Sten wyzdrowiał i był w pełnej kondycji fizycznej. Obecność Wynne bardzo przysłużyła się całej grupie, bowiem każde z nich maiło większe bądź mniejsze dolegliwości spowodowane walkami oraz warunkami w jakich przebywali. Piękna pogoda powoli chyliła się ku kresowi swoich możliwości. Słońce coraz częściej chowało się za chmurami a wiatr przynosił ze sobą ciężkie, czarne chmury z których padał deszcz. Isabella siedziała przy ognisku. Swoje czarne włosy upięła w niesforny kucyk. W rękach trzymała mały nożyk, którym odcinała kawałki suszonego mięsa, które kupiła w
„Rozpieszczonej Księżniczce" . Na plecy miała zarzucony lekki wełniany koc. Z każdym kolejnym podmuchem wiatru otulała się szczelniej starając się zachować ciepło.
- Musimy porozmawiać – Alistair przysiadł się obok przyjaciółki. Większość osób jeszcze spala. Sten wycieńczył wszystkich poprzedniego dnia do granic możliwości. Olbrzym nie potrafił przeboleć tego, że tak wile dni leżał w bezruchu i postanowił nadrobić ten czas pożądanym treningiem z każdym z towarzyszy. Isabella odstawiła nóż na ziemię i sięgnęła po żelazny kubek leżący przy ognisku.
- Niby o czym Alistairze? – spojrzała kątem oka na mężczyznę.
- Robi się coraz zimniej. Nie możemy przecież zimować w lesie, nasze organizmy tego nie wytrzymają.
- Wiem o tym – jej niebieskie oczy zwróciły się ku blondynowi – Od dwóch dni zastanawiam się gdzie powinniśmy się udać. Na gospody nas nie stać, noclegi są coraz droższe, z powodu Plagi ludzie wpadają w panikę, zapasy się kurczą, bo pomioty grabią farmę po farmie.
- A ja myślę, że mam dla nas rozwiązanie. Możemy udać się do Redcliffe. Arl przyjmie nas z otwartymi ramionami, w końcu mnie wychował.
- Nie zapominaj co powiedział nam ten rycerz z Redcliffe, kiedy byliśmy w Lothering.
- Skąd wiesz, może już wyzdrowiał i ma się dobrze – Alistair nie tracił nadziei. Couslandówna wstała z ziemi otrzepując skórzane spodnie. Blondyn patrzył wyczekująco na dziewczynę.
- W porządku. I tak nie mamy innego wyjścia. Przygotuj wszystkim jakieś treściwe siadane, a ja ich obudzę i poproszę, by się już pakowali. Jeśli wyruszymy do dwóch godzin to wieczorem powinniśmy być już w Redcliffe.
- A więc w drogę – Zevran wypiął dumnie pierś, jego zbroja idealnie podkreślała jego największe atuty fizyczne, co nie umknęło uwadze Isabelli i Alistairowi. Oboje przez chwilę świdrowali wzrokiem elfa, by po chwili z rumieńcem na twarzy obrócić się w inna stronę.
- Nie rozumiem skąd ten pospiech, kadan – Sten stał wyprostowany, z głowa uniesiona do góry. Jego wzrok był stanowczy oraz spokojny.
- Robi się coraz zimniej, musimy znaleźć jakieś schronienie na ten okres.
- A ja, jestem tego samego zdania co ostrouchy – Oghren z zadowoleniem dzierżył w dłoni jedną z butelek alkoholu, które kupił mu Zevran – Uważam, że powinniśmy czym prędzej ruszać, pomioty wolą chodzić wieczorami ,a mi się nie uśmiecha trafić na te bestie – wzdrygnął się krasnolud.
- Dlatego też wyruszamy teraz – powiedziała delikatnym lecz stanowczym głosem Strażniczka. Wyminęła grupę i ruszyła przodem, mabari jak zawsze w dobrym nastroju wyprzedził swoją panią biegnąc przed siebie. Reszta grupy z ociąganiem zaczęła kroczyć za swoją liderka.
- Myślę, że to doskonały pomysł. W Redcliffe będziemy bezpieczniejsi niżeli w tym lesie, nieraz podczas polowań odstrzeliwałam pojedynczych hurloków, zapewne zwiadowców.
- I teraz nam to mówisz dziewczyno? – Morrigan z niedowierzaniem pokręciła głową idąc ramię w ramię z rudowłosą.
- Nie chciałam was martwić, sama robiłam obchody po okolicy, powinnaś być mi wdzięczna.
- Oczywiście jestem, ale pomyślałaś chociaż raz, co by się stało, gdyby pomioty skojarzyły fakt że ich zwiadowcy nie wracają?
Leliana odwróciła głowę obrażona. Często stroiła fochy. Była dorosłą kobietą, jednakże mentalnie pozostawała młodą dziewczyną. Isabella krocząc na przedzie z Zevranem u boku uśmiechała się rozbawiona rozmowami towarzyszy.
- Z czego się śmiejesz? – zapytał szeptem elf.
- Z dziewczyn z tyłu, a dlaczego szepczesz? – odpowiedziała cicho czarnowłosa nachylając się lekko ku blondynowi.
- Śniłaś mi się wiesz? Miałaś na sobie…
- Przestań – zaśmiała się dziewczyna dotykając z leksza dłoni elfa. Alistair podążający zaraz za tą dwójką obserwował tą scenę z narastającą frustracją. Nie wiedział co łączy tych dwoje, ale po ich zachowaniu zaczynał wysuwać niepokojące wnioski. Sam dokładnie nie wiedział o kogo był zazdrosny. Nie. Zazdrość to zbyt moce słowo. Skarcił się w duchu templariusz. Z ponurych myśli wyrwał go Oghren ,który przez przypadek się na niego zatoczył.
- Ło przepraszam mości rycerzu – zaśmiał się – jak ci mija dzień hę?
- Cudownie – odpowiedział oschle Strażnik.
- Mi też – twarz Oghrena okalał ogorzały rumieniec.
- Ile już dzisiaj wypiłeś?
- Za mało – zaśmiał się donośnie – Nie no, ale tak poważnie. Co cię trapi? Widzę twoją minę i twój wzrok.
- Nie rozumiem co insynuujesz – rycerz spojrzał na krasnoluda starając się zachować najwyższą powagę. Orzamarski wojak spojrzał w górę świdrując wzrokiem twarz blondyna.
- Stary Oghren widzi co się świeci. Ta dwójka z przodu, oni cię drażnią jo?
- Nic się przed tobą nie ukryje – Alistair pokręcił głową.
- Jestem nikłych rozmiarów, wejdę w każdą szparę – po paru sekundach krasnolud wybuch grubiańskim śmiechem, kiedy zdał sobie sprawę jak zabrzmiały jego własne słowa.
Na samym końcu bacznie obserwując wszystkich szli w ciszy Sten i Wynne. Olbrzym nie raczył nawet spojrzeć na czarodziejkę. Czuł w głębi serca, że musi się odezwać. Tak nakazywał mu jego honor.
- Dziękuję.
Wynne z początku nie zwróciła najmniejszej uwagi, iż szary olbrzym się do niej odezwał. Dopiero po chwili dotarł do niej sens słów potężnego qunari. Spojrzała ciepło w żółte oczy mężczyzny.
- Nie ma za co mój drogi – odpowiedziała ciepło – To był mój obowiązek, pomóc ci.
- Mimo to, dziękuję. Wiedz też kobieto, że masz u mnie dług wdzięczności, gdy znajdziesz się w potrzebie, mój miecz rozpłata twych wrogów wpół.
Słońce niespiesznie chyliło się ku zachodowi, a nietypowa grupa podróżnych dotarła na obrzeża Redcilffe. Kiedy weszli do miasteczka nie zastali żywej duszy. W domostwach nie paliły się światła. Ośmioosobowa grupa z mabari i boku stała na rynku patrząc po sobie w ciszy. Zamek górujący nad osadą zdawał się być pogrążony w głębokim śnie. Jedynym odgłosem był wodospad, którego szum odbijał się echem od czerwonych skał.
- Może jest jakieś nabożeństwo – Leliana postanowiła się odezwać jako pierwsza.
Alistair i reszta spojrzeli w stronę świątyni. Jej potężne wrota były szczelnie zamknięte. Nieśpiesznie zaczęli zmierzać w stronę domu modlitewnego.
- Coś tu nie gra – powiedział spokojnie elf – Te miejsce cuchnie śmiercią.
Isabella wyminęła wszystkich podbiegając do drewnianych wrót. Przycisnęła ucho do zimnej powierzchni starając się pochwycić choćby najdrobniejszy dźwięk dochodzący ze środka. Usłyszała lekkie łkanie dziecka.
- Ktoś tam jest, jakieś dziecko płacze – powiedziała do grupy, ścisnęła dłoń w pięść i z całej siły zapukała. Po drugiej stronie dało się usłyszeć krzyki. Czarnowłosa zapukała ponownie.
- Obywatele otwórzcie!
- Kim jesteś przybyszu? – Isabella usłyszała przytłumiony męski głos po drugiej stronie drewnianej bariery.
- Nazywam się Isabella Vanessa Cousland, jestem Szarą Strażniczką. Jest ze mną Alistair, wychowanek Arla Eamona.
Cała grupa stała w milczeniu czekając na odpowiedz. Coś zazgrzytało w drzwiach. Isabella ostrożnie wycofała się w tył. Potężne wrota stanęły otworem. Ich oczom ukazał się tragiczny widok. Przerażeni mieszkańcy stłoczeni w ciasnych murach świątyni, ranni mężczyźni, płaczące dzieci i kobiety. Pośród tego żałosnego obrazu stał wysoki mąż, kasztanowe włosy lekko opadały mu na twarz okalaną już gdzieniegdzie zmarszczkami. Na oko był po czterdziestce. W jego piwnych oczach znać było strach i determinację.
- Teaganie! – Alistair rzucił się mężczyźnie w ramiona, straszy pan objął młodzieńca ze łzami w oczach. Isabella gestem głowy nakazała swojej grupie wkroczyć do świątyni, Sten jakby czytając w myślach Strażniczce zatrzasnął wrota przekręcając potężny klucz oraz ryglując je ogromną krokwią. Młody templariusz odepchnął od siebie mężczyznę.
- Teaganie co tu się stało? Gdzie jest Eamon?
- Och Alistairze, myśleliśmy, że nie żyjesz, słyszeliśmy co się wydarzyło pod Ostagarem. A Loghain, ten parszywy.. – z oczu mężczyzny spływały łzy.
- Nie mamy na to czasu – Isabella przerwała tą wzruszającą scenę surowym głosem – Co tu się dzieję? Czemu wszyscy siedzicie przerażeni zamknięci w świątyni?
- Panienka Cousland jak mniemam – Teagan ukłonił się lekko – Przyjmij moje kondolencje, spotkała cię straszliwa tragedia. Twój ojciec był mi bliskim przyjacielem.
- Mój ojciec miał wielu przyjaciół, ale jak się okazało największy z nich wbił mu nóż w plecy. Dosłownie.
Zevran patrzył badawczym wzrokiem na niebieskooką dziewczynę, pamiętał kiedy rozmawiała z nim, o tym co się stało jej rodzinie. Wtedy płakała, a tu? Stała dumna, z podniesioną głową, głos nie załamał jej się ani na chwilę. Z jej postawy emanowała determinacja oraz siła. Była stanowcza, silna i niezależna. W tamtej chwili nie była tylko Strażniczką, była szlachcianką, która dumnie nosiła swoje rodowe nazwisko, jedyną spuściznę jaka została jej po ukochanym ojcu.
- Proszę mi wybaczyć. Tak wiele tragedii, tak wiele śmierci spotkało ostatnio nasz kraj oraz każdego z nas. Proszę, może przejdziemy dalej, w bardziej ustronne miejsce – Bann wskazał kierunek gestem ręki. Alistair ruszył przodem, doskonale znał tą świątynię, to tu za czasów dzieciństwa chował się bawiąc z innymi dziećmi.
- Zostańcie tu. Wynne, Morrigan, Leliano. Proszę udzielcie pomocy tym biednym ludziom. Chociaż tyle możemy dla nich zrobić. – powiedziawszy to udała się za dwójką mężczyzn. Rufus cicho zaskamlał i ułożył się na posadce zasypiając od razu.
W gabinecie wielebnej matki za biurkiem zasiadł Teagan. Alistair oparł się o półkę z książkami stojącą nieopodal. Isabella wchodząc zamknęła za sobą dwuskrzydłowe drzwi. Podeszła do biurka i oparła się o nie rękoma.
- A teraz mów- zażądała.
- Zapewne wiecie, że mój brat jest chory, nawet nie wiadomo czy jeszcze żyje – mężczyzna skrył swą zmartwioną twarz w dłoniach – Od ponad dwóch tygodni jesteśmy nękani przez potwory. Zmarli atakują wioskę, co parę nocy wychodzą z zamku, wychodzą z jeziora i mordują moich ludzi. Każdy kto był w stanie utrzymać miecz w dłoni, stawał w obronie, te cholerstwa ciężko zabić, dopiero gdy utnie się im łeb padają na ziemie.
- Nie rozumiem, chcesz nam powiedzieć, że jesteście atakowani przez żywe trupy wychodzące z zamku? - Alistair stal oniemiały.
- Dokładnie, trochę to nieprawdopodobne – Isabella przytaknęła przyjacielowi.
- Ala tak się dzieje. Wiem jak się dostać na zamku niezauważonym, ale samemu tam iść to misja samobójcza, a żaden z moich ludzi nie chce mi towarzyszyć.
Strażnicy spojrzeli po sobie i pokiwali głowami.
- Pomożemy. Musimy wiedzieć co się dzieje z Arlem, nie możemy tego tak zostawić. Teaganie, proszę się uzbroić. Ruszamy jeszcze dzisiaj w nocy.
Isabella z podniesiona głową wyszła z gabinetu trzaskając dzrwiami. Czarodziejki wraz z Lelianą opatrywały rannych. Sten, Oghren i Zevran stali przy drzwiach czekając na jakiekolwiek rozkazy.
- Widząc wyraz twojej twarzy mniemam, że dzisiaj nici z odpoczynku – Zevran wyprostował się uśmiechając się skromnie.
- Jak byś zgadł. Przygotujcie się, idziemy sprawdzić co się dzieje na zamku.
- W końcu jakaś rozrywka – Oghren zadowolony zacierał ręce – Mój topór od dawna nie był zroszony krwią.
- Nie jestem pewna czy będziemy walczyć, nie jestem pewna co tu się dokładnie dzieję.
- I tego właśnie musimy się dowiedzieć – Isabella spojrzała za siebie. Alistair stał wyprostowany, u jego boku stał Teagan. Oboje w gotowości dzierżyli swoje miecze gotowi na to co ma ich spotkać.
~Punky
