A/N: To mój pierwszy w życiu fanfic, więc proszę o wyrozumiałość. Pomysł wpadł mi do głowy, kiedy dowiedziałam się o technice przywołania.
Jak Codziennie
Jest tak, jak codziennie wieczorem, w dawnych kryjówkach Orochimaru po całym dniu bezsensownego błąkania się po świecie shinobi.
Wykonuję pieczęci, a drewniana trumna się otwiera i jak zwykle wychodzisz z niej Ty. Wyglądasz normalnie. Tak zwyczajnie, że to boli. Podchodzisz do mnie z uśmiechem i nic nie mówisz. To dosyć ironiczne, biorąc pod uwagę, że kiedyś nie zamykały Ci się usta.
Siadamy na przeciwko siebie i po prostu patrzymy. A później z oczu zaczynają lecieć mi łzy i pojawia się dokładnie to samo poczucie winy, co każdego dnia. Z moich ust znowu wydobywają się przeprosiny, powtarzam je jak mantrę. Ty tylko kiwasz ze zrozumieniem głową, bo wiesz, że tak musiało się stać. A może dlatego, że nie masz już wyboru?
Wyciągasz ręce i przytulasz mnie, przyciskam się do Ciebie i wypłakuję wszystkie moje myśli. Próbuję nie zwracać uwagi na Twoją skórę z popiołu. Szepczesz, żebym się nie martwił, ale nie wspominasz tego, że powinienem ruszyć naprzód z moim życiem. Wiem o tym, ale teraz jesteśmy tylko Ty i ja. Tylko my w zimnej jaskini, podobnej do tej, w której wszystko się skończyło dwa lata temu.
Kładziemy się na ziemi, wciąż mnie obejmujesz i na tę chwilę czuję się znów bezpiecznie. „Może jutro" myślę, zanim zamknę oczy. Zasypiam w Twoich ramionach nie czując Twojego oddechu ani bicia serca ze świadomością, że na pewno nie jutro, ani nie za rok - nigdy nie pozwolę Ci odejść.
