Dla Cainmak. Miało być o Guertenie.
Mała zdrajczyni
To był, w gruncie rzeczy, kaprys. Pragnienie, które Guertena znalazł w sobie pewnej nocy, mimowolnie rozmyślając o... bliskich, nazwijmy to. Kochankach, żonach, dzieciach, wnukach. Opuszczali go, wszyscy – jedni wprost, inni stając tak nieznośnymi, że sam musiał ich zostawiać.
Jego córka. Jego śliczna córka: krucze włosy, śniada cera, orzechowe oczy. Poświęcił jej wszystko – wszystko, co mógł, jako malarz, jako artysta, wszystko w rozsądnych granicach, myślał gorzko. Może miewał wady, złe nastroje; kto nie ma? A artysta przecież musi, jego emocje to jego praca, dziedzictwo, ślad (w encyklopedii będzie jej imię, „Guertena – włoski malarz, XXI wiek (...) dzieci: córka Anna..", będzie jej imię, tylko dzięki jemu).
Był taki szczęśliwy po jej narodzinach. Dedykował jej kolejne prace, dawał w prezencie dzieła warte fortunę.
Dzisiaj nawet nie dzwoniła. Należące do siebie obrazy ojca oddała na cele charytatywne. Dzieci, poświęcamy im wszystko, a one odchodzą, a one zawsze nas zawodzą, nigdy nie rozumieją.
I tak dumając, odkrył, że pragnie lepszej córki. Potomstwa idealnego. Posłusznego, rozumiejącego, współczującego. Takiego, które nigdy, przenigdy nie odejdzie. Potrzeba matką wynalazku; odkrył środki. Płótno. Wizja artysty. Dziewczynka, która na zawsze pozostanie jego małą. Mary, odbiciem jego myśli. Portret, potrzebował tylko jej portretu, a rzecz się urzeczywistni, pojął.
Mówił do niej, malując. Widywał ją, kątem oka. Słyszał głos. W końcu życie z Mary weszło mu w nawyk. Wiedział, że inni traktują to jako ekscentryczny wybryk starego artysty, ale niespecjalnie go to obchodziło. Jego córka, lepsza, prawdziwa córka, była takim cudownym dzieckiem! Znała go lepiej niż on sam i, nade wszystko, nigdy, nigdy, nigdy nie zamierzała opuścić.
Odwlekał zakończenie pracy. Może to było przeczucie. Bo kiedy wreszcie uznał rzecz za zamkniętą, dziewczynkę za istniejący malunek, prawdziwy malunek, kiedy ją wydał na świat – nadeszła klęska. Jak z Anną, zupełnie jak z Anną.
Mary zaczęła grymasić. Zaczęła żądać. Jej osobowość nie była już odwzorowaniem tej Guerteny. Nabrała innych cech, cech, jak pojął poniewczasie, wziętych ze świata obrazu, z fizyczności farby, stawiającej opór, materialność płótna i pędzla. Mary, skoro zaczęła istnieć poza jego głową, przeistoczyła się w odrębny, obcy byt. Zrozumiał, że pragnienia wcale nie znalazł w sobie, one go naszło, przybyło skądinąd; nieważne, czy z podświadomości czy jego przeszłego „ja". Nie było jego. Nie-samowite.
Obcy byt, który, jak pojął w trakcie jednej z nadal miłych pogawędek o świecie zewnętrznym (kiedy pytała tak zaciekawiona rzeczywistością, tak zafascynowana tamtymi, tak chętna do poznania tego, co na dworze), również zapragnie opuścić swego ojca.
