Uwaga: Pojawia się coraz więcej postaci i niedługo pewnie będzie można ujrzeć zarys fabuły nieco wykraczającej poza zwykłego Hiddleswortha. Co za tym idzie, poproszę o komentarze. Nie ma komentarzy, nie ma następnego rozdziału :D Opowiadanie jest pisane dla mojego uke i publikowanie go tutaj oraz udostępnianie innym nie jest moim celem.


Część druga:
aka gdyby kózka nie… / dlaczego należy hejcić poniedziałki

/

Rozpoczęcie roku szkolnego przypadało akurat na trzeciego września, ściślej mówiąc, na poniedziałek. Poniedziałek, podczas którego większość uczniów próbowała zaleczyć kaca giganta i ani myślała, by zrywać się rankiem z łóżek a co dopiero gnać do znienawidzonej szkoły, pod krawatem.

Mark nie wiedział do końca czy lubi szkołę czy nie. Z jednej strony uwielbiał się uczyć, co było naprawdę niespotykanym podejściem wśród młodzieży dwudziestego pierwszego wieku. Pochłaniał wiedzę z zakresu fizyki, biologii i matematyki niczym sucha gąbka wodę. Ale tak jak medal ma dwie strony a kij dwa końce, tak szkoła miała też swoją złą część. Nieprzyjemną i wyjątkowo okrutną, bardzo mocno odciskającą swoje piętno na Marku.

Ciężko być kujonem w liceum. Mark tęsknił za zajęciami, zadaniami domowymi, projektami i konkursami szkolnymi, ale gdy trzeciego września pomyślał, że znów zostanie oblany sokiem, zwyzywany i zapewne ograbiony z kieszonkowego, chęć do życia zgasła w nim niczym iskierka na wietrze.

Mark nie miał przyjaciół odkąd tylko pamiętał. Jako dziecko, jeszcze kilkuletni przedszkolak był bardzo agresywny. Mieszkał wtedy z obojgiem rodziców w Minnesocie, nie pamiętał dokładnie gdzie, ale wiedział doskonale, że pobił tam dwójkę rówieśników i nauczycielkę. Podobno wpadł w taki szał, że zdemolował też pół głównej sali w przedszkolu.

Mark wcale tego nie pamiętał.

Potem przeprowadzili się do Kansas, do dziadków od strony mamy. Marka wysłali tam na leczenie. Chodził do psychologa dwa razy w tygodniu i jakoś zdołał opanować swój gniew, chociaż nigdy nie poznał jego przyczyny.

W Kansas niemal zabił swojego kolegę z klasy – czego też nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ten ukradł mu nową grę i nie chciał oddać. Mark miał wtedy dwanaście lat i toczono przeciwko niemu proces. Po procesie, jego rodzice rozstali się i Mark został z ojcem.

Samotny rodzic nie ma lekko, toteż Mark nie odwiedził już nigdy ani psychologa, ani Kansas. Przeniósł się razem z ojcem do South End i już od pięciu lat pilnował się na każdym kroku, byle tylko znów nie dać się ponieść. Dostał na tym punkcie swoistej obsesji, podświadomie przerażony tym, że jeśli jeszcze raz kogoś skrzywdzi ojciec też się od niego odwróci.

To co, że za każdym razem, kiedy jego rówieśnicy wyśmiewali się z niego albo spłukiwali mu głowę w szkolnej ubikacji miał ochotę im przywalić. Nie mógł, nie dałby rady, gdyby ojciec go zostawił. Dlatego też rankiem, w poniedziałek trzeciego września Mark wstał o siódmej, umył się, ubrał i zjadł śniadanie a potem, ze spuszczoną głową i przykurczonymi ramionami ruszył w stronę ukochanej szkoły i znienawidzonych uczniów.

Może chociaż ich nowy wychowawca, luizjański nauczyciel angielskiego okaże się przyjemnym człowiekiem?

/

Tom skrzywił się, kiedy do jego wrażliwych uszu dobiegł irytujący dźwięk budzika z komórki. Wysunął jedną rękę spod kokonu, jaki utworzyła dookoła niego kołdra i spróbował wymacać urządzenie na oślep. Bezskutecznie.

Dopiero po minutowej szamotaninie Tom dosięgnął do telefonu i wyłączył natrętne pikanie. Podczas samego procesu zdążył się jednak, na nieszczęście, obudzić.

– Dzisiaj poniedziałek – mruknął sam do siebie, nadal rozespanym głosem, ale mimo tego usiadł na łóżku i przeciągnął się. Pół nocy nie mógł zasnąć, zdenerwowany dzisiejszym dniem. Spotkanie z nowymi uczniami zawsze, ale to zawsze było stresujące. Tom nie miał pojęcia jak młodzież go przyjmie i czy w ogóle będą potrafili się jakoś dogadać.

„Trzymaj kciuki…" – wystukał na klawiaturze telefonu i wysłał porannego sms'a do Sygin.

Miał cichą nadzieję, że przyjaciółka odsypia kaca, i że ją obudził.

Hiddleston spojrzał na swoją wypucowaną kolekcję figurek stojącą na półce i uśmiechnął się, przypominając sobie niedzielny poranek. W nocy jego Thor był naprawdę gwałtowny i porywczy, ale rankiem, kiedy leżeli nago w łóżku, palił się ze wstydu. Tom prawie się roześmiał, przypominając sobie zawstydzenie Chrisa. To było po prostu zbyt rozkoszne i Hiddleston żałował, że nie zrobił sobie pamiątkowego zdjęcia.

Chris został na śniadanie i pochwalił doskonałe omlety, które Tom przyrządził z tego, co akurat miał w lodówce. (A nie było tego wiele.) Potem oboje łyknęli po ibupromie i rozstali się, odpowiednio jak na świeżo upieczonych kochanków przystało, speszeni.

Chris pocałował Toma na do widzenia, już nie tak zaborczo jak sobotniej nocy, ale z równym zapałem i uczuciem. Hiddleston nie oponował i tylko jakaś mała część jego świadomości zastanawiała się, jak to wszystko dalej się potoczy.

Oboje obiecali sobie spotkanie w Wesołym Knucie w przyszłą sobotę a potem Chris ostatecznie wyszedł i Tom zamknął za nim drzwi na klucz.

Całą niedzielę Hiddleston spędził myśląc o Thorze i obgadując go razem z Sygin przez Skype'a.

/

Tom dotarł do szkoły prawie spóźniony. Bardzo łatwo było zapomnieć, że w South End nie było ani metra ani tramwajów, o taksówkach nie wspominając. Tom nie wiedział, o których godzinach oraz jakimi trasami jeżdżą tutejsze autobusy, więc ten środek transportu też pozostawał poza jego zasięgiem.

Hiddleston, biegnąc na złamanie karku przez całe centrum miasteczka obiecał sobie solennie zakup roweru, kiedy tylko dostanie pierwszą wypłatę. Nie miał złudzeń, co do tego, że nie będzie go stać na samochód. Jakikolwiek.

O siódmej pięćdziesiąt pięć Tom stanął przed budynkiem szkoły. Kiedy przyszedł tutaj po raz pierwszy, w zeszły piątek, cały ten kompleks nie wydawał się tak imponujący jak w tej chwili. Jeszcze trzy dni temu parking świecił pustkami a na małym placyku przed wejściem nie było nikogo. Tym razem Tom stanął naprzeciwko całej chmary uczniów witających się po wakacjach. Jedni stali w małych grupkach, inni biegli do swoich przyjaciół. Wszyscy uśmiechnięci i hałaśliwi. Tom poczuł, jak jabłko, które zjadł na śniadanie odbija się echem w jego brzuchu.

Cholera, to nie był dobry czas na tremę. Nawet, jeśli byłaby to trema w stu procentach uzasadniona, to Tom wiedział, że jeśli dzieciaki wyczują jego słabość, będzie po nim. Uczono go na studiach, jak stawiać czoła młodzieży, jak robić odpowiednie, dobre, pierwsze wrażenie po to, by uzyskać szacunek uczniów już na starcie. Tyle, że teoria pozostawała teorią a Tom nie miał okazji do częstych praktyk.

– Pan Hiddleston, tak? – Tom podskoczył z wrażenia i spojrzał w stronę, z której dochodził przyjazny głos.

Mężczyzna, który do niego zagadał był dość wysoki, z włosami zgolonymi na centymetr długości. Wyglądał na przyjaznego, prostodusznego człowieka, na którym można polegać. Jednocześnie Tom w jego spojrzeniu dojrzał lata doświadczenia i ogrom wiedzy, której on sam, być może nie posiadał aż tak wiele.

– Zgadza się, a pan to…? – Tom posłał nowemu znajomemu sympatyczny uśmiech.

– Clark Gregg – przedstawił się mężczyzna. – Jestem nauczycielem samoobrony i wychowania fizycznego. Wiele o tobie słyszałem od naszego dyrektora, stąd miło mi cię poznać osobiście.

– Ah, przyjemność po mojej stronie – mruknął Tom. Nie miał pojęcia dlaczego, ale czuł się trochę onieśmielony. Clark roztaczał dookoła siebie aurę kogoś, komu należy okazywać szacunek i pokorę.

– Wyglądasz na zagubionego, Tom. Może mógłbym oprowadzić cię po szkole i South End? Dojeżdżam tutaj z Allouez i do dwunastej nie jeżdżą w tamtą stronę autobusy, więc mam trochę czasu, jeśli miałbyś ochotę.

Clark spojrzał na Toma tak dobrodusznie, że ten niemal zgodził się na propozycję. W ostatniej chwili Hiddleston przypomniał sobie o tym, że przecież umówił się już na zwiedzanie okolicy z Chrisem. Byłoby szkoda zrezygnować z wspólnych chwil z kochankiem w tak prosty sposób. Tom nie chciał udawać fałszywej niewiedzy albo zaskoczenia, kłamstwa w związku – nawet, jeśli to, co mieli nie było jeszcze związkiem a jedynie relacją pomiędzy dwojgiem ludzi – nigdy nie wychodziły na dobre. Clark musiał wyczuć coś w jego postawie albo zauważyć po minie, ale zaśmiał się życzliwie.

– Widzę, że musisz to przemyśleć – powiedział swobodnie, przyjacielsko. – Gdybyś zechciał przespacerować się po mieście, to po rozpoczęciu będę w pokoju nauczycielskim.

– Eh, um… Dziękuję? – Tom nie miał bladego pojęcia jak powinien zareagować. Uśmiechnął się nieco niezręcznie i podrapał ręką po karku. Naprawdę, Clark Gregg był przedziwnym człowiekiem i Tom odprowadzał go wzrokiem dopóki ten nie zniknął w tłumie uczniów wchodzących do szkoły.

Kiedy po całej placówce rozległ się głośny, wibrujący dzwonek Tom uświadomił sobie, że właśnie spóźnia się na rozpoczęcie i w dodatku nie ma bladego pojęcia gdzie się ono dokładnie odbywa.

Hiddleston już miał zacząć panikować, że o jasna cholera, jak można się tak zbłaźnić w pierwszy dzień pracy, kiedy nagle zobaczył jednego z uczniów, biegnącego w stronę szkoły. Tom westchnął w duchu, przynajmniej nie on jeden wejdzie na rozpoczęcie modnie spóźniony. Nie czekając na zaproszenie, podążył zaraz za biegnącym chłopakiem.

Może jeszcze zdąży przed dyrektorem.

/

Tom po raz pierwszy miał okazję zobaczyć szkolną aulę. Nie była, co prawda tak duża, jak ta w szkole średniej w Nowym Orleanie, ale na potrzeby placówki była doskonała. Odpowiednio przestronna, ze sceną w centrum i fotelami dla każdego ucznia. Tom pomyślał, że dobrze byłoby tu kiedyś wystawić jakąś sztukę i może zebrać przy tej okazji pieniądze dla jakiejś fundacji. Oczywiście, jeśli tylko znajdą się chętni do pomocy uczniowie.

Na całe szczęście Hiddleston nie wszedł do auli jako ostatni, udało mu się prześlizgnąć do środka razem z kilkoma uczniami i chyba jedną nauczycielką. Tom nie miał okazji odezwać się do niej słowem, kobieta od razu zajęła miejsce po drugiej stronie rzędu.

Oczywiście, Hiddleston został wywołany przez dyrektora Jacksona i chcąc nie chcąc, musiał wyjść na sam środek sceny.

– Pan Hiddleston od dzisiaj będzie uczył w naszej szkole angielskiego – zaczął dyrektor. Rosły, czarnoskóry mężczyzna, który z twarzy wyglądał na poważnego i surowego. Tom poznał go w piątek i od piątku czuł się przy nim w jakiś niewypowiedziany sposób zagrożony.

– Z powodu emerytury pana Surmana, przejmie też patronat nad kółkiem literackim – dodał S. Jackson i zwrócił się bezpośrednio do Toma. – Chciałby pan powiedzieć coś uczniom?

Tom spojrzał na dyrektora z paniką. Że co? Że powiedzieć coś przed całą szkołą!? Tom nie był przygotowany na takie wariacje. Poczuł jak jego brzuch skręca się w bolesny supeł, ręce zaczynają się pocić a myśli uciekają z głowy, zostawiając w niej okropną, przerażającą pustkę. W duchu Tom pomyślał, że nigdy nie wybaczy dyrektorowi tej zdrady.

Mimo tego Hiddleston skinął niepewnie głową i kiedy dyrektor ustąpił mu miejsca, podszedł do mównicy. Odkaszlnął i uśmiechnął się do uczniów w bardzo nerwowy, rozkojarzony sposób.

– Jestem niezmiernie zaszczycony – zaczął, modląc się w myślach by jego język nie poplątał się w takiej chwili – mogąc pracować w waszej szkole.

Tom zacisnął mocniej dłonie na drewnianej mównicy i ze źle zamaskowaną paniką rozejrzał się po auli. W pewnym momencie – mógł przysiąc! – wśród uczniów dostrzegł Chrisa, ale kiedy chciał wrócić do niego wzrokiem już nie potrafił go znaleźć. Hiddleston westchnął w duchu i wymierzył sobie mentalny policzek. Musiał wziąć się w garść inaczej cała szkoła będzie stroiła sobie z niego żarty aż do końca jego kariery w South End.

– Jak wiecie, przyjechałem tutaj z Nowego Orleanu. Myślę, że całe South End już o tym wie. Moje nieudane zdjęcie jakimś dziwnym trafem znalazło się w czwartkowym wydaniu gazety codziennej – kontynuował, odpowiednio modulując głosem.

Tłum przebywający na auli wydał z siebie coś na kształt zbiorowego chichotu i Tom poczuł się odrobinę bardziej komfortowo.

– Całe szczęście, że przed przyjazdem tutaj ściąłem włosy, przynajmniej wyglądam teraz jak człowiek. – Kolejna, rozbawiona reakcja uczniów upewniła Hiddlestona w przekonaniu, że manipulowanie tłumem wcale nie jest takie trudne. Wystarczy tylko mieć odpowiedni dystans do siebie i sytuacji.

– South End jest pięknym miastem, położonym w pięknej okolicy. Mam ogromne szczęście, dostałem bowiem szansę zamieszkania tutaj i bycia częścią tutejszej społeczności. Żywię wielką nadzieję, że przyjmiecie mnie otwarcie, zarówno jako skromnego nauczyciela języka angielskiego jak i waszego sąsiada – zakończył Tom, tym razem uśmiechając się już dużo pewniej.

Hiddleston skinął głową w ramach zakończenia tej krótkiej, niespodziewanej przemowy i odsunął się, posłusznie ustępując miejsca Jacksonowi. Serce nadal biło mu tak, jakby biegło w maratonie a ręce stały się nieprzyjemnie chłodne i śliskie, ale dał radę. Tom był z siebie dumny, lecz kiedy tylko zszedł ze sceny i opadł na fotel, odetchnął z niewypowiedzianą ulgą. Przeżył rozpoczęcie, czyli pół stresu za nim.

/

Mark czuł, jak nieprzyjemna gula rośnie w jego gardle, kiedy dyrektor nakazał wszystkim przejście do klas i odebranie od nauczycieli indywidualnych planów lekcji. Z całych swoich sił próbował przełamać wszelkie prawa fizyki i chociaż na kilka minut stać się niewidzialnym, ale świat chyba był przeciwko niemu. Mark czuł spojrzenia swoich rówieśników na plecach, wiedział, że kiedy tylko nadarzy się okazja, znów padnie ofiarą okrutnych żartów.

To zdecydowanie nie był jego dobry dzień. Nie dość, że o mało co nie spóźnił się na rozpoczęcie, to podczas szalonego biegu zgubił swój ulubiony zegarek z komiksowym Hulkiem. Dostał go na czternaste urodziny, kiedy jego ojciec miał jeszcze stałą i w miarę dobrze płatną pracę. Mark wiedział, że kiedy będzie wracał do domu, już go nie znajdzie.

– O, patrzcie kogo niesie! Łamaga!

Mark zatrzymał się w połowie korytarza i zacisnął oczy. Zbyt dobrze znał ten głos, znienawidzony głos, który zawsze zwiastował nadejście nieprzyjemnych rzeczy.

– Mówiłem ci Chris, że warto dzisiaj przyjść do budy?

Kiedy odwrócił się do tyłu, przed nim stała już połowa drużyny futbolowej. Kapitan Chris, zastępca kapitana, też Chris, Jaremy, Ray, Tadanobu i Josh – sześć chodzących i gadających koszmarów Marka Ruffalo.

– Zdaje się, że mamy kolejny rok na zabawę z naszym ukochanym kolegą, co nie? – Mruknął Josh, wywołując śmiech swoich przyjaciół. Mark wzdrygnął się i cofnął o krok, wywołując kolejną, żywą reakcję.

– Ojej, mały Łamaga się przestraszył? – Zaczął Drugi Chris, Chris Evans, zastępca kapitana Chrisa Hemswortha. Gdyby Mark prowadził jakieś rankingi ten właśnie chłopak wylądowałby na samym szczycie. Ruffalo widział w jego oczach dziwny smutek, kiedy Evans naśmiewał się z niego. Po za tym, kiedy zastępca kapitana był w pobliżu, reszta drużyny ograniczała się tylko do słownych zaczepek.

Mark zacisnął pięści i zęby, i postanowił przeczekać najgorsze.

– Co robisz taką minę, Łamago? Myślałem, że jesteśmy kumplami. – Tym razem grę podjął Tadanobu, z pochodzenia chińczyk, ale od dwóch pokoleń jego rodzina mieszkała w South End. Mark dowiedział się tego, robiąc za niego drzewo genealogiczne.

Tadanobu podszedł do niego i położył mu rękę na głowie. Mark, w miarę możliwości, skulił się jeszcze bardziej i pozwolił chińczykowi rozczochrać swoje do tej pory, nienagannie ułożone włosy.

– Widzę, że się dobrze bawicie, chłopcy?

Mark miał ochotę skakać ze szczęścia, kiedy pani Smulders, nauczycielka francuskiego i hiszpańskiego pojawiła się na korytarzu. Może na tym świecie istniały jeszcze jakieś dobre siły, które miały go w swojej opiece.

– Nic takiego, pani profesor – odezwał się Pierwszy Chris, dyktator, jak zawsze ratujący swoją grupę z opresji. – Chcieliśmy się tylko przywitać z naszym kumplem. Spotkaliśmy go przypadkiem w drodze do klasy.

Cobie Smulders, szczupła, miła kobieta z brązowymi włosami spiętymi klamrą z tyłu głowy była w tej szkole chyba jedyną osobą, która przejmowała się Markiem. W niewielkim stopniu, ale to zawsze było coś, przynajmniej dla Ruffalo. I nawet jeśli profesor Smulders niekoniecznie zależało na samym Marku, to przynajmniej miała oczy szeroko otwarte na wszelkie przejawy uczniowskiej niesprawiedliwości.

– Hemsworth, dlaczego nie widziałam cię na rozpoczęciu? – Zapytała podejrzliwie Smulders. Mark widział, jak Chris uśmiecha się w głupkowaty sposób i pociera ręką kark.

– Widzi pani, ja naprawdę chciałem zdążyć na rozpoczęcie, ale mój pies…

– Dobrze, niech będzie – przerwała niemal natychmiast nauczycielka. – Mam serdecznie dość słuchania tych twoich wyssanych z palca wymówek. Dzisiaj ci się jeszcze upiecze, ale kiedy następnym razem złapię cię na spóźnieniu odpracujesz pomagając naszemu woźnemu po lekcjach. Zrozumiałeś, Hemsworth?

Cała grupka wydała z siebie niezadowolony jęk, ale ich lider nie wypadł ze swojej roli niewiniątka.

– Tak jest, pani Smulders! – Odpowiedział energicznie Chris.

– No, to skoro się zrozumieliśmy zmykajcie do klasy – mruknęła jeszcze nauczycielka.

Mark dziękował jej w duchu za to, że została jeszcze chwilę i przypilnowała przeklętych futbolistów do momentu, w którym drzwi do klasy zatrzasnęły się za ostatnim z nich.

– A z tobą co? – Smulders zwróciła się w jego stronę.

– Chy… Chyba odbiorę swój plan w sekretariacie, jeśli mogę? – Wyjąkał nieskładnie Ruffalo. Cobie westchnęła ciężko, to zadziwiające, jak bardzo nauczyciele mieli związane ręce w takich momentach jak ten.

– W porządku Mark. Może powinieneś ochłonąć w toalecie? Nie wyglądasz za dobrze.

– Tak zrobię.

/

Tom wszedł do klasy fizycznej spóźniony o dobre dwie minuty. Przez to, że nie stawił się w sekretariacie przed oficjalnym rozpoczęciem na auli, musiał odebrać plany lekcji później. Oczywiście, jak to on, po drodze zgubił się w labiryncie korytarzy i gdyby nie Clark prawdopodobnie dotarcie do klasy zajęłoby mu więcej niż siedem minut.

Tom cieszył się, że uczniowie zostali w środku i postanowili nie uciekać z ostatniej części rozpoczęcia. Tej, dla której ruszali się dzisiaj z domów, bo Hiddleston od dawna wiedział, że w pierwszy dzień po zakończeniu wakacji chodzi tylko o odebranie rozkładówek.

– Witajcie – zaczął, wchodząc do środka i nawet nie spoglądając na uczniów. Stres uderzył w niego z nową siłą, w dodatku za nic nie chciał odpuścić. Tom niemalże upuścił karteczki z planami lekcji, kiedy stawał za wielkim, drewnianym biurkiem.

– Wiem, że to dziwne, że anglista przynosi wam plany lekcji – zaczął, próbując trochę rozbawić młodzież, mimo tego, nadal nie patrzył na klasę. – Ale ja jestem zaskoczony tak samo jak wy, więc miejmy już to z głowy. Na pewno nie chcecie tracić całego przedpołudnia w szkole.

Uczniowie nie roześmiali się, ale zgodnie przytaknęli nauczycielowi. Tom odetchnął głęboko i podniósł głowę, by popatrzeć na uczniów.

Wtedy go zobaczył.

Thora.

To znaczy, Chrisa. Siedział na końcu klasy, tuż przy oknie, otoczony grupką swoich przyjaciół. Wyglądał na naprawdę zaskoczonego, ba! Chris wyglądał dokładnie tak jak Tom, czyli jak ktoś, komu właśnie objawili się kosmici, w dodatku tacy z zielonymi różkami i rurkami do wysysania mózgów.

Hiddleston z trudem powstrzymał nawałnicę myśli, która gwałtownie zalała jego umysł. Odstawił wszystkie pytania na bok –jak to możliwe? Naprawdę przespał się z uczniem!? – i nieobecnym wzrokiem jeszcze raz omiótł klasę.

– Zacznijmy więc – mruknął, dość niezręcznie.

Tom nie wiedział, jak to zrobił, ale zmusił się do rozdawania uczniom ich planów. Udało mu się nie pomylić żadnego nazwiska, ani nie zająknąć. Do czasu.

– Chris… – Zaczął Tom i o wiele za długo wpatrywał się w zadrukowaną kartkę papieru. – Chris Hemsworth.

Tom obawiał się spojrzeć w stronę swojegosobotniego kochanka. Nie wiedział, co powinien zrobić, co powinien myśleć o tej sytuacji a co dopiero, jak z niej wybrnąć. Mimo tego, automatycznie podniósł głowę i spojrzał. Chris wydawał się już otrząsnąć z nieoczekiwanego szoku i dziarskim krokiem ruszył w stronę nauczycielskiego biurka.

– Twój plan – mruknął Tom, uciekając wzrokiem, kiedy Chris na niego spojrzał.

– Chyba musimy porozmawiać – wyszeptał Chris, ledwo poruszając wargami i upewniając się, że oprócz Toma nikt go nie usłyszał.

Hiddleston rozszerzył oczy w gniewie. Oczywiście, że musieli porozmawiać. Nie mógł sobie pozwolić na zrujnowanie kariery. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek dowiedział się, że nowy anglista z Luizjany jest gejem i w dodatku poderwał ucznia!

Tom czując, że zaraz śniadanie i niedzielna kolacja podejdą mu do gardła, zacisnął rękę na brzuchu. Pozbierał się do kupy i rozdał pozostałe plany lekcji, usilnie próbując nie patrzeć na Chrisa i nie zemdleć z wrażenia.

cdn.

Tekst nie widział bety. Jeśli wyłapaliście jakieś błędy będę wdzięczna za wytknięcie ich :D

Bez komentarzy nie ma rozdziałów i Szczęśliwego Nowego Roku!