Schodzili po schodach w milczeniu. W wąskim korytarzu klatki schodowej ich ramiona stykały się ze sobą. Elf kątem oka patrzył na piękną twarz Isabelli. Jej mlecznobiała skóra ozdobiona była zaschniętymi kroplami krwi małego Connora, który teraz leżał bez życia na podłodze na piętrze.

Zevran zastanawiał się co się tam stało. Przez chwile kiedy otworzył drzwi zdawało mu się jakby widział jakąś postać znikającą w błękitnych płomieniach. Może to była prawdziwa forma demona którego zabiła niebieskooka. A może tylko jakiś omam.

Isabella Cousland czując wzrok elfa na sobie zwróciła twarz w jego stronę. Jego bursztynowe oczy wpatrywały się intensywnie w szafirowe tęczówki. Kobieta zmusiła się do lekkiego uśmiechu. Nie czuła wyrzutów sumienia z powodu tego co zrobiła. Uważała, że postąpiła słusznie. Gdyby dano jej drugą szansę, to ponownie zamordowała by chłopaka.

Skrytobójca odwzajemnił uśmiech. Bał się co powiedzą inni, kiedy się dowiedzą co zrobiła ich liderka. Morrigan, Oghren i Sten na pewno to zaakcentują. Ta trójka ma swoje własne priorytetu, którymi na szczęście Isabelli nie są mali bezbronni chłopcy. Gorzej z Alistairem i Lelianą. Młody Szary Strażnik przecież wychował się na tym zamku. Dorastał u boku arla Eamona i jego zony Izoldy. Mógł sobie tylko wyobrazić jak teraz musiał się czuć wiedząc, jakiego czynu dopuściła się Isabella. Natomiast Leliana. Ona była bardzo wrażliwą i uczuciową kobietą, która ponad wszystko ceniła sobie czyjeś życie. Sam doskonale pamiętał, kiedy się nim opiekowała, jak nad nim czuwała pomimo tego, że chciał ich zabić. Dobrze zapamiętał sobie wyraz jej niebieskich oczu kiedy po pierwszym dniu tortur przyniosła mu wody. Widział w nich ból. Cierpiała razem z nim. Współczuła mu. Później inne niebieskie oczy patrzyły na niego z pogardą chcąc zadać kolejną dawkę bólu.

Elf pokręcił głową odganiając od siebie myśli przeszłości.

- Wszystko w porządku? – spytała Isabella dotykając ramienia przyjaciela. Znała go. Od razu umiała wyczuć kiedy coś go trapiło. Antivańczyk przystanął i oparł się plecami o ścianę patrząc na kobietę. Dłonią dotknął jej ręki.

- Jestem po prostu zmęczony. To wszystko – skłamał.

- Nie oszukasz mnie. Wiem, że cos cię trapi. Już od wielu dni wydajesz się być nieobecny. Zamyślony. Nawet w niektórych przypadkach miałam wrażenie, że mnie unikasz. O ci chodzi?

Nie znosił tego. Nienawidził kiedy tak stała przed nim patrząc mu głęboko w oczy przeszukując spojrzeniem każdy zakamarek jego podłej duszy. Taka piękną. Taka niebezpieczna. Taka dzika.

- Wydaje mi się, że i tak kiedyś byśmy musieli porozmawiać – zaczął spuszczając wzrok nie mogąc dłużej wytrzymać jej przenikliwego spojrzenia – Chciałem cię zabić. Ty mnie pojmałaś i torturowałaś, w gruncie rzeczy bez powodu. W sumie to robiłaś to tylko dla samej popieprzonej satysfakcji.

Isabella stała słuchając elfa uważnie. Wiedziała, że prędzej czy później doszło by do tej niekomfortowej dla nich obojga rozmowy. Czując, że nie będzie ona jednak trwała długo oparła się o przeciwległa ścianę krzyżując jak to miała w swoim zwyczaju ręce na piersi. Zevran zamilkł na chwilę po czym wziął głęboki oddech i spojrzał na swoją prześladowczynie.

- Później stwierdziłaś, że jednak darujesz mi życie. Pomyślałem że jesteś najgłupszą osobą na świecie. Jednak później stwierdziłam iż chyba najbardziej bystrą, Isabello – odwrócił twarz w prawo patrząc w dół schodów. Tatuaż na jego twarzy dodawał mu łobuzerskiego wyglądu. W gruncie rzeczy Isabella nie wyobrażała sobie by Zevran nie miał by tatuażu. Nie był by wtedy sobą. Nie był by kompletny.

– Później się pieprzyliśmy – zaśmiał się – Cholera to był najlepszy seks w moim posranym życiu. I wtedy zrozumiałem. To ty – wskazał na nią palcem – to ty omotałaś sobie mnie nie ja ciebie. A miałem taki zamiar – pokręcił głową – W sumie nie będę ciągnął teraz tej rozmowy, bo jest to bez sensu – Strażniczka już chciała otworzyć usta chcąc coś powiedzieć jednak blondyn ja ubiegł uciszając głębokim pocałunkiem. Isabella stała jak oniemiała. Zaskoczyła ją jego szybkość. W oka mgnieniu spod ściany znalazł się przy niej przyciskając ja swoim ciałem do zimnej belki. Wpierw oddala kochankowi pocałunek jednak po ułamku sekundy odepchnęła go stanowczo od siebie oblizując wargi.

- Później. Dokończymy tą rozmowę później –wyszeptała i pospiesznie zbiegła schodami w dol.

Leliana klęczała nad budzącą się szlachcianką. Wilgotnym ręcznikiem ocierała z jej twarzy zaschniętą krew jaka pozostała po mocnym uderzeniu Isabelli. Izolda nieznacznie uchyliła oczy. W pierwszej chwili nie pamiętała co się wydarzyło i dlaczego tak potwornie boli ją głowa. Kiedy ujrzała nad sobą pochylającą się rudowłosą kobietę zrozumiała. Niczym oparzona wstała na nogi. Chwiejąc się spojrzała pytającym wzrokiem na Alistaira, który stal oparty o futrynę. Rycerz posłał żonie arla spojrzenie wyrażające współczucie.

- Mój syn…moje dziecko – Izolda rozglądała się z panika po pomieszczeniu – Gdzie jest Connor?

- Nie żyje – Isabella wyprostowana wkroczyła do komnaty nie racząc nawet spojrzeć na zrozpaczoną matkę chłopca. Wyminęła kobietę pod którą ugięły się kolana. Przeszła dalej chodząc pomiędzy martwymi i nieprzytomnymi ludźmi arla. Szukała Teagana. Musiała go ocucić i z nim porozmawiać. Izoldą może się zając Alistair jak tak bardzo jej współczuł.

Znalazła go. Leżał na środku posadzki. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w miarowych odstępach czasu. Strażniczka odetchnęła z ulgą przyklękając nad szlachcicem.

- Jak mogłaś to zrobić?! – w pomieszczeniu słychać było krzyk matki, która właśnie straciła swoje dziecko – Jak?! Też jesteś kobietą?! A gdyby to było twoje dziecko i ktoś miał by je zabić?!

Isabella z wzrokiem wyrażającym największą irytację spojrzała w kierunku zrozpaczonej arlesy.

- Gdyby było to moje dziecko, to już dawno wylądowało by w Kręgu po to właśnie, by nie dopuścić do takiej tragedii – powiedziała przez zaciśnięte zęby – Jesteś sama sobie winna głupia kobieto. A teraz daj mi ocucić tego biedaka, który do twojej wiadomości leży tu przez ciebie, bo nie potrafiłaś zapanować nad własnym sy…

- DOSYĆ!

Wszyscy spojrzeli na Alistaira, który nie potrafił już nad sobą panować. Na jego czole można było zauważyć pulsującą żyłkę zdradzającą zdenerwowanie rycerza.

- Izodla straciła dziecko. Ty je zabiłaś. Może rzeczywiście nie miałaś innego wyboru ale na Stwórcę Isabello zamilcz!

- To ty ja ucisz. A raczej przygotuj na to jaki widok czeka ją na piętrze – Isabella powiedziała to niemal szeptem. W jakiś sposób rozumiała tą kobietę. Właśnie straciła kogoś bliskiego. Rodzinę. Wiedziała co ona czuje. Jednak nic nie usprawiedliwia jej przed tym, że nie oddala syna w ręce magów. Pewnie chłopak żył by szczęśliwie do teraz, tak samo jak i wieśniacy, których zabił dla zabawy pod wpływem demonicy.

- G..g..gdz..gdzie ja jestem?

- Na zamku arla Teaganie – Isabella nachyliła się nad szlachcicem – Pamiętasz mnie?

Brat arla uniósł się na łokciu z posadzki patrząc po wszystkich. Miał pustkę w głowie. Ostatnia rzecz jaką pamiętał było to jak wchodził na zamek. Pamiętał jak zobaczył Connora w towarzystwie swojej matki a potem pustka.

- Co się stało? Gdzie jest Connor?

Isabella spuściła wzrok starając się nie patrzeć szlachcicowi w oczy. Cała drużyna stała w ciszy. Tylko Alistair stal wyprostowany świdrując swoją przyjaciółkę morderczym spojrzeniem. Izolda wsparta na ramieniu wychowanka swojego męża łkała cicho.

- Opętał go demon, Teaganie – Couslandówna wstała podając dłoń mężczyźnie – Musiałam…zrobiłam to, co było najlepsze dla wszystkich.

Teagan wpatrywał się w młodą szlachciankę nie mogąc w pierwszej chwili wydusić słowa. Po chwili jednak dotknął ramienia młodej kobiety uśmiechając się smutnie.

- Rozumiem cię. Gdzie jest jego ciało?

- Na piętrze. Zapewne jest tam Zevran.

- Ten elf? – spytał brązowowłosy. Strażniczka czując, że nie ma nic więcej do powiedzenia skinęła tylko głową.

Wieczór na zamku Redcliffe był chłodny. W komnatach słychać było tylko cisze. Zamek pogrążony był w żałobie. Redcliffe doznało tragedii. Wiele osób zginęło. Zginał niewinny chłopiec przed którym było jeszcze cale życie.

O zachodzie słońca na zamek przybyła Wynne wraz z Rufusem w eskorcie posłańca.

W ogromnej jadalni tliły się świece nadając pomieszczeniu jeszcze bardziej przygnebiającej atmosfery. Przy potężnym drewnianym stole sierdziła cała drużyna Strażniczki w towarzystwie banna Tegana. Arlesa Izolda nie wstawiła się na kolację tłumacząc się żałobą. Chciała w spokoju opłakiwać tragicznie zmarłego synka.

- Widzę wiec, że wasza sytuacja jest nieciekawa – powiedział starszy szlachcic.

- Wybacz Teaganie – opowiedział Alistair – Nie chcieliśmy, by tak wyszło lecz niestety nie mieliśmy wyboru – spojrzał naprzeciw ku Isabelli.

- Alistairze proszę cię – Isabella spojrzała po wszystkich – Nie mamy gdzie się zatrzymać. Idzie zima. Nie mamy możliwości koczowania po lasach.

- Rozumiem panienko.

- Proszę. Mów mi Isabello.

- Dobrze. Isabello, jak już wiece mój brat jest w śpiączce. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle się z niej wybudzi. Izolda jest niezdolna do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Działa zbyt emocjonalnie. Dopóki Eamon nie powróci do zdrowia to ja tu rządzę. Jestem niezmiernie wdzięczny za ocalenie mieszkańców pomimo że za taka cenę – uśmiechnął się smutno – Zostańcie na zamku ile tylko chcecie. Sennivio – zwrócił się do drobnej elfki w białych włosach zmywającą podłogę.

- Tak panie? – dziewczyna była wyraźnie jeszcze wystraszona zaistniałymi wydarzeniami.

- Sennivio moja droga, przyszykujesz naszym gościom komnaty, po czym wskażesz im do nich drogę. Z racji tego, że jest ich aż ośmioro poproś do pomocy Maene.

- Oczywiście Panie – ukłoniła się nisko i opuściła jadalnie.

Isabella wstała od stołu. W jej ślady poszła reszta drużyny. Po twarzach każdego z nich Strażniczka widziała bijące od nich zmęczenie oraz wyczerpanie. Przebyli długą drogę. Do tego doszła późniejsza walka oraz emocje związane z jej występkiem.

- Jaśnie Pan ratuje nam tyłki – Oghren ukłonił się nisko.

- Tak, jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Gdyby była potrzebna jakakolwiek pomoc w obejściu niech Pan da nam znać – dodała Leliania.

Isabella stała przed lustrem, które miało pięknie zdobioną mahoniową ramę. Po obu jego stronach pięły się liście winorośli. Na samej górze widniała bardzo szczegółowo odwzorowana głowa niedźwiedzia. Na tafli zwierciadła w prawym górnym rogu znać było małe pęknięcie. Szlachcianka patrzyła na swoje obicie. Oprócz niej w tafli odbijało się wnętrze komnaty, w której miała spędzić najbliższy czas. Za nią dwuosobowe łoże wykonane z dobrej jakości drewna pokryte było przy oparciu poduszkami w stonowanych kolorach. Na białej pościeli leżał granatowy koc w kartkę. Mała komódka stojąca w rogu pokoju była na tyle duża, by pomieścić wszystkie rzeczy jakie miała przy sobie dziewczyna.

Szafirowe oczy przyglądały się czarnowłosej kobiecie nakładającej na nagie blade ciało cienką i zwiewną koszulę. Długie nogi gdzie nie gdzie były skalane siniakami i bliznami. Wzrok skierował się ku górze. Różowe brodawki skryły się już pod materiałem. Na obojczyku widniało małe rozcięcie, które zapewne powstało podczas walki z ożywieńcami. Na chwilę wzrok czarnowłosej spoczął na lewym policzku. Na bliźnie, której tak nienawidziła. Tak naprawdę niegdyś nie zawracała na nią uwagi. Może też dlatego, że w miejscach w jakich bywała nie było luster, w których mogła by się przejrzeć. Teraz stała właśnie tu. W tej komnacie. Na zamku w Redcliffe i patrzyła na skazę na swoim ciele.

Po chwili do uszu dziewczyny dobiegło pukanie.

W pierwszej chwili się wystraszyła. Strach jednak szybko minął przypominając sobie na kogo czekała. Pospiesznie zarzuciła na siebie bladoniebieski szlafrok, który dostała od Sannivy z polecenia banna.

- Isabello jesteś tam? – dobieg ja znajomy glos zza drzwi.

- Tak, wejdź.

Mosiężna klamka ustąpiła pod naciskiem dłoni elfa. Do środka wszedł Zevran. Stanął na wprost okna zamykając za sobą drewniane wrota. Światło księżyca padające do pomieszczenia nadało mężczyźnie iście bajecznego wyglądu. W białej koszuli nie dopiętej przy szyi oraz w ciasnych czarnych spodniach wyglądał jak mityczna istota wyjęta z baśni dla dzieci. Jego bursztynowe oczy jarzyły się w mroku.

- Aż tu doszedł wszechobecny ponury nastrój jaki panuje w zamku?

- Jak widać – dziewczyna odparła kierując się do małego okrągłego stolika, który był przyozdobiony suszem z kwiatów. Usiadła na jednym z foteli. Poczuła lekką błogość siedząc w wygodnym, ciepłym meblu. Elf bez wąchania dosiadł się do Strażniczki zajmując drugi wolny fotel. Rozejrzał się po pokoju.

- Całkiem ładnie – powiedział – Mi przypadło znosić towarzystwo Oghrena. Na moje nieszczęście lub szczęście upił się i zasnął. Niestety jak to on ma w zwyczaju chrapie tak, że własnych myśli nie słychać.

Isabella zaśmiała się cicho pod nosem.

- Gdzie twój pupilek? – Zevran spytał zauważając brak ogara bojowego w komnacie.

- Śpi w psiarni. Stwierdziłam, iż przyda mu się towarzystwo swoich.

Siedzieli w ciszy starając się sobie nie patrzeć zbytnio w oczy.

-Zevranie. Ta sytuacja na schodach. O co ci chodziło? – Strażniczka spytała zmieszana. Skrytobójca oparł się wygodnie zakładając nogę na nogę patrząc na kobietę przed sobą.

- Nie wiem, o czym mówisz – zadrwił.

- Błagam cię Zev, chociaż raz nie zachowuj się jak dupek. Ja wariuje rozumiesz? Czuję, że sobie nie radzę i wtedy zaczynam tracić kontrole. Rozumiesz ze nawet zabicie tego dzieciaka nie sprawiło mi trudu? Zrobiłam to bez mrugnięcia okiem a co jest najgorsze – nachyliła się nad stołem – Podobało mi się.

- Już ci kiedyś powiedziałem. Jesteśmy tacy sami. Oboje jesteśmy popieprzonymi osobami nie mającymi skrupułów. Śmiem twierdzić że przewyższasz mnie o stokroć – zaśmiał się.

- Nie zmieniaj tematu. Co miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś zacytuje „to ty omotałaś sobie mnie nie ja ciebie. A miałem taki zamiar"?

Zevran westchnął wypuszczając ze świstem powietrze z płuc. Pochylił lekko głowę opierając łokcie o kolana. Złocista fala włosów przysłoniła mu twarz. Niebieskie oczy wpatrywały się w niego intensywnie czekając na odpowiedz.

- Dobrze wiesz jakie dostałem zlecenie. Moja duma i honor nie pozwoliły by mi nie dokończyć zadania. Kiedy postanowiłaś mi darować życie miałem plan. Widziałem w twoich oczach twój strach, twoje słabości i to jak na mnie patrzyłaś.

Isabella zesztywniała słysząc słowa mężczyzny. W jej piersi serce zaczęło bić jak oszalałe. Elf podniósł wzrok na szlachciankę.

- Postanowiłem wtedy, że zostanę dla ciebie kimś ważnym. Chciałem byś mnie zapragnęła byś się przede mną otworzyła i strąciła czujność. Tak, bym ja mógł dokończyć to co zacząłem – zaśmiał się zdenerwowany – Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tawernie, wtedy gdy uratowałaś Wynne, zacząłem mieć wątpliwości. Byłem na ciebie wściekły nie mając nawet powodu. Dlatego tak później cię potraktowałem.

- Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem – Isabella podkuliła nogi chowając kolana pod koszulą jak mała dziewczynka.

- Chcę powiedzieć, że z mojej strony nie grozi ci już żadne niebezpieczeństwo – powiedział jednym tchem wstając i kierując się do wyjścia. Isabella nie namyślając się zeskoczyła z fotela. Podbiegła do drzwi opierając się o nie plecami. Dłoń Zevrana była już zaciśnięta na klamce. Wyglądało to tak jakby obejmował czarnowłosą w pasie. Jego policzek znajdował się przy jej policzku.

- Wypuść mnie- poprosił szeptem.

- Nie – odparła równie chicho lecz stanowczo.

- Isabello – spojrzał w jej niebieskie oczy – Nie chcę tego. Nic o mnie nie wiesz, nie wiesz kim jestem. Nie wiesz kim byłem.

- Więc mi opowiedz – poprosiła przez ściśnięte gardło. Nie mogła uwierzyć w to co Zevran jej powiedział. Kiedy usłyszała, że chciał ją zabić nie była zaskoczona. Zaskoczył ją tym, że on już tego nie chce. Chce by żyła.

- To długa historia – odparł. Dziewczyna odepchnęła go od drzwi kładąc mu dłonie na twardym torsie. Czuła pod opuszkami palców ciepło bijące z jego ciała. Spojrzała w górę szukając jego złotych oczu.

- Noc też jest długa. A jeśli nie wystarczy, to będzie kolejna i następna. Chcę cię poznać. Pozwól mi Zevranie. Ty mnie już znasz, pozwól mi poznać ciebie.