Rozdział IV


W piątek urodziny. Jutro będę dorosła.

Chciałabym, aby dawna Alice wróciła – ta pewna siebie, silna i stała w uczuciach dziewczyna.


Wysłali Alice do Port Angeles po ostatnie zakupy. Miała odebrać kilka wiązanek specjalnie przygotowanych kwiatów i staroświeckie świeczniki, a wszystko według planu Rose. Ona odpowiadała za organizację imprezy, rozsyłanie zaproszeń, a nawet listę prezentów. Alice cały ten galimatias niewiele obchodził i tylko stwarzała pozory zainteresowania.

Carlisle, jadąc na wizytę domową, podrzucił ukochaną do miasta i zostawił na kilka godzin samą.

- Będę tutaj o siedemnastej, dobrze Allie? – zapytał z troską w oczach. Dziewczyna ostatnio zmizerniała.

- Jasne – powiedziała przygaszonym głosem. Wysiadła z samochodu i skierowała swe kroki do kwiaciarni.

Wiał przenikliwy, chłodny, wiosenny wiatr, który wdzierał się wszędzie. Alice szła zgarbiona, z rękami w kieszeni, całkiem zrezygnowana. Nienawidziła tej cholernej pogody, która zmieniała się jak w kalejdoskopie, która zmieniała się całkiem jak… Jazz.

Weszła do kwiaciarni, gdzie powitał ją bardzo intensywny zapach róż. Podeszła do lady, przy której siedziała pani Simmons.

- O, Alice – uśmiechnęła się. – Twoje kwiaty nie są jeszcze gotowe – jej mina zmarkotniała. – Mallory obiecała, że przywiezie je za pół godziny.

- Nie ma sprawy – dziewczyna wzruszyła ramionami i dodała: - wrócę za jakiś czas. – Odwróciwszy się na pięcie, podążyła za drzwi.

Na zewnątrz poczuła, jak jest zimno.

Świeczniki, cholerne świeczniki.

Przyspieszyła i szybkim krokiem szła w kierunku sklepu z antykami. Aby do niego dojść musiała przejść przez ciemną alejkę, ale nawet ta perspektywa jej nie przerażała. Ostatnio nic jej nie ruszało, ani pedofile, gwałciciele, rzezimieszki. Doszła do wniosku, że taki koniec życia byłby bohaterski.

Zginęła w nierównej walce. Oddała życie za cześć. Broniła honoru kobiet. Pomogła w ujęciu grasującego pedofila.

Skręciła gwałtownie i wpadła na kogoś.

Och. Skończę marnie, tak jak pragnęłam.

Ten ktoś złapał ją za ramiona, a ona zachowywała się jak marionetka. Doszła do wniosku, że opór wzmoże tylko ból. Tępym wzrokiem wpatrywała się przed siebie i nie zrobiła kompletnie nic, dopóki nie usłyszała szeptu budzącego ją do życia.

- Alice…

To był Jasper. JEJ JASPER.

- Jazz… - Jej głos odmówił posłuszeństwa. Miała łzy w oczach, szeptając jego imię. Mimowolnie uniosła głowę w poszukiwaniu jego ust. Gdy ich wargi złączyły się, świat stał się lepszy. Wiatr ustał, pojawiło się słońce, a nawet nieśmiała dotąd tęcza zagościła na niebie.

Całowała zachłannie, chciwie, uczyła się jego ust na pamięć. Chciała dogłębnie poznać ich smak, kształt i zapamiętać, jakie budziły w niej uczucia. Ogrom, burzę ich.

Czuła ręce Jazza, które wędrowały po jej ciele, aż w końcu dotarły do twarzy. Koniuszki jego palców pieściły zroszone łzami policzki, delikatnie je osuszając. W końcu Jasper odsunął ją lekko i po prostu przytulił.

Alice przylgnęła do niego i zaniosła się donośnym płaczem. Nic nie mówiła, a mężczyzna głaskał delikatnie krótkie, nastroszone włosy kobiety. Wtulił się w nie i chłonął ich zapach.

- Alice – powiedział cicho, głosem pełnym bólu.

- Tęskniłam… Czułam się jakbym żyła na pustyni. Nie, nie żyła. Egzystowała. – Uśmiechnęła się gorzko, lecz jej oczy wypełniał dziwny blask. – Ale przez to przynajmniej uświadomiłam sobie, jak bardzo cię pragnę…

- Alice… Ci… - położył palec na jej ustach. – Przyszedłem na chwilę. Zaraz muszę znów odejść. – Kobieta chciała coś powiedzieć, ale Jazz potrząsnął głową. – Przyniosłem ci coś. – Zaczął przeszukiwać kieszenie, a Alice tym samym czasie zdążyła otrzeć łzy.

Po chwili Jasper z kieszeni wyjął niewielkie pudełko, którego stan wskazywał wieloletnią eksploatację i otworzył go. W środku znajdował się niewielka, srebrna obrączka.

- To pamiątka rodzinna – powiedział zduszonym głosem. – Dostałem ją od Babci, Rose o niej nie wie – dodał.

Alice stała i zmieszana wpatrywała się w obrączkę.

Czego niby ma być symbolem…

- Chciałbym, żeby ci przypominała o mnie. I o tym, że wrócę. – Źrenice oczu Alice rozszerzyły się nieznacznie.

- Wrócisz? A więc… Odchodzisz? – Kobieta ponownie poczuła łzy pod powiekami.

- Muszę zniknąć, Allie. I tak za długo tutaj byłem. – ujął jej dłoń i włożył w nią pierścionek.

Alice wzięła go i przez chwilę obracała.

Cudowna obrączka… Wsunęłam ją na palec serdeczny prawej ręki, skoro to obietnica, nie prośba. Pasowała idealnie, jakby wytopiona z myślą o mej dłoni.

Jasper uśmiechnął się, lecz nic nie powiedział, pocałował jej rękę i musnął usta.

Dzwon zegara Port Angles wybił trzecią po południu.

- Muszę iść – powiedział Jasper będąc już lekko zdenerwowanym. – I pamiętaj, że wrócę. Obiecuję, Allie.

Puścił ją i rzucił się biegiem. Nie odwrócił się.

Alice stała i patrzyła, aż zniknął. Przeniosła swój wzrok na obrączkę, aż jej obraz całkowicie się rozmył.

Wróciła do domu w nieokreślonym nastroju. Z jednej strony cieszyła się, bo spotkała Jaspera.

Przynajmniej wiedziała, że wszystko z nim w porządku. Chociaż nie do końca… Martwiło ją to, że musiał zniknąć. Z jakiego powodu wciąż uciekał. I dlaczego to robił? To była druga strona medalu – mimo obietnicy bardzo martwiła się o niego. Pozostawił ją w niepewności i chyba nawet nie chciał zdradzić, co się stało. Alice westchnęła i zostawiła zakupy na stole, sama udając się na strych.

Potrzebowała spokoju, potrzebowała samotności.

Bella od wielu dni obserwowała uważnie Alice. Jej siostra zachowywała się bardzo osobliwie. Na początku miała wrażenie, że już wie o planach Carlisle'a, ale szybko porzuciła ten pomysł. Znając je inaczej by postępowała. Uśmiechała się, przymilała, obdarzała świat swoją radością, tymczasem Alice była najzwyczajniej w świecie smutna.

A może ona myślała, że Carlisle zapomniał o ich związku? Tak, to byłoby sensowne…

Bella uśmiechnęła się i spojrzała na zegarek. Już za kilkanaście godzin zmartwienia jej i Rose odejdą w zapomnienie. Niedługo Alice zostanie żoną Carlisle'a, więc one będą mogły swobodnie rządzić majątkiem. I nikt, ani nic ich nie powstrzyma… Nawet Jasper. Esme zupełnie pominęła go wtestamencie za to, co wyczynił kilka lat temu. A i go kasa jakoś niespecjalnie obchodziła.

Na usta Isabelli wpłynął lekki uśmiech. Czasami wyrachowanie to naprawdę przydatna rzecz.


W końcu nadeszła sobota. W domu Cullenów od rana atmosfera była gorąca. Wszyscy, opróczsolenizantki, wiedzieli co się święci. Carlisle ze zdenerwowania nie umiał znaleźć sobie miejsca, jak to Emmett określił – zachowywał się jak młodociany, zakochany szczeniak.

Alice głównie siedziała na strychu i wpatrując się w okno, bawiła się obrączką. Zachowywała się tak, jakby to był dzień kogoś innego, nie jej. W końcu, po interwencji Rose, zeszła na dół. Tam obie siostry, rzucając sobie porozumiewawcze spojrzenia, zajęły się nią. Ich troska zdziwiła dziewczynę, ale nie zaprzątała sobie tym głowy.

- Co wkładasz? Jaką suknię? – głos Belli docierał do niej z oddali.

- Suknię? – Alice potrząsnęła głową. – Nie mam sukni. Nie myślałam jeszcze o ubiorze.

- Jeszcze? – W dyskusję wciął się ostry głos Rose, ale zaraz złagodniał. – Okay, rozumiem, że z wielu powodów nie miałaś głowy. Coś pomyślimy. Nosisz podobny rozmiar… Hmn… - Rosalie przymrużyła oczy i podeszła do wielkiej szafy. Dotykała dłonią każdej sukni, aż w końcu wyjęła dwie.

- Czerwona jest moja, zaś ta beżowa Belli. Która lepsza?

Alice spojrzała obojętnie na obie – jedna, ta ciemniejsza, miała zdecydowanie za duży dekolt; druga była bardzo wystawna, wręcz balowa, ale skromniejsza w całym wyrazie.

- Beżowa – mruknęła, żeby dały jej spokój. I dlaczego one nią w ogóle rządzą?

- No to bierzemy się do roboty – powiedziała Rosalie i uśmiechnęła się do Isabelli. – Bells, weź kosmetyki i jedziemy. Mamy dużo do zrobienia, a naprawdę niewiele czasu.

Carlisle stwierdził, że przed oficjalną imprezą warto by było zrobić uroczysty obiad tylko dla rodziny.

I tak też zarządził. To właśnie na nim postanowił zadać Alice ważne pytanie i dlatego denerwował się już.

Wybiła siedemnasta, stół zastawiony. Edward z Emmettem czekali w salonie. Rose i Bella właśnie schodziły i tylko gwiazdy wieczoru jeszcze nie było.


Oni tam czekają na mnie, a ja próbuję pozbierać się do jednego kawałka. Chyba użalam się nad sobą.

Spojrzałam na siebie w lustrze, wyglądałam dobrze. Suknia Belli pasowała do mnie, kontrastowała z ciemnymi włosami. Delikatny wzór podkreślał krój, a fason uwydatniał kobiecość. Dokładnie to, co chciałam osiągnąć ostatnimi czasy. Podkreślić, że już jestem kobietą. Obok, na toaletce leżała maska od kompletu. Wahałam się czyjej nie założyć… Przecież i tak stwarzałam już pozory. Prawie ją nałożyłam, gdy coś mnie tknęło i rzuciłam ją na podłogę. Nie mogę dłużej kryć się ze wszystkim, nie mogę. Od dziś jestem dorosła, a w tą dorosłość nie chcę wejść obleczona fałszem, chociaż nagą jak prawda nigdy już nie będę. Chcę wejść z czystym sercem, ale rozum podpowiada, że oszukuję samą siebie. I ma rację. Niestety.


Weszła do salonu i każdym nerwem ciała odczuwała zdenerwowanie. Czuła w powietrzu, że coś się stanie i bliżej nieokreślona obawa trzymała w kleszczach serce. Przy stole stała cała rodzina, cicho rozmawiając i śmiejąc się. Alice stanęła i wpatrywała się w ten idylliczny obrazek, jednocześnie bawiąc się obrączką.

Czy ja tutaj pasuję z moją własną historią? Przemknęło jej przez myśl i szybko ucichło, bo podszedłCarlisle.

- Alice – uśmiechnął się czule. – To twój wielki dzień. – Podprowadził ją bliżej.

Wszyscy pochwalili jej wygląd, wymieniając porozumiewawczo spojrzenia, a Emmett nawet gwizdnął z zachwytu.

- Boska Alice – puścił do niej oczko, co sprawiło, że uśmiechnęła się słabo.

- Em – uciszył go Edward i spojrzał na Carlisle'a uważnie. A ten, biorąc w swoje ręce jej dłonie, zaczął cicho:

- Nie wiem odkąd trwa ten stan. Ale wiem, że to uczucie bardzo długo dojrzewało we mnie. – ich oczy złączyły się. - I chciałbym abyś o tym wiedziała, że…

Jej serce zaczęło rozdzierająco krzyczeć.

- … że jesteś moją miłością…

Jasper.

-… i bardzo Cię kocham…

Jasper.

- … i chciałbym ci zadać bardzo ważne pytanie. – puścił jej ręce i przyklęknął.

Oczy Alice zaszyła mgła, a cała dusza drgała od uporczywie powtarzanego ,,nie'' mieszającego się z imieniem ,,Jasper''.

- Alice…

Nie.

- … czy chciałabyś…

Nie.

-… zostać…

Nie.

- … moją żoną?

Nie, nie, nie, nie, nie! Jasper, gdzie ty jesteś…? Jasper…

Poczuła jak po jej policzkach płyną gorzkie łzy, nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Rozum się zgadzał, a serce negowało jego wołanie.

Wiedziałam, że kiedyś do tego dojdzie. Gdyby to się wydarzyło wcześniej, zanim… Co ja mam zrobić… Jasper, gdzie jesteś…

- Patrz, Carlisle, ona płacze. Płacze ze szczęścia. Oczywiście, że się zgodziła. – Alice usłyszała zza mgły głos Rose i poczuła, jak lekarz bierze jej lewą dłoń. Poczuła, jak pierścionek zostaje wsunięty na palec serdeczny.

- Piękny… – głos Belli był rozmarzony.

Alice poczuła jak z prawej dłoni zsuwa się obrączka Jazza i z głuchym brzękiem upada na podłogę, tocząc się pod okno.

Sama ją obluzowałam… Nie, to wszystko to jakiś sen. Cholerny koszmar.


Dalsza część imprezy była dla niej niczym piekło. Chciała, żeby to przedstawienie skończyło się jak najszybciej. Nie miała siły na uśmiechanie się, dziękowanie za przybycie i odpowiadanie na jakiejś głupie pytania. Wszystko ją irytowało i sprawiało, że coraz trudniej powstrzymywała łzy. Nie miała ochoty na zabawę, nie tak sobie wyobrażała swoje osiemnaste urodziny. Nie tak, odkąd w jej życiu pojawił się Jasper.

Ale musiała udawać, dla obopólnego dobra.

Pierwszy podszedł do niej Charlie z niewielką paczuszką. Alice przytuliła się do niego i poczuła, że znów zbiera jej się na płacz. A przed nim nie chciała obnażać swoich słabości.

- Hej, Allie – Charlie uśmiechnął się krzywo jak to miał w zwyczaju. – Przestałaś być małą dziewczynką. Przyniosłem ci coś, taki drobiazg, bo niedługo urodziny Belli. A pensja szeryfa, no cóż…

Alice zaśmiała się przez łzy i wzięła prezent.

- Nie musiałeś, wiesz o tym.

- Wiem, dlatego to zrobiłem. – umilkł i spojrzał dość wymownie na jej lewą dłoń. Alice milczała, bawiąc się jednocześnie wstążeczką przy podarunku.

- Cześć, tato! – usłyszeli zza pleców słodki głos Isabelli. Dziewczyna podeszła do solenizantki i objęła ją przyjaźnie, jednocześnie podnosząc jej lewą dłoń. – Tak, tato, Alice wychodzi za mąż. Dzisiaj przyjęła oświadczyny Carlisle'a.

Usłyszał to nie tylko Charlie, a i reszta gości zgromadzonych w sali. Wszyscy zaczęli jej gratulować, jeden przez drugiego, i życzyć powodzenia. Chwilę później stanął obok niej jej narzeczony i tak o to przypieczętowała swój los. Nie było już odwrotu. Wiedziało całe Forks, rodzina widziała… i jak tu miała powiedzieć, że to wszystko jest pomyłką? Że Rose opacznie zrozumiała jej łzy? Że ona nie jest gotowa?

Że jej serce bije dla innego?

Byliśmy już po słowie. Chociaż słowa padły tylko z jednej strony.


Cała reszta wieczoru była jak sen i tylko echo słów Jazza - wrócę - utrzymywało ją na krawędzi jawy.

Deklaracja Belli wywołała totalną burzę i każdy oglądał jej zaręczynowy pierścionek. A Alice nie miała ochoty na niego spoglądać, to on sprowadził nań całe zamieszanie. Niewdzięczny, a teraz palił żywym ogniem skórę jej serdecznego palca, podczas gdy ten właściwy, który miał być na jego miejscu, leżał ukryty w torbie.

W końcu wieczór dobiegł końca. Wyczerpana Alice, cały czas w sukni, usiadła w kuchni i zaczęła rozmyślać nad wszystkim. Rzuciła okiem na pierścionek. Był piękny, kunsztownie wykończony, elegancki, kobiecy… Cacko o jakim marzy każda dziewczyna wychodząca za mąż. Żaden tani bubel, tylko wysmakowana biżuteria dla najdroższej ukochanej od lubego.

A ona wolała zwykłą, ruszoną zębem czasu, srebrną obrączkę.


Szum po osiemnastce wygasł, ale plotki rozeszły się po całym Forks. Teraz już każdy wie, że zaręczyłam się z Carlisle'em.

Jestem narzeczoną Carlisle'a Cullena. Marzyłam o tym odkąd go poznałam. Moja wielka miłość, wieloletnie zauroczenie.

Więc co się ze mną dzieje? Dlaczego chcę porzucić wszystkie moje marzenia dla Niego?

Znam go tak krótko…

Jasper, gdzie jesteś? Wróć.


Pierwszy list przyszedł w niecały tydzień po zaręczynach Alice. Treść była krótka, ale wystarczająco stymulująca.

Allie!

Przyjedź do Waszyngtonu najszybciej jak to możliwe. J.

Po tym liście jakby nowe życie wstąpiło w Alice. Spakowała szybko torbę i jak na skrzydłach wyfrunęła ze swojej jaskini. Zbiegła po schodach i spojrzała na zegar kuchenny. Piętnaście po czwartej.

Cholera, zaraz przyjedzie Carlisle.

Podeszła do lodówki i wrzuciła kilka rzeczy do torby, złapała butelkę wody i skierowała się do drzwi.

Założyła szybko buty i gdy ubierała kurtkę do domu wszedł doktor. Zdziwił się, widząc ją w połowie przyszykowaną do drogi.

- Gdzieś się wybierasz, Alice? – zapytał z uśmiechem.

Serce dziewczyny podjechało niebezpiecznie wysoko, czuła każde jego uderzenie.

- Dostałam list od starej koleżanki z dawnych czasów. Właśnie jest w Waszyngtonie. Pojechałabym się z nią spotkać… Mogę? – bez zająknięcia kłamała w żywe oczy.

- Oczywiście. Nie musisz mnie pytać o zgodę. Jesteśmy partnerami, Alice. Musimy sobie ufać.

,,Musimy sobie ufać.''

Przepraszam, Carlisle, nie umiem inaczej.

Pocałowała go przelotnie w policzek i wybiegła. Jak najszybciej chciała znaleźć się przy Jasperze.

Doktor patrzył w ślad za narzeczoną. Na wiadomość o starej koleżance pojaśniała… Może ten smutek spowodowany był tylko pogodą?

Wzruszył ramionami, kobiety są doprawdy skomplikowane.


Czas w pociągu dłużył jej się niesamowicie. Już chciała dojechać, być przy nim. Już. Teraz. I w końcu doczekała się. Jazz stał na peronie i chuchał w zmarznięte dłonie. Mimo marca śnieg cały czas padał.

Alice podbiegła do wyjścia i gdy pociąg wyhamował, jako pierwsza wypadła.

- Jasper – krzyknęła i wpadła w jego objęcia.

Dla nich czas się zatrzymał, nic innego nie istniało po za ich dwójką. I tylko śnieżny puch otulał ich zmarznięte sylwetki. Alice uniosła dłonie i dotknęła twarz Jazza, na linii podbródka wyczuła bliznę.

Pocałowała ją. Po chwili ich usta złączyły się, kolejny raz, tak bardzo upragniony.

- Przejdźmy się. – szepnął Jasper i złapał ją za lewą dłoń. Wyczuł pierścionek, ale nie zareagował w ogóle. Po prostu trzymał jej rękę. Zazdrościła mu opanowania, a sama wstydziła się tego, co zrobiła niecały tydzień wcześniej. Właściwie została przymuszona, ale jakie to będzie mieć znaczenie w jego oczach.

Stanąwszy i wyszarpnąwszy dłoń, chciałam zdjąć pierścionek. Jasper mi nie pozwolił. Zatrzymał prawą dłoń i ujął ją w swoje palce.

Jazz, milcząc, zsunął srebrną obrączkę.

- Ona nie ma tu miejsca - powiedział sucho. Serce Alice w tym momencie zaczęło krwawić. – Ty należysz do innego.

- Nie – wykrzyknęła tak głośno, aż ludzie wkoło nich obejrzeli się za siebie. – Nie!

Jasper uśmiechnął się czule, a oczy pozostały puste:

- Tak, Allie. Nie zaprzeczaj. Przecież wiem, co gra w Twojej duszy. – Każde kolejne słowo rozdzierało jestestwo Alice na drobne kawałki. – Pragniesz rodziny – ja ci jej nie dam. Chcesz stabilizacji – ja jestem wolnym ptakiem. Różni nas wiele, nie należymy do siebie. – Ponownie uśmiechnął się i odsunął od niej.

- Kłamiesz. – Warknęła Alice przez ściśnięte gardło. Chciała, aby teraz zaprzeczył.

A on odwrócił twarz i milczał.

- Powinnaś już wracać do Forks. Za chwilę masz pociąg. Odprowadzę cię. – I ruszył przed siebie, nie patrząc na nią. Alice, po chwili wahania, podążyła za nim. Wiedziała, że zepsuła wszystko co mogła.

Od początku do końca.

Westchnęła przygnębiona.

Pociąg nadjechał, Jazz stał i patrzył wyczekująco. Aha, miała wsiąść… Bez pożegnania?

- Jasper – podeszła do niego, ale on się odsunął.

- To jeszcze nie koniec, Jazz. – syknęła. – Jeszcze się mnie nie pozbyłeś. – głos jej się załamał. – Odnajdę cię.

Odnajdę za wszelką cenę, choćby na końcu świata.

- Idź, Alice – powiedział tylko i zaczął się od niej oddalać. Po raz kolejny go utraciła. I nie wiedziała, czy będzie miała szansę go odzyskać.


Podczas podróży powrotnej cały czas płakała. Dojechawszy do Forks, swoje kroki skierowała do Charliego.

Była pierwsza w nocy, ale szeryf jeszcze nie spał. Zdziwił się widząc zapłakaną Alice, ale taktownie

tego nie skomentował. Zapytał się tylko krótko, acz treściwie:

- Coś z Carlisle'em, Bellą, Rose?

Alice pokręciła przecząco głową, więc Charlie dał jej spokój. Dał jej to, czego potrzebowała najbardziej.

Rano, obudziwszy się około dziesiątej, w kuchni zastała lakoniczną kartkę od właściciela domu.

,,Nie budziłem cię. W lodówce jest mleko. Klucze zostaw tam, gdzie zawsze. Charlie''

Uśmiechnęła się słabo. Kochała tego gościa, miał rozbrajający charakter i był zupełnie neutralny. I zawsze jej pomagał, zawsze, bez względu na wszystko.

Mijały kolejne dni, szare i bezbarwne jak ta ponura wiosna za oknami. Alice przyglądała się jak siostry ogarnia szał przygotowań do ślubu.

Wnioskując z tego, co się dzieje w domu, chyba przegapiłam ważny moment. Moment, w którym ustalona została data ślubu.

Dosłownie dom trząsł się w posadach – tak wielki był ich entuzjazm i chęć niesienia pomocy uciśnionym. Wróć, uwięzionym. Wróć, ukochanym.

Alice nie wiedziała co, tak naprawdę, czuje do Carlisle'a. Miała ochotę wyplatać się z tego związku, ale nie wiedziała jak…

Dotyk Jazza był taki żywy w jej pamięci, utrwalony na skórze i w sercu. Jego usta o smaku tytoniu…

Westchnęła. Nie cieszyło jej, że spełnia się jej największe marzenie. Marzenie, które w wyniku kilku zdarzeń, zblakło, zatarło się i prawie że znikło. Prawie, bo gdzieś, na dnie serducha, jeszcze tliła się maleńka iskierka nadziei, że może kiedyś…


Tydzień temu zgubiłam serce.

Przyjechała krawcowa, najlepsza szwaczka w całej okolicy Waszyngtonu. Zamówiła ją Rosalie i uprzedziła

mnie, że jest bardzo oblegana i ,,wiesz jak trudno znaleźć u niej termin?!''. Skinęłam głową i zignorowałam jej słowa.

Kobieta była przemiłą osobą o dobrodusznym spojrzeniu i typowym ,,babcinym'' charakterze. Przyniosła setki projektów i kazała wszystkie dokładnie obejrzeć. W końcu suknia musi być idealna.

Przekartkowałam je i nie umiałam podjąć sensownej decyzji. Wszystkie rysunku i fotografie zlały się w jedną, bezkształtną masę w kolorze biało-kremowym. Stwierdziłam, że muszę to przemyśleć.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło i zostawiła mi spory stosik. Powiedziała, żebym się z nią skontaktowała, jeżeli dokonam wyboru.

Wybór. Słowo o wydźwięku ironiczno-gorzkim.


Wieczorem, tego samego dnia, Carlisle podszedł do Alice. Chciał ją objąć, ale dziewczyna wywinęła się.

- Przepraszam, strasznie mnie boli głowa od rana. To przez pogodę… - Kolejne kłamstwo.

- Przyniosę ci proszek – zniknął w ciemnościach, a Alice przyłożyła dłonie do skroni.

Dokąd ja podążam.. Brnę w kłamstwo, a to jest ślepa uliczka. Co się ze mną dzieje…

Wrócił po kilku minutach, wręczył tabletkę i szklankę wody.

- Powinno przejść – uśmiechnął się z czułością. Alice wzięła i połknęła, modląc się by ta tabletka nie stanęła jej w gardle.

- Dziękuję… - powiedziała i umilkła.

- Alice… - Carlisle zaczął niepewnie. – Czy… Ty jesteś pewna swojej decyzji? W sobotę nie wydawałaś się być najszczęśliwsza…

Nie jestem pewna, masz rację. I, faktycznie, wcale nie byłam szczęśliwa.

- Jeszcze można wszystko odwołać… - dodał z prawie niewyczuwalnym smutkiem.

Doskonały pomysł!

- Wiesz Carlisle – Alice spojrzała w jego błękitne oczy.

Powiedz mu co myślisz. Zrób to!

- Gdybym nie była pewna to pierwszy byś się o tym dowiedział. Jestem… - urwała.

Jestem Jaspera.

-… Twoją narzeczoną. Chcę nią być.

Bluźnisz, Alice.

Uśmiechnęła się i podeszła do niego. Pozwoliła się przytulić. Poczuła znajomy zapach – waniliowych kadzidełek. Ta woń przypomniała jej o wszystkich chwilach spędzonych z nim…

Mimowolnie wtuliła się w niego, potrzebowała dotyku.

Głupiaś, więc ciągnij tą farsę.

Zignorowała serce i znów przy swoim ciele czuła inne. Tylko nie wiedziała, czy to jest to, czego chciała. Czy tylko efekt placebo*.

Carlisle musnął jej czoło i odsunął się.

- Mam dyżur, kochana – jego oczy błyszczały. – Znikam.

Wyszedł, a Alice została sama. Poczuła się jak ostatnia szmata.


Poduszka tamtej nocy była cała mokra. Calusieńka.

I miałam sen. Śnił mi się ślub z Carlisle'em. Byliśmy tacy zakochani, tacy szczęśliwi. Istna bajka.

Odszukam cię Jasper. Obiecuję, że to zrobię, choćbym miała poruszyć niebo z piekłem.


Bella przyszła do sypialni i zobaczyła, jak Rose wertuje stare pamiętniki. Siedziała na podłodze, pochylona nad ogromnym, zakurzonym kartonem.

- Co robisz? – przerwała ciszę, aż siostra podskoczyła z zaskoczenia.

- Szukam – stwierdziła i ponownie zanurzyła nos w memoriale. Szatynka słyszała tylko szelest przewracanych kartek i pomrukiwania blondynki.

- Quileci dorwali Jaspera. Znaczy próbowali. – dodała cicho.

Bella jęknęła i usiadła na łóżku.

- Dlatego wyjechał?

- Tak. Ukrywa się w Waszyngtonie, ale już niedługo – uśmiechnęła się złowieszczo.

- Rosie, co ty knujesz? – Bella zbladła. I po chwili oświeciło ją – rozpoznała pamiętniki. Były to odręczne notatki Esme z tamtego gorącego okresu.

- Po co ci stare papiery mamy? – zmarszczyła brwi.

- Szukam jednej, ważnej informacji. Pamiętasz tamtą ostatnią kłótnię między twoja matką a Jazzem?

Bells skinęła głową i spojrzała uważniej na siostrę.

- Wtedy Esme zarzuciła mojemu braciszkowi te brudne kontakty, co niby miały pogrążyć Forks, a uprzykrzyły żywot zwłaszcza Quiletom. No wiesz, z Włochami. I chcę się dowiedzieć jak się nazywają.

- Rose… - Bella poczuła skurcz żołądka. – Czy ty chcesz mieć jego krew na dłoniach…?

Blondynka parsknęła i popukała się w czoło.

- Nie, Bells. Nie ja. Jasper działa jak płachta na byka nie tylko na mnie. – Rosalie umilkła i przeczytała fragment.

- Nareszcie, znalazłam! – krzyknęła i dumny uśmiech wpłynął na jej usta – Słuchaj.

Za dwa dni pogrzeb Lei. Dzisiaj ostatecznie skonfrontowałam się z Jasperem – morderca nie będzie mieszkał pod moim dachem! Po za tym Quileci już się gotują, widzę to po ich zaciętych minach. Oni się z nim rozprawią, jeżeli nie zniknie.

Powiedziałam mu o tym, a on mnie wyśmiał. Warknął, że to nie on zamordował Leah, tylko Włosi. Volturi z Volterry.

Nie uwierzyłam mu. Skąd tutaj makaroniarze i po co? I na dodatek mafia? I dlaczego Leah?

Odburknął, żebym sama się zapytała, a najlepiej odczepiła.

- I dalej, za dwa dni Esme pisze, że Jasper zniknął. Rozzłościł Indian i oni poprzysięgli zemstę. A teraz niedawno wrócił, pewnie myślał, że zapomnieli. Nic mylniejszego. Leah cały czas żyje w sercach wielu…

- Ale co z tymi Włochami chcesz zrobić, bo nie zrozumiałam chyba. – Bella wzięła pamiętnik w dłonie i przeanalizowała treść jeszcze raz.

- Poinformować ich, że Jasper się odnalazł. Jestem pewna, że nie wyrównali rachunków z przeszłości…

- Rose, jesteś podła, a ja jestem przerażona.

- Niepotrzebnie, Isabello. Muszę być pewna, że już nigdy nie wejdzie mi w drogę. Że już nigdy nie pokrzyżuje moich planów i nie zburzy tego, co budowałam latami. A Volturi to mafia, a mafia nigdy nie zapomina. – powiedziała twardo Rose, aż jej wyraz twarzy stał się zacięty.

,,Tym razem ja wygram, Jazz. ''


Upływające dnie przynosiły kolejne rozczarowania – Jaspera nigdzie nie było. Nigdzie.

Przepadł jak kamień w wodę, zapadł się pod ziemię, zniknął. Alice szukała wszędzie, gdzie mogła, nie pozostawiła żadnego śladu bez zgłębienia.

Zero.

Za to przygotowania do ślubu szły pełną parą. Rosalie z Bellą pomogły przyszłej pannie młodej wybrać fason sukni, materiał, dodatki… Tak właściwie to one zadecydowały, ale Alice nie sprzeciwiała się specjalnie. Była zajęta poszukiwaniem Jaspera, a nie kwiatkami, pierdołami i ozdóbkami.

Chociaż nawet termin nie został ustalony.

Carlisle miał wiele na głowie, zbliżała się wiosna, a z nią mnóstwo praktykantów i zamieszania w szpitalu.

Jednak któregoś wieczoru wziął ją do restauracji na uroczystą kolację. Chciał z nią szczerze porozmawiać o ślubie.

- Allie… - spojrzał na nią. – Czy nie uważasz, że wszystko dzieje się za szybko?

Alice spuściła wzrok i zamieszała wino w kieliszku.

- Nie wiem. – odpowiedziała szczerze i poczuła ulgę. W końcu nie skłamała.

- Tak naprawdę straciliśmy kontrolę nad tym – uśmiechnął się słabo. – Prym wiodą Rose z Bellą.

Organizacja dosłownie je pochłonęła i dała możliwość wykazania się. Tylko czy my tego chcemy?

Kobieta milczała.

- Może nam potrzebny jest czas, więcej czasu… Sam nie wiem… Co o tym myślisz, moja droga? – Doktor dotknął jej dłoni, dotyk sprawił, że otrząsnęła się z zamyślenia.

- Chciałabym skończyć szkołę, ale ten problem rozwiąże się już niedługo.

- A co później, Allie? Studia? – w głosie Carlisle'a usłyszała troskę i zawsze obecną czułość.

- Nie zastanawiałam się nad tym. – odparła zgodnie z prawdą. Ostatnio nie interesowała jej tak daleka przyszłość.

- Chyba nie masz aspiracji na bycie doskonałą panią domu wychowującą gromadkę dzieci - zażartował doktor, ale Alice wzięła to do siebie. Czy tylko nadaje się na kurę domową zakopaną w nieumytych garach, stercie pieluch i nieuprasowanych rzeczy?

- Kocham dzieci, ale… - urwała. Może to jest dobry trop?

Carlisle uśmiechnął się i pogłaskał jej dłoń.


Czas płynął nieubłaganie.

Nadeszła w końcu prawdziwa ciepła wiosna wraz z pierwszymi dniami kwietnia. Temperaturawzrosła, przyroda powoli budziła się do życia, wszystko odzyskiwało kolory.

Nawet Alice dała się porwać czarowi tej świeżej i orzeźwiającej porze roku. Po mroźnej zimie z radością powitała ocieplenie. Z wielkim bólem serca porzuciła plan szukania Jaspera. Nigdzie go nie było, jakby się po prostu ulotnił. Może wyjechał do Europy – nie wiedziała. I zaczęła się zastanawiać czy chce wiedzieć.

Owszem, tęskniła za nim, lecz nie mogła żyć przeszłością. Rozmowa z Carlisle'em otworzyła jej oczy – jeszcze chwila, a zniszczyłaby sobie przyszłość.

A przecież zawsze była panią swojego losu i nikt nigdy nie decydował o niej i za nią. A teraz, po poznaniu Jaspera, miałoby się to zmienić?

Przejrzałam dawne strony pamiętnika i trafiłam na swoje słowa sprzed roku. Rozprawiałam wtedy o uroku Carlisle'a, jednak stanowczo napisałam, że ,,nigdy nie zmienię się dla faceta''. Złamałam słowo. Byłam gotowa porzucić całe moje dotychczasowe życie, gdyby Jazz powiedział. Właśnie, co powiedział… Że mnie pragnie? Że czuje między nami chemię? Że chętnie przespałby się ze mną? Bo kochać mnie nie kochał. Chociaż nawet tego nie wiem. Tak naprawdę niewiele o nim wiem – on o mnie wie wszystko.

Kwiecień przeplatał pogodą, aż nadszedł maj i słońce zaczęło ogrzewać zziębniętą ziemię. Siostry, na prośbę doktora, zwolniły tempo przygotowań, bo nie zgodziły się na całkowite ich zawieszenie.

Alice znów uległa czarowi Carlisle'a. Ukochany zabierał ją na piątkowe wyprawy do Waszyngtonu lub Port Angeles, soboty należały do stanu Oregon, a niedziele spędzali w domu przy kubku gorącej czekolady, kakao lub wyśmienitych lodach.

Stan psychiczny Allie powoli wracał do normy, wahania humorów czy rozstrój emocjonalny nie były tak widoczne. Tylko gdzieś na dnie serca, bo wypchnięty ze świadomości, istniał Jazz. A raczej jego coraz bledsze wspomnienie.

W maju wszystkie melodie zaczęły układać się w sensowny utwór. Puzzle pasowały do siebie, marzenia były osiągalne, a cele do urzeczywistnienia. I w maju, gdy przyroda przeżywała rozkwit, Alice w końcu wydostała się z klatki, poczuła wolność.

Kocham Carlisle'a. Bezwarunkowo jest moim ideałem. Gdzie ja miałam wtedy oczy? Jazz to tylko echo mej duszy, Carlisle to podstawa mego istnienia.

Jego urok znów mnie uwiódł, jego słodki głos sprowadził na manowce, pocałunki roznieciły żądzę. Upewniam się, że ślub z nim to dobra decyzja. Tylko on mi może wszystko dać. A teraz wiem, że i ja mu mogę ofiarować coś. Siebie, swoją duszę i swoje ciało.

Ustaliliśmy termin ślubu na połowę lipca.


Poinformowali rodzinę na uroczystej kolacji w eleganckiej restauracji Port Angeles. Wszyscy niezmiernie się ucieszyli, a najbardziej chyba Edward z Emmettem. Od dawna kibicowali Alice i Carlisle'owi, a już w szczególności od pamiętnej pogawędki przy piwie.

- No, no, Alice… Mamy do ciebie mówić ,,mamusiu''? – wyszczerzył się Em, a Rosalie prychnęła.

- Skądże – Alice zachichotała. – Musicie mówić ,,najlepsza mamusiu na świecie'' – Nawet Carlisle zaśmiał się i spojrzał w oczy narzeczonej. W końcu była taka jak kiedyś…

- Śliczne gołąbki. Mogę wam zrobić zdjęcie? – spytał Edward i wyjął cyfrówkę. Ustawił się i pstryknął kilka fotek.

Wyglądali jak kochająca się, szczęśliwa rodzina.

Tylko w myślach Rose świętowała zwycięstwo. Nareszcie wszystko zaczęło się układać i wracać do normy, na utarte szlaki. Alice zostanie panią Cullen, nie zagrozi jej majątkowi, Jasper zaginął. Była pewna, że już go zlikwidowali. Uśmiechnęła się do Emmett, który opowiadał jakiś żart, zaśmiała się z niego, lecz w duszy skakała do nieba z radości.

,,Wygrałam z tobą, Jazz. ''


Czerwiec zdmuchnął chmury z nieba i wszelkie pozostałe wątpliwości Alice. Przygotowania do ślubu znów stały się intensywniejsze i ukochana doktora brała w nich aktywny udział. Zobaczywszy listę rzeczy i usług sporządzoną przez Rose i Bellę, uzmysłowiła sobie jak wiele straciła będąc w tym letargu i żyjąc wspomnieniami o Jasperze.

Gdyby nie tamta rozmowa z Carlisle'em wiele bym straciła. – uświadamiała sobie to z każdą kolejną nadarzającą się sytuacją.

Jak bardzo może zamącić jeden człowiek. Ile może zmienić w człowieku zwykła żądza. Jak szybko może ona przyćmić ważne uczucia.

Wiele. Dużo. Szybko.

Cieszę się, że ocknęłam się z tego niebytu. Mogłabym tyle stracić…

Lipiec był gorący i z temperatury, i z definicji. Im bliżej ślubu, tym bardziej podniecenie rosło.

Alice czuła ten dreszczyk emocji, gdy myślała o tym co się stanie za kilkanaście dni. Jej dziewczęce marzenie spełni się. I nawet dostanie więcej niż myślała. Jej serce wypełniło ciepło, gdy pomyślała o narzeczonym.

I o tym, co to będzie, gdy będą już mężem i żoną. Od strony fizycznej…

Uśmiechnęła się szatańsko.

Masz nieczyste myśli, Alice. To parne powietrze ci szkodzi…

Faktycznie, w Forks od kilku dni zanosiło się na burzę. Allie miała nadzieje, że żywioł nie rozpęta się w dzień ślubu. Burza w środku ceremonii… Przerażająca perspektywa zwłaszcza że nienawidziła piorunów, a jeszcze bardziej grzmotów.

Panie Boże, wiem, że jestem grzesznicą. Jednak chciałabym Cię prosić, nie, błagać, o to, bym nie musiała znosić burzy w ten ważny dzień. Nie, w najważniejszy dzień mojego życia. Proszę Cię, błagam na kolanach. Nie powinnam, lecz to robię.

Zgrzeszyłam, tak jestem świadoma, ale każdy grzesznik może dostać rozgrzeszenie. Żałuję mojego postępowania.

Panie Boże nie karaj mnie burzą. Zapłacę za błędy, za wszystkie krzywdy. Jestem pewna, że już nic się nie zmieni. Obiecuję, będę grzeczna. Tylko, Panie Boże, daj mi szansę. Niech pioruny ominą Forks.

Panie Boże odwdzięczę Ci się. Przysięgam.


Do ślubu został tydzień. Carlisle już wziął urlop, pragnął ochłonąć trochę przed i po uroczystości. Po za tym miał ochotę spędzić czas tylko i wyłącznie z żoną…

Na miesiąc miodowy postanowili wyjechać do Atlanty**. Miasta wystarczająco oddalonego od domu i w miejscu, gdzie blisko był Ocean Atlantycki. Spokój, nadmorski klimat, lato i świeżo poślubieni małżonkowie. Istna sielanka.

Trochę obawiał się jak będzie wyglądało ich życie, gdy zdobędą już ten papierek. Czy wtedy nadal będą go nękać czarne myśli? Alice jest taka młoda… Czy on jej nie zwiąże dłoni niepotrzebnie… A jak kiedyś ktoś się pojawi…

Westchnął, tych kwestii było więcej do rozpatrzenia. Im bliżej tym czuł coraz większy mętlik w głowie…

Spojrzał na zegarek, było kilka minut po ósmej. Alice pewnie spała, siostry też, nie wspominając o braciach.

Carlisle zaparzył sobie kawę i stanął koło okna. Popijając ją, próbował rozwiać te wszystkie wątpliwości.

Co do jednego był pewny na sto procent – Alice go kochała. I on ją kochał. Zadurzył się w niej jak szczeniak, później przyszło głębsze uczucie, w końcu miłość.

A teraz mięli połączyć się na wieki. Teoretycznie.

Usłyszał kroki na schodach, tak tuptała tylko jego narzeczona. Po chwili w drzwiach ukazała się Alice. Od razu podbiegła do niego, przy okazji gubiąc kapcia.

- Witaj, Kopciuszku. Zgubiłaś swój zacny pantofelek.

- A to tylko dlatego, że biegłam do księcia! – zachichotała i pocałowała go. Owiał go dobrze znany cynamonowy zapach, a ona wdychała waniliową woń jego włosów.

- Cieszę się, że jestem twoim wybawcą od złych sióstr – teraz on zaatakował jej usta.

- Nie takich znowu złych… - mruknęła, ale jej słowa zostały stłumione.

Piękny początek dnia – pomyślała Alice i wtuliła się w narzeczonego. Chyba powoli nie mogła doczekać się miesiąca miodowego.

Burza faktycznie przyszła szybciej. I wprowadziła zamieszanie.


W przeddzień ślubu Alice Brandon wybrała się do Port Angeles po raz ostatni jako panna. Pojechała tam by odebrać swoją suknię ślubną. Wolała zrobić to dopiero teraz, gdyż Carlisle mógłby ją zobaczyć wcześniej. A tego by nie chciała.

Weszła do krawcowej i po ostatecznej przymiarce kobieta zapakowała suknię.

- Pani Rosalie wspominała coś o welonie. Ostatnio wynalazłam taki śliczny koronkowy materiał, który idealnie pasuje do tej sukni. Tak więc trochę w ciemno uszyłam z niego welon. Jeżeli pani nie odpowiada… - krawcowa wyglądała na zakłopotaną, ale jej robota była mistrzowska. Delikatne wykończenie, ślicznie obszyte.

- Nie, jest cudowny – odparła Alice i dopakowała go do reszty. – Będzie doskonale wyglądać.

- Życzę pani wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia – starsza kobieta uśmiechnęła się szeroko. – Powodzenia w małżeństwie!

Młoda narzeczona pomachała jej i zaczęła kierować się ku centrum, gdzie miał czekać Edward.

Skręciła za róg i szybkim krokiem przemierzała nieciekawą okolicę. Suknię trzymała kurczowo przy sobie, uważając by się nie pogniotła. Niespodziewanie mignęła jej znana sylwetka.

Co… On…? Niemożliwe.

Zawołała, odwrócił się i spojrzał w tył. Rozpoznawszy ją, zaczął szybciej iść. Prawie uciekać.

Serce Alice waliło jak szalone, wszystkie wspomnienia wróciły, uderzyły ją.

Zaczęła go gonić, suknia utrudniała szaleńczy bieg, plątała się pod nogami. Jasper wpadł w ślepą uliczkę.

Słodki Jezu… To nie Jazz… To jego cień. Ziemista cera, podkrążone oczy, zapadłe policzki. Ogólne zmęczenie, wycieńczenie. Co się z nim stało, co się wydarzyło, że ucieka…

Podeszła do niego i pogłaskała po twarzy. Cofnął się. W przypływie uczucia chciała go pocałować.

Odepchnął ją.

- Nie powinnaś mnie tu zobaczyć – ton jego głosu był chłodny, suchy i szorstki.

Alice zaśmiała się histerycznie, gardłowo. Przez jej umysł przepływały tysiące myśli, ale jedna uzewnętrzniła się, została wypowiedziana :

- My jesteśmy sobie pisani. – Cicho, miękko, kobieco modulowała głosem.

Jasper pokręcił głową i odparł:

- Wychodzisz jutro za mąż, Alice.

- Jeżeli nie chcesz, nie muszę. – W głosie dziewczyny usłyszał nutkę desperacji. Zaśmiał się gorzko.

- Słyszysz siebie, Allie? Co ty wygadujesz? – minął ją i stanął bliżej wyjścia. – Miałaś już mnie nigdy nie ujrzeć. Miałem odejść. I odchodzę. Już nigdy mnie nie spotkasz. Obiecuję. Odchodzę, na zawsze.

Alice go złapała za dłoń, puszczając tym samym suknię. Pokrowiec rozdarł się, ale kreacja nie zabrudziła się. Na szczęście albo i nie. Jasper pomógł Alice podnieść ją i doprowadzić do porządku. W pewnym momencie, gdy nie widziała, wsunął coś do kieszeni.

Wyszedł na zewnątrz ślepej uliczki i zaczął się oddalać.

Alice patrzyła za nim i prowadziła walkę w sobie.

Jasper, moja wielka przygoda, odchodzi… A ja stoję.

Spojrzała na suknię, na jego oddalającą się sylwetkę.

Carlisle… Miłość od zawsze, ostoja, podpora. Ideał faceta.

Jasper… Namiętność, nieujawniona rozkosz, pożądanie. Wszelkie pragnienia spełnione w jednym ciele.

On odchodził.

Poczuła łzy szczypiące policzki. Przycisnęła suknię do siebie i puściła się biegiem.

Panie Boże czy wybaczysz mi moją decyzję? Musiałam tak postąpić. Nie można mieć wszystkiego.

Pierwszy grzmot przeszył Port Angeles. Burza zaatakowała znienacka, mimo że wisiała nad miastem od dawna.