - Umilkła. Doktor zbliżył się do niej i z lekkim uśmiechem objął ją:

- Czy to oznacza tak?

Do rozmowy wtrąciła się Rosalie, która nie mogła znieść niezdarności tej pary:

- Jeszcze się pytasz! – warknęła. – Pocałuj ją… - Dodała sugestywnie.

To był bardzo niezdarny pocałunek, ale on pokazał jak bardzo ich usta tęskniły do siebie. Co prawda Carlisle tylko musnął jej wargi, ale to w zupełności wystarczyło. Pasowali do siebie idealnie i pod każdym względem.

Zatraceni we własnym świecie usłyszeli brawa i rodzina zaczęła im gratulować słusznej decyzji.

Miłości nie da się zbyć ani ominąć, trzeba ją po prostu przyjąć.

Alice czuła się bardzo dziwnie – zawieszona między jawą a snem, bajką a rzeczywistością. Nie wiedziała, co jest prawdą, ale uścisk i słowa Edwarda ściągnął ją na ziemię.

- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa siostrzyczko. W końcu los uśmiechnął się do ciebie. – Wyszeptał jej do ucha.

- Tylko dzięki wam – odpowiedziała, wzruszona.

- Podziękuj Emmettowi, to twój osobisty anioł stróż. – uwolnił się z jej objęć.

- Nie omieszkam. – Alice podeszła do drugiego brata i utonęła w jego objęciach. – Dziękuję – powiedziała.

Emmett uśmiechnął się tylko i puścił oko: - Wiesz, co robić… Carlisle to mężczyzna… - Alice trzepnęła go w bok, zarumieniona jeszcze bardziej.

- Jesteś nieprzyzwoity.

- Tylko szczery, Alice. Jak byś miała problemy, to Rose ma już dość duże doświadczenie…

- Zamknij się, Em – słodki głos Rosalie przerwał ich dialog – Zawstydzasz dziewczynę… Sama do wszystkiego dojdzie w swoim czasie.

- Ja tylko jej udzielam rad. – Zachichotał.

- A co ty pracujesz w jakimś kąciku porad dla ,, Koleżanki'' czy coś? – Pociągnęła go brutalnie za łokieć, odciągając od czarnowłosej, która też zaśmiała się lekko. Faktycznie, dla miłości nie ma

ŻADNYCH granic.

Wszyscy nagle ulotnili się z pokoju, zostawiając parę samą. Carlisle podszedł do Alice i przytulił ją.

Brakowało mu jej zapachu, jej ciała i jej smaku.

- Tęskniłem. – Powiedział, ukrywając swoją twarz w jej włosach.

- To dlaczego tyle czekałeś? – Wyszeptała, uderzając go delikatnie pięściami w klatkę piersiową.

- Tak musiało być – wymruczał do jej ucha.

- Nie musiało. Ja też tęskniłam… Nie zwlekaj już, Carlisle… - Podniosła swoją twarz i przymknęła oczy.

Ten pocałunek spełnił już wszelkie standardy i wypełnił pustkę, którą wypaliła tęsknota. Ukoił pragnienie i rozpalił pozostałe zmysły. Zgasił pożądanie, a zarazem rozniecił je od nowa, jeszcze większe.


APOV

Dwa miesiące później

Czas przecieka mi przez palce, daty pędzą jak szalone, dnie zlewają się z nocami, a jedno wydarzenie goni drugie. Nim się obejrzę kolejna kartka zostaje wyrwana z kalendarza. Wszystko gna, a ja stoję pośrodku, zagubiona jak dziecko.

Po tamtym spotkaniu myślałam, że będzie lepiej. I w pewnym sensie jest, ale Carlisle ciągle się waha. Czy on nie może zrozumieć, że moje serce bezwarunkowo należy do niego?

Rozpala mnie pocałunkami, które gwałtownie przerywa i znika najzwyczajniej w świecie. Zaszywa się w szpitalu, a ja zostaję na sama, bezsilna i zgubiona. Uwiódł mnie, opętał.

I wciąż nie umie tego pojąć.

Krzyk ucichł, chociaż mara czai się w pobliżu. Jest coraz bliżej, niedługo przybędzie. Czuje ją…


Carlisle, po raz pierwszy od Seattle, zabrał Alice do Los Angeles na dwa dni. To miała być dla niej nagroda za takie długie zastanawianie się nad sensem ,,ich'' istnienia. Polecieli samolotem z Waszyngtonu, komfortowo i anonimowo. Alice czuła się podekscytowana tym wyjazdem.

Zupełnie sam na sam w takim pięknym mieście! I na dodatek z niewypowiedzianą obietnicą w jego oczach.

Ona, jako niewprawiona podróżniczka, obawiała się samego lotu, toteż cały czas kurczowo trzymała dłoń mężczyzny. Bała się ją puścić chociaż na chwilę, jakby obawiając się, że zniknie. Znów.

- Nie opuszczę cię, kochanie – szepnął do niej, gdy nieumyślnie ścisnęła jego palce. Ona skinęła głową i tylko troszkę poluźniła chwyt. – Uparta… – Dodał z uśmiechem i musnął jej wargi.

- Nienawidzę latać – mruknęła Alice i zamknęła oczy.

- Następnym razem pojedziemy pociągiem albo samochodem. – Powiedział cicho.

Następnym razem. Serce kobiety drgnęło i zaczęło galopować, a myśli zdecydowanie przestały być czyste.

- Taaak. – Wyjąkała, udając, że nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Carlisle spojrzał na nią z czułością.

- Jeszcze godzinka i będziemy na miejscu.

- Bardzo mnie to cieszy, bo siedzę tutaj jak na szpilkach i mam wrażenie, że zaraz się rozbijemy.

- Pesymistka z ciebie… - Zaśmiał się doktor i pogłaskał ją po policzku. – Wytrzymaj, bo warto.

- Wiem – wzięła głęboki oddech, żeby wyrównać rytm serca. – Wiem, że warto… Długo czekałam na taką okazję... I nie mam zamiaru jej zmarnować!

Carlisle nic nie odpowiedział tylko skinął głową, pogrążony w myślach.

Tym razem sam rezerwował hotel i poprosił o dwa osobne pokoje. Po pierwsze nie chciał kusić losu, ale przede wszystkim nie chciał skrzywdzić Alice, a zwłaszcza jej pociągającej niewinności. Ona była równie idealna bez niego, ale on bez niej nie wyobrażał sobie już życia. Gdyby już miało do czegoś dojść to wolałby, żeby wszystko odbyło się w zupełnie innych warunkach, powoli, bez pośpiechu, presji i gwaru. Póki co niczego takiego nie planował, pocałunki wystarczały, chociaż niedosyt pozostawał. I to dość spory.

Do Los Angeles przybyli późnym wieczorem i Alice dosłownie padała z nóg. Mimo to chciała przejść się w okolicach hotelu, co wzbudziło ostry sprzeciw Carlisle'a. Stanowczo stwierdził, że najbardziej potrzebuje snu, a nie pieszych wycieczek. Alice chciała z nim polemizować, ale poczuła, że i tak nie wygra tej potyczki słownej – on po prostu miał rację. Poddała się prawie bez walki, ale w zamian zażyczyła sobie kontemplacji widoków z okna. We dwoje oczywiście. To był miły wieczór pełen wrażeń, który zwiastował naprawdę emocjonujący weekend.

Sobota została poświęcona na zwiedzanie dość rozległego Miasta Aniołów. Nie sposób w jeden dzień zobaczyć wszystko, ale oboje wybrali te najważniejsze i najbardziej znane miejsca, które znali z filmów. Alice była zachwycona przepychem, rozmachem i całą organizacją Los Angeles – Miasto Aniołów diametralnie różniło się od niewielkiego Forks. Zdumiona oglądała ludzi, dotykała szyb wystaw, pokazywała ręką widząc coś zdumiewającego, krzyczała i…wydawało się jakby była dzieckiem, które dopiero co dostało lizaka od rodzica.
Carlisle z rozbawieniem obserwował całą gamę zachowań oblubienicy. Jej niewinność i naiwność budziły w nim nieznane dotąd pokłady uczuć. Jednocześnie przyłapał się na tym, że to mu sprawia szalenie ogromną radość. Wydawało mu się, że zna Alice, ale było to doprawdy mylne spostrzeżenie. Codziennie uczył się jej na nowo, bo każda godzina przynosiła niespodzianki. Bywały i takie momenty, że miał ochotę skarcić ją, ale i czasami nie umiał powstrzymać się, by nie porwać jej w ramiona i całować do utraty tchu.

Po prostu zakochiwał się w Alice.

W niedzielę Carlisle, targany kolejnymi wątpliwościami, postanowił ostatni raz wyrazić swoje obawy względem tego związku. Podczas uroczystej kolacji, tuż przed lotem powrotnym, zadał pytanie, które przez ostatnie miesiące go niesamowicie męczyło.

- Alice, czy jesteś pewna swoich uczuć?

Kobieta mrugnęła kilka razy, zanim sens wypowiedzi dotarł do niej.

- Carlisle – poszukała jego dłoni i spojrzała mu głęboko w oczy. – Niczego bardziej na świecie nie jestem pewna niż mojego uczucia do ciebie. To narodziło się dawno temu, zakiełkowało i popadło w stan uśpienia. Dopiero jakiś czas temu, sam wiesz, rozbudziło się tak, jak rozkwitają pąki wiosną. I teraz rozrasta się, oplata moje serce i pogłębia moją miłość. – Umilkła na moment, po czym kontynuowała: - To chciałeś usłyszeć?

Doktor nie wiedział, co powiedzieć.

- Nie wiem, co chciałem usłyszeć. Chciałem ci powiedzieć, że Alice… Alice, moja droga, zatracam się w tobie coraz bardziej… I chyba zakochuje się w twojej osobie…

Kobieta uśmiechnęła się do niego i poczuła ciepło w sercu.

- Każda dziewczyna chciałaby usłyszeć to od ukochanego… Ale tylko nieliczne mają szansę coś takiego przeżyć. Dziękuję ci, Carlisle… - Doktor podniósł jej dłoń do swoich ust i złożył na niej słodki pocałunek. – Dziękuje za to, że nie składasz obietnic, które przeradzają się później w gorzkie rozczarowanie.

- Nigdy tak nie czyniłem… - Powiedział wolno. – I nie zamierzam. Jeżeli kiedykolwiek coś ci przyrzeknę, wiedz, że dotrzymam słowa choćbym miał skonać – ich wzrok napotkał się. Alice zobaczyła, że ukochany jest śmiertelnie poważny – zresztą on nigdy nie był typem człowieka rzucającym słowa na wiatr.

- Ja zaklinam, że będę cię kochać tak długo, jak długo będę stąpać na tym świecie – wyszeptała, nie chcąc zburzyć intymnego nastroju.

- Alice… Nie wiąż się, gdyż nie wiesz, co cię jeszcze może spotkać w życiu. A nóż zmienisz zdanie i co wtedy? Oczywiście nie traktuje tego jako ślubowania, ale… Słów raz wypowiedzianych nie da się cofnąć.

- Wiem to – Alice zmarszczyła brwi. – Jestem świadoma co mówię, Carlisle. I jestem pewna tego, co mówię.

Carlisle westchnął i skinął głową. Przelotnie spojrzał na zegarek i zorientował się, że niedługo mają odprawę. Powrót do Forks…

Obydwoje mieli podobne obawy – czy jak wrócą to magia nie pryśnie… Jednak prawdziwa miłość nie zna granic.


cz. II


Jasper, odchodząc od Marii, nie miał żadnych obiekcji. Ta farsa powinna skończyć się dawno temu, wtedy, gdy odwrót nie byłby tak bolesny. Tu już nawet nie chodziło o jego własne uczucia tylko o to, że Maria go perfidnie wykorzystała. On jej pomógł na wielu polach i w wielu sprawach, gdy borykała się z problemami. Kiedy zaś sam potrzebował jej wsparcia – Maria nie wymówiła żadnego słowa i nie uczyniła żadnego gestu, który ocaliłby resztki honoru. Cała jego duma została zdeptana i musiał skapitulować, aby zachować twarz. Marzenia Jaspera o karierze wojskowej legły w gruzach, bo kobieta, której ufał, zawiodła go na całej linii. Pokazała swoją drugą twarz, a z nią wyszły wszystkie negatywne skutki władzy.

Władza, pieniądze i polityka zmieniają ludzi nie do poznania. Kiedyś zaśmiałby się z tego lekko chropowatym głosem wraz z akompaniamentem słodkiego pisku Marii... A dziś? Mógł tylko przytknąć z krzywym, kwaśnym uśmiechem i nieprzebraną goryczą w oczach.

Wszystko zmienia ludzi, a to w szczególności.

Jego dobytek był niewielki. Zostały mu jedynie marne resztki dawnej świetności i potęgi. Stracił wszystko przez Marię. Świetlaną przyszłość, wygodne i dostanie życie, nadzieje i… Możliwość spełnienia marzeń. To ostatnie bolało go najbardziej – o karierze w wojsku marzył już w przedszkolu.

Wyobrażał sobie, że jest generałem i dowodzi armią podczas bardzo ważnej wojny. Tylko od niego zależy los całego państwa, jak nie świata, tylko od strategii wymyślonej przez niego wszyscy albo przeżyją, albo stracą życie…

Otrząsnął się ze wspomnień i spojrzał na okolicę. Zdziwił się, zobaczywszy, że dotarł tak daleko. Plac Southside. To niedaleko domu Petera i Charlotte – uświadomił sobie i mimowolnie przyspieszył kroku. Stęsknił się za swoimi starymi przyjaciółmi, z którymi przez dłuższy czas nie miał żadnego kontaktu. I tylko wyłącznie z własnej winy. Był tak zaabsorbowany Marią, karierą i wojskiem, że żaden świat po za tym dla niego nie istniał.

Westchnął i poprawiając plecak zapukał do drzwi. Czuł się niezmiernie głupio stojąc tutaj i dodatkowo będąc człowiekiem w totalnym proszku na zakręcie. Usłyszał tupot, a po chwili zzafutryny ukazała mu się roześmiana twarz Charlotte.

- Wchodź, Jazz, wchodź.- Otworzyła na oścież drzwi i od razu pobiegła gdzieś w głąb domu.

Speszony Jasper nieśmiało wszedł i położył swój plecak na podłodze, po czym rozejrzał się wokół. W pomieszczeniu panował istny chaos – cała dostępna powierzchnia zawalona była wszelkiej maści kartonami o różnorakim przeznaczeniu. Na kartonach leżały różne małe i duże pudełka, jakieś bibeloty i kartki o nieokreślonej treści.

Jasper zdjął buty i podążył za niewidocznymi śladami pozostawionymi przez Charlotte. Przy wejściu do kuchni natknął się na Petera. Jego stary przyjaciel nic się nie zmienił od ostatniego spotkania.

- Jazz, brachu! – uścisnął go mocno. – Tyle lat się nie widzieliśmy, gdzieś ty się podziewał? – Uśmiechnął się szeroko i wyminął go.

- Miałem małą przygodę z wojskiem. – Przełknął ślinę. Te słowa sprawiły mu ból.

- No tak, Lotte coś mi wspominała. A jak tam ta twoja dziewczyna, zdaje się, że nazywa się Maria? – Peter majstrował coś przy kartonach.

- Nie mam żadnej dziewczyny. – Powiedział twardo Jasper z zaciętym wyrazem twarzy, którego Peter nie zauważył, bo był odwrócony tyłem.

- Okej… - sapnął. – A co teraz robisz? Albo chcesz robić…?

- Właściwie to nie wiem… - Mruknął Jasper i podszedł, aby ustabilizować chwiejącą się wieżę z pudeł.

– A wy się wyprowadzacie?

- Coś w tym stylu – usłyszał odpowiedz z zza pleców. – Dostałam ofertę pracy w Waszyngtonie, a Peter może pracować wszędzie. – Zachichotała Charlotte. – Może wybierzesz się z nami jak nie masz nic lepszego do roboty?

Jasper odwrócił się i spojrzał na przyjaciółkę.

Wyjechać z Houston.

Oderwać się od tego świata, od wspomnień dotyczących Marii i wojska…

Zaraz…

Waszyngton… Forks.

Forks.

Rose - jego siostra.

Pokiwał głową, wciąż zamyślony.

- Chyba macie racje, powinienem się stąd wyrwać. Jadę z wami. – Powiedział gromko, a Charlotte klasnęła w dłonie i z radości obróciła się wkoło własnej osi. Peter także przytknął z uśmiechem na twarzy. Jazz powrócił i miał z nimi pobyć dłużej, chociaż trochę.

- Powinieneś pójść się spakować, bo mieliśmy jutro wyjeżdżać. – Dodał.

- Cały mój dobytek jest w tej torbie, a rzeczy o większej wartości mam zdeponowane w największym banku Houston.

- No to do dzieła. – Charlotte wyjęła z kieszeni telefon. – Pierwszym krokiem do nowego rozdziału życia jest zamówienie ogrooomnej pizzy. Tak jak z zawsze? Z kurczakiem i podwójnym serem?

Panowie ochoczo przystali na tę smakowitą propozycję.

Jasper spojrzał ponownie na przyjaciół. Oni zaczęli odbudowywać jego zaufanie do ludzi, które Maria w mgnieniu oka zniweczyła.

Podróż w niewielkim vanie przebiegała w bardzo wesołym nastroju. Przyjaciele wspominali dawne dobre czasy, opowiadali anegdotki i cieszyli się, że nareszcie są razem. Jasper wiele dowiedział się o aktualnym życiu – Peter został znanym pisarzem bestsellerowych kryminałów, a Charlotte powoli stawała się bizneswoman z krwi i kości. Jedynie do szczęścia brakowało im dziecka, ale, jak wywnioskował, starali się o nie. W swoim jestestwie przegapił ważne wydarzenia – awanse, sukcesy, a najbardziej nie umiał przeboleć tego, że nie był na ich ślubie.

- Przecież wysłaliśmy ci zaproszenie. – Lotte spojrzała na niego zdziwiona. – Kurier potwierdził, że dotarło.

Jazz zacisnął pięści. To jednoznacznie wskazywało, że Maria maczała w tym palce. Faktycznie, wtedy była jakaś nieswoja, ale nigdy nie podejrzewałby jej o coś takiego.

- Bynajmniej nie dotarło do moich rąk. Gdybym tylko wiedział… - urwał i wpatrywał się w zdjęcie wyjęte z albumu przez Petera. Stali na nim roześmiani, w pełni szczęśliwi, spełnieni. Widać było też ogień między nimi i wielką miłość.

- No nie ma co rozpamiętywać. – Charlotte chciała rozchmurzyć Jazza. – Weź sobie to zdjęcie, jeżeli ma cię to uszczęśliwić.

- Zagłuszyć wyrzuty sumienia… - mruknął i schował zdjęcie.

- Nie możesz czuć się winny, bo nic nie wiedziałeś. Niewiedza cię oczyszcza. – Dodał Peter.

- Wolałbym wiedzieć. – Westchnął. – Lecz czasu się nie cofnie.

- Właśnie, mądre podejście, Jazz – Charlotte poklepała go po ramieniu. – Powiedz, co będziesz robić w Waszyngtonie? Zgodziłeś się dość spontanicznie.

- W Waszyngtonie? Nic. Planuje wpaść do Forks.

- Forks? – Lotte nie kryła zdumienia. – Myślałam, że nie wracasz do tego.

- Postanowiłem… odwiedzić siostrę. – Jazz uśmiechnął się pod nosem, ale to był smutny uśmiech.

- Okej, nie wnikam. – Charlotte odwróciła głowę i wpatrzyła się w mijający krajobraz. Przyroda zmieniała się stopniowo, gdy zbliżali się do Waszyngtonu i oddalali od Houston.


Jasper, przybywszy do Waszyngtonu, wypożyczył samochód i wyjechał w kierunku swojego macierzystego miasta. Charlotte i Peter rozpakowywali się w swoim nowym domu, więc nie chciał im przeszkadzać.

Wjeżdżając do Forks przypomniały mu się wszystkie wydarzenia z dzieciństwa, a później młodości.

Otrząsnął się i założył ciemne okulary. Nie pragnął być rozpoznany, chociaż mało prawdopodobne, aby ktoś go pamiętał. Jednak z drugiej strony jego odejście było dość głośne. Ostrożności nigdy zawiele.

Pod kwiaciarnią gwałtownie zahamował i wysiadł. Kupił dwa niewielkie bukiety herbacianych róż, po czym zdecydowanie ruszył z piskiem opon. Ludzie popatrzyli się na niego jakby był wariatem, ale nikt nie zorientował się kim jest. W pewnym sensie lubił na siebie zwracać uwagę, ale to wynikało z jego wojskowych aspiracji. Teraz wolał być incognito, ostatnie wydarzenia stanowczo za mocno nadszarpnęły jego nerwy i stan ducha. A po za tym w swoim rodzinnym mieście miał opinię ,,syna marnotrawnego''… Wiele by dał, żeby odmienić przeszłość, ale czasu nie da się cofnąć. Niestety.


Rosalie leniwie przeciągnęła się na łóżku i poczuła, że jej dłoń natrafia na jakąś wyjątkowo twardą klatkę piersiową, dodatkowo taką… owłosioną? Usłyszała chrapnięcie i jakaś wielka łapa wylądowała z plaskiem na jej talii. Zachichotała, bo zaczęła sobie przypominać wczorajsze wydarzenia. Jak tylko drzwi zamknęły się za ,,ptaszkami'' zaczęli przybywać goście. Nie, to właściwie były tłumy, co najmniej połowa szkoły w Forks, ale ta połowa elitarna. Później tylko wszystko się rozkręciło, pizza znikała pudłami, poncz litrami, ale alkoholu jako takiego Rose nie zarejestrowała. Nie chodziło o ,,bycie abstynentem'', tylko o dobrą zabawę, a nie ścięcie się w pierwszej godzinie.

Pamiętała doskonale jak szalała z Bells na parkiecie, jak droczyła się z Emmettem i jak próbowała zdenerwować ,,świętoszkowatego'' Edwarda. Ach, zabawa była szampańska… Teraz tylko dowody zbrodni musiały niezaprzeczalnie zniknąć, ale o to się nie martwiła. Zamówiła wyspecjalizowaną firmę sprzątającą, która dobrze znała się na swojej robocie i bez problemu załatwi wszystkie porządki za nią.

Obróciła się na bok i spojrzała na śpiącego Emmetta. Wyglądał tak słodko i niewinnie. Niczym wielki pluszowy miś. Pogłaskała go po policzku i wyszeptała, wtulona w jego szyję:

- Kocham cię, Emmett.

- Ja ciebie też. – Usłyszała odpowiedz i ona ją zaskoczyła. Jej ukochany nie spał i dodatkowo to on się z nią teraz droczył. – Cześć, Rose – Najpierw pocałował jej ucho, które później nadgryzł. – wiesz, że mówisz przez sen? – Uśmiechnął się zawadiacko. Kobieta poruszyła się, chcąc uderzyć go lekko, ale

Emmett skutecznie zablokował niedoszły atak. Po prostu przycisnął ukochaną do siebie i wymruczał jej do ucha:

- Nic z tego, Rosie.

- Em, muszę wstać – zaczęła się wiercić. – Zaraz przyjdzie ekipa, a ja nie mogę być roznegliżowana.

- Ale taka jesteś najpiękniejsza…

Blondynka wyswobodziła się z uścisku i pacnęła go dłonią, po czym szybko wyskoczyła z łóżka.

- Kadzisz. – pokazała mu język i zabrawszy rzeczy z szafy, wyszła.

Kilkanaście minut później, tak jak się spodziewała, usłyszała dzwonek do drzwi. Poprawiając włosy zeszła po schodach i z rozmachem otworzyła drzwi.

- Zapra… - spojrzała na postać w drzwiach i zamarła, zdumiona. Mężczyzna w drzwiach patrzył na nią uważnie, aż nie powiedziała tonem całkiem beznamiętnym: - Jasper?

- Cześć, siostrzyczko.

- Ty tutaj? – w jej głosie było słychać niedowierzanie.

- Jak zwykle urocza. – Odparł i wyciągnął zza pleców bukiecik róż. Wcisnął go w jej dłonie. Rosalie patrzyła to na niego, to na kwiaty i zupełnie nie wiedziała jak się zachować.

- Nie wpuścisz brata zmęczonego podróżą? Nie bądź taka, Rosie – to zdrobnienie w ustach Jazza brzmiało zupełnie inaczej niż gdy wypowiadał je Emmett. Bezwiednie przepuściła go w drzwiach i czekała na jego kolejny ruch, lecz on uparcie milczał. W końcu nie wytrzymała:

- Co ty tutaj robisz? Dlaczego pojawiłeś się tak nagle?

Nie doczekała się odpowiedzi. Przeszła do kuchni i usiadła na najbliższym krześle.

- Wiem, że coś się stało. Musiało, skoro pojawiłeś się w domu pierwszy raz od tylu lat.

- Nic się tu nie zmieniło, Rosie. – Mężczyzna bacznie rozejrzał się po kuchni i podszedł do okna, w którym najwidoczniej zainteresowały go zasłony. – Tak jak pamiętam.

- JASPER! Przestań ze mną pogrywać. Powiedz, do cholery, po coś tu przyjechał, a nie bawisz się w kotka i myszkę.

- Stęskniłem się za tobą, uwierzysz mi? – uśmiechnął się do niej, ale oczy pozostały bez wyrazu.

- Nie – powiedziała twardo, zdecydowanie.

- Tak właśnie myślałem… - po chwili zastanowienia dodał: - Usłyszałem, że mamunia Esme zeszła…

Zmartwiło mnie to, dlatego tu jestem.

Rosalie parsknęła głośno, słysząc słowa brata. Już dawno nie słyszała takich bredni.

- Ten powód jest jeszcze bardziej absurdalny od poprzedniego. – spojrzała na Jaspera i kontynuowała:

- Po wydarzeniach z przeszłości dotyczących ciebie i Esme mogę jednoznacznie stwierdzić, że nie pałaliście do siebie sympatią. A może to była już nienawiść.

- To bardzo mocne słowa, Rosie.

- Nie nazywaj mnie tak – wysyczała lodowato.

- Drażliwa jak zawsze, nigdy się nie zmienisz. W Forks nic się nie zmienia…

- Jasper – w tonie jej głosu pobrzmiewały ostrzegawcze nutki. – Ile ty masz lat? Zachowujesz się jak dzieciak. A nawet gorzej, bo już przedszkolaki mają pewną świadomość i zdolność empatii, ale ciebie natura pominęła.

- Sugerujesz, że jesteśmy pomyłką genetyczną? – zaimek ,,my'' podziałał na Rose jak płachta na byka.

- Nie pochlebiaj sobie. I, wybacz, nie miałam wpływu na to, że jesteśmy rodzeństwem.

Rosalie wstała gwałtownie z krzesła i wybiegła z kuchni. To było ponad jej siły.

Nagłe pojawienie się Jazza, jego gierki słowne, łapanie za słówka i unikanie poważnych odpowiedzi.

Dlaczego wrócił do Forks, w szczególności po tym, co zrobił, zanim wyjechał? Zanim uciekł. I skąd wiedział o Esme, i o tym, gdzie mieszkają, i w ogóle o wszystkim…!? Pytania mnożyły się, a odpowiedzi wciąż nie było. Rose ukryła twarz w dłoniach i po raz pierwszy od długiego czasu miała ochotę rozpłakać się.

Wszystko się tak cudownie układało dopóki ten idiota nie zapukał do drzwi. Miała świadomość, że jej brat, syn marnotrawny Renée, wprowadzi do ich poukładanego życia chaos. A co za tym idzie – może popsuć to, nad czym Rose tak pieczołowicie pracowała.

Nad pozycją, planami i wspomnieniami.

Jasper nie rozumiał siebie. Dlaczego w stosunku do Rose zachował się jak szczeniak? Dlaczego zachował się tak jak dawniej…? Przecież zmienił się przez te lata i uważał, że na lepsze.

Usiadł na krześle w kuchni i westchnął.

Tu nie chodziło o modyfikację charakteru, tylko o miejsce i wydarzenia z tamtych lat, gdy tu mieszkał.. Postąpił tak, bo znajdował się w Forks, bo drzwi otworzyła mu Rosalie, bo wciąż prześladowała go przeszłość, bo przyszłość była niepewna, bo…

Mógłby mnożyć powody, ale to nie usprawiedliwiało ani trochę jego postępowania. To, co wyczynił, na pewno nie poprawi jego napiętych stosunków z Rosalie, a przecież w głębi duszy pragnął tego.

Ba, dotknięcie tematu Esme jeszcze wszystko pogorszyło.

- Jesteś idiotą, Jazz… Takim, jakim byłeś. – wyszeptał do siebie.

Usłyszał dzwonek. Wstał i poszedł otworzyć. Za drzwiami stała jakaś grupka, jak się później dowiedział – porządkowa. Wpuścił ich, a sam wszedł na górę. Chciał spróbować naprawić błędy, ale chyba nie mógł już sobie zaufać.

Rosalie jak oszalała wpadła do pokoju Edwarda, wiedząc, że znajdzie tam Bellę. Ale siostry nie było w łóżku. Stanęła chwilę, lekko skonsternowana, po czym, zrobiwszy kilka kroków, otworzyła z rozmachem łazienkę. Bells brała prysznic i nuciła sobie pod nosem.

- Bella, Jasper wrócił. – powiedziała sztucznie spokojnym głosem Rose. Usłyszała jak w kabinie upada rączka prysznicowa, a z ust dziewczyny wydobywa się cichy krzyk.

- Ćpałaś coś, Rose? – głowa szatynki wychyliła się zza drzwi. Jej oczy wyrażały niepojęte zdumienie i pewną dozę obawy. Blondynka pokręciła głową, więc druga kobieta pisnęła.

- Apokalipsa jakaś… - westchnęła Bella trochę bez sensu. – Musimy go pilnować.

- Powinnyśmy – dodała cicho Rose. – Ale najpierw muszę stad uciec, Bells. Chociaż na chwilę, bo jego przyjazd rozbił mnie na milion kawałków i kompletnie nie wiem, co myśleć.

- Dobrze – powiedziała Bella powoli. – Ustalimy co dalej. A teraz Rose, nos do góry. Nie takie wydarzenia próbowały popsuć nam plany. – uśmiechnęła się do siostry, jednocześnie sięgając po ręcznik. – Daj mi kilka minut i spadamy.


Alice, wykończona emocjonującymi dniami, zasnęła w samolocie. Znów miała sen, ale był on zupełnie inny niż poprzednie.

Nie było żadnego krzyku. Tylko ciche, delikatne nawoływanie. Słowa wypowiadane bez większego składu,

nacechowane emocjonalnie, gwałtowne w swoim natężeniu, ale jakże łagodne. Zdania bez znaczenia,

nielogiczne, ale tak jasne i klarowne.

I to dziwne echo niewiadomego pochodzenia.

Poczuła szarpnięcie i otworzyła oczy. Pochylał się nad nią zaniepokojony Carlisle.

- Alice… Wszystko w porządku?

- Prawie – odszepnęła. – Musisz mnie pocałować, a będę pewna, że tak. – W jej oczach pojawiły się szalone iskierki. Doktor westchnął i musnął jej usta. Dziewczyna chciała więcej, więc przyciągnęła go do siebie i pogłębiła pocałunek. Było to dla obojga bardzo inspirujące przeżycie.

- Kochanie, nie galopuj. Mamy czas, dużo czasu – doktor odsunął się od niej, lecz robił to z zawadiackim uśmiechem na twarzy.

- No dobrze… - Alice zachichotała i przytuliła się na tyle, na ile było to możliwe. – Czuje się wspaniale, Carlisle. I to tylko dzięki tobie.

Mężczyzna pokręcił głową lekko rozbawiony. Ta kobieta cały czas go zdumiewała i na każdym kroku

sobie to uświadamiał.

- Ty też jesteś moją radością, taką iskierką w szarym życiu…

Milczeli obydwoje, wpatrzeni w siebie.


Jasper wszedł do pierwszej napotkanej sypialni mając nadzieję, że trafi na siostrę. Faktycznie, był to pokój w kolorze jasnego różu, ze sporym łóżkiem i typowo kobiecymi dodatkami. Jednak na pościeli nie leżała kobieta. Leżał tam ogromnych rozmiarów mężczyzna, co wywołało szok u Jaspera i lekką konsternację. Czyżby jego mała siostrzyczka już mała faceta…?

Jazz zrobił tył w krok, chcąc wyjść z pokoju, ale łóżkowy gość odezwał się do niego nieco zaspanym głosem:

- Kto ty?

Jasper zignorował go i spokojnym krokiem skierował się w głąb korytarza. Zszedł na dół, do salonu i usiadł na fotelu. Przymknął oczy. Nie był pewien, czy dobrze zrobił przyjeżdżając do Forks, powracając tutaj…

Nie, wiedział, że zrobił źle. Rozgrzebał kilka ran, rozpieklił je jeszcze bardziej. Gdyby tylko mógłcofnąć czas…

Alice siedziała w samochodzie i czuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Coś nie dawało jej spokoju, miała dziwne wrażenie jakby całe powietrze wkoło niej było ciężkie, przesiąknięte oczekiwaniem.

,, To niedorzeczne. Wydaje mi się… '' – pomyślała i spróbowała się uspokoić. Spojrzała na Carlisle'a, skupionego na jeździe. Wyglądał tak pięknie…

Od razu poczuła się lepiej i przede wszystkim pewniej. Wiedziona nagłym impulsem dotknęła jego dłoni, na co mężczyzna spojrzał się i posłał jej ciepły uśmiech. Odprężyła się. Może to dlatego, że leciała samolotem, może stąd te sensacje żołądkowe? Oparła się o fotel i przymknęła oczy. Już niedaleko Forks, już niedaleko dom.

Carlisle został przy samochodzie, a Alice, wziąwszy małą torbę podręczną, skierowała się u domowi.

Otworzyła drzwi i weszła do środka. Postawiła bagaż i przeszła do kuchni. Zdziwiła ją idealna czystość wszędzie. Tknięta przeczuciem odwróciła się i rzuciła okiem na salon.

Przy oknie stała mara, senna zjawa. I wpatrywała się we mnie…

Krzyknęła przerażona i obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Wzięła głęboki oddech, aby uspokoić rozszalałe serce. Z trzęsącymi się dłońmi spojrzała ponownie.

A w oknie powiewały tylko firanki.


Słyszała jak ze schodów zbiega zaaferowany Emmett, tuż za nim Edward. Jednocześnie w drzwiach kuchni stanął Carlisle, wyraźnie zaniepokojony jej krzykiem. Podeszli do niej, a ona wyszeptała:

- Tam, koło okna, stała jakaś zjawa… Przysięgam…

Doktor wyjrzał, Edward także, a Emmett zachichotał. Po chwili śmiał się w głos, co rozzłościło Alice:

- Skoro mi nie wierzysz nie musisz się ze mnie śmiać!

Em przestał i łapiąc z trudem powietrze, wydusił:

- To nie zjawa. To brat Rose.

W drzwiach kuchni stanęła domniemana zjawa, która była człowiekiem.

Poczułam się, jakby trzasnął we mnie piorun. To był o n. Po prostu wiedziałam, że to był ON.

Urzeczywistniona mara senna, tysiąc razy piękniejsza niżbym marzyła. Ale nie wydawała się groźna, nie… Ani bezpieczna.

Na pierwszy rzut oka o n był neutralny, zwykły człowiek, lecz ja czułam, ja wiedziałam, że to fałsz.

Prawda nie została jeszcze odkryta.

- Miło mi, jestem Jasper Hale – mężczyzna przywitał się Edwardem, później z Carlisle'em. Gdy podszedł do Alice zawahał się na sekundę, jednak chwilę później z uśmiechem na twarzy podał jej dłoń. Kobieta, lekko oszołomiona, ścisnęła ją. Już miała wyszeptać jak się nazywa, lecz nagle poczuła jak słowa zamierają jej w gardle. Jak przez ciało przechodzi iskra powodująca przyjemny dreszcz. Jak wszystko, oprócz twarzy domniemanej mary, ulega zamazaniu i oddaleniu.

I mimo tego, że kontakt trwał dosłownie moment, to przez umysł Alice przewinęły się tysiące myśli.

- Alice, ja rozumiem, że się przestraszyłaś, ale bądź chociaż kulturalna – zza światów wyrwał ją głos Emmetta.

Z ociąganiem powróciła do rzeczywistości i odwróciła wzrok od nowopoznanego mężczyzny.

- Tak, przepraszam, jestem jeszcze w szoku. Pozwólcie, że na chwilę was opuszczę – wyszła pospiesznie z kuchni. Miała mętlik w głowie i musiała sobie to uporządkować.

- Ona nie zawsze taka jest – rozładował sytuację Emmett, na co Jasper pokiwał głową.

Ta dziewczyna była dziwna. On też poczuł tą iskrę między ich ciałami i wiedział, że ich spotkanie nie przeminie bez echa. Jednak nic nie chciał planować, nie chciał o tym myśleć.

Jedno wiedział na pewno – Alice była cholernie piękna.


APOV

Takiego chaosu nie miałam w myślach od dawna. Nie, TAKIEGO mętliku w głowie nie miałam nigdy!

To spotkanie, ten krótki kontakt, zburzyło wszystko nad czym tak pracowałam. On sprawił, że straciłam

pewność, pewność siebie.

Nie rozumiem tego.

Nic już nie rozumiem.


Alice starannie przygotowała się do spania. Wzięła długą kąpiel, w której spłukała z siebie cały podróżny kurz i jednocześnie odprężyła się. Na chwilę zapomniała o zdarzeniu na dole – poświęciła się tylko myślom o minionym weekendzie. Powoli, raz jeszcze, zanalizowała swoje relacje z Carlisle'em. W końcu odkryli wszystkie karty dotyczące ich związku i była z tego szalenie zadowolona. Poczuła, jak na myśl o doktorze w jej sercu wlewa się ciepło…

Przymknęła oczy i zanurzyła się w wodę. Uwolniła swój umysł od trosk. Przynajmniej tak jej się wydawało. Po wyjściu z wanny nałożyła balsam na całe ciało, rozczesała swoje długie włosy i poczuła, że jest zmęczona. Jak złodziej przebiegła na swój stryszek – wolała dzisiaj unikać wszelkich kontaktów z ludźmi, szczególnie z siostrami i nowo przybyłym.

Gdy znalazła się na swoim terenie poczuła się wolna. To była jej strefa ,,sacrum''. Poczuła znużenie, więc położyła się do łóżka, ale nie mogła usnąć. Postanowiła, że może czytanie ją uśpi. Po raz tysięczny wzięła do ręki wyświechtany egzemplarz ,,Kopciuszka'' i pochłonęła baśń jednym tchem.

Doczytawszy ostatnie zdanie, poczuła lekki niepokój i nie umiała określić źródła.

Lektura nic nie pomogła, cały czas sen nie chciał nadejść. Alice leżała i beznamiętnie wpatrywała się w sufit, bezwolnie odtwarzając wydarzenie z kuchni o którym najchętniej by zapomniała. Próbowała na wszystkie możliwe sposoby zasnąć, jednak nic nie dawało efektu. W końcu poczuła pragnienie i zdecydowała, że pójdzie do kuchni. Wszędzie panowała cisza, co oznaczało, że dom spał.

Bezszelestnie zeszła po schodach i weszła do środka. Na stole stał otwarty sok, a obok do połowy napełniona literatka. Alice przetarła oczy ze zdumienia: ,,Co to tu robi'', gdy usłyszała chrząknięcie.

W cieniu koło okna stał nowo przybyły. Wystraszyła się lekko, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Jasper w dłoni trzymał zapalonego papierosa i obserwował ją przenikliwym wzrokiem. Chwilę potem odwrócił głowę i wyjrzał na dwór, gdzie panowała ciemność. Alice stała i nie wiedziała, co zrobić.

Sytuację rozwiązał mężczyzna, ale jego słowa zdziwiły kobietę.

- Uwielbiam noc. Ma w sobie tyle siły, jest taka tajemnicza i magiczna… - zaciągnął się i powoli wypuścił dym z płuc. Nie patrzył się na nią, tylko w dal za oknem. Alice postanowiła odpowiedzieć, chociaż nie wiedziała, czy to jest najlepsze i najbardziej sensowne wyjście z tej sytuacji.

- Ja jej nienawidzę.

- Wiem.

Stwierdzenie Jaspera zupełnie zbiło ją z tropu. Wie… Skąd wie i co wie?

- To przez te twoje koszmary – dodał i dotknął dłonią okna.

Kobieta zdezorientowana obserwowała jego ruchy i dość późno zareagowawszy, powiedziała:

- Skąd wiesz?

Jazz milczał, uporczywie unikając jej wzroku. Tylko zanim zaciągnął się ponownie, na jego ustach zagościł słabiutki uśmiech.

Alice poczuła jak poziom jej adrenaliny osiąga apogeum. Miała ochotę krzyknąć, wydrzeć się na niego. Wyrzucić z siebie zbędne emocje, ale nie mogła. Nie potrafiła. Już otworzyła usta, ale nie powiedziała ani słowa. Spoglądała tylko na niego, na jego kocie ruchy i pokerową twarz.

- Wiesz co, Alice… - Jasper wypalił papierosa do końca. – Muszę ci powiedzieć, że jesteś piękna.

Tego było już za wiele dla kobiety. Obróciła się na pięcie i uciekła z kuchni, po raz kolejny tego samego dnia. Wróciła do sypialni i poczuła, że boli ją głowa. Słowa mężczyzny cały czas rozbrzmiewały jej w myślach i nie mogła się od nich odciąć. Umęczona, położyła się do łóżka.

Zasnęła niemal od razu, z imieniem Carlisle'a na ustach.

Nie miałam żadnego snu. Nic mi się nie śniło.


Kolejny dzień zapowiadał się jak każdy normalny. Standardowy rozkład – pobudka z budzikiem, ubieranie i malowanie się na strychu – siostrzyczki do perfekcji opanowały okupację łazienki, lekkie śniadanie i wycieczka na przystanek autobusowy. Czasem, w zależności od dnia, poranek bywał milszy. Szczególnie, gdy Carlisle był akurat w domu…

Jednak dzisiaj różniło się od zwykłego wczoraj i tydzień temu. Alice od samego obudzenia się odczuwała zdenerwowanie w każdym calu ciała. Po prostu bała się spotkania z Jasperem po wczorajszym spotkaniu w kuchni. Wiedziała, że to osobliwe odczucie, ale to właśnie ono paraliżowało jej osobę. Zupełnie jakby ktoś próbował ją ostrzec przed czymś…

Rozczesując włosy, snuła domysły i nie doszła do żadnych mądrych wniosków. Z lekkim niepokojem zeszła na dół. Wszystko wydawało się być takie zwykłe.

Siostry wciąż siedziały w łazience, a Emmett próbował się do nich dobić. Edward, już gotowy, ścielił łóżko, jednocześnie nucąc coś po nosem. Zapewne jakiś kolejny autorski utwór.

Taki szary dzień jak co dzień. Ani śladu Jaspera.

Alice poczuła się pewniej i zeszła do kuchni, gdzie czekała ją niemiła niespodzianka. Ktoś wypił jej ulubiony pomarańczowy sok i bezczelnie pozostawił kartonik. Dodatkowo jej jogurty zostały solidnie przetrzebione – tak jak owoce i płatki. W pewnym sensie chyba tsunami tutaj zawitało – pomyślała kwaśno Alice i wziąwszy ostatnie jabłko, wsunęła je do torby. Jednocześnie usłyszała skrzypnięcie schodów, co skutecznie podniosło jej ciśnienie.

Każdy krok zlewał się z dźwiękiem galopu jej serca, aż nogi się pod nią ugięły. Do kuchni wszedł…

Carlisle.

Alice, zobaczywszy to, głęboko odetchnęła i podeszła do niego. Przytuliła się mocno, chcąc zapomnieć o wszystkim.

- Hej, Alice – powiedział i ucałował czubek jej głowy. – Zawieźć cię do szkoły? Bo muszę pilnie podskoczyć do szpitala.

Kobieta spojrzała na niego, zastanawiając się. Czy to nie będzie dziwne, gdy ją zawiezie?

,, Cicho. Nie będzie! Nie ważne, co inni będą mówić i myśleć. ''

- Jasne. – uśmiechnęła się i zatonęła w jego niebieskich oczach. – W takim razie mam chwilkę czasu na coś bardzo pilnego… - Stanęła na palcach i zbliżyła jego usta do swoich. Carlisle. Poczuła miękki dotyk jego warg, były takie niebezpiecznie ciepłe. Carlisle. Smakował miętówką, waniliowymi kadzidełkami i… mężczyzną. Carlisle. Mimo że ostatni raz pocałował ją wczoraj to ona tęskniła. Carlisle. Uzależniła się od jego dotyku. Carlisle. Uzależniła się od niego. Carlisle. Uzależniła się od jego miłości.

Ta delikatna pieszczota nie mogła trwać długo, ale póki co była wystarczająca. Carlisle pogłaskał ją po policzku i delikatnie zaśmiał się:

- Jesteś niebezpieczna, Allie – to zdrobnienie w jego ustach było muzyką dla jej uszów.

Alice zrobiła pokerową minę i skradła jeszcze jeden pocałunek, po czym szybko uciekła na dwór.

Teraz Carlisle śmiał się w głos, a ona kilka sekund później dołączyła do niego.

W szkole za to był zupełnie zwykły dzień. Siostry namiętnie jej unikały, gdy w zasięgu wzroku była śmietanka towarzystwa, za to dzisiaj snuł się za nią Edward. Wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, a nie mógł. W końcu Alice nie wytrzymała i przyparła brata do ściany.

- Ed, co jest… Łazisz za mną i nie umiesz wydusić z siebie słowa.

Edward uśmiechnął się delikatnie i coś zanucił cichutko.

- Dobra, dobra, to Debussy, nie sprawdzaj mnie, tylko mów o co chodzi.

Jej brat zachichotał, ale zaraz spoważniał, więc Alice powiedziała pierwsza:

- Jakiś problem z Bells?

Ed wywrócił oczyma i w końcu wypowiedział dawno oczekiwane zdanie:

- Charlie dzwonił w weekend do Bells i mimochodem się spytał o ciebie. Czy wszystko w porządku…

- Zrozumiałam podtekst. I co Bella odpowiedziała?

- A co miała? – Edward wzruszył ramionami. – Powiedziała prawdę. Że wyjechałaś z Carlisle'em.

- I co Charlie na to?

- Co mógłby odpowiedzieć? Milczał, po czym wspomniał coś o tym, żeby ci przekazać, że niedługo są

jakieś rozgrywki czy coś. Nie wiem, ja tylko przekazuje…

- Eddie, nie ściemniaj. Wysłały cię do mnie siostry. – Alice zaśmiała się serdecznie. – Przekaż, że

złapałam wszystko. Zadanie wykonane, odmaszeruj.

- Jasne, Allie – i już go nie było. Odchodząc, poruszał się bardziej sprężystym krokiem, czuł, że pozbył się balastu.

Brunetka w zamyśleniu pokręciła głową. Charlie wie, że jest z Carlisle'em. Nie tak sobie wyobrażała poinformowanie go. W końcu szeryf był kimś istotnym dla niej, ,,prawie tatą''…

Westchnęła i obiecała sobie, że wpadnie do niego po lekcjach. Skoro nalega…

Ze szkoły do mieszkania Charliego nie było daleko, więc Alice wybrała się pieszo. Po za tym pogoda była ładna, świeciło słońce i szło się naprawdę przyjemnie. Stanąwszy przy drzwiach, zapukała delikatnie. Usłyszała szurnięcie i zdecydowane kroki, po chwili z głębi domu wyjrzał szeryf:

- Alice. – Nie wydawał się być zdziwiony. – Wejdź. – Wpuścił ją, a sam poszedł szybko do kuchni, gdzie coś się przypalało. Jeżeli węch dziewczyny nie mylił to był to popcorn. Zdjęła buty i podążyła za nim.

- Zaraz mecz – zaczął niezgrabnie Charlie, który próbował ogarnąć zamieszanie z nieposłuszną kukurydzą.

- Wiem. – Alice uśmiechnęła się i pomogła mu, wyjmując z szafki miskę. Jej uśmiech spowodowało kilka czynników, . to, że popcorn był do ogrzania w mikrofalówce, że miała obejrzeć mecz z Charliem i zrelaksować się. Jedynie najtrudniejszym zadaniem dla niej było powiedzenie o związku z Carlisle'em. Czuła się niesamowicie nieswoje, żeby nie powiedzieć głupio. W końcu Charlie z Carlisle'em byli serdecznymi przyjaciółmi.

- Popcorn, mam też jakieś chipsy w szafce, Bells kiedyś przyniosła. Ja sam zadowolę się witaminą P. – Alice skinęła i zachichotała pod nosem, by rozładować napięcie powstałe w ciele. Przeszła do salonu, trzymając miskę. Włączyła telewizor. Mecz miał za chwilę się zacząć. Charlie usiadł w fotelu i zapatrzył się w szklany ekran. W ciszy oglądali zmagania zawodników z deszczem.

Dopiero na przerwie Alice zauważyła, że Charliego gryzie cała ta sytuacja i postanowiła powiedzieć mu wszystko sama z siebie. Szeryf był za taktowny, by zapytać. Zanim wydusiła jakieś słowo, wzięła kubek z herbatą w dłonie, aby zwyczajnie zająć ręce i zaczęła prosto z mostu.

- Jestem z Carlisle'em.

Mężczyzna spojrzał na nią uważnie, milczał, obserwując jej twarz. PO czym westchnął:

- Domyśliłem się. – To zdanie zupełnie zszokowało Alice, która nie wiedziała jak ma zareagować. – Wywnioskowałem to po zachowaniu Carlisle'a, nie umiał ukryć tego faktu. Ale bez obaw…

Kobieta wypuściła ze świtem powietrze z płuc i z lekką obawą podniosła wzrok. Szeryf uśmiechnął się delikatnie i dodał:

- Jesteś szczęśliwa?

- Tak – odpowiedziała Alice i wzięła łyk herbaty.

Rozpoczęła się druga połowa meczu, oglądali go w zupełnej ciszy tylko czasem wypowiadając jakieś komentarze na temat gry. Jednak czarnowłosa zauważyła, że atmosfera między nimi oczyściła się i stała się taka, jak dawniej.


Gdy Jasper wrócił do domu, było grubo po pierwszej w nocy. Miał za sobą bardzo pracowity dzień – pojechał do Waszyngtonu sprawdzić co u Petera i Charlotte oraz musiał iść do banku po pieniądze.

Chciał przenieść się do hotelu, by nie popsuć do końca stosunków z Rose. Przy okazji wpadł na genialny pomysł…

Uśmiechnął się do swoich myśli, parkując motor na podjeździe. To była dobra decyzja- zamienić cztery kółka na jednoślad. Zawsze chciał mieć skuter, ale Maria kategorycznie mu nie pozwalała, niby bojąc się o jego życie. Teraz wiedział, że to tylko jej egoistyczny charakter przemawiał przez nią, nie żadna troska. Prychnął na myśl o dawnej kochance. Mimo że był to zamknięty rozdział jego życia to nadal bolał, cholernie bolał.

Wszedł od tarasu, gdzie Rose zostawiła mu otwarte drzwi, jak ją prosił. Wiedział, że miała pewne opory, jednak ostatecznie przełamała się. Może to jakiś postęp w ich kontaktach?

W kuchni uchylił okno i wyjął papierosa z kieszeni. Z reguły nie palił, a ,,na dymka'' pozwalał sobie tylko w sytuacjach ekstremalnych. Tych ostatnio mu nie brakowało. Zaciągnął się i pogrążył w myślach. Nie zauważył jak do kuchni weszła Alice. Ta stała chwilę i obserwowała mężczyznę stojącego jak posąg z tlącym się papierosem w dłoni. Zrobiła krok i deska pod jej nogą zaskrzypiała okropnie.

Mężczyzna nie poruszył się, ale kobieta zarejestrowała, że drgnął mu mięsień na twarzy. Usłyszał.

- Alice... – barwa jego głosu była ciepła, a on sam lekko zachrypnięty.

- Jasper…? – dało się wyczuć wahanie w jej słowach.

Chłopak zaśmiał się cicho, seksownie, męsko.

- Jesteś intrygująca, moja miła. Naprawdę. Cholernie piękna i cholernie frapująca. Jak orzech, do rozgryzienia.

Alice słuchała jego szeptu, głębokiego barytonu, który przyprawiał ją o niebezpieczny dreszcz.

,,Zupełnie nowe doznanie'' – pomyślała półprzytomnie. Tymczasem mężczyzna skończył palić i podszedł bliżej niej, pozostając jednak bezpiecznej odległości.

- Jesteś odważna…

Kobieta wyrwała się z pewnego rodzaju transu i lekko zirytowana zapytała:

- Dlaczego?

Oczy Jazza śmiały się, widząc jej minę.

- Związek ze starszym mężczyzną to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza, że nawet nie masz osiemnastu lat.

Alice zdenerwowała się – o n się z niej nabijał, kpił w żywe oczy!

- Kocham Carlisle'a i chce z nim być bez względu na wszystko!

- Dlatego podziwiam cię. Musisz mieć dużo siły – odparł Jazz i zbliżył się do niej. Spojrzał jej głęboko w oczy, jakby chcąc przeniknąć duszę czy odczytać myśli.

- I nie obchodzi mnie co sobie wyobrażasz. On jest moją miłością! – powiedziała pełnym złości głosem, traciła kontrolę nad sobą. Jego obecność zawsze ją deprymowała.

Na to Jasper złapał jej dłoń i podniósł do swoich ust. Zrobił krok i stali twarzą w twarz. Jej czekoladowe oczy utonęły w zieleni jego tęczówek. Przez ich ciała przeszła iskra i oboje to poczuli.

Alice zbliżyła swoją twarz ku niemu, ale on tylko wyszeptał:

- Tym bardziej cię szanuję, Alice. Mam nadzieje, że wytrwasz w swoim zamiarze. – Puścił jej dłoń i wrócił pod okno.

Czarnowłosa stała na środku kuchni, z przyspieszonym oddechem, mętlikiem w głowie i poczuciem… Rozczarowania? Chciała, żeby Jazz ją pocałował… Przez tą krótką chwilę zapomniała o wszystkim i pragnęła złamać swoje zasady…

Jazz usiadł przy stole i śmiał się cicho. Obserwował wewnętrzną walkę Alice i doskonale wiedział, że to on wywołał ten chaos. Ostatnio w życiu ludzi potrafił wprowadzić tylko zamieszanie i zaczynał wątpić czy potrafi zrobić cokolwiek innego. Usłyszał szybki tupot stóp. Alice uciekła, tak jak się spodziewał.

Carlisle postanowił zabrać swoją ukochaną do kina w Port Angeles. Uważał, że zasługują sobie na chwilę sam na sam, szczególnie, że obydwoje nie mają za dużo czasu dla siebie. I dodatkowo pojawił się Jasper, który absorbował uwagę domowników. Para wybrała się na jakąś premierową komedię, śmieszną, z zabawnymi dialogami. Może niezbyt ambitne kino, ale zdecydowanie relaksujące.

Po seansie pojechali do niezbyt znanej restauracji serwującej bardzo dobre jedzenie. Alice, siedząc i rozmawiając z Carlisle'em, zapomniała o wszystkich rozterkach, które rozdzierały jej duszę. Może po prostu brakowało jej takich chwil?

Wracali o dość późnej porze, ulice Forks świeciły pustkami. Miasto było uśpione, pogrążone w błogiej ciszy.

Zza zakrętu wyłonił się ich dom – duży, zadbany budynek. Chwilę później Carlisle podjechał i zgasił silnik.

Cisza pogłębiła się jeszcze bardziej.

Doktor spojrzał na swoją wybrankę, która z początku wydawała się być nieswoja lecz później te wrażenie minęło.

- Alice… - zbliżył się do niej z uśmiechem. – Dziękuję za taki piękny wieczór.

Kobieta czekała na pocałunek, toteż lekarz ją ucałował. Dłużej i intensywniej niż zazwyczaj.

Czarnowłosa spodziewała się dreszczyku emocji, podniecenia, które towarzyszyło jej zawsze przy pocałunkach doktora. Tymczasem buziak, owszem, był przyjemny, ale nie wzbudzał u niej już takiej szaleńczej radości.

Z przekory, dla sprawdzenia siebie, oddała pocałunek, a nawet przygryzła wargę Carlisle'a. Reakcja ukochanego ją zadowoliła, ale jej własna rozczarowała. Wysiadając z auta jedno pytanie kołatało jej się w głowie: ,, Co się dzieje u licha?!" Będąc na strychu chciała zapisać swoje odczucia w pamiętniku, ale

nigdzie nie mogła go znaleźć.

Nie miałam żadnego snu. Nic mi się nie śniło.


Cz. III


Żyła w ciągłym niepokoju, bała się konfrontacji twarzą w twarz z Jasperem. Nie rozumiała tego uczucia, przecież… No właśnie, co się tak właściwie stało?

Była od krok od złamania postanowienia, chciała zaprzeczyć wypowiedzianym chwilę wcześniej słowom. Bez żadnego buntu poddałaby się pocałunkowi, gdyby nie ironiczne słowa mężczyzny. Te podziałały na nią jak kubeł zimnej wody, otrząsnęły i sprowadziły brutalnie na ziemię. Fakt, nie chciała przeczyć własnym zasadom moralnym, ale perspektywa miękkich warg Jazza w pewien sposób elektryzowała ją.

Zamknij się, Alice – zbeształa własne sumienie i westchnęła. Dobrze się stało, bo gdyby wszystko zaszło dalej chyba nie umiałaby spojrzeć ukochanemu w oczy. Westchnęła ponownie i spojrzała na zegarek. Pierwsza w nocy.

Przewróciła się na drugi bok i zamknęła oczy.

Od dwóch dni spała u Charliego. W domu sprzedała jakąś tanią wymówkę – zwyczajnie potrzebowała chwili wolności, głębokiego oddechu i odseparowania się od Jaspera. Musiała sobie poukładać wszystko w głowie, jeszcze raz, od nowa. Doskwierał jej brak pamiętnika, który gdzieś zapodziała. Nie umiała sobie przypomnieć, gdzie zostawiła go przed zgubieniem. Albo pamiętnik został zapodziany specjalnie przez kogoś – tego nie mogła wykluczyć, a była to bardzo prawdopodobna wersja.

Siostry wydawały się za głupiutkie na to, nie zadarłby z nią aż tak widocznie – zrobiłyby to po kryjomu, bez echa, ostrożnie – a przynajmniej Rosalie. Braci nie podejrzewała, zawsze uczciwi i bezpośredni. Carlisle w życiu nie przeszedłby jej przez myśl jako potencjalny złodziejaszek. Została tylko jedna osoba, osoba, która nie miała barier i zahamowań.

Jasper Hale, brat Rose.

Alice zmrużyła oczy i usnęła z jego nazwiskiem kołatającym się w umyśle.

Obudziwszy się rano poczuła, że ma siłę by wrócić do domu. Najwyższa pora – pomyślała zdeterminowana i postanowiła nie iść do szkoły. Wiedziała, że o tej porze dom przeważnie stoi pusty – jednak dziś chciała by ktoś tam się pałętał. Jedna konkretna osoba.

Do domu szła na pieszo, pogoda była ładna, więc spacer przed konfrontacją ożywił ją i dodał energii.

Przed wejściem poczuła lekki niepokój. Wkładając klucz do zamka, słyszała głośne bicie własnego serca. Wzięła głęboki oddech i pchnęła drzwi. W całym mieszkaniu panowała cisza, słychać było tylko miarowe tykanie zegara. Alice rozebrała się i weszła do kuchni tknięta przeczuciem, że on tam będzie.

Był.

Siedział przy stole, z kubkiem kawy w ręku i okularami na nosie. Był zaczytany w czymś i nie zauważył, że weszła. Dopiero biorąc łyk i podnosząc oczy, ujrzał ją. Jego źrenice rozszerzyły się, a dłoń nieznacznie zadrżała.

Ogólnie podziwiała jego opanowanie i zdolność szybkiego opanowywania gwałtownych reakcji.

Odłożył szklankę, zdjął okulary, uśmiechnął się szeroko i powiedział:

- Cześć, Alice - najzwyczajniej w świecie, jakby fakt, że się spotkali nie był niczym nowym.

Kobieta stała i milcząc wpatrywała się intensywnie w leżącą na stoliku książkę. Właściwie był to jej pamiętnik.

- To jest mój pamiętnik – podeszła i prawie wykrzyknęła, na co Jazz zamknął go i po prostu podał jej do ręki.

Alice, rozdrażniona i zdenerwowana, wręcz wyszarpnęła go i odwróciła się na pięcie. Już miała wyjść i wspiąć się po schodach, gdy Jasper stwierdził cicho:

- Chcesz mieć męża i dziecko...

Kobieta stanęła, lekko oszołomiona tymi słowami. Przecież nie napisała tego wprost, więc skąd wie…?

Musi być niezwykłym czytelnikiem, wnikliwy obserwator, wyciąga trafne wnioski…

- Tak – jej głos odmówił posłuszeństwa delikatnie się załamując. Usłyszała, jak mężczyzna wstaje, otwiera okno i pyka zapalniczką.

Zapalił papierosa.

Odwróciła się, wahając się czy dobrze postępuje. Spojrzała na niego – on akurat patrzył centralnie w jej oczy.

- Będziesz dobrą żoną – dodał, zaciągając się. – I jeszcze lepszą matką, jestem tego pewien – wypuścił obłok dymu. – Tylko musisz znaleźć odpowiedniego kandydata – strzepnął popiół za okno.

On ze mną pogrywa.

- Już go znalazłam – odpowiedziała z mocą. – Odnalazłam ideał – wypowiedziawszy to poczuła się jakby skłamała albo nagięła prawdę.

Co jest… Przecież Carlisle i ja to idealna para…

Moc była, ale tylko w jej słowach, które wypowiedziała z zachwianą pewnością. A przecież niedawno nic takiego nie czuła.

Podczas, gdy ona rozmyślała nad swoją reakcją, Jasper podszedł niebezpiecznie blisko niej. Złapał ją za brodę i przyciągnął ku sobie. Jego zielone oczy prawie stopiły się z czekoladową barwą jej tęczówek. Nim się obejrzała, poczuła na swoich wargach jego ciepłe, miękkie usta. To był krótki, ale bardzo intensywny pocałunek. Smakował tytoniem i…

Patrzyłam jak wychodzi z kuchni, nie zareagowałam, nic nie powiedziałam. Pozwoliłam mu zwyczajnie wyjść.

Kiedyś bym krzyknęła, a teraz… Stałam z dłonią i badałam usta, czy czasami nie zmieniły się przez te kilka

sekund. Pulsowały, wręcz mnie piekły. One chciały jeszcze.

… i był podszyty nieopisanym dla niej dotąd erotyzmem. Ta nowość uderzyła ją centralnie w serce.

Poczuła się jak ranny ptak dla którego nie ma już odwrotu. Można tylko spadać… To odczucie pochłonęło i rozum, i duszę. Rozbiło do końca wszystko, nad czym pracowała. Zmyło wszelkie myśli, a w umyśle pozostało tylko jedno imię – Jasper.


On mnie obudził. Zbudził mnie jak Książe Śpiącą Królewnę. Sprawił, że chcę żyć! Ale istnieć inaczej, nie tak jak dotychczas. Pobudził we mnie uczucia do tej pory uśpione, głęboko ukryte. One właściwie czekały na właściwy moment.

Jestem kobietą, jestem kobieca, ponętna, seksowna i chcę jeszcze. Jeszcze więcej pocałunków. Ale nie takich delikatnych, zasadniczych jakimi karmi mnie Carlisle, ale niespodziewanych i drapieżnych buziaków Jazza.

To mówi mi moja rozochocona dusza, a ja się jej boję.

Boję się myślenia o Jasperze.

Boję się, a mimo wszystko nie umiem go już wyrzucić z siebie. Zostawił ślad, zarysował moje serce.

I jednocześnie sprawił, że nic już nie będzie takie jak było. Nic, i to jest najgorsze.


Kolejne dni nie obfitowały w żadne szczególne wydarzenia. Jasper, ku zdziwieniu Alice, zniknął – wyjechał ponownie do Petera i Charlotte. Dziewczyna z tego powodu nie mogła znaleźć sobie miejsca, lecz najbardziej izolowała się od Carlisle'a. Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Przy konfrontacjach unikała jego wzroku, gdy chciał ją dotknąć wymigiwała się, a na wszystkie propozycje randek mówiła twardo, że musi pozaliczać przedmioty w szkole.

A lekarz tylko uśmiechał się czule i kiwał głową. Kobiety mają swoje humorki, więc to nic nowego.

Esme je miała, Rose z Bellą też je mają, więc dlaczego Alice ma być inna?

W czwartek wieczorem doktor wyjechał na sympozjum do Portland w stanie Oregon. Nie było to daleko od domu, jednak wiedział, że podróż będzie męcząca. Wykłady dotyczyły trudnego tematu z zakresu badań prenatalnych* - nowoczesnych metod przeprowadzania ich i innowacyjnych środków wspomagających. Przez całą dotychczasową karierę takie zajęcia nie interesowały go, jednak teraz postanowił się douczyć. Może dlatego, że wzrosło jego zainteresowanie wobec posiadania dzieci?

Alice aż do soboty rozmijała się z Jasperem, którego też niespecjalnie widywała w domu. Zdawało się, że on jej unika. Tak właściwie to oboje postępowali identycznie – ona bała się na niego patrzeć, a on nie chciał przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Tamten pocałunek w kuchni zmienił bardzo wiele i oboje byli tego świadomi. Tylko nie wiedzieli jeszcze co z tego wyniknie i jaki będzie miało wpływ na… Wszystko.

Wieczorem w sobotę wrócił Carlisle, padnięty, wręcz wykończony do granic możliwości. Lakonicznie przywitał się ze wszystkimi i poszedł spać, nie poświęcając ukochanej większej uwagi. Alice ze zrozumieniem pokiwała głową, gdy doktor znikał w głębi schodów. Nie wiedziała czy znalazła by siły na tą rozmowę, jakakolwiek by ona nie była.

Jakieś pół godziny później wspięła się na piętro i po cichutku weszła do sypialni ukochanego. Lekarz spał rozłożony na łóżku, kołdra prawie zwisała do ziemi, a układ prześcieradła też nie był idealny.

Ponadto ręce Carlisle'a tworzyły skomplikowaną pozę, tak jakby całe jego ciało pozowało do zdjęcia.

Alice uśmiechnęła się czule. Podczas snu jego ciało znajdowało się w kompletnym nieładzie.

Wyglądał przy tym tak rozbrajająco słodko i niewinnie. Podeszła bliżej – widziała, jak jego klatka piersiowa regularnie podnosi się, oddychał spokojnie, głęboko.

Alice przysiadła na brzegu i obserwowała go, jednocześnie analizując własne uczucia towarzyszące rozumowi i sercu. Kochała śpiącego na tym łóżku mężczyznę - tego była pewna nawet na dwieście procent. Patrząc na niego jej serce zalewała fala ciepłej, serdecznej miłości. Bezwątpienia to wrażenie świadczyło o prawdziwości jej odczuć.

Jednak ponadto w jej sercu widniała pustka. Kiedyś ta nicość zatraciła się dzięki karmieniu czułością, pocałunkami i czynami doktora.

Teraz powróciła, uderzyła w rozum, serce, rzuciła brutalnie na kolana. Została zbudzona przez bardzo gwałtowny gest innego mężczyzny. Erotyzm w dotyku Jaspera pobudził w niej zwierzęce instynkty, z których najsilniejsza była chuć. To nigdy nie udało się doktorowi, on oddziaływał na jej delikatność, kobiecość, elegancję i dziewczęcość. Jazz sprawił, że do głosu doszła ta mroczniejsza strona jej duszy, wcześniej zupełnie nieznana. Teraz głównie ona dominowała i dlatego wszystko inne uległo rozmyciu…

Pierwsze dni marca okazały się wyjątkowo ciepłe i w miarę słoneczne. Alice, w piątkowy wieczór, postanowiła wybrać się na pobliską łąkę. Musiała w samotności pożegnać zimę, która wywołała tak wiele zamieszania.

Wzięła koc i rozłożyła pod drzewem. Usiadła i zaczęła obserwować łąkę. Szum drzew, wszechogarniający spokój i harmonia spowodowały, że przymknęła oczy.

Chwilę później wydawało jej się, że tuż przed nią siedzi Jasper. Dodatkowo miażdżył ją swym upartym wzrokiem. Alice chciała wyjąć rękę i dotknąć go, ale prysnął jak bańka mydlana. Odwróciła głowę, ale on za każdym razem znikał. I w końcu, zupełnie zrezygnowana usłyszała cichą muzykę. I przeszył ją chłód…

Otworzyła oczy i poczuła, że jest przemarznięta. Jednak muzyka wciąż grała, ba!, stała się głośniejsza.

Alice, jeszcze lekko zamroczona, spojrzała w prawo i cicho krzyknęła, zrywając się z koca. Obok niej siedział Jasper we własnej osobie z gitarą w ręku. Brzdąkał coś na niej, nucił pod nosem; wydawał się być pochłonięty. Wydawał.

- Już cię miałem budzić… Drzemki o tej porze roku mogą skończyć się tragicznie – powiedział cicho, głosem prawie czułym, lecz chłodnym w brzmieniu.

Kolejny raz nie wiedziała co odpowiedzieć. Spojrzała tylko na niego, próbując rozszyfrować wygrywaną melodię.

- To autorska melodia – dodał, jakby czytając w jej myślach. Alice spłoniła się i odwróciła wzrok.

Postanowiła zająć się rozgrzewaniem zziębniętych dłoni.

- Jesteś pociągająca, Alice – dźwięk gitary umilkł. Jazz przyklęknął tuż obok niej, a jego usta znalazły się przy jej uchu. Czuła na sobie jego wilgotny oddech i czuła słodko-gorzki miętowo-tytoniowy zapach ciała. – I słodka w swojej niewinności, Allie – słowa, wzmocnione pieszczotliwym określeniem, wywołały dreszcz w okolicach serca.

- Śniłeś mi się… Ale nie jako on… Jako ty… Jako mężczyzna – wyszeptała prawie bezdźwięcznie. W tym samym momencie poczuła jego wargi na swojej szyi. Ich ciepło stopiło lód jej karku.

Alice jęknęła, a Jazz przestał. Odwrócił jej głowę i ich oczy ponownie zlały się w zielono-brązową jedność.

- Magnifica, mia prescelta** - słowa wypowiedziane przez niego popłynęły w eter, lecz zostały zaraz ,,zagłuszone'' innymi wydarzeniami.

Usta mężczyzny odnalazły usta kobiety, pierwotne instynkty zagłuszyły zasady moralne, przekonania i głos rozumu. Prym wiodły krzyki serca, które i on, i ona próbowali uciszyć sycąc się sobą. Wszelkie granice zniknęły, tamy zostały zerwane – transport w żyłach przyspieszył, myśli zostały zamglone.

I nawet ta kropla krwi miała słodki smak, erotyczny wydźwięk, upajała spragnionych.

Ale każdy pocałunek kiedyś się kończy.

Przerwał Jasper, odsunąwszy się od Alice. Poczuł, że dzięki temu pocałunkowi nawiązała się między nimi nić uczucia, ale tylko fizycznego, wręcz bardzo fizycznego. Skupionego na doznaniach ciała, nie duszy.

Jestem kobietą. Jak Boga kocham jestem kobietą.

Alice nieumiejętnie próbowała uspokoić rozszalałe serce galopujące w klatce piersiowej. Ono po raz kolejny pragnęło więcej, spychając w głąb nieme wołanie rozumu.

- Jasper – wychrypiała. – Jazz… - dotknęła jego dłoń i uniosła do policzka. – To było niesamowite doznanie… Nie chcę cię prosić, ale… Pocałuj mnie jeszcze raz, bo nie wierzę w to, co się stało…

Zapadła między nimi cisza. Jasper wysunął rękę i wstał. Patrząc na nią z góry, powiedział:

- Nie, Allie.

Jego odmowa zaskoczyła czarnowłosą, podziałała jak chłodny prysznic w gorący dzień. Spojrzała w dół i z zaniepokojeniem dostrzegła, że Jazz podnosi gitarę. I odchodzi.

Patrzyłam jak robi krok, nie zareagowałam, nic nie powiedziałam. Pozwoliłam mu zwyczajnie odejść.

Kiedyś bym krzyknęła, a teraz…

- Zrób coś, co uczyni cię wolną. Bo życie bez wolności to marna egzystencja, bezwolne istnienie.

Słyszała stukot jego butów tłumiony jednocześnie przez miękki mech.

Z nieba posypał się puch anielski, a ona podjęła decyzję. I miała zamiar ją wprowadzić.


Dzisiejszy wieczór upewnił mnie, że dobrze zrobiłam. Ten czyn dał mi siłę i pogłębił moją wiarę w siebie.

Wszyscy pochwalali to odważne posunięcie, rozdmuchiwali sprawę – jakbym co najmniej uratowała komuś życie.

A przecież tylko ścięłam włosy.

Dość spore poświęcenie – lubiłam swoje włosy, jednak zrozumiałam, że to one mnie krępują. Kojarzone z przeszłością ograniczają moją wolność. Pokrętne myślenie, wiem.

Długie, kruczoczarne włosy miałam odkąd zobaczyłam się w lustrze. Jako mała bezdomna Alice, jako Alice z sierocińca, jako Alice, wychowanica Carlisle'a… Nigdy nie czułam wewnętrznej potrzeby zmiany aż do tego wieczoru na łące.

Chciałam zostać Alice – kobietą godną pożądania, kobietą w pełni tego słowa znaczeniu.

Kobietą Carlisle'a, kochanką Jaspera.

Tak właśnie wtedy chciałam.


Z niecierpliwością oczekiwała północy. Nie mogła doczekać się aż cicho, na paluszkach, zbiegnie po schodach, wejdzie do kuchni i wpadnie w ramiona Jaspera. Wiedziała, że on tam będzie.

On tam musi być.

Będzie stał koło okna, wpatrzony w dal; w dłoni będzie tlił się papieros. Wyrwie go z zamyślenia, a on się uśmiechnie. I pocałuje ją aż do utraty tchu.

Zegar wybił, a ciało Alice przeszył przyjemny dreszcz podniecenia. Poprawiła włosy i wyszła z pokoju. Kilka chwil później była już na dole.

Jasper stał zamyślony przy oknie, ale papierosa nie miał w dłoni. Alice, ucieszona, podbiegła do niego i chwyciła go za bark. Mężczyzna spiął się i strzepnął jej dłoń.

Kobieta wspięła się na palce i w ułamku sekundy skradła mu pocałunek. Za moment poczuła jak męskie dłonie ją odpychają. Zdezorientowana odsunęła się i spojrzała pytająco na Jazza.

- Nie, Allie. – Odpowiedział, unikając jej wzroku. – Ty nie potrzebujesz przygody na jedną noc, tylko stabilizacji i rodziny.

- Skąd wiesz, czego ja potrzebuje? – krzyknęła, delikatnie, cicho, prawie bezsilnie.

Jasper stał i milczał.

- Nie znasz mnie, a mówisz mi co mam robić? – dodała gwałtownie, słowa znów wyprzedziły myśli.

Zorientowawszy się, że popełniła błąd – umilkła i usiadła na krześle.

Oboje siedzieli w ciszy, słychać było miarowe tykanie zegara i niemiarowe bicie ich serc.

- Nic ci nie mówię. – odparł po długiej chwili. – Ja jedynie chce ci uświadomić, czego masz nie oczekiwać po mnie. Nie zapewnię ci dostatniego, ułożonego życia, pewnego rodzaju stagnacji. Nienawidzę więzów, zakleszczających moje ciało i ducha. I to się nigdy nie zmieni, uwierz mi.

Przez umysł Alice przewijały się setki myśli.

Mam na nic nie liczyć… Czyżby igranie to była tylko gra…? A to tego ogromna pomyłka?

Dlaczego… Jazz… Mi to robisz? Dlaczego mnie tak potraktowałeś?

Po co dałeś nadzieję?

- Niczego ci nie obiecywałem, Allie. Niczego takiego nigdy ci nie powiedziałem. – Dodał i to przelało czarę goryczy.

- Idź do diabła, Jazz – szepnęła Alice i podeszła do drzwi. Na odchodnym rzuciła chłodno: - I nie jestem Allie.

- Żegnaj, Alice. – A w duszy dodał: ,, Ja już jestem we własnym, prywatnym piekle.''

Alice wbiegła po schodach, w oczy miała łzy.


Kochać to chcieć dla kogoś dobra

APOV

Jasper namieszał i zniknął. Wszystko niby wróciło do normy. Niby.

Patrząc na Carlisle'a mam coraz bardziej mieszane uczucia. Wciąż go kocham, ale… Nie jestem pewna, czy to on jest największą miłością mojego życia.

W porównania do Jazza… jego sylwetka blaknie. Jest cudownym mężczyzną, który może mi naprawdę wiele dać.. Tylko ja nie wiem, czy to właśnie chcę dostać. Czy chcę dostać to już, teraz.

Pragnę pocałunków, ale nie tych jego. Pragnę dotyku, który ukoi mnie i jednocześnie rozpali zmysły.

On mi tego nie może dać.

To mi może dać tylko Jasper, nie Carlisle.

Ale Jazza nie ma, Carlisle jest.

I nie wiem, co mam robić. Co mam zrobić.


Carlisle po raz pierwszy wybrał się z synami na piwo. Musieli omówić pewne rzeczy no i to spotkanie było im potrzebne. Przez ostatni czas bardzo dużo pozmieniało się i cała trójka chciała jakoś to uporządkować.

- Wiesz, Carlisle, ja już od dawna widziałem maślane oczy Alice – powiedział Emmett sącząc brązowy płyn.

- I to, że mówiąc o tobie zawsze się uśmiechała, rozmarzona, zauroczona – dodał Edward.

- Alicja z Krainy Marzeń – Emmett zachichotał, ale zaraz spoważniał.

- Wiesz, że ma niedługo urodziny? – Miedzianowłosy chłopak spojrzał uważnie na przybranego ojca.

Ten skinął głową.

- Tak… - Westchnął po dłuższej chwili. – Właśnie nad tym zastanawiam się od dłuższego czasu. Co by jej tutaj chociażby kupić…

Edward z Emmettem wybuchnęli niepohamowanym śmiechem, aż doktor uniósł brwi ze zdziwienia.

- Najlepszy prezent jaki jej możesz sprawić pewnie jeszcze nie przeszedł ci przez myśl.

Carlisle wpatrywał się w nich, aż spuścił wzrok i uśmiechnął się.

- Jesteście najpodlejszymi synami jakich miałem w swoim życiu! Knujecie za moimi plecami, potworki małe.

- Małe? – śmiech bruneta był bardzo głośny i donośny, aż ludzie zwrócili na niego uwagę.

- Cicho, Em – zbeształ go też rozbawiony Edward.

- Wiecie co… - rozpoczął Carlisle i urwał, bo synowie nadal nie zachowywali powagi. – Ten prezent chyba będzie najlogiczniejszy ze wszystkich możliwych opcji. Skoro nie kryjemy się z uczuciem, ten stan już trochę trwam, a Alice nie ma wątpliwości…

Em kopnął porozumiewawczo brata pod stołem. Doktor sam zrozumiał co mieli na myśli i to ich bardzo ucieszyło.

- Poproszę ją o rękę. Zrozumiem, jeżeli odmówi… - zakończył z krzywym uśmiechem. – Jesteście niepoważni. Kto was tak wychował? Laurent powinieneś się wstydzić. – Wzniósł oczy do nieba.

Edward i Emmett na wzmiankę o ich prawdziwym ojcu trochę zmarkotnieli.

- Czuwa nad tobą, Carlisle. Nareszcie zaczyna ci się układać. – powiedział miedzianowłosy.

- A Alice ci nie odmówi. Piękne księżniczki całe życie czekają na księcia, a ona już wie, że go znalazła. – dodał patetycznym głosem Emmett i strzelił poważną minę.

Carlisle skinął głową, ale psychicznie już nie był przy synach. Alice ostatnio zrobiła się taka obca…

Potrząsnął głową. ,,Wydaje ci się. Zawsze jak miałeś podobne myśli byłeś w błędzie. Teraz też z pewnością jesteś'' – jego umysł zgasił wszystkie pomysły.

- Chciałbym – odpowiedział pełen nadziei. Synowie poklepali go po ramionach i zaczęli rozmawiać na zupełnie inne, bardziej przyziemne, tematy.


APOV

Rose przypomniała mi, że niedługo kończę osiemnaście lat. Stanę się dorosła, a w to dorosłe życie wejdę kompletnie zagubiona. Moje serce krwawi, ale muszę się otrząsnąć. Może Jazz miał rację. Może potrzebuję stabilizacji?

Nie wiem.

Ja ostatnio niczego nie wiem, żyję na krawędzi jawy i snu.

Nie poznaję siebie.