Dawno temu w Detroit

Rozdział 3 – Był sobie futbolista

Yuuri nie pamiętał, jak znalazł się w szpitalu. Jego wspomnienia z ostatnich dwóch godzin były zlepkiem zamazanych obrazów i zniekształconych dźwięków. Jedynym momentem, który widział i słyszał wyraźnie… aż zbyt wyraźnie, był moment rozmowy z Jennifer.

- Wymyśliłaś to sobie.

- Słucham?

- O tych dzieciakach… to kłamstwo, prawda?

- Yuuri, po co miałabym kłamać?

Ta scena rozgrywała się w jego głowie raz za razem. Odkąd ciało Phichita uderzyło w lód, widział ją nieustannie – z otwartymi i zamkniętymi oczami. Próbował przestać… chciał przestać, ale nie był w stanie. Część jego umysłu, która odpowiadała za poczucie winy, bezlitośnie wciskała przycisk „replay". Jakby licząc na to, że Bogowie zawrócą bieg czasu i pozwolą na ponowne przeżycie dzisiejszego ranka.

- …ri! Yuuri!

Czyjś głos próbował ściągnąć go na ziemię. Yuuri otworzył oczy.

On i Jennifer byli jedynymi ludźmi w poczekalni. W korytarzu panował półmrok, a nad wielkimi metalowymi drzwiami wyświetlał się duży czerwony napis „NIE WCHODZIĆ". Katsuki zaczął powoli przypominać sobie, gdzie jest i co tu robi.

- Yuuri… - odezwała się ponownie Jennifer – To nie była twoja wina.

Jej ton był troskliwy i łagodny. Podobnym głosem mogłaby pocieszać wystraszone dziecko. Yuuri czuł, że nie zasługuje na taki ton. Mocniej zaciskając dłonie na materiale spodni, potrząsnął głową.

- Yuuri, to była ruletka. – przekonywała dziewczyna – Na lodzie nie było niczego widać. A ten wypadek… on… mógł się przytrafić któremukolwiek z was. Miałeś dokładnie takie same szanse jak Phichit. Bóg po prostu wybrał jego.

- To nie Bóg dokonał wyboru! – krzyknął Japończyk.

Był zaskoczony swoim wybuchem w tym samym stopniu, co Jennifer.

- Mówiłaś, że… że… że nie jest bezpiecznie. – ciągnął, coraz mniej nad sobą panując – A ja nie posłuchałem cię, bo… bo…

Urwał i pokręcił głową. Nie miało żadnego znaczenia, dlaczego jej nie posłuchał. Wychodząc na lódł był hazardzistą. Postawiono przed nim dwie karty: na jednej Jennifer kłamała, na drugiej mówiła prawdę. Jego błąd nie polegał na tym, że wskazał złą kartę. Jego błąd polegał na tym, że dokonując wyboru, położył na stole bezpieczeństwo swoje i Phichita.

- Yuuri, po co miałabym kłamać?

Owszem, miał powody, by oskarżyć koleżankę o oszustwo. To jednak nie dawało mu prawa do podejmowania takiego ryzyka! Do diabła, nawet gdyby Jennifer była mitomanką, próbującą przekonać wszystkich, że ma ojca prezydenta i matką zakonnicę, Yuuri nie miał prawa tak ryzykować! Pewnych rzeczy się nie stawiało się na szali… zdrowie najlepszego przyjaciela było jedną z nich.

Ramiona Katsukiego zatrzęsły się od coraz większego poczucia winy. Wreszcie japoński łyżwiarz nie wytrzymał - ukrył twarz w dłoniach i zaczął szlochać.

- Yuuri…

Jennifer próbowała go przytulić, jednak odskoczył od niej, jak oparzony. Z miną zapędzonego w kozi róg zwierzęcia, zerwał się z krzesła.

- Z-z-zostaw mnie! – krzyknął, patrząc wszędzie, tylko nie na na koleżankę – J-ja… ja nie potrzebuję… nie chcę…

Sam nie wiedział czego „nie potrzebuje" i „czego nie chce". Wiedział jedynie, że ostatnim, na co miał ochotę, było wypłakiwanie się w czyiś ramionach. A już zwłaszcza JEJ ramionach! Ona już i tak widziała za dużo! Widziała go dukającego przeprosiny za coś, co nie było jego winą… wymyślającego idiotyczne tłumaczenia w celu ukrycia chomika przyjaciela… rumieniącego się na widok obściskującej się pod drzewem pary. I co? Miał się jej jeszcze pokazać jako rozbeczany słabeusz? Nie… nie, nie, NIE! To zbyt wiele! Spędził połowę swojego życia, próbując ukryć tę część siebie. A teraz, gdy osoba, której nawet nie lubił, wywlekła tę część wbrew jego woli, czuł się gorzej, niż gdyby stał przed nią zupełnie nagi.

Nie mógł zostać tutaj ani chwili dłużej! Nie potrafił stać tutaj, odarty ze swojej skorupy. Ucieczka… musi uciec!

Odwrócił się, by pobiec do łazienki, jednak jego głowa rozpłaszczyła się na czymś twardym. Tym czymś okazał się muskularny tors Jacka. Amerykanin gniewnie zmarszczył brwi:

- Przywiozłem z lodowiska twoją torebkę. – zwrócił się do Jennifer – Staruch od zamboniego siedzi w kafejce.

- Och. – Yuuri usłyszał cichutki głos dziewczyny – Och, to dobrze. Dziękuję, że się tym zająłeś.

Jack skinął głową.

- A ty czego beczysz? – warknął na Katsukiego – Ugh, ten obsmarkany nos wygląda obrzydliwie! Jak masz tak wyglądać, to lepiej idź do kibla.

Ciężko było nie posłuchać sugestii. Yuuri tak czy siak planował to zrobić. Ignorując nawoływania swojego imienia przez Jennifer, wyminął przerażającego futbolistę i zerwał się do biegu. Jego głowa krążyła na wszystkie strony wypatrując znajomego symbolu WC. Na szczęście, łazienka znajdowała się tuż za rogiem.

Dziękując Bogom, że szpital był wyludniony i nikt inny nie musiał iść za potrzebą, Japończyk wpadł do najbliższej kabiny i przekręcił zamek. Kojąca cisza i obecność jedynie czterech białych ścian były wszystkim, czego potrzebował, by kompletnie stracić panowanie nad sobą. Przez trudny do określenia okres czasu siedział zwinięty w kłębek w kącie obok sedesu i z twarzą ukrytą między kolanami głośno łkał. Nie pamiętał już nawet, z jakiego powodu. Wiedział jedynie, że w piersi nagromadziło mu się za dużo bólu… i że potrzebował w jakiś sposób to wszystko z siebie wyrzucić.

Ukojenie przyszło po wysmarkaniu połowy rolki papieru toaletowego. Chociaż jeszcze kilka minut temu nie wierzył, że było to możliwe, Japończyk zaczął znowu trzeźwo myśleć.

Nie mógł spędzić całego dnia w tej kabinie. Tu nie chodziło o niego, tylko o Phichita. Niezależnie od tego, co powiedzą lekarze, tajski łyżwiarz będzie potrzebował wsparcia. Napis nad drzwiami mógł w każdej chwili zmienić się z „NIE WCHODZIĆ" na „WCHODZIĆ". A Yuuri powinien… miał obowiązek być blisko, kiedy to się stanie. Niezależnie od tego, kto jeszcze był w poczekalni.

Przełykając ślinę i powtarzając sobie, że dla przyjaciela zniesie absolutnie wszystko, Katsuki opuścił bezpieczną przystań, jaką była dla niego męska łazienka. Może, jeśli będzie miał szczęście, to gdy wróci na swoją ławeczkę, nie zastanie tam ani Jacka, ani Jennifer?

Pobożne życzenia.

Yuuri zdał sobie z tego sprawę, jeszcze zanim skręcił we właściwy korytarz. O obecności dwóch najmniej pożądanych w danym momencie osobników dowiedział się z podniesionych głosów i odbijających się w oknie sylwetkach. Wszystko wskazywało na to, że trwała kłótnia. W normalnej sytuacji, Katsuki odwróciłby się i pognał z powrotem do kibla, jednak tym razem… tym razem musiał myśleć o Phichicie.

Kłótnie zwykle nie trwają długo. – przekonywał się – Po prostu poczekam, aż Ci dwoje się uspokoją i jak gdyby nigdy nic wrócę na moją ławkę.

Szanując prywatność Jacka i Jennifer, chciał cofnąć się o parę kroków. Niestety, zanim zdążył oddalić się na bezpieczną odległość, dotarł do niego fragment sprzeczki:

- … a odkąd twoja drużyna przegrała mecz, zachowujesz się jak kompletny dupek! Prawie nie można z tobą wytrzymać! Nie rozumiem, czemu nie pójdziesz do terapeuty, jak zrobiłby to każdy normalny człowiek!

- Jeśli ktoś tutaj potrzebuje terapii, to ty, skarbie. Mam już powyżej uszu tego, jak na moich oczach startujesz do innych kolesi! Kiedy dla zabawy flirtowałaś z ludźmi i uwieszałaś się na ramieniu, kogo popadnie, to jeszcze było do przyjęcia… Jestem wyrozumiałym facetem. Rozumiem, że nie można sobie zaprogramować osobowości. Gdy się z tobą wiązałem, wiedziałem, jaka jesteś i akceptowałem to. Tym razem jednak przesadziłaś, złotko. Zaangażowałaś się emocjonalnie, a ja nie zamierzam tego akceptować!

Yuuri nie był wścibskim człowiekiem. Wiedział, że nie powinien podsłuchiwać. Że to niegrzeczne… niewłaściwie… i w ogóle nie do zaakceptowania, ale… to było tak, jakby znalazł na korytarzu kartkę z rozwiązaniami do jakiegoś arcytrudnego testu. Jak dotąd Jack i Jennifer byli dla niego zagadką. A z tej krótkiej wymiany zdań dowiedział się więcej, niż zdołał wymyślić podczas trwającej dwie godziny dyskusji z Phichitem.

Drużyna Jacka przegrała mecz, a Jennifer… regularnie flirtuje z innymi facetami? I jemu to do tej pory nie przeszkadzało?! – przełykając ślinę, Katsuki przetworzył usłyszane informacje.

Może… dla dobra całej sytuacji (i własnego zdrowia psychicznego) należało raz w życiu iść na łatwiznę i po prostu podnieść kartkę z rozwiązaniem? W końcu to nie tak, że dowiedzą się o jego obecności… ? Albo powiedzą coś, co bardzo go zaszokuje…?

- Co masz na myśli? – zdezorientowanym tonem spytała Jennifer.

Na odbijającej się w oknie twarzy Jacka pojawił się lekki grymas. Mężczyzna wzdrygnął się.

- Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Nie uważasz, że trochę się zagalopowałaś w szukaniu dla mnie „pocieszyciela"?

Pocieszyciela? – powtórzył w myślach Yuuri – Jakiego pocieszyciela? O co mu chodzi?

Nie musiał długo czekać na wyjaśnienie.

- Chciałaś mnie poznać z tym przeklętym żółtkiem, by sprowadził mnie na tak zwaną „właściwą drogę"… ale gdzieś w między czasie straciłaś nad tym wszystkim kontrolę, co? Przyznaj się! Czujesz coś do niego, prawda?

Dłoń Yuuriego zatkała usta, żeby zagłuszyć zszokowane sapnięcie. Tym, co zatrzęsło jego dotychczasowym wyobrażeniem całej sytuacji nie był fragment o uczuciach Jennifer, ale fragment o… nawracaniu Jacka na właściwą drogę?!

Co to w ogóle miało znaczyć? Ale… nie, to nie trzymało się kupy! Ani trochę! W sensie, że Phichit od samego początku się mylił i Jennifer wcale nie lubiła Yuuriego… znaczy się, nie lubiła Yuuriego od początku… ale jej oryginalnym zamiarem było… jej oryginalnym zamiarem było…

No właśnie, co? Co było oryginalnym zamierzeniem Jennifer?

- Nawet… nawet jeśli to prawda i podświadomie zaczęłam do niego coś czuć, to dlatego, że mnie zaniedbujesz! – broniła się czerwona od stóp do głów dziewczyna - Nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłeś dla mnie coś miłego. Może i zaczęłam… lubić go trochę bardziej, ale do niczego między nami nie doszło. Nie zdradziłam cię!

- Pfft! Pewnie, że nie zdradziłaś! Chociaż to akurat zasługa jego cnotliwości, nie twojej samokontroli. Koleś jego pokroju nie wiedziałby, co robić, nawet gdybyś zatańczyła przed nim nago.

- „Jego pokroju"?! Co chcesz przez to powiedzieć? To, że ktoś nie myśli tylko tym, co ma w spodniach, nie oznacza, że jest gorszy od innych. Yuuri nie jest impotentem. Jest po prostu miły. To, że nie ślini się z pierwszego lepszego powodu, to jeszcze nie powód, byś go obrażał!

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Dysząc, Jack i Jennifer patrzyli na siebie ze złością.

- Swoją drogą… powiedziałeś mu coś wczoraj? – spytała w końcu dziewczyna - Rano dziwnie się zachowywał.

Dryblas cicho parsknął.

- Chciałem się tylko upewnić, że pamięta, gdzie jest jego miejsce. Chociaż w sumie nie musiałem tego robić. To oczywiste, że koleś nie jest tobą zainteresowany.

Dla Yuuriego te słowa były zarówno szokiem, jak i ulgą. Z jednej strony miał ochotę otworzyć szampana i wypić za swoje bezpieczeństwo… no bo, alleluja! Ta budząca grozę kupa mięśni wiedziała, że nie był dla niej zagrożeniem! Hip Hip Hura! Nie wyląduje na Ostrzym Dyżurze tuż przed Skate Ameryka! Chwalmy Bogów Shinto i Buddę!

Ale, z drugiej strony… skoro Jack miał taki a nie inny plan, to po co ta cała szopka z tłumaczeniem wywiadu? Nie prościej od razu pokazać Yuuriemu „gdzie jego miejsce", zamiast odwalać cały ten cyrk?

Rozwiązanie zagadki przyszło z następnymi słowami futbolisty.

- Mniejsza o to. – burknął chłopak Jennifer - Mam nadzieję, że po dzisiejszym incydencie dasz sobie wreszcie spokój z tym żółtkiem. Od miesięcy słyszę tylko o tym, jak to koniecznie powinienem się spotkać z „płynącą po lodzie balleriną". Zrobiłem, co chciałaś i spędziłem z tą obsmarkaną parodią łyżwiarza całą godzinę. Spełniłem twój durny kaprys, więc byłbym wdzięczny, gdybyś wreszcie przestała zawracać mi gitarę. Nie wiem, co ci się uroiło w tej durnej głowie, że chciałaś nas ze sobą poznać…

Jennifer westchnęła.

- Chciałam was ze sobą poznać, żebyś wreszcie zaprzyjaźnił się z kimś normalnym!

Czy Yuuriemu tylko się zdawało, czy słyszał w jej głosie nutę błagania?

- Odkąd Fredericks wbił ci nóż w plecy, zadajesz się z samymi bandziorami, którym w głowie tylko balangi i picie. – ciągnęła, energicznie gestykulując – Jesteś takim mądrym facetem, a od ostatnich kilku miesięcy zachowujesz się jak tępy osiłek. Rozumiem, że wiele przeszedłeś… ta kontuzja w zeszłym roku… kłótnia z dziadkiem… utrata stypendium… ten nowy trener, który nie chce dać ci szansy…

Im więcej się dowiadywał, tym bardziej Katsuki zaczynał współczuć Jackowi.

- Katowanie się na treningu i wypisywanie Fredricksowi pogróżek na Facebooku NIE rozwiąże twoich problemów. – podkreśliła Jennifer – Yuuri jest sportowcem, tak jak ty. Przejechał połowę świata, by móc trenować. Tak ciężko pracuje na swój sukces… A mimo to prawie nigdy nie myśli o sobie. Ma takie zdrowe podejście do rywalizacji i do sportu! Mógłbyś się od niego tyle nauczyć…

Wspomnienia z wczorajszej imprezy wracały do Yuuriego, nabierając zupełnie nowego kształtu.

Jack jest w drużynie futbolowej… Yuuri jeździ figurowo na łyżwach.

Sport – to o tym głównie mówiła Jennifer, gdy ich ze sobą poznawała. To o tym trajkotała, zanim padł temat wywiadu z Viktorem. A więc rzeczywiście… chciała, by się zaprzyjaźnili? Mówiła te wszystkie rzeczy, by zobaczyli, ile mają wspólnego? A Jack znał jej zamiary od samego początku?!

Ale w takim razie… - zastanawiał się Yuuri – O co on się tak wczoraj wściekał? Zanim zostaliśmy sami, cały czas miał minę, jakby chciał wysadzić dom…

Wtedy Japończyk przypomniał sobie, jak on się czuł, gdy Phichit próbował zeswatać go z Jennifer. Powoli zaczynał rozumieć. Nikt nie lubił, gdy na siłę szukano mu przyjaciół. Zwłaszcza, jeśli miało się świadomość, że ktoś robi to „z litości", by „pomóc Ci rozwiązać problemy". Żaden facet – a co dopiery twardy futbolista pokroju Jacka – nie lubił, gdy urządzano mu „analizy psychologiczne" i narzucano „program leczenia". Dorzućmy jeszcze na deser fakt, że autorka wspomnianego „programu" na pewnym etapie zapomniała o planie i zabujała się w „potencjalnym lekarstwie" – noż przepis na wkurw gotowy!

Rozmyślenia Katsukiego przerwał nieoczekiwany wybuch śmiechu.

- Że niby ta dziewica na lodzie… ta roztrzęsiona beksa miałaby mnie uczyć, jak być sportowcem?! Jesteś śmieszna! Tak się zapatrzyłaś w jego szczenięce oczy, że całkowicie przegapiłaś całą resztę! Tek koleś jest dla mnie przeciwieństwem dobrego sportowca. Tylko na niego spójrz! Od razu widać, że nie ma odpowiedniej wytrzymałości psychicznej…

- Jego wytrzymałość psychiczna jest sto razy silniejsza od twojej. – wysyczała Jennifer.

- Ach tak? I dlatego wyje w kiblu, bo jego koleżko przewrócił się na treningu?

- Chciałbyś, żeby ktoś wył w kiblu po twoim wypadku. Tym, co naprawdę cię boli jest fakt, że gdy wylądowałeś w szpitalu, wszyscy cię olali.

Jack zacisnął zęby. Dziewczyna trafiła w czuły punkt.

- Nie udawaj, że wiesz, co myślę i czuję, złotko. Współczucie takiego nikogo, jak twój żółtek nie jest nic warte. Podobnie jak on nic nie znaczy. On jest niczym, rozumiesz mnie? Teraz go podziwiasz, bo w jego posranym życiu świeci słoneczko i skacze po lodzie jak sarenka. Ale poczekaj chwilę, a sama zobaczysz, że nie jest taki wspaniały… Jeden kryzys, złotko… poczekaj, aż ta japońska ciota doczeka się pierwszego kryzysu w karierze! Niech to będzie cokolwiek… kontuzja, śmierć w rodzinie, słaba ocena z kolokwium… cokolwiek! Gwarantuję ci, że ten ryczący z powodu zranionego koleżki słabeusz nie wytrzyma psychicznie… On jest słaby! W sporcie liczą się zdecydowanie i nerwy ze stali. Ten Japoniec nie ma ani jednego, ani drugiego!

Serce wspomnianego Japońca zabiło niespokojnie. Yuuri walczył ze sobą, by nie dać się wciągnąć czarnym myślom.

- Tylko spokojnie! – powiedział sobie – Nie daj sobie niczego wmówić! Jack jest rozgoryczony i wściekły. A poza tym… poza tym ludzie mówili już o tobie podobne rzeczy. Ten facet nie powiedział niczego, czego byś wcześniej nie sły…

- A tak poza tym, – Amerykanin dodał, jakby od niechcenia - koleś, który mdleje z zachwytu na widok swojego rywala, nie może być poważnym sportowcem.

Dłoń Katsukiego już drugi raz wystrzeliła w kierunku ust. Yuuri poczuł, że zaczyna mu się kręcić w głowie. Usłyszał w swojej karierze wiele obelg, jednak coś takiegozarzucono mu po raz pierwszy.

- Rywala? – Jennifer powtórzyła głupio.

Jack przewrócił oczami.

- Srebrnowłosego pedałka. Jak mu tam było? Viktor? Gdyby ten twój żółtek poważnie podchodził do swojej dyscypliny, to zastanawiałby się, jak pokonać tę rosyjską divę, a nie budował dla niej ołtarz.

Japończyk nie mógłby się poczuć bardziej zdruzgotany, nawet gdyby ktoś powiedział mu, że skacze najbrzydszego aksla ze wszystkich łyżwiarzy. Owszem, zdążył już zauważyć, że Jack nie pałał do niego sympatią… i z całą pewnością nie miał o nim dobrego zdania, jako sportowcu, ale…

Ze wszystkich opinii, które mógł sobie wyrobić po tym, jak tłumaczyliśmy wywiad z Viktorem, on doszedł do TAKIEGO wniosku?

Przez chwilę zapomniał, że to nie on kłócił się teraz z amerykańskim futbolistą. Rozpaczliwie zaczął myśleć nad jakimś argumentem, który tłumaczyłby jego przywiązanie do rosyjskiego mistrza… który usprawiedliwiałby te pięć plakatów w Akademiku (i cztery razy tyle w Hasetsu)… i przedstawiał je jako rzecz pozytywną.

Nic nie przychodziło mu do głowy. Na tym etapie miał papę zamiast mózgu.

Na szczęście Jennifer wciąż była w stanie trzeźwo myśleć.

- Właśnie na tym polega twój problem! – wygarnęła Jackowi - Uważasz, że każdego rywala trzeba zmiażdżyć. Patrzysz na przeciwników i życzysz im wszystkiego, co najgorsze. A Yuuri… Yuuri nie ma w sobie żadnej złej woli. To słodkie, że podziwia innego łyżwiarza.

Chyba pierwszy raz odkąd się poznali, Yuuri poczuł uczucie wdzięczności wobec tej dziewczyny. To miłe z jej strony, że tak go broniła… nawet jeśli jej rozumowanie nie do końca go przekonywało. A skoro nie mogło przekonać Japończyka, to dla amerykańskiego osiłka też nie mogło mieć wiele sensu.

- Słodkie? – zakpił Jack - Raczej zupełnie kretyńskie. Przywiązanie daleko go nie zaprowadzi. Pewnie jest tak zajęty całowaniem plakatów swojej rusałeczki, że ledwo ląduje na przedostatnim miejscu w tabeli.

- Trenuje równie ciężko jak ty! Do tego ma nieprawdopodobny talent. Za tydzień są jego zawody. Wpadnij na nie, a sam przekonasz się, jaki jest dobry!

- Zawody, tak? Dziękuję, ale mam lepsze rzeczy do roboty, niż oglądanie wywracających się łyżwiarzy. Ty też lepiej nie trać na to czasu!

- A jak odmówię?

- Wtedy… szukaj sobie nowego chłopaka.

Yuuri zapomniał na chwilę o Viktorze i wstrzymał oddech. Jasna cholera! Już na początku zauważył, że ostro się kłócili, ale w życiu by nie przypuścił, że sprawy zajdą aż tak daleko…!

Obaj – Japończyk i Amerykanin – czekali na decyzję Jennifer. Dziewczyna wypowiedziała swoją odpowiedź szeptem, więc usłyszał ją tylko ten drugi. Nietrudno jednak było się domyślić. Szok i gorycz na twarzy Jacka powiedziały Katsukiemu wszystko.

Po krótkim momencie złowieszczej ciszy, futbolista posłał swojej byłej lodowaty uśmiech.

- Jak sobie chcesz, skarbie. Ale zapamiętaj sobie dwie rzeczy. Pierwsza: ta azjatycka ciota jest zbyt słaba, by cokolwiek osiągnąć w zawodowym sporcie. Druga: jeśli myślisz, że znalazłaś sobie idealnego kochasia, to tracisz czas. On woli kogoś innego.

Po minie Jennifer, Yuuri poznał, że była zdezorientowana ostatnim zdaniem. Miał szczerą nadzieję, że o to zapyta, bo… sam za cholerę nic z tego nie zakumał!

Kogoś innego? – powtórzył w myślach – Ale kogo?

Niestety nie dane im było dowiedzieć się, o co chodziło Jackowi. Kiedy dziewczyna wypowiadała słowo „kogo", Amerykanin już był w połowie drogi do wyjścia (które, Dzięki Bogom, było w przeciwnym kierunku niż Yuuri).

Jennifer nie zamierzała łatwo dać za wygraną. Musiała być arcyciekawa, bo po chwili krzyknęła:

- Jack, kogo miałeś na myśli?!

Futbolista odpowiedział, ale ponieważ znajdował się dość daleko, do uszu Japończyka dotarła jedynie końcówkę zdania – „głupia blondynka".

Dziewczyna, o ile to możliwe, jeszcze bardziej zbaraniała.

Pewnie chciał zrobić jej na złość. – rozumował Yuuri – Chciał się zemścić za to, że z nim zerwała. Tylko o to chodziło, prawda? Bo przecież… ja nie jestem w nikim zakochany?

Zanim zdążył dłużej się nad tym zastanowić, drzwi zatrzeszczały i chrapliwy męski głos zawołał:

- Yuuri? Yuuri Katsuki?

Japończyk kwiknął cicho.

O mój Boże… to już! Phichit…

- Jest w łazience. – zmęczonym tonem wyjaśniła Jennifer – Pójdę po niego.

Starając się wyglądać na kogoś, kto dopiero co opuścił toaletę (a nie przez cały czas stał za ścianą i podsłuchiwał czyjąś kłótnię), Katsuki wybiegł koleżance naprzeciw.

- J-J-Jennifer! – wyjąkał.

Na moim czole nie ma podpisu „Wścibski Jurek"? Nie ma, prawda?!

- C-co… co z Phichitem?

- Wejdź do pokoju zabiegowego i sam zobacz. – Jennifer uśmiechnęła się – Lekarz wyglądał na… hm… lekko poirytowanego?

Poirytowany? Dlaczego lekarz miałby być poirytowany? Czyżby wystąpiły jakieś komplikacje…? O Boże, a co jeśli potrzebna będzie operacja?!

Tłumacząc sobie, że wyobrażanie sobie potencjalnych scenariuszy niczego nie zmieni, Yuuri poczłapał w stronę pokoju zabiegowego. W środku zastał trzymającą zdjęcie rentgenowskie wkurwioną pielęgniarkę, jeszcze bardziej wkurwionego lekarza i siedzącego między nimi Phichita. Taj trzymał się za łokieć i miał nieodgadnioną minę.

- Panie Chulanont, - lekarz wycedził przez zęby – czy teraz, z łaski swojej, pozwoli Pan założyć sobie gips?

- Jeszcze nie. Yuuri, masz mój telefon?

Krótkie przytaknięcie.

- Doskonale! No to wyciągaj szybko i nagrywaj! Odmawiam poddania się jakiemukolwiek zabiegowi, który nie trafi na YouTube. Według książki „Media Społecznościowe od Podszewki", najwięcej lajków zdobywa się… Yuuri? Ty płaczesz? Yuuri, co się stało?!

Yuuri znowu się poryczał. No bo jak mógłby się nie poryczeć, gdy zyskał niepodważalny dowód na to, że jego najlepszy przyjaciel czuł się dużo lepiej?

XXX

Tylko Phichit Chulanont mógł zareagować na złamaną rękę nie zmartwieniem, że juniorskie Grand Prix przejdzie mu koło nosa, ale ekstazą i przekonaniem, że wreszcie zdobędzie wielką sławę w mediach społecznościowych. Katsuki wyleczył się z ostatnich śladów poczucia winy, słysząc w poniedziałkowy ranek następujący okrzyk:

- Yuuri, Budda wpierdziela mój gips! Nagram to i wyślę do Animal Planet.

Najciekawsze, że Animal Planet odpowiedziało Phichitowi. I to już po dwóch godzinach. Chyba coś w stylu:

Przykro nam, Panie Chulanont, ale my codziennie dostajemy fotomontaże chomików jedzących gipsy.

- To żaden fotomontaż! – Taj wył do słuchawki – On go naprawdę jadł! Yuuri, powiedz im!

Podsunął przyjacielowi telefon pod nos.

- To prawda, ten chomik rzeczywiście próbował zjeść gips. – wzdychając, powiedział Yuuri.

Miał ochotę dodać: „a także moje bokserki, bokserki Phichita, słuchawki, lampę, kaktusa, poduszkę, kaloryfer, płytę CD i miniaturową świątynię. A, i jeszcze klamkę od drzwi. Nie, wcale go na niej nie powiesiliśmy. I NIE, nie mamy pojęcia, jak on się tam dostał".

Szkoda, że Animal Planet się rozłączyło.

- To takie niesprawiedliwe… - chlipał Phichit – Budda jest być może najmądrzejszym chomikiem na świecie, a świat nawet się o tym NIE DOWIE! Zobacz, jak mu przykro! No sam zobacz, Yuuri! Eee… Yuuri? A ty… nie idziesz dzisiaj na uczelnię?

Widząc, że jego przyjaciel zakopuje się pod kołdrą, Taj przestał zawodzić.

- Odmw… – wymamrotał Yuuri.

- Yyyy… co?

- Odmawiam. Odmawiam wyjścia na Uniwerek.

- A masz jakiś… konkretny powód? Oprócz tego, że jest poniedziałek?

- Po prostu nie mogę tam iść…

- Oj, Yuuri, dałbyś już spokój! Jedzenie przy pomocy lewej ręki idzie mi coraz lepiej. Nie umrę z głodu, tylko dlatego że nie będzie cię przez kilka godzin. Słuchaj mnie uważnie, Yuuri Katsuki! Jeśli się dowiem, że obwiniasz się za mój wypadek… jeśli na twojej twarzy znajdę choćby cień samo-oskarżania, to przyrzekam na trociny Buddy, że wezmę Sam Wiesz Które Zdjęcie i wrzucę je na Intagram!

To powiedziawszy złapał kołdrę i jednym ruchem zrzucił ją na podłogę. Japończyk w dalszym ciągu leżał skulony na łóżku.

- Nie w tym rzecz. – zaskomlał.

- No to w czym? W zawodach? Och, Yuuri, ty niedobry chłopcze! O to bym cię nie podejrzewał! Rozumiem, że przejmujesz się swoim seniorskim debiutem, ale żeby aż z tego powodu chodzić na wagary…?

- Nie o to chodzi.

- No to o co?

- Nie „o co"! O „kogo"!

- Aaaaa. – na twarzy Phichita pojawiło się olśnienie – Jack the Ripper!

- TO NIE JEST ŚMIESZNE!

Przy obecnym stanie psychiki Yuuriego, porównywanie Jacka do Kuby Rozpruwacza było naprawdę bardzo… bardzo… bardzo złym pomysłem. Wzdychając, Phichit usiadł na łóżku obok kolegi.

- Yuuri, przerabialiśmy to tysiąc razy. Jack nie ma żadnego powodu, by się ciebie czepiać. Analizowaliśmy tę ich kłótnię na wszystkie możliwe sposoby i zawsze dochodziliśmy do tego samego wniosku: Jenn zerwała z nim, bo tego chciała. To nie miało nic wspólnego z tobą. Jedynym, co ten koleś ma ci do zarzucenia, jest fakt, że jego zdaniem… podkreślam, JEGO ZDANIEM kiepski z ciebie sportowiec. A z takiego powodu raczej nie będzie próbował porwać cię i zabić. Yuuri, dajże już spokój… i tak przez tego głąba omal nie wywaliłeś swoich drogocennych plakatów z Viktorem na śmietnik! Chcesz jeszcze zawalić studia? Masz dzisiaj kolokwium z Romea i Julii. No już, spinaj poślady i jazda na Uniwerek!

Katsuki jęknął głośno. Wcale nie zamierzał powiedzieć przyjacielowi o tym, co podsłuchał. Tak jakby został do tego zmuszony…

W niedzielę po południu, dzień po niefortunnym incydencie, Phichit znalazł zaryczanego współlokatora koło śmietnika. Yuuri stał tam, tuląc ukochane plakaty do piersi i mamrocząc do siebie „wyrzucić czy nie wyrzucić"? Tajski łyżwiarz chciał wzywać karetkę. Jedynym sposobem na przekonanie go, że Japończyk nie doznał wstrząśnienia mózgu, było opowiedzenie o tym, co wydarzyło się w szpitalu. Ba, Phichit sprawdził nawet status związku Jennifer na Facebooku, by mieć pewność, że przyjaciel go nie okłamał („A dziwisz mi się, Yuuri?! Gdy zobaczyłem cię z tymi plakatami koło śmietnika, to tak jakbym zobaczył ćpuna próbującego utopić w morzu ciężarówkę pełną marychy!")

Potem Yuuri został zaprowadzony za rączkę do pokoju, Viktor powrócił na ścianę, a Budda okazał wsparcie i aprobatę, nie próbując skonsumować żadnego z plakatów podczas procesu „ponownego zawieszania" („Widzisz, Yuuri?! Nawet chomik ma w tym domu więcej rozsądku od ciebie! Nawet chomik!").

Oczywiście doszło również do poważnej sesji terapeutycznej z Doktorem Chulanontem. Tajski łyżwiarz zagroził, że nie zaktualizuje swojego statusu na Facebooku, dopóki przyjaciel nie wyspowiada mu się ze wszystkich trosk („Chcesz mieć moje zdrowie psychiczne na sumieniu, Yuuri? No chcesz?!).

Efekt? Prawie wszystkie problemy, które od soboty nie dawały Katsukiemu spać, zostały obgadane, wyjaśnione i zakopane. No właśnie – prawie. Jeden się ostał. Można go było podsumować w trzech słowach:

Strach przed Jackiem.

- Czemu właściwie aż tak się go boisz? – spytał Phichit, gdy Yuuri wreszcie zwlókł się z łóżka i zaczął szykować się do wyjścia na uczelnię.

Japończyk zastanowił się chwilę. Znalezienie pary nietkniętych zębami Buddy bokserek wcale nie było takie proste. Podobnie jak nie łatwo było wyjaśnić, dlaczego należało bać się Jacka.

- W końcu okazało się, że wcale nie jest tępym osiłkiem, tylko kolesiem, któremu ostatnio nie układało się w życiu. – argumentował Taj – To chyba dobrze, nie?

- No właśnie sam nie wiem, czy dobrze. – odparł Yuuri, wzdychając – Że nie układało mu się w życiu to mało powiedziane. Widać, że te wszystkie problemy, z którymi się borykał, mocno nim wstrząsnęły. Miałem w ogólniaku do czynienia z ludźmi, którzy mieli podobne doświadczenia. Tacy goście są nieobliczalni! Od tak nie dadzą ci w ryj, tylko… no właśnie, sam nie wiem. Ciężko przewidzieć, co ktoś taki może zrobić. I chyba właśnie to jest najbardziej przerażające. Jeśli… eee… co robisz?

Jedyna sprawna dłoń Phichita z absurdalną prędkością biegała po klawiaturze laptopa.

- Nie lubię błądzić po omacku. – z chytrym uśmieszkiem wyjaśnił współlokator Katsukiego – Sądzę, że czas najwyższy, byśmy dowiedzieli się czegoś więcej na temat kolesia, który sprawia, że rozważasz włożenie na Uniwerek pampersa…

Gdyby to dziecko internetu nie było kontuzjowanym biedactwem z rączką w gipsie, Yuuri zdzieliłby je spodniami w łeb. No ale niestety – Phichit miał status kontuzjowanego biedactwa i to dawało mu nietykalność. Poza tym, może należało mimo wszystko zastanowić się nad tym pampersem? Spustoszenia Buddy okazały się znacznie większe, niż Yuuri przypuszczał. Przetrząsnął połowę szafy, a całych bokserek ani śladu!

- Możesz pożyczyć moje. –Taj rzucił, jakby czytając mu w myślach – Chyba w walizce ostała się jakaś jedna para. A ja tymczasem poproszę o pomoc wujcia Google! Oho… chyba coś mam. No dobrze, proszę państwa, Jack Wronkov. Miał w szkole czwórki, wyobrażasz to sobie? Hm… rozmiar buta, ilość plomb w zębach, nie, to nas nie interesuje… Ach! No i zaczynam kumać, o co chodzi. Gdy studiował na Owensie, grał ważny mecz. Drużyna przerąbała przez niego. Już mieli zrobić przyłożenie, gdy noga Jacka wpadła w muldę i… uch! To musiało boleć! Dwa tygodnie w szpitalu. Do tego niejaki Fredricks, ponoć najlepszy ziomek Jacka, przejął jego pozycję w drużynie i… nawet nie raczył odwiedzić kumpla, gdy ten był kontuzjowany. No nie powiem, masakra. Stypendium do widzenia, Owens… też do widzenia? Uch, ostro! Musiał przenieść się do Detroit. Ale jak go tutaj przyjęli bez robienia problemów? O, już widzę! Wszystko za sprawą dziadka. Dziadek Jacka, Alexei Wronkov jest ponoć w Rosji jakąś wielką szychą. Ma kupę forsy! Ta chata, w której była impreza, też należy do niego. Kurde, ten dziadunio Wronkov ma niezły rozpłód! Mnóstwo wnucząt rozrzuconych po całym globie… a Jack był ponoć jego ulubieńcem! Do czasu, aż zawalił tamten mecz i mu delikatnie mówiąc „odwaliło". Dziadunio to chyba człowiek starej daty. Odkąd ulubiony wnuczek zaczął się niewłaściwie zachowywać, zmył mu głowę i odciął od kasy. O, jest jego zdjęcie! Wygląda stra… NO NIE WIERZĘ!

Katsuki przerwał przeczesywanie Phichitowej walizki i posłał przyjacielowi zdziwione spojrzenie. Oczy Taja były wielkości ćwierćdolarówek (co nie zdarzało się w przypadkach innych niż zdobycie tysiąca lajków).

- Yuuri… NIGDY nie zgadniesz, czym zajmował się dziadunio Wronkov!

- No to powiedz… czym?

- On był ŁYŻWIARZEM! Figurowym, kuźwa, łyżwiarzem! Razem z żonką, Kateriną Wronkov, pierdyknęli sobie parę medali w kategorii par sportowych!

- CO?!

Teraz to i oczy Yuuriego omal nie wyszły z orbit. Razem z Phichitem nareszcie znaleźli ostatni puzel układanki.

- To dlatego Jenn sądziła, że dotrzesz do kolesia! – Taj patrzył na przyjaciela jak na objawienie – Noż, cholera, w życiu bym nie uwierzył.

- Myślisz… myślisz, że o to jej chodziło? – Japończyk wciąż nie mógł otrząsnąć się z szoku.

- Ależ oczywiście! Sam pomyśl, Yuuri… Jack i jego dziadek zapewne są ze sobą blisko. Kolega „więcej mięśni niż neuronów" na bank liczy się z opinią starszego pana. Gdyby było inaczej, nie wypisywałby spanikowanych wiadomości do znajomych, by usunęli z Fejsa zdjęcia z imprezy. Uch, w sumie to wcale się nie dziwię, że wpadł w taki popłoch. Od razu widać, że dziadunio nie jest miłośnikiem imprez. A ty jesteś łyżwiarzem, tak jak on!

Yuuri zastanowił się chwilę.

- Coś mi mówi, że ta sama dyscyplina sportu nie wystarczy, by Jack zobaczył we mnie Starszego Pana Wronkova.

- Zgadzam się. – westchnął Phichit – Zanim Jenn postanowiła zrobić z was najlepszych kumpli, powinna przynajmniej wejść na YouTube'a i rzucić okiem na styl jazdy dziadunia… Uch, nie cierpię takiego łyżwiarstwa! Od strony technicznej poprawność do urzygu… program naćpany skokami… a poza tym jazda obok muzyki, zaś strona artystyczna prawie nie istnieje. Gdybyś mnie zapytał, Alexei i Katerina nie zasłużyli na aż tyle medali.

- Hm… ale wtedy obowiązywał jeszcze stary system oceniania, nie?

- No raczej! A czego się spodziewałeś? Mówimy o dziadku Jacka. Gdy on jeździł, to musiała być chyba epoka dinozaurów! Nie znam nikogo, kto… NIE! Chwila moment, znam! Yuuri, uważaj, bo spadniesz z krzesła! Jest coraz ciekawiej. Wyobraź sobie, że największymi rywalami Wronkovów byli ich rodacy… duet Feltsman i Lubicheva!

- Feltsman! – Yuuri rzeczywiście omal nie spadł z krzesła – Przecież to trener Viktora!

- I, z tego, co widzę, niezbyt lubi się z Wronkovem. Heh… w zasadzie „niezbyt lubi" to mało powiedziane. Jeśli artykuł, który właśnie znalazłem, jest choć trochę wiarygodny, to panowie nienawidzą się od zarania dziejów. Skakali sobie do gardeł już kiedy byli zawodnikami. A gdy przekwalifikowali się na trenerów, ogień rywalizacji jeszcze się wzmógł… W Rosji zaczęto w pewnym momencie mówić o „przepychance dziadków". A także o „starciu dwóch szkół". Bo widzisz, Wronkov i opiekun twojego ukochanego Viktora mają skrajnie odmienne poglądy na temat łyżwiarstwa. Zarówno Felstmana, jak i jego podopiecznych, zawsze kojarzono z wdziękiem i dobrą interpretacją muzyki. Natomast Wronkov… no… chyba nie muszę nic mówić? Skoki i technika ponad wszystko. Dlatego też uczniowie Wronkova przez lata pokonywali wychowanków Feltsmana. Aż do…

- … zmiany systemu oceniania?

- Bingo. Wtedy koło fortuny odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Autor artykułu pisze, że pierwszy najpiękniejszy dzień w życiu Felstmana nastąpił, gdy zmienili system ocen. Natomiast drugim najpiękniejszym dniem w jego życiu był moment, gdy… hihi… jego siedemnastoletni wychowanek, Viktor Nikiforov, pobił ulubieńca Wronkova o jakieś czterdzieści punktów. Zobacz, jest nawet filmik!

Taj włączył tryp pełnoekranowy. Po chwili oczom młodych łyżwiarzy ukazał się widok siedzących w Kiss and Cry Viktora i Feltsmana. Z wyrazem dzikiej satysfakcji trener wymachiwał pięścią. Tłumaczenie jego okrzyków wkrótce pojawiło się w dole ekranu:

- No i co, Wronkov?! Głupio Ci teraz?! Szaro Ci?! Całuj mnie w tyłek, ty łysa pało!

- Yakov… - chichocząc, Viktor położył mu dłoń na ramieniu – Ale ty wiesz, że nas nagrywają, tak?

Gdy ekstaza w oczach Feltsmana zamieniła się w przerażenie, Yuuri i Phichit parsknęli śmiechem.

- No… przynajmniej Viktor nie może narzekać na nudę. – szczerząc zęby podsumował tajski łyżwiarz.

- Słyszałem, że nie ma lekko z tym swoim trenerem. Chociaż w wywiadzie mówił o nim w samych superlatywach.

- Skoro mowa o wywiadzie…

Japończyk napiął się. Śmieszny filmik na chwilę odwrócił jego uwagę od Jacka. Jednak żeby całkowicie się rozluźnić, Katsuki potrzebowałby takich z dziesięciu! Wielka szkoda, że przed wyjściem na Uniwerek miał tak mało czasu.

- … nie uważasz, że Jack powinien już wcześniej wiedzieć coś o Viktorze? – głośno zastanawiał się Phichit – Ty, słuchaj, może dlatego on ma o tobie tak złą opinię? Może dziadunio narzekał przy nim na Feltsmana i przy okazji na Nikiforova? A ty jesteś jego największym fanem…

- Wątpię, by o to mu chodziło. – wzdychając, stwierdził Yuuri - W szpitalu miał wyraźny problem, by przypomnieć sobie imię Viktora. Poza tym, nie wiemy, ile czasu tak naprawdę spędza z dziadkiem, i co starszy pan mu mówi.

- Ano… nawet Facebook i Google tego nie wiedzą. – burknął Taj, wyraźnie rozczarowany swoimi „najlepszymi przyjaciółmi".

Japończyk przewrócił oczami.

- Jak chcesz, możesz jeszcze powęszyć. Ja idę na uczelnię. Zanim zupełnie stracę odwagę…

- No! I to ja rozumiem! Tak trzymać, Mistrzu!

- A tak w ogóle, znalazłem tylko gacie z Arturem. Nie będziesz zły, jeśli je pożyczę?

- Spoko, bierz. Tylko pamiętaj… jeśli je popsujesz, złamiesz mi serce! Zakochałem się w tych bokserkach, odkąd aktor grający Króla zrobił sobie z nimi selfie i zdobył milion lajków.

Yuuri już miał na końcu języka, że jedynym osobnikiem zdolnym popsuć wspomniane gatki jest Budda, ale po usłyszeniu ostatniego zdania zmienił plany. Słowa przyjaciela o czymś mu przypomniały.

- Phichit, słuchaj…

Taj na chwilę zaprzestał „węszenia" i posłał współlokatorowi pytające spojrzenie.

- …czy ja…

Japończyk zawahał się. Nawet w jego wyobraźni to pytanie brzmiało beznadziejnie głupio.

- … czy ja jestem w kimś zakochany?

To była jedyna kwestia, której wczoraj nie obgadali. Katsuki nie wspomniał o niej Phichitowi, bo wydawało mu się to bezcelowe. W końcu chodziło o jego uczucia. Wiedział, że nie jest w nikim zakochany. Był tego w stu procentach pewien! A mimo to…

- Um… okej, Yuuri, a czy mógłbyś mi powiedzieć, co skłoniło cię do zadania tego… eee… interesującego pytania?

Taj nie miał miny kogoś, kto uważa, że jego przyjaciel nie jest w nikim zakochany. Miał minę kogoś, kto… no właśnie, co to była za mina?

Japończyk szybko opowiedział współlokatorowi o ostatnich zdaniach, które padły podczas kłótni Jacka i Jennifer.

- … chyba powiedział jej o tym tylko po to, by mieć pewność, że nie będzie już do mnie zarywała? – dokończył, wyczekująco patrząc na współlokatora – Nie uważasz?

Kumpel nie odpowiedział.

- Phichit?

Wzdychając, Taj ponownie skupił uwagę na laptopie.

- Wiesz, Yuuri… wydaje mi się, że najlepiej będzie, jeśli sam do tego dojdziesz.

- Sam?! Do czego niby dojdę sam? Co to ma znaczyć?

- To, co słyszałeś. Ja się nie wtrącam! Jeszcze się na mnie obrazisz, albo coś…

- Oj, przestań, nie obrażę się! No nie bądź taki, powiedz!

Oczywiście Phichit nic mu nie powiedział i Japończyk próbował dojść, o co chodziło przez całą drogę na uczelnię. Zastanawiał się nad tym również przez połowę pierwszej lekcji. Doszło wręcz do tego, że profesor musiał sprowadzić go na ziemię.

- Panie Katsuki, - z dobrodusznym uśmiechem zaczął staruszek – jeśli roznegliżowane zdjęcie Viktora Nikiforova znowu wyciekło do internetu, to zapewniam pana, że są właściwsze miejsca i sytuacje, by o tym rozmyślać, niż poranny wykład z językoznawstwa.

Rumieniąc się, Yuuri miał zamiar powiedzieć, że żadne zdjęcie Viktora nie wyciekło do sieci (a gdy poprzednim razem rozmyślił się na tych zajęciach, to nie miało żadnego związku ze zdjęciami z najnowszej kampanii Pumy, a fakt westchnienia pod nosem „Ach, Viktor Nikiforov w bokserkach Pumy" jeszcze o niczym nie świadczył), ale nauczyciel wszedł mu w słowo.

- Powinienem pana wyprosić z sali, ale ponieważ wiem, że jest pan pilnym studentem, dam panu szansę na odpokutowanie tych kilku minut nieuwagi. Proszę mi powiedzieć, co pan pamięta z teorii Jackobsona.

Yuuri wiedział sporo na temat Jackobsona, więc pozwolono mu zostać na wykładzie. Szkoda, że nie pozwolono mu zatkać sobie uszów. Wiele by dał, by nie słyszeć złośliwego chichotania kolegów. Powtarzając sobie, że musi wytrzymać jeszcze kilka godzin, Katsuki modlił się, by podczas pozostałych zajęć nie przytrafiło mu się już nic głupiego. Ale niestety… wszystko wskazywało na to, że Bogowie byli dzisiaj zbyt zajęci, by znaleźć czas na wysłuchanie jego próśb.

Reszta dnia na uczelni wcale nie wyglądała lepiej. Jeszcze przed południem zdjęcia Viktora (tym razem promujące Adidasa) rzeczywiście wyciekły do sieci, a Phichit nie omieszkał wysłać ich przyjacielowi MMSem. Japończyk dostał upomnienie także na ćwiczeniach z gramatyki. Ale to jeszcze było do przyjęcia...

Najgorsza była informacja, którą przygotował dla studentów profesor Alfred „Kosa Wydziału" McBain.

- Kolokwium z „Romea i Julii" będzie w piątek! – burknął zamiast „dzień dobry" – A dzisiaj przerabiamy interpretacje filmowe „Makbeta".

Przez salę przeszedł zbiorowy jęk. Rudowłosy nauczyciel (chyba był z pochodzenia Szkotem?) przewrócił oczami.

- Zdaję sobie sprawę, że większość z was, leni, chętnie urwałaby się z piątkowych zajęć, by pójść na imprezkę, ale to akurat nie mój problem! Nie będę robił kolokwium, gdy po miesiącach nalegań nareszcie dostałem od szefostwa salę z rzutnikiem! Tylko dlatego że Jones pojechał na dwa dni w delegację, mogę skorzystać z jego klasy i… a ty czego znowu chcesz, Katsuki?!

Łypiące spod krzaczastych brwi oczy obdarzyły podniesioną rękę Japończyka niemal nienawistym spojrzeniem.

- No… ja… tego… - nieśmiało dukał Yuuri – Tak się zastanawiałem, panie profesorze… czy ja nie mógłbym napisać tego dzisiaj? Bo widzi pan… jestem przygotowany i…

- Dzisiaj?! No chyba oszalałeś, Katsuki! Dzisiaj to ty będziesz oglądał interpretacje „Makbeta" i weźmiesz udział w przygotowanej przeze mnie debacie! Absolutnie odmawiam wpisania zaliczenia komukolwiek, kto nie weźmie udziału w tej debacie!

Dla podkreślenia tych słów, kilka razy walnął pięścią w katedrę. Yuuri aż podsoczył na krześle. W między czasie, niektórzy studenci zaczęli SMSami ponaglać „chorych" kolegów, by czym prędzej gnali na zajęcia, bo pożegnają się z zaliczeniem.

- A-a-ale… - nie dawał za wygraną Japończyk – Bo widzi pan profesor… w piątek ja…

McBain spojrzał na niego spode łba.

- Znowu łyżwy, tak?

- Ja… tego… mam na piątek zwolnienie od trenera i…

- NIE TYM RAZEM, KATSUKI! Jak masz trening, to go sobie przełóż! Debata jest, kurwa, ważna, jasne?! A nie będę znowu siedział po nocach w gabinecie, tylko po to, byś mógł sobie napisać kolokwium! Puszczam pierwszy film, więc siedź cicho i się nie odzywaj!

Yuuri nie miałby nic przeciwko. Siedzenie w miejscu z gębą na kłódkę było zajęciem łatwym i relaksującym. Problem w tym, że z powodu pewnego wydarzenia nie mógł sobie na to pozwolić. Dlatego, po zakończeniu lekcji, zignorował głos we własnej głowie krzyczący „spierdzielaj, gdzie pieprz rośnie" i kolejny raz zagadał do profesora.

- JUŻ CI MÓWIŁEM, KATSUKI! – McBain wydarł się, obryzgując go śliną – Masz być w piątek na kolokwium!

- K-k-kiedy… kiedy ja mam zawody! – rozpaczliwie tłumaczył Yuuri.

Nauczyciel, szykujący się już do kolejnego ryku, zastygł w bardzo głupiej pozie z otwartymi ustami. Minęło trochę czasu, nim otrząsnął się z szoku. Japończyk zdążył policzyć plomby w zębach.

- Zawody? – powtórzył McBain.

Yuuri energicznie pokiwał głową.

- S-Skate America. Seria Grand Prix. P-p-pierwszy raz będę startował w seniorach! I… i wie pan profesor? Jadę mój program dowolny do soundtracka „Romea i Julii"…

- Do „Romea i Julii"?!

W ułamku sekundy facet przestał być rudym klonem Yakova Feltsmana i zaczął przypominać Dumbledore'a z „Harry'ego Pottera".

- „Romeo i Julia" na lodzie! – wykrzyknął zachwyconem tonem – Katsuki, a powiedz… takim zwykłym… no, cywilom… wolno oglądać te zawody? Gdzie to się w ogóle odbywa?

- Eee… w tym roku zawody mają miejsce tutaj, w Detroit. J-jeśli pan profesor chce… t-to oczywiście może przyjść… ale to nie będzie żadne przedstawienie, tylko…

McBain machnął ręką.

- Przedstawienie, nie przedstawienie! Co za różnica! Uwielbiam soundtrack z „Romea i Julii". Katsuki, dlaczego nic wcześniej nie mówiłeś? Nie musiałbyś się fatygować na konsultacje i napisałbyś to kolokwium dzisiaj, w trakcie zajęć.

Noż przecież mówiłem, dwie godziny temu! – w myślach jęknął Yuuri.

- Już mniejsza o to, Katsuki. Dawaj to zwolnienie od trenera… Ooooo, nie! Coś takiego nie przejdzie! Tyle razy ci mówiłem, byś nie przynosił mi świstków bez zgody szefostwa. Jazda do Dziekanatu po pieczątkę!

Wypominając sobie, że zapomniał o tak istotnym szczególe, Japończyk powlókł się korytarzem. Dzisiejszy dzień na uczelni wyczerpał go bardziej niż tydzień intensywnego treningu. Już nie mógł się doczekać, by wydostać się z tego budynku, zgarnąć kubełek pierwszej lepszej chińszczyzny na wynos, nakarmić współlokatora i wskoczyć pod prysznic. Ech… był kompletnie wykończony!

Otępienie sprawiło, że nie patrzył przed siebie i tuż przed wejściem do Dziekanatu zderzył się z innym studentem.

- P-przepraszam! – wyjąkał, od razu schylając się, by pozbierać papiery, które wytrącił tamtemu – M-moja wina! Nie widziałem, gdzie idę!

- Spoko. – odpowiedział lodowaty szept.

Dłoń Yuuriego zawisła kilka centymetrów nad kartką.

Nie… - Japończyk pomyślał błagalnie – Proszę, tylko nie to! Ten dzień był już wystarczająco okropny! Bogowie, błagam… sprawcie, by to nie był JEGO głos!

A jednak to był głos byłego chłopaka Jennifer. Yuuri pozbył się wszelkich wątpliwości, gdy przeczytał napis na podaniu:

Jack Wronkov

Wyjazd do Moskwy

- Ciekawe, po co tam jedzie…

- Na obóz futbolowy. – odparł chłodno Jack – Kilka miesięcy intensywnych treningów.

Katsuki omal nie dostał zawału.

Czemu powiedziałem to NA GŁOS?! – skarcił samego siebie – Co ja, do ciężkiej cholery, wyprawiam?! Uch, wszystko przez to przeklęte zmęczenie… Na Buddę, przecież ja zamierzałem powiedzieć tamto zdanie W MYŚLACH!

Nie planował zaczynać rozmowy, ale teraz już nie wypadało odejść bez słowa. Zresztą, obaj i tak zmierzali do Dziekanatu. Obgryzając paznokcie i powtarzając sobie, że Jack NIE jest Kubą Rozpruwaczem, Yuuri zaczął myśleć nad odpowiedzią.

- T-to bardzo fajnie! – wybełkotał w końcu – J-jedziesz tam ze swoją drużyną?

- Trwa sezon. Drużyna musi zostać, żeby grać mecze. Jadę na obóz, bo nie zostałem wybrany do składu.

Trututuuuuu! Nagrodę specjalną w kategorii „Jak jednym zdaniem wkurwić sfrustrowanego futbolistę" otrzymuje Katsuki Yuuri!

Świetnie… po prostu, cholera, zajebiście! Idealne zakończenie dnia – przypomnienie niebezpiecznemu dryblasowi, że nie dostał się do reprezentacji. Ale co tam! Czymże jest życie bez odrobiny adrenaliny?

- Zresztą, pewnie doskonale o tym wiesz! – po chwili warknął Jack – Wszyscy na Facebooku o tym mówią.

- Nie mam Facebooka! – pisnął Japończyk.

Amerykanin uniósł brwi. Katsuki mógłby równie dobrze oznajmić mu, że nie ma nóg.

- M-m-mówię prawdę! – przekonywał Yuuri.

- Mniejsza o to. Wchodzisz czy nie?

- Ja… znaczy… p-p-pewnie! W-w-wchodzę! A-a-ale byłeś pierwszy, więc… jakby co możesz iść pierwszy… i… tego…

Jack przewrócił oczami i otworzył drzwi.

- Przerwa na lunch! – warknęła siedząca za biurkiem kobieta – Studentów przyjmujemy dopiero za piętnaście minut.

JEBUT!

Drzwi zostały zatrzaśnięte z takim hukiem, że odpadła od nich dobra połowa farby.

- Leniwe zdziry! – futbolista ryknął na cały korytarz – Dawno skończyły żreć, a jak zwykle wykorzystują przerwę, by plotkować i malować paznokcie! Nie cierpię tych pieprzonych wiedźm!

Ktoś powinien ostrzec tego kolesia, że lepiej nie mówić podobnych rzeczy o dzierżących wielką władze Paniach z Dziekanatu. Tym kimś mógłby być Yuuri - to nie tak, że nie miał w sobie dość odwagi. Po prostu jego odwaga rzuciła okiem na muskuły kolegi, pokręciła głową, spakowała walizki i oznajmiła:

„Wybacz, stary. Chyba zrobię sobie wolne."

Tylko nie znikaj na zawsze! – zawołał za nią Japończyk – Musisz wrócić, bo potrzebuję Cię na Skate America!

Dokładnie w tym momencie Yuuri coś sobie uświadomił.

Nadchodzące zawody były dla bardzo ważne. Nie mógł pozwolić, by strach przed jakimś wielkoludem stopniowo niszczył jego pewność siebie. Zwłaszcza że wspomniany wielkolud jeszcze parę dni temu nazwał go słabą psychicznie łamagą. Zamiast rozważać zakup pampersów, Katsuki powinien zacisnąć zęby i udowodnić temu dryblasowi, że się myli! Cóż… wspólne oczekiwanie na koniec przerwy w Dziekanacie raczej nie dawało ku temu zbyt wielu okazji, ale… co szkodziło spróbować?

Zmusiwszy swoją odwagę do przedwczesnego powrotu z urlopu, Yuuri opadł na ławkę obok futbolisty. Oczywiście nie był na tyle głupi, by usiąść tuż obok… ale nie zamierzał też tworzyć między nimi dwumetrowego dystansu. Właśnie tak! Pokaże, że nie jest tchórzem! Może i nie zdoła przekonać Jacka, by całkowicie zmienił swoją opinię… ale przynajmniej pokaże, że jest w stanie wysiedzieć z tym kolesiem na tej samej ławce bez narobienia w portki.

Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.

Przez pierwsze dwie minuty nic się nie działo. Jack sprawdzał coś w swoim telefonie, a Yuuri otworzył laptopa, by jeszcze raz zerknąć na notatki z Romea i Julii. Kłopoty zaczęły się wraz z dobiegającą z torby Japończyka melodyjką. Zakładając, że dzwoniącym był Phichit, Katsuki odstawił komputer i powolnymi ruchami zabrał się za szukanie telefonu. Gdy ziewając ze zmęczenia rozsuwał zamek, włączyła się poczta głosowa.

- Yuuri… czy wszystko dobrze? – spytał troskliwy głos Jennifer.

Palec Jacka, do tej pory sunący po dotykowym ekranie, zatrzymał się… a wraz nim serce Yuuriego! Japończyk w rekordowym czasie zapomniał o zmęczeniu. Jego dłonie błyskawicznie zanurkowały do torby.

Na Instagramie jest cała masa zdjęć Phichita w gipsie, więc wiem, że z nim wszystko w porządku... ale nadal nie wiem, jak ty się czujesz.

Znaleźć telefon… musi jak najszybciej znaleźć telefon i wyłączyć tę cholerną wiadomość!

- Przepraszam, że dzwonię tak bez zapowiedzi. Pewnie nie masz ochoty ze mną rozmawiać, ale chciałam, żebyś wiedział, że… że w razie czego, gdybyś chciał pogadać, czy coś… zawsze możesz na mnie liczyć.

BUDDO DROGI, na co mu te wszystkie notatki?! A co ważniejsze… komórka! Gdzie jest ta przeklęta komórka?!

- Po tym, jak płakałeś w szpitalu, pewnie myślisz, że uważam cię za słabeusza. Ale wiesz, Yuuri, ja… ja wcale tak nie myślę! Wręcz przeciwnie! To, jak zachowałeś się wobec pzyjaciela było wspaniałe! Uważam, że jesteś bardzo silny i że wspaniale poradzisz sobie na zawodach! Jesteś taki… lojalny, twardy i wyjątkowy! Nie chcę, żebyś kiedykolwiek w to wątpił…

Czemu nie może jej znaleźć?! Przecież słyszy, skąd dobiega głos! A więc dlaczego… ach! No tak! Kieszeń! Boczna kieszeń! Szybko… SZYBKO!

- I nie przejmuj się Jackiem! Nie wiem, co ten zapatrzony w siebie zdziecinniały kretyn powiedział ci na imprezie, ale… BIP!

Yuuri nareszcie znalazł komórkę i nacisnął czerwony przycisk. Wielka szkoda, że nie zdążył tego zrobić, zanim Jennifer nazwała Jacka zapatrzonym w siebie zdziecinniałym kretynem.

Japończyk nie miał odwagi spojrzeć na futbolistę. Za bardzo bał się tego, co mógłby zobaczyć. Zamiast tego zaczął się zastanawiać, jak wybrnąć z tej nieszczęsnej sytuacji. Może powinien sięgnąć po często stosowaną w przyrodzie taktykę pozostawania w bezruchu i udawania martwego? Nie taki głupi pomysł…

- Hm… proszę, proszę!

Głos futbolisty ukazał słabą stronę wspomnianej taktyki – działała tylko wtedy, gdy ofiara…

- Wyglądasz jak ludzka grzechotka. – kpiącym głosem zauważył Jack – Dość ciekawa reakcja po usłyszeniu tylu przemiłych komplementów.

Działa tylko wtedy, gdy ofiara nie trzęsie się ze strachu. – dokończył w myślach Yuuri.

Przełknął ślinę.

- N-nawet… nawet nie wiem, skąd ma mój numer! – rozpaczliwie próbował tłumaczyć – Ja go jej nie podałem!

- Zwinęła ci telefon na imprezie. – gorzkim tonem wyjaśnił Jack – A potem wsunęła ci go z powrotem do kieszeni.

- S-serio? K-kiedy to było? Nie pamiętam…

- Tuż przed tym, jak zaczęliśmy tłumaczyć wywiad z tym twoim Viktorem. W sumie nic dziwnego, że nie zauważyłeś. Jesteś zafiksowany na punkcie tego lalusia, jak mucha na punkcie lampy. Mogliby cię okraść z całej kasy i nawet byś nie zauważył. Wystarczy, że ktoś wspomni jego imię, a zapominasz, gdzie jesteś.

Zabawne, jak zmiana tematu mogła tak znacząco wpłynąć na człowieka. Yuuri nie miał pojęcia, jak to się stało, ale w jednej chwili całkowicie zapomniał o niefortunnej wiadomości głosowej. Zniknął też prawie cały jego strach. Zupełnie jakby imię Viktora było zaklęciem. Tajemnym kluczem, otwierającym sekretne drzwi w umyśle Katsukiego.

- Robię, co mogę, żeby go dogonić. – wyszeptał Japończyk, patrząc rozmówcy w oczy.

Jack uniósł brwi.

- Mógłbyś w końcu dać sobie spokój. – rzucił, ponownie skupiając uwagę na swoim smartfonie – To oczywiste, że ten facet jest dla ciebie nieosiągalny.

Yuuri wziął głęboki oddech.

- Viktor jest genialnym łyżwiarzem, ale nie jest Bogiem. – zdecydowanie, z jakim to powiedział, zaskoczyło nawet jego samego – Może on i ja jeszcze nie jesteśmy sobie równi, ale pewnego dnia… wierzę, że pewnego dnia będziemy!

Ze wzrokiem wbitym w telefon, Amerykanin cicho parsknął.

- Miałem na myśli inną „nieosiągalność", ale jak tam chcesz.

Inną? – zdziwił się Yuuri – Jaką… inną?

- Net, na samom dele… - Jack westchnął po rosyjsku – Vy mechtayete, chtoby dat' yemu zadnitsu, i dazhe ne znayete… glupo yaponets.

Chociaż Japończyk znał kilka słów w języku swojego idola, z tej długiej wypowiedzi nie zrozumiał asbolutnie niczego. Nie wiedział też, jak interpretować ton Jacka. Czy ten dryblas… właśnie go obraził? A może jednak nie? Czy Yuuri powinien poprosić o tłumaczenie?

Kiepski pomysł. Koleś pewnie i tak się nie zgodzi… a zresztą, nawet jeśli się zgodzi, nie było żadnej gwarancji, że powie prawdę. Lepiej zapomnieć o całej sprawie i pójść do własnych zajęć.

Katsuki miał taki zamiar. Chciał zakończyć rozmowę i wrócić do przeglądanych wcześniej notatek, ale gdy schylił się po laptopa, niechcący zobaczył oglądane przez Amerykanina zdjęcie. Fotografia przedstawiała Jacka i innego futbolistę. Obaj byli w pełnym ekwipunku treningowym i trzymając się za ramiona, szczerzyli zęby do kamery. Na koszulkach Uniwersytetu Owensa wydrukowano nazwiska „Wronkov" i „Fredricks".

Po chwili Jack przewinął galerię i oczom Yuuriego ukazało się kolejne zdjęcie - łudząco podobne do tego pierwszego. I kolejne. I jeszcze następne…

Spojrzenie byłego chłopaka Jennifer na pierwszy rzut oka mogło wydawać się znudzone i obojętne, ale, gdy przyjrzeć się bliżej, dało się w nim dostrzec ból. A może nawet… odrobinę strachu?

Yuuri był w stanie rozpoznać te uczucia, bo sam, przed przybyciem do Detroit, przeżywał coś podobnego.

Nie dostałeś się na podium, ponieważ nie miałeś na to szans, Katsuki-kun. – jakby z oddali usłyszał głos byłej trenerki – Nie chodzi o to, że wszystko, co do tej pory robiłeś było bez sensu, ale… Ktoś musi ci to powiedzieć: nie jesteś dobrym łyżwiarzem. Czy raczej… nie jesteś dość dobrym łyżwiarzem, by osiągnąć to, czego pragniesz. Obecna ścieżka nie zaprowadzi cię do miejsca, w którym chcesz być. Teraz musisz się zastanowić, co zrobisz z tą wiedzą. A przede wszystkim… musisz zrozumieć, że nie mówię tego wszystkiego, żeby cię zranić…

Nie uwierzył. W pierwszym odruchu doszedł do wniosku, że powiedziała to wszystko, wyłącznie po to, żeby go zranić. Rozpłakał się i pobiegł do domu. Na ponowną rozmowę z trenerką był gotowy dopiero tydzień później – gdy Minako, Mari, mama, tata, Nishigori i Yuuko przetłumaczyli mu to, co usłyszał na bardziej delikatny język i pomogli mu zrozumieć:

Yuuri… Pani Trener wcale nie chce, byś kończył karierę. Pani Trener po prostu uważa, że powinieneś trenować gdzie indziej. Powiedziała ci to, bo chce, byś spełnił swoje marzenia.

A co, jeśli Jack nigdy nie usłyszał czegoś podobnego? A co jeśli usłyszał tylko szorstką „wersję numer jeden" i, tak jak Yuuri, poczuł się oszukany i zraniony? Jennifer powiedziała, że ten cały Fredricks nawet nie odwiedził go w szpitalu… a ponoć był jego najlepszym przyjacielem! Od kogo Jack miałby usłyszeć łagodniejszą „wersję numer dwa", jeśli nie od przyjaciela? Albo… od dziewczyny? Jak ten skrzywdzony człowiek z maską twardziela miał sobie poradzić, jeśli od soboty nie miał już nikogo?

Nikt nie zasługiwał na to, by tak się czuć.

- Słuchaj… - nieśmiało odezwał się Yuuri.

To było silniejsze od niego. Wiedział, że nie powinien… że Jack pewnie i tak tego nie doceni, ale…

- Chciałem tylko, żebyś wiedział, że… że nie zgadzam się z Jenn. Gdy tłumaczyłeś dla mnie ten artykuł o Viktorze, mieliśmy okazję porozmawiać i…uważam, że… uważam, że wcale nie jesteś zapatrzonym w siebie zdziecinniałym kretynem. Nie znam Cię zbyt dobrze, ale moim zdaniem jesteś… bardzo pracowitym i dojrzałym sportowcem. A ten wyjazd do Moskwy na pewno pomoże Ci się rozwinąć! Będę trzymał za Ciebie kciuki! A tak w ogóle to, gdybyś kiedyś potrzebował… w sensie… gdybym mógł jakoś się odwdzięczyć za ten wywiad… no wiesz, z Viktorem… powiedz tylko słowo, a postaram się pomóc. To… to tyle. Przepraszam, że tak nagle… coś takiego… po prostu chciałem, żebyś wiedział.

Rzecz jasna nie powiedział tego wszystkiego patrząc futboliście w oczy – aż tak odważny to on nie był! Ale przynajmniej zdołał dokończyć wypowiedź bez jąkania się… robiąc tylko krótkie przerwy, by zastanowić się, jak najlepiej ująć myśli w słowa – a to już coś!

- Wiesz co? Ja chyba jednak załatwię moją sprawę jutro. Phichit… mój współlokator nie jadł jeszcze obiadu… a wiesz, ma rękę w gipsie i wciąż nie umie jeść lewą ręką, więc… chyba wrócę do domu i mu pomogę. A do Dziekanatu przyjdę jutro. No to… do zobaczenia!

Teraz z kolei uznał, że warto by się stąd ewakuować. W końcu nieźle zaszalał, tak nadle wyskakując z czymś takim! Lepiej opuścić to miejsce, zanim Jack otrząśnie się z szoku i zadecyduje, co myśli o zaoferowanej mu „wersji numer dwa".

- Czekaj! – nakazał szorstki głos futbolisty.

Tja… tylko najpierw trzeba odpowiednio szybko stąd uciec.

- Właściwie to jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić.

Oczy Yuuriego rozszerzyły się w szoku. Owszem, z grzeczności zaproponował, że odwdzięczy się za wywiad, ale w zasadzie nie przypuszczał, że… nawet nie pomyślał, że było coś, co mógłby dla Jacka…

- Mój dziadek, Alexei Wronkov jest łyżwiarzem figurowym. On i moja babcia jeździli w parze sportowej. Nie wiem, czy o nich słyszałeś… Mają na koncie sporo sukcesów międzynarodowych.

Japończyka, który spodziewał się odpowiedzi w stylu „mógłbyś dla mnie pójść do kibla i wsadzić głowę do sedesu", na moment zwyczajnie zatkało. Wreszcie ośmielił się spojrzeć na Jacka. Amerykanin stał w luźnej pozie, z jedną ręką w kieszeni spodni. Jego mina była… trudna do zinterpretowania. Podobnie jak ton głosu.

- Deduszka… w sensie, dziadek… opowiadał mi o łyżwiarstwie, odkąd byłem berbeciem, ale nigdy nie zabrał mnie na żadne zawody. – wzdychając, stwierdził futbolista – Chciałbym to nadrobić. Wiem, że za tydzień bierzesz udział w jakimś ważnym wydarzeniu… Skate America, tak? I, jeśli to możliwe, to… zastanawiałem się… czy nie załatwiłbyś mi biletów? Ale wiesz, takich lepszych. Żebym siedział bardzo blisko i wszystko dobrze widział. Chciałbym wreszcie zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. I przy okazji… na własne oczy przekonać się, jak jeździsz.

Do Yuuriego wróciły rzucone podczas kłótni słowa Jennifer:

Za tydzień są jego zawody. Wpadnij na nie, a sam przekonasz się, jaki jest dobry.

Doskonale pamiętał też odpowiedź Jacka:

Dziękuję, ale mam lepsze rzeczy do roboty, niż oglądanie wywracających się łyżwiarzy.

Czy to możliwe, że ten dryblas zmienił zdanie? Czyżby postanowił mimo wszystko zrewidować wyrobiony pogląd? Sprawdzić, czy Yuuri rzeczywiście był niestabilnym emocjonalnie słabeuszem?

Patrząc w oczy futbolisty, Katsuki szedł o zakład, że tak właśnie było. Może to była tylko jego wyobraźnia, ale miał wrażenie, że w minie Jacka kryło się… wyzwanie:

„A więc po tym wszystkim próbujesz sprawić, bym poczuł się lepiej? W porządku. Ale zanim zdecyduję, czy chcę pomocy… pokaż najpierw, ile jesteś wart."

Odpowiedź Yuuriego mogła być tylko jedna.

- Zrobię to. – oświadczył, nie opuszczając wzroku – Załatwię ci bilet w pierwszym rzędzie. A na zawodach dam z siebie wszystko!

Jednej ważnej rzeczy wtedy nie wiedział:

Bogowie karali złych ludzi za złośliwość… ale jeszcze częściej karali dobrych ludzi za zbyt wielkie serca.

XXX

- Na żywo z Detroit, Mary White i Micheal Richardson! Skate America jeszcze na dobre się nie zaczęło, a już zyskało sobie miano „Przeklętych Zawodów". No, ale… czego innego moglibyśmy się spodziewać po wydarzeniu odbywającym się w piątek trzynastego? Prawda, Mike?

- Masz rację, Mary. Pecha niemal czuć w powietrzu! Każda z liczących się par tanecznych zaliczyła dzisiaj rano widowiskową klęskę! Z kolei solistki chyba postanowiły doczyścić lód swoimi ciałami. No bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że zaliczały tyle upadków?

- Hm… kałuże wody z całą pewnością nie ułatwiały im zadania. Musisz przyznać, Mike, że warunki na lodzie ciężko uznać za idealne.

- To prawda. Administracja lodowiska próbuje się usprawiedliwiać nieoczekiwaną zmianą pogody, ale brzmi to trochę jak wymówka.

- No cóż… to rzeczywiście zaskakujące, że temperatura podskoczyła przez noc o ponad piętnaście stopni, ale z drugiej strony, od czego są prognozy? Powiem ci coś, Mike… gdybym była na miejscu szykujących się do programu krótkiego solistów, miałabym ochotę zapodać szefostwu tego miejsca solidnego kopniaka w tyłek.

Rozgrzewający się nieopodal Yuuri przełknął ślinę i pokiwał głową. W pełni zgadzał się z dziennikarką. Zwłaszcza, że znał zarządcę wspomnianego obiektu i wiedział, że facet już któryś z kolei raz zaniedbał swoje obowiązki.

Z tą różnicą, że wcześniej to można sobie było odwołać trening i pójść do domu. Tym razem nie było takiej opcji - należało zagryźć zęby, wyjść na topiący się pod stopami lód i pojechać program, od którego zależał udział w finale. Uuuuch! Do tego jeszcze ten przeklęty piątek trzynastego…

Japończyk podkoczył, czując na ramieniu dłoń Celestino.

- Yuuri… tyle razy ci mówiłem, byś nie zwracał uwagi na dziennikarzy. Po co w ogóle ich słuchać?

- No nie wiem… - burknął stojący obok Rodrigo – Może po to, by po wszystkim wreszcie napisać petycję i wywalić Pana Administratora ze stołka? Powtarzam to już od czterech lat, trenerze…

Ze wszystkich łyżwiarzy z klubu tylko on i Yuuri zostali przypisani do Skate America. Oprócz Celestino towarzyszył im jeszcze kontuzjowany Phichit.

- Te, Chulanont, a ty lepiej wszystko filmuj! – dodał po chwili latynos – Chcę mieć pełną video-dokumentację, którą mógłbym dołączyć do skargi…

- Nie będzie żadnej skargi! – stanowczo stwierdził Celestino – Chcesz, by pozbawili nas miejsca do trenowania? Tobie może i wszystko jedno, bo to twój ostatni sezon, ale na przykład Yuuri będzie tutaj jeszcze co najmniej pięć lat. Podobnym gadaniem tylko bardziej go nakręcasz! Zobacz, jaki jest wystraszony!

Jakby na potwierdzenie tych słów Japończyk wybełkotał:

- T-trenerze… a to prawda, że wszystkie solistki leżały na lodzie?

Celestino przewrócił oczami.

- Oczywiście, że nie! Koreańska Mistrzyni Świata pojechała swój program bez zarzutu!

- Też mi pocieszenie. – mruknął Rodrigo – Żaden z nas nie jest koreańską Mistrzynią Świata. Zresztą, ta laska waży tyle, co moja noga.

- Może to znak, żebyś schudł? – zasugerował Phichit.

Spojrzenie, które posłał mu latynos, mówiło:

„Zaraz złamię Ci drugą rękę i w ogóle nie będziesz mógł robić zdjęć!"

- Albo… może to Koreanka powinna trochę utyć? – próbował przeprosić Taj – Z tymi swoimi chudymi nóżkami nie wygląda zbyt zdrowo.

- Ja to już w ogóle ważę więcej od Koreanki… - zajęczał bliski wymiotów Yuuri.

- A Viktor na bank waży więcej od ciebie. – odparował na to Phichit – Chyba pamiętasz, jak w o wiele gorszych warunkach zdobył Mistrzostwo Europy?

- Przepraszam bardzo, - Rodrigo zaczął, zaciskając zęby – ale czy moglibyśmy przestać porównywać się z Mistrzyniami Świata i młodymi geniuszami? Nie chcę nic mówić, ale to, kurwa, nie pomaga!

- Narzekanie też nie pomoże. – oświadczył Celestino, tonem definitywnie ucinającym dyskusję – Warunki są, jakie są. Wasi rywale będą jechać na tym samym lodzie, więc panikowanie nie ma żadnego sensu. Zresztą… może do wieczora warunki się poprawią?

Mhm… w piątek trzynastego warunki się poprawią. – ponuro pomyślał Yuuri – Bo piątek trzynastego to NAJMNIEJ pechowy dzień w roku. Ech, dlaczego nie trafiło mi się Skate Canada? Albo Rostelecom i Francja? Wtedy nareszcie spotkałbym Viktora…

Chociaż… czy dodatkowa presja ze strony ukochanego idola naprawdę była tym, czego potrzebował? Już i tak wiele osób na niego liczyło. Rodzice, trener, Yuuko z Nishigorim, Phichit… a nawet, w pewnym sensie - Jack.

Katsuki przypomniał sobie słowa byłego chłopaka Jennifer.

Ten ryczący z powodu zranionego koleżki słabeusz nie wytrzyma psychicznie.

Dłonie debiutującego w seniorach łyżwiarza zacisnęły się w pięści.

On jest słaby!

Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

W sporcie liczą się zdecydowanie i nerwy ze stali. Ten Japoniec nie ma ani jednego, ani drugiego!

Ze zdeterminowaną miną, Yuuri rozpiął suwak bluzy. Już prawie pora! Pokaże temu amerykańskiemu osiłkowi, na co go stać!

XXX

- Ocena za program krótki dla Yuuriego Katsukiego z Japonii.

Pięść Celestino wzbiła się w górę, gdy w Kiss and Cry wyświetlono wyniki.

- Bravo! Splendidamente! Perfettamente! Yuuri, zobacz… pobiłeś swój życiowy rekord!

Radość Japończyka jak zwykle miała opóźniony zapłon. Zanim przyłączył się do świętowania, dobrą minutę gapił się w ekran, by upewnić się, że to na pewno JEGO wyniki… że to właśnie ON dostał tak wysokie noty. Przecież musiał istnieć jakiś haczyk! Może program krótki jeszcze się nie odbył i to wszystko było jedynie snem? Albo… to wada wzroku dawała o sobie znać? No bo… to przecież niemożliwe, żeby on… i to jeszcze w piątek trzynastego…!

Kiedy opuścili Kiss and Cry i dołączyli do pozostałych, Katsuki zaczął zyskiwać namacalne dowody na to, że rzeczywiście pobił dzisiaj swój życiowy rekord:

- Yuuri, miałeś jeszcze więcej wdzięku od Koreanki! – pierwszym potwierdzeniem był odbierający dech przytulas Phichita i błyskający ze wszystkich stron flesz aparatu – Oczywiście wszystko nagrałem! Wieczorem wrzucamy to arcydzieło na You Tube'a… i nawet nie chcę słysześ słowa protestu!

- Naprawdę wielki szacun, młody. – drugą oznaką był przepełniony podziwem uścisk dłoni Rodrigo – Trzeba przyznać… pokazałeś dzisiaj klasę!

A trzecim dowodem była lawina wiadomości, która niespodziewanie zalała komórkę Japończyka:

Mari: Gratulacje, braciszku! Jesteśmy meeeega dumni! Tata prosił, bym ci przypomniała, żebyś zareklamował Yutopię ;)

Minako-sensei: Yuuuuuriiii! Byłeś wspaniały! Jestem tak dumna, że zaraz się rozpłaczę 3

Yuuko: Coś cudownego! Nie mogliśmy z Takeshim oderwać od ciebie wzroku ;) Gratulacje i trzymamy kciuki za dowolny!

Yuuri uśmiechnął się. A zatem… mimo wszystko nie śnił. Pojechał taki program krótki! Naprawdę miał powody do dumy.

- I co, panowie? – Celestino objął wychowanka ramieniem – Da się? Da się! Yuuri, nawet nie wiesz, jak bardzo mnie zaskoczyłeś… pozytywnie, oczywiście! Muszę przyznać, że martwiłem się, zanim wyszedłeś na lód… zastanawiałem się, czy poradzisz sobie z presją… a tu proszę! Nie dość, że pojechałeś taki piękny program, to jeszcze ani razu się nie wywaliłeś! Jako jedyny ze wszystkich solistów! Znaczy, trzeba będzie jeszcze wprowadzić parę poprawek… drugą część kombinacji chyba troszkę dokręciłeś, a lądowanie w poczwórnym toe loopie mogłoby być ładniejsze… no ale mimo wszystko! Dostać taki lód i ani razu się nie wywalić!

- Nie wspominajac już o tej kosmicznej ocenie za komponenty. – dodał Rodrigo, kiwając głową – Chyba w całej swojej karierze nie pojechałem tak pięknie.

Na policzkach Katsukiego pojawił się rumieniec. Pierwszy raz usłyszał od starszego kolegi podobny komplement.

- Pewnie zamierzasz powiedzieć coś w stylu, że Viktor jeździ jeszcze ładniej… - wzdychając, rzucił latynos – Ale powiem ci coś: gdyby tutaj dzisiaj startował, na pewno poczułby się zagrożony. Trochę już jeżdżę i wiem, że takich not nie dostaje się za byle co. To twój dzień, młody! Pokonałeś dzisiaj swojego starszego kolegę, więc weź odpowiedzialność i wygraj te przeklęte zawody!

To powiedziawszy, poczochrał Yuuriemu włosy. Japończyk poczuł, że serce wypełnia mu przyjemne ciepło. Może Phichit miał rację i Rodrigo oraz pozostali Amerykanie z klubu rzeczywiście traktowali go trochę jak młodszego brata?

- Jeśli chodzi o jutrzejszy dzień, Fonteles, - odezwał się Celestino – wygląda na to, że sam posiedzisz sobie w Kiss and Cry. Jedziesz tuż przed Yuurim.

- Och, nie! – z udawanym żalem zajęczał latynos – Cóż ja zrobię? Sam, samiuteńki będę czekał na wynik!

- Niech go pan nie zostawia, trenerze. – poprosił Yuuri – Nie potrzebuję wsparcia przy barierce. Da mi pan ostatnie wskazówki przed programem Rodrigo i jakoś sobie poradzę.

- Czy ja wiem… - długowłosy mężczyzna z zamyśleniem masował podbródek – Jeśli mam być szczery, nie za bardzo podoba mi się ten pomysł.

- Właśnie! – przytaknął Rodrigo – Lepiej tak nie kozacz, młody. Dzisiaj co prawda świetnie sobie poradziłeś, ale jutro zaczyna się nowy dzień i koło fortuny może się odwrócić. Wierz mi, wiem, co mówię. Wystarczy byle głupota, by człowiek stracił koncentrację. A trener jest potrzebny zawodnikowi bardziej PRZED niż PO występie. Mam dwadzieścia sześć lat. Jestem dużym chłopcem. Chyba przeżyję czekanie na wynik w samotności.

- A-a-ale Viktor powiedział w jednym wywiadzie, że kiedyś musiał sam siedzieć w Kiss and Cry i było mu tak strasznie głupio! – próbował tłumaczyć Japończyk.

Celestino i Rodrigo jednocześnie jęknęli: „No nieeeee…. jak zwykle chodzi o Viktora!"

- Pokłócił się o coś ze swoim trenerem i tamten strasznie się na niego wkurzył. Viktor mówił, że gdy samemu czekał na wynik, to było dla niego wręcz traumatyczne! Nie poczuł się lepiej, nawet gdy okazało się, że zdobył złoto. A w internecie pisali, że…

Zagadałby ich obu na śmierć, gdyby trener nie złapał go za ramiona i wyrzucił głosem pełnym desperacji:

- No dobrze, już dobrze… wygrałeś! Usiądę z Rodrigo w Kiss and Cry! Zadowolony?!

- Ja mogę zaopiekować się Yuurim. – zaoferował Phichit.

Celestino spojrzał na niego spode łba.

- Już ja widzę twoje „zaopiekować"! Przez te wszystkie głupie pozy, które kazałeś mu robić, prawie zapomniał, że ma wyjść na lód. Nawet sędziowie zaczęli się za nim rozglądać. A ja, przez ten nieustanny odgłos cykania, nie mogłem skupić się na programe. O, nieee, Chulanont… jutro ty i twój telefon macie się trzymać z dala od strefy do zawodników!

- Młeeee?! Ale, trenerze… ja założyłem specjalny album na Instagramie!

- No to będziesz go sobie zapełniał PO programie dowolnym. Rozumiemy się?

Nie, nie zrozumieli się. Taj ani myślał rezygnować ze swojej Instagramowej misji z tak banalnego powodu jak zakaz wstępu do strefy dla zawodników. Ledwo trener i Rodrigo zniknęli z zasięgu wzroku, pognał w stronę stojących nieopodal solistek i na „słodkie oczy kontuzjowanego dziecka" zaczął błagać, by porobiły jutro dla niego zdjęcia. Chichocząc, pytały, jak obsługiwać smartfona. Dwie minuty później, koreańska Mistrzyni Świata podpisała się na Phichitowym gipsie, a telefon w chomiczą obudowę latał na wszystkie strony, aż się błyskało. Yuuri nie mógł się zdecydować, czy powinien czuć się zażenowany, czy rozbawiony.

- Gratulacje. – usłyszał za plecami czyjś głos.

Odwrócił się i zobaczył Jacka. Podobnie jak podczas pamiętnej rozmowy przed Dziekanatem, futbolista miał trudną do rozszyfrowania minę.

- O, hej! Jesteś zadowolony z VIPowskich biletów? – spytał Yuuri.

Dziwnie się czuł, stojąc przed tym osiłkiem i nie odczuwając żadnego strachu. No cóż… najwidoczniej tak działało na człowieka pobicie życiowego rekordu w programie krótkim.

- Bardzo. – odparł Jack – Przez moment czułem się prawie jak zawodnik. I przy okazji zagadało do mnie kilka ładnych łyżwiarek. Chciałem ci życzyć powodzenia, ale byłeś ze swoim trenerem i nie chciałem cię rozpraszać.

Japończyk zamrugał, zaskoczony. Futbolista może i nie powiedział tego wszystkiego jakoś szczególnie entuzjastycznie… ale mimo wszystko powiedział! Oczy Yuuriego zaświeciły się.

- Możesz życzyć mi powodzenia jutro! Kolega jedzie przede mną, więc trener będzie czekał na niego w Kiss and Cry. To taka strefa, w której czeka się na ogłoszenie wyników. Nie miałbym nic przeciwko pokrzepiającemu uściskowi dłoni przed programem dowolnym.

- Nie boisz się, że stracisz koncentrację?

- Mam nadzieję, że nie. Ale skoro nawet piątek trzynastego nie stanął mi na drodze… to chyba nic nie stanie!

Japończyk pozwolił sobie na posłanie rozmówcy nieśmiałego uśmiechu. Prawie nie poznawał samego siebie. Kim był ten pewny siebie facet, który zaliczył program bez upadku i prowadził normalną rozmowę z przerażającym osiłkiem?

Cóż, ta część jego osobowości najprawdopodobniej została przebudzona przez głęboko skrywaną zadziorność… a także przez chęć pomocy drugiemu człowiekowi. Yuuri chciał pokazać Jackowi, jak bardzo jest silny… i tym samym pomóc futboliście odbudować własną siłę. Nawet jeśli ten koleś nie do końca na to zasługiwał.

- Hej, Yuuri!

Niespodziewany okrzyk Rodriga sprawił, że Japończyk podskoczył. Latynos już wrócił i teraz stał oparty o ścianę, z rękoma założonymi na piersi.

- Czy on cię zaczepia? – zapytał, podejrzliwie patrząc na Jacka.

- Och, nie! To kolega z uczelni. Jest na ostatnim roku.

- Co robi w strefie dla zawodników?

- Załatwiłem dla niego VIPowski bilet.

- Ach tak?

Rodrigo uniósł brwi. Przez jakiś czas on i Jack patrzyli sobie w oczy. Co prawda w spojrzeniach obu panów nie dało się dostrzec jakichkolwiek emocji, a mimo to…

Wyglądają, jakby niezbyt się lubili. – wywnioskował Yuuri – Dziwne. W końcu widzą się po raz pierwszy. Chociaż z drugiej strony, chyba nie powinienem być zaskoczony. Jack ewidentnie nie jest mistrzem „przyjacielskiego pierwszego wrażenia".

- Odklej Phichita od Koreanki i zbierajmy się. – zarządził latynos – Ciao Ciao chce nas zabrać do jakiejś włoskiej knajpki.

Japończyk westchnał ze zrezygnowaniem. Coś mu mówiło, że po wizycie w tej knajpce, różnica wagowa pomiędzy nim i Koreanką jeszcze wzrośnie. Modląc się, by mieli tam jakąś dietetyczną sałatkę, pożegnał się z Jackiem.

- Ej, a wiecie co powiedziała mi Mistrzyni Świata? – trajkotał Phichit, gdy jakiś czas później szli ulicą – W reprezentacji jej kraju jest chłopak w moim wieku. Prosiłem ją, by dała mi jego nick na Instagramie, ale powiedziała, że lepiej nie, bo jest trochę dziki i lepiej nie zbliżać się do niego bez kija. Ponoć nienawidzi kobiet i warzyw i cały czas ma taką dziiiiwną minę.

- Jak można nie lubić warzyw? – zdziwił się Yuuri.

- Jak można nie lubić kobiet? – zdziwił się Rodrigo.

Phichit nie zwracał na nich uwagi. Był zajęty przeszukiwaniem Facebooka.

- A-ha! – po chwili wydał z siebie triumfalny okrzyk – Mam cię, skarbie! Przed Detektywem Chulanontem nikt się nie ukryje! Zobaczymy… Saung… eeee… Seung… Boże, co za trudne imię… Seung Gil… Lee. Wyślę mu zaproszenie do grona znajomych. O, jest nawet zdjęcie! No proszę! Jego mina wcale nie jest taka dziwna…

- Owszem, jest. – westchnął Rodrigo, zerkając Tajowi przez ramię – Mistrzyni Świata wiedziała, co mówi, gdy radziła ci, żebyś na niego uważał. Facet nie wygląda ani trochę przyjaźnie.

- Oj, nie dramatyzuj! – Phichit machnął ręką – Jestem pewien, że to wyraz… yyy… głęboko skrywanej… yyy… nostalgicznej miłości do świata.

Latynos parsknął cicho.

- Chyba żartujesz! Napakowany blondas w identyczny sposób patrzył na Katsukiego. Zapewniam cię, że nie było w tym jakiejkolwiek miłości!

To wzbudziło zainteresowanie Yuuriego.

- Napakowany blondas? W sensie, że…

- Koleś, któremu załatwiłeś bilet. Patrzył na ciebie w bardzo niefajny sposób.

- Kiedy to było?

- Tuż przed tym, jak do ciebie zagadał.

Japończyk sapnął, zaskoczony. Nie miał pojęcia, że starszy kolega stał tam aż tak długo.

- To dlatego myślałeś… że mnie zaczepia? – zapytał, nadal przetwarzając zdobytą informację.

Zamiast odpowiedzieć, Rodrigo posłał mu bardzo dziwne spojrzenie – troskliwe, ale zarazem surowe. Spojrzenie, które mógłby posłać niesfornemu młodszemu bratu. Yuuri zaczerwienił się.

- N-nie patrz tak na mnie! – wymamrotał, odwracając wzrok – Nie musiałeś się wtrącać.

- Nie wtrąciłem się. – latynos uniósł brwi – Po prostu spytałem, czy cię zaczepia. Nie wyglądał na Twojego fana.

- Bo został nim dopiero w zeszły poniedziałek! – wtrącił Phichit – Jeszcze tydzień temu myśleliśmy, że jest łobuzem, który w wolnym czasie zabiera dzieciom lizaki. Ale potem powęszyliśmy trochę i zrozumieliśmy, że to po prostu miły facet z „problemami"! No proszę, nawet założył Yuuriemu wydarzenie na Facebooku!

- CO?!

Yuuri i Rodrigo jednocześnie doskoczyli do młodszego kolegi.

- Założył ci coś na kształt grupy wsparcia. – marszcząc brwi, Taj usiłował przeczytać drobniutki opis na stronie – Coś w stylu… eee… „nasz kolega robi międzynarodową karierę"… no wiesz, te klimaty. Łooooł, zaprosił chyba połowę Uniwerku! Na wydarzeniu jest już filmik z dzisiejszym programem krótkim. Ma z milion komentarzy! Niejaki Alfred McBain napisał, że Yuuri pojechał „zajebiście".

- No proszę… - czerwieniąc się, wybełkotał Japończyk – Nie wiedziałem, że Pan Profesor ma konto na Facebooku.

- Widzisz… widzisz?! – zawył Phichit - Zobaczysz, jeszcze dojdzie do tego, że Napoleon będzie na Fejsie przed tobą! A on nawet nie żyje! Swoją drogą… hm… może nazwę następnego chomika Napoleon? Mniejsza o to. To miłe ze strony Jacka, że zrobił ci taką reklamę.

- Miłe? – kpiąco powtórzył Rodrigo – Raczej upierdliwe! Gdybym był na miejscu Katsukiego, wolałbym uniknąć całej tej szopki z Facebookiem.

No to trafiłeś w dziesiątkę. – wzdychając pomyślał Yuuri – Bo Katsuki wolałby uniknąć JAKIEGOKOLWIEK rozgłosu.

- Niby dlaczego? – dziwił się Phichit – Zobacz, aż dwanaście dziewczyn chce zaprosić Yuuriego na randkę! A trzy z nich mają staniki z miseczką co najmniej D!

Jakim cudem odgadł rozmiary staników? Aha, no tak… te dziewczyny mają zdjęcia profilowe w bikini…

Latynos przewrócił oczami.

- Fanki z wielkimi cyckami to akurat ostatnia rzecz, której młody teraz potrzebuje. Pomyśl trochę, przecież to dla niego dodatkowa presja! Mało mu, że to jego pierwszy wielki sprawdzian od przyjazdu do Stanów? Ma jeszcze jechać ze świadomością, że cała uczelnia zobaczy i skomentuje jego program? Daj spokój… Może gdyby był księciuniem Nikiforovem z hordami wielbicieli na całym świecie, taki mały evencik na Fejsbuczku nie robiłby mu różnicy. Ale tak się składa, że NIE JEST księciuniem Nikiforovem, tylko skromnym chłopaczkiem z Japonii, któremu głupio, nawet gdy jedzie program tylko przed tobą, mną i trenerem! A teraz jeszcze jakiś futbolista dołożył mu zmartwień…

- Pesymista! Jack wyciągnął w jego stronę gałązkę oliwną.

- Powiedzieć ci, co moja babcia mawia o gałązkach oliwnych, Chulanont? Wróg najpierw ci ją daje, a potem używa jej, by podpalić Twój szałas.

- Ułaaaaa… ostro! Twoja babcia jest indianką, czy coś?

- Tja, z gwatemalskiego plemienia. Właściwie to szamanka.

- Serio?! Ale ekstra, poznaj mnie z nią!

- Uwierz mi, nie chciałbyś tego. Złożyłaby cię w ofierze na szczycie piramidy. Razem z twoim drogocennym telefonem i chomikiem, którego nielegalnie przetrzymujesz w Akademiku…

Kłótnia zaczęła przybierać ciekawy obrót. Yuuri omal nie potknął się o własne nogi. Natomiast Phichit kwiknął cicho i posłał latynosowi spanikowane spojrzenie.

- O-o-o czym ty mówisz? – wybełkotał, pocierając kark – J-j-ja nie mam chomika!

- Nie, wcale nie masz. – ze złośliwym uśmieszkiem parsknął Rodrigo – A ten chomik WCALE nie nazywa się Budda i WCALE nie ma konta na Facebooku.

Oczy Japończyka właśnie ukręcały Tajowi szyję.

Założyłeś chomikowi KONTO NA FACEBOOKU?! – telepatycznie wydarł się na kumpla – Do reszty cię pogięło?!

Phichit jak zwykle próbował ocalić sytuację, przywołując swój najlepszy Uśmiech Niewiniątka.

- Coś ci się pomyliło! – zaświergotał, patrząc to na Yuuriego to na Rodrigo – To chomik kogoś innego.

- Aha. – kąciki ust latynosa uniosły się o dodatkowy centymetr – Ciekawe, skąd chomik kogoś innego ma zdjęcie waszego pokoju w Akademiku?

Taj zamrugał ze zdziwieniem.

- Nie wiesz, jak wygląda nasz pokój. – stwierdził, lekko przechylając głowę – Nigdy cię do niego nie zaprosiliśmy.

Rodrigo wzdrygnął się, jakby przypomniał sobie coś wybitnie nieprzyjemnego.

- Wiem, jak wygląda wasz pokój, bo kiedyś z Joshem i Brianem chcieliśmy zrobić wam kawał. Niestety nie wszystko poszło tak, jak zaplanowaliśmy…

Dłoń Japończyka powędrowała do ust i Yuuri zaśmiał się pod nosem. Co prawda jeszcze nie znał ciągu dalszego tej historii, ale spokojnie mógł go sobie wyobrazić. W końcu doskonale pamiętał dzień, gdy on sam po raz pierwszy postawił stopę w tamtym pokoju.

Phichit też to pamiętał. Jego Niewinny Uśmiech został zastąpiony przez Uśmiech Szatański i Knujący Coś Niedobrego.

- I pomyśleć, że rodzice namawiali mnie na dobermana. – wyznał, śmiejąc się pod nosem – Wiesz, nie chcę się chwalić… ale byłem jedną z pierwszych osób, które uzupełniały hasło „chomik" w tajskiej Wikipedii. Chyba wpisałem tam „zwierzę obronne formatu kieszonkowego". Niestety ktoś edytował.

- Szkoda, że nie wiemy, kto. – mruknął Rodrigo zaciskając zęby – Chętnie zamknąłbym tego kogoś u was w pokoju.

- No wiesz… Budda ma jeszcze gorszy wzrok, niż Yuuri. Musi się dostatecznie długo napatrzeć na daną osobę, by zrozumieć, że nie do czynienia z pożywieniem…

- Uważasz, że to zabawne?! Powinieneś powiesić na drzwiach jakieś ostrzeżenie!

- A co? Musiałeś zainwestować w plastry, biedaczku?

- Gorzej. Wylądowałem na Ostrym Dużurze.

- Ach!

Oczy Phichita lśniły od ekscytacji, a kciuk pieścił obudowę telefonu.

- Rodrigo… - Taj zrobił krok w stronę latynosa.

- Czego?

- Powiedz… a masz może jakieś blizny?

- Dlaczego pytasz, czy mam… eee… Chulanont? Co ty, u diabła, wyrabiasz? CHULANONT! N-na… natychmiast przestań! Co ty w ogóle… EJ! Odwal się od moich spodni! Katsuki, zrób coś! POWSTRZYMAJ GOOOOOO!

Niestety – tamtego wieczoru Phichit był nie do zatrzymania.

XXX

- No już, przestań się mazać, Fonteles! – stanowczo nakazał Celestino.

- Zabiję gówniarza… ja go, kurwa, zabiję!

Yuuri westchnął. To nie tak, że podczas programu dowolnego nigdy nie zdarzały się różne dziwne rzeczy. A mimo to wystylizowany na łabędzia latynos, płaczący na ławce jeszcze PRZED wyjściem na lód, stanowił dość osobliwy widok.

- Przestań histeryzować! – trener w dalszym ciągu próbował go uspokoić – Moja łydka też jest na Instagramie Chulanonta i jakoś żyję…

- Na pańskiej łydce nie ma śladów zębów! – piskliwym głosem zawył Rodrigo – Pan nic nie rozumie, trenerze! Moja babcia założyła sobie konto na Facebooku tylko po to, by zobaczyć to zdjęcie! Wie pan, co takie blizny na nodze oznaczają w jej plemieniu?! IMPOTENTA! Rodzice zadzwonili do mnie godzinę temu i płakali, że nie będą mieli wnuków! Niech ta tajska gnida dziękuje Bogu, że nie pozwolono jej dzisiaj wejść do strefy dla zawodników! Gdyby tutaj był, ukręciłbym mu łeb! Żądam rekompensaty, do ciężkiej cholery! Trenerze, niech pan natychmiast skonfiskuje temu smarkaczowi telefon!

- Za późno. Zdążył go komuś oddać…

Celestino wskazał kciukiem drugą stronę lodowiska. Phichitowy telefon był bezpieczny w drobnych dłoniach Koreanki. Po widowiskowym programie, który zapewnił jej zwycięstwo, Mistrzyni Świata zabijała czas, cykając fotki dla nowego kolegi. Yuuri nie był pewien, czy to tylko jego wyobraźnia… ale chyba słyszał z widowni instrukcje Phichita.

- Kolega! Tam stoi mój kolega! O, tam, tam! W stroju Romea! Jemu też zrób zdjęcie!

Katsuki zaśmiał się pod nosem. No cóż… przynajmniej te absurdalne okoliczności odwracały jego uwagę od nerwów.

Pierwszy raz w życiu czuł coś takiego – trwały ważne zawody, za parenaście minut miał jechać program dowolny, a mimo to jego ciało było pozbawione napięcia, a umysł wolny od trosk. Zrelaksowany. Znaczy się… już wczoraj był bardziej wyluzowany niż zwykle, ale dzisiaj odczuwał zupełnie inny rodzaj relaksu. Wczorajsza lekkość wzięła się z determinacji. Natomiast dzisiaj… dzisiaj nie musiał już nikomu niczego udowadniać.

Już w siebie nie wątpię. – uświadomił sobie – Wiem, że jestem dobry. Gdybym nie był, nie pojechałbym takiego programu krótkiego. Pokazałem, na co mnie stać. Nikt mi już tego nie odbierze!

Wziął głęboki oddech.

Będzie dobrze… po programie krótkim wylądował na drugim miejscu. Nawet jeśli teraz coś zawali i spadnie na trzecie, będzie dobrze. To nie finał Grand Prix, ale Skate America. Nie musi zdobyć złota przy pierwszym podejściu. Zresztą, nikt tego po nim nie oczekiwał. Po rozgrzewce trener ostrzegł go, by nie stawiał sobie zbyt dużych wymagań. Jeśli za bardzo się nakręci i będzie chciał wygrać za wszelką cenę, tylko sobie zaszkodzi.

To jego debiut seniorski – początek drogi. Krok po kroku… występ po występie… Yuuri dojdzie do swojego wymarzonego miejsca. Miejsca, w którym czekał na niego Viktor.

Usta Japończyka ułożyły się w delikatny uśmiech.

- Reprezentant Stanów Zjednoczonych Ameryki, Rodrigo Fonteles! – padł komunikat z głośników.

Yuuri krzyknął starszemu koledze kilka słów zachęty, po czym odsunął się od barierki.

No dobrze! Za chwilę moja kolej!

Chciał poświęcić te ostatnie kilka minut na rozgrzewkę. Był akurat w trakcie skłonu, gdy niespodziewanie pojawił się przed nim Jack.

- Kurczę, naprawdę przyszedłeś! – nerwowo pocierając kark, Katsuki wrócił do wyprostowanej pozycji – Nie sądziłem, że poważnie potraktujesz moją prośbę o… uścisk…

Jego głos załamał się, gdy Yuuri zobaczył minę futbolisty. Przez moment zwątpił, czy naprawdę widzi byłego chłopaka Jennifer. Przecież to niemożliwe, żeby koleś, który jak dotąd patrzył na ludzi jedynie z pogardą bądź goryczą, miał teraz w oczach taki… taki…

Smutek? Nie, to nie było to słowo. Katsuki widział wcześniej jak smutny Jack przeglądał zdjęcia z Fredricksem. Teraz wyglądał zupełnie inaczej.

To może, w takim razie… żal? Przygnębienie? Tak, to mogło być przygnębienie. Tylko takie jakby… wymuszone? Ale przecież… przygnębienie nie mogło być wymuszone? Przygnębienia nie można było udawać. A poza tym… po co ktoś miałby coś takiego robić?

Yuuri zastanowił się chwilę. Jedyna sytuacja, która przyszła mu do głowy… i którą mógłby dopasować do przedziwnej miny Jacka… była następująca:

Po śmierci pewnego mężczyzny, jego największy rywal odwiedza zapłakaną wdowę, by złożyć nieszczere kondolencje.

Japończykowi dreszcz przeszedł po plecach. Wiedział, że to skojarzenie było idiotyczne. Wydało mu się idiotyczne, gdy tylko sformułował je w myślach, a mimo to…

Podskoczył, gdy dłoń Jacka wylądowała na jego ramieniu. Amerykanin wziął głęboki oddech.

- Posłuchaj… wiem, że to nieodpowiedni moment, ale… muszę ci coś powiedzieć.

NOTKA KOŃCOWA

Jak część z was zdążyła zauważyć, publikacyjny kalendarzyk uległ drobnym zmianom. Będę go jeszcze modyfikowała w najbliższym czasie :)

Za tydzień mam dla was miłą niespodziankę - tak zwany double release, czyli dwa rozdziały za jednym zamachem! Dowiecie się, co dokładnie Jack powiedział Yuuriemu i dlaczego Japończyk nie chce opowiedzieć o tej całej sytuacji narzeczonemu. Potem będziecie mieli okazję zajrzeć do głowy Viktora i zobaczyć, co on myśli o kłótni z ukochanym. Rozpocznie się również podróż w przeszłość Nikiforova. Mam do przerobienia sporo tekstu, więc trzymajcie kciuki, bym wyrobiła się z korektą :D

Będę na Magnificonie, więc gdyby ktoś chciał mnie poznać osobiście, dajcie znać w komentarzu, przez prywatną wiadomość lub przez Facebooka (figuruję tam jako Jora Calltrise).