Dawno temu w Detroit

Rozdział 4 – Był sobie łyżwiarz

- Coś taki ponury, Fonteles? Chyba nie przeżywasz wciąż tamtego posta na Facebooku? Pojechałeś świetny program! Może byś tak pokazał trochę więcej entuzjazmu, hm?

- Sam nie wiem, trenerze… mam jakieś złe przeczucia.

Z brodą oparną na nadgarstku, Rodrigo obserwował wyświetlane na telebimie powtórki skoków.

- Więcej optymizmu! – Celestino energicznie poklepał go po plecach – Tamto lądowanie to drobiazg! Jestem pewien, że dostaniesz dużo punktów i znajdziesz się na podium.

- To nie oceną się martwię.

Trener uniósł brwi. Latynos posłał mu ponure spojrzenie.

- Tak sobie myślę… - wzdychając, zaczął Rodrigo – Nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy, zostawiając młodego samego przed dowolnym.

- Sam tego chciał. – Celestino wzruszył ramionami – Proponowałem, że z nim zostanę, ale zaparł się, jak osioł.

- Niby tak, ale… uważam, że mimo wszystko nie powinien pan iść mu na rękę.

- A co miałem zrobić? Pozwolić, by przez resztę wieczoru trajkotał o Twoim „losie męczennika"? Ten chłopak jest nieprzewidywalny, Fonteles. Nigdy nie wiesz, co mu strzeli do głowy. A jak na coś się nakręci, to koniec! Nie zdziwiłbym się, gdyby myślał o twojej samotności przez cały swój program dowolny! Sam dobrze wiesz, jak bardzo przejmuje się innymi.

- Tja… wiem o tym doskonale.

Rodrigo wciąż miał w pamięci moment, gdy odbierali Katsukiego i Chulanonta ze szpitala. Japończyk wyglądał co prawda nieco spokojniej, niż opisywała im przez telefon pracująca na lodowisku dziewczyna, ale mimo wszystko…

Kręcąc głową, latynos pomyślał, że dla własnego dobra, jego młodszy kolega powinien przestać aż tak zamartwiać się o innych. Fakt, było to z jego strony bardzo słodkie… ale mogło też okazać się niebezpieczne. Zaangażowanie emocjonalne zawsze było dla zawodowych sportowców ryzykowne. Być może to dlatego Viktor Nikiforov nadal był singlem?

No, naprawdę… do czego to doszło! – parsknął w myślach Rodrigo – Żebym jeszcze JA, w wolnym czasie, zastanawiał się nad życiem Nikiforova! To pewnie wpływ Katsukiego…

Dźgnięcie łokciem w żebra przywołało go z powrotem do rzeczywistości. W Kiss and Cry nareszcie wyświetlono wyniki.

- Nie tak źle. – Rodrigo pokiwał z aprobatą głową – No to teraz kolej na młodego. Gdzie on w ogóle jest? Nie widzę go na lodzie.

- Ktoś go zagadał. – mruknął Celestino.

Długowłosy trener wskazał palcem drugą stronę lodowiska. Katsuki był pochłonięty rozmową z jakimś wysokim blondynem. Dryblas pokazywał mu coś w swoim telefonie. Rodrigo miał wrażenie, że skądś kolesia kojarzy… zaraz! Czy to nie był przypadkiem ten futbolista z wczoraj?

- Na listość Boską… - Celestino skrzywił się – W strefie zawodników powinni wprowadzić całkowity zakaz używania komórek! Idź do niego, Fonteles, i każ mu wpakować tyłek na lód! Żeby sędziowie już drugi raz musieli na niego czekać! Gdy będzie po zawodach zapiszę wszystkich członków klubu na elektroniczny odwyk. Chulanont usiądzię w pierwszym rzędzie.

Wzdychając, Rodrigo podniósł się z wygodnej pufy i z dłońmi w kieszeniach spodni zaczął iść wzdłuż barierki.

- Ej, Katsuki! – krzyknął w stronę młodszego kolegi – Trener powiedział, żebyś…

Urwał, bo w tym momencie znalazł się dostatecznie blisko, by widzieć wyraz twarzy Japończyka. A to, co zobaczył, sprawiło, że głos ugrzązł mu w gardle.

Yuuri Katsuki ani trochę nie przypominał nieśmiałego azjaty, który jeszcze dziesięć minut temu z uśmiechem życzył latynosowi powodzenia. Jego ciało było napięte i blade, a oczy postawione w słup i absolutnie przerażone.

- Katsuki… ?

Tylko raz w życiu Rodrigo Fonteles widział taki wyraz twarzy. Miał wtedy dwanaście lat i wbrew zakazowi matki, uparł się, by obejrzeć pewien krwawy film o drugiej wojnie światowej. Do dziś pamiętał, jak poruszający był dla niego widok Nicolasa Cage'a, który musiał powiedzieć młodemu indiańskiemu szyfrantowi o śmierci towarzysza. Genialny aktor nie dostał za to Oskara. A szkoda. Bo Rodrigo był przekonany, że podobnej mieszaniny strachu, zagubienia, niepewności i desperacji nikt nie potrafiłby skopiować.

Był o tym przekonany… do dzisiaj.

Dzisiaj ponownie miał okazję ujrzeć ten upiorny zlepek emocji. Z jedną różnicą - Yuuri Katsuki niczego nie udawał.

- CZEKAJ!

Gdy Japończyk wszedł na lód, Rodrigo dopadł do barierki i usiłował złapać chłopaka za rękę. Niestety spóźnił się. Katsuki zdążył już odjechać i teraz zajmował miejsce na środku tafli.

- Co mu powiedziałeś? – latynos odwrócił się do wysokiego blondyna.

Usta futbolisty ułożyły się w złośliwy uśmieszek.

- Co mu powiedziałeś?! – warknięciem powtórzył Rodrigo.

Dryblas wzruszył ramionami.

- Po prostu dałem mu okazję do wykazania się. – oświadczył lekkim tonem – Za chwilę wszyscy przekonamy się, ile, tak naprawdę, jest wart…

Zanim łyżwiarz zdążył zapytać, co to, u diabła, miało znaczyć, blondyn odwrócił się i z jeszcze szerszym uśmiechem odmaszerował w stronę trybun.

Rodrigo zacisnął zęby. Kusiło go, by pobiec za futbolistą. Wtedy jednak przegapiłby program Katsukiego, a coś mówiło mu… że za wszelką cenę powinien go zobaczyć.

Powtarzając sobie, że z napakowaną kanalią rozprawi się później, latynos oparł dłonie o barierkę i wbił wzrok w postać na środku lodowiska. Z głośników popłynął soundtrack Romea i Julii.

- Ach!

Rodrigo i stojący nieopodal ludzie wydali z siebie zszokowane sapnięcie.

Początek programu Katsukiego był piękny i gwałtowny – jak pierwsze uderzenie pioruna podczas burzy. Ciało młodego Japończyka wydawało się całkowicie odcięte od rozumu. Obserwując je miało się wrażenie, że jest wypełnione wyłącznie emocjami… że to emocje… nagie emocje sterują kończynami i rysują na lodzie ostre smugi.

Większość widowni zachwyciła się wspaniałą interpretacją choreografii i zaczęła entuzjastycznie klaskać. Ale nie Rodrigo. On jeden mocniej zacisnął palce na barierce i z niepokojem przełknął ślinę.

W przeciwieństwie do tych wszystkich ludzi, dobrze znał styl jazdy Katsukiego. I teraz, patrząc po sunącego po lodzie Japończyka, mógł w stu procentach stwierdzić, że coś było nie w porządku. Bardzo nie w porządku!

Yuuri zawsze jeździł z sercem na wierzchu, ale nigdy w taki sposób. Nigdy nie wyglądał, jakby był pod wpływem narkotyków. I całą pewnością nie jeździł tak… tak… niebezpiecznie! Tylko to słowo wydawało się latynosowi właściwym podsumowaniem sposobu, z jakim łyżwy Japończyka przecinały taflę. Jakby cały zdrowy rozsądek tego chłopaka został za barierką. Jakby… jakby Katsuki celowo prowokował Boga lodu.

No, chodź! Spróbuj mnie ukarać…

Bóg Lodu nie lubił, gdy go prowokowano. Jako łyżwiarz, Rodrigo wiedział o tym aż za dobrze.

Przyszedł czas na pierwszy skok. Jedyny poczwórny skok w całym programie – toe loop.

- Aaaaaaaach!

Okrzyk wyszedł z ust latynosa całkowicie wbrew jego woli. Japończyk gruchnął w lód z taką siłą, że Rodrigo czuł, jakby zabolało to nawet jego.

O, Boże. – pomyślał z przerażeniem – Wstawaj, młody! No już… wstawaj!

Katsuki rzeczywiście wstał. Chodź ewidentnie nie za sprawą telepatycznych wrzasków kolegi. Powrót do programu sprawiał wrażenie mechanicznego - jakby łyżwiarz nie był żywym człowiekiem, ale wypuszczoną na lód nakręcaną zabawką.

Tylko spokojnie! – Rodrigo wiedział, że Japończyk go nie usłyszy, a mimo to nie przerywał wewnętrznego monologu – Raz upadłeś. Nic straconego. To tylko kropla w morzu punktów. Nie denerwuj się! Nie myśl o tym, że…

W tym momencie Yuuri przejeżdżał bliżej barierki i latynos dostrzegł jego minę. I jednocześnie zrozumiał, jak bardzo… bardzo… bardzo się pomylił.

Katsuki wcale nie był zestresowany swoim upadkiem. On w ogóle nie zauważył, że upadł! Miał to wypisane na twarzy. Emocje, które przed wejściem na lód odbijały się w jego oczach, nie zmieniły się ani o jotę. Opanowały go do tego stopnia, że sprawiał wrażenie całkowicie oderwanego od rzeczywistości. Rodrigo szedł o zakład, że nawet gdyby połowa stroju nieszczęsnego chłopaka jakimś cudem odpadła… nawet gdyby Katsuki jechał przed nimi bez majtek, albo i całkowicie nago… nie miałoby to żadnego znaczenia. Ten biedak i tak miałby to gdzieś!

Jedynym, co go w tej chwili obchodziło, było to, co powiedział mu futbolista.

Tylko CO on mu powiedział? – gorączkowo zastanawiał się Rodrigo – Co powiedział?!

Następny skok. Kombinacja lutza z toe loopem… z tym, że do toe loopa niestety nie doszło. Yuuri leżał już przy lutzu.

Po widowni przeszedł rozczarowany jęk. Obok siedzących w pierwszym rzędzie solistek dało się dostrzec blond-włosego mężczyznę. Łyżwiarki były wyraźnie przejęte i pełne współczucia – niektóre zatkały sobie dłońmi usta. Jednak futbolista wydawał się zachwycony całą sytuacją. Rodrigo miał ochotę podejść do niego i pięścią zedrzeć mu z twarzy ten obrzydliwy uśmiech!

Zamiast tego ponownie skupił wzrok na Yuurim.

Obudź się! – w myślach błagał młodszego kolegę – Cokolwiek Ci powiedział, zapomnij o tym! Nadal masz brąz, ale MUSISZ dokręcić pozostałe skoki! Błagam Cie, skup się!

Szkoda, że Katsuki nie mógł go usłyszeć. Co prawda następną kombinację wylądował bezbłędnie, ale potem było już tylko gorzej…

Flip – upadek.

Kombinacja – lądowanie na dwóch nogach.

Aksel – dokrętka na lodzie.

Kombinacja… nie doszło do kombinacji. Upadek.

To przesądziło sprawę. Rodrigo stwierdził, że nie jest w stanie dłużej patrzeć. Zakrył sobie twarz dłońmi. Dopiero kiedy muzyka ucichła, zdobył się na odwagę, by zerknąć z powrotem na lód.

Miłośnicy łyżwiarstwa figurowego należeli do najlepszych kibiców na świecie. Chociaż Katsuki bezapelacyjnie stracił szansę na medal (i prawie na pewno na pierwszą dziesiątkę), kulturalne klaskanie tak czy siak miało miejsce. Na łyżwiarza posypał się również obowiązkowy deszcz pluszaków. Co, niestety, tylko pogorszyło sytuację.

Latynos bez problemu zauważył moment, w którym Katsuki zrozumiał, gdzie jest i co się przed chwilą stało. To był moment, w którym Yuuri potknął się o wypchanego pudla i zarył czołem o taflę.

Gdyby okoliczności były inne, Rodrigo zaśmiałby się i wykrzyknął „Harry Potter on Ice"! W tej chwili jednak jego jedynym marzeniem było podbiegnięcie do biednego chłopaka i przykrycie go Peleryną Niewidką.

Japończyk wyglądał na przerażonego, ale było to przerażenie inne, niż chwilę temu. Strach sprzed trzydziestu sekund miał więcej wspólnego z tym, co powiedział napakowany złośliwiec. Natomiast obecny strach był zapewne związany z klęczeniem na środku lodu z siniakiem na czole. I z jakąś pięćdziesiątką telefonów nagrywającą całe zajście. Latynos marzył o cudownym przycisku, które mogłoby sprawić, by wszystkie te przeklęte urządzenia eksplodowały w dłoniach właścicieli. Stojąca po drugiej stronie lodowiska Mistrzyni Świata chyba miała podobne odczucia, bo gwałtownym ruchem wytrąciła koleżance telefon i warknęła do niej coś po koreańsku.

Rodrigo modlił się, by jego młodszy kolega nie rozpłakał się przed wszystkimi. Jednak kiedy Bogowie spełnili życzenie, latynos pożałował, że w ogóle o cokolwiek prosił. Jeśli miał wybierać między łzami, a tym, co zobaczył w oczach Katsukiego, to sto razy bardziej wolał łzy.

Wszystko wskazywało na to, że Japończyk przypomniał sobie, co powiedział mu futbolista (Co on mu powiedział? – gorączkowo zastanawiał się Rodrigo – Co on mógł mu, do cholery, powiedzieć?!), a związany tym strach wymieszał się ze świadomością zostania upokorzonym. Efekt był katastrofalny. Katsuki wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Chyba tylko cudem dowlókł się do Kiss and Cry o własnych siłach.

Latynos zaczał przepychać się przez tłum.

- Przepuścić mnie… przepraszam… proszę mnie przepuścić!

Noż, cholera jasna! Skąd nagle wzięli się tutaj Ci wszyscy ludzie?

Był gdzieś w połowie drogi, gdy usłyszał komunikat:

- Ocena za program dowolny dla Yuuriego Katsukiego z Japonii.

Kusiło go, by spojrzeć na tablicę – choćby z czystej ciekawości – ale postanowił tego nie robić. Miał też cichą nadzieję, że Katsuki tego nie zrobi. Chociaż, znając młodego, pewnie była to nadzieja głupiego.

Dzięki Bogu za wadę wzroku tego dzieciaka. – Rodrigo pomyślał, kręcąc głową – Miejmy nadzieję, że, tak jak wczoraj, nie da rady zobaczyć wyniku. I że Ciao Ciao będzie na tyle rozsądny, by mu tego nie powiedzieć.

Prawo Murphy'ego chyba działało dzisiaj poczwórnie. Im bardziej latynos starał się przyspieszyć spotkanie z Yuurim i Celestino, tym bardziej tłum zdawał się go spowalniać. Japończyk i Amerykanin włoskiego pochodzenia byli już poza Kiss and Cry, gdy wreszcie do nich dotarł.

- Trenerze… - zaczął, z trudem łapiąc oddech – Co się tam…

Celestino nie dał mu dokończyć.

- Idę poszukać Pchichita. – oznajmił ponurym tonem – Posiedź z nim, dobrze?

Rodrigo z początku zdziwił się, ale po chwili przytaknął ze zrozumieniem. Jeśli była jakaś procedura pierwszej pomocy dla zmarnowanych szans i najgorszych występów w karierze, to znalezienie najlepszego przyjaciela poszkodowanego z pewnością figurowało na liście priorytetów.

Latynos przeklinał dzień, w którym Taj i jego telefon zostali wyproszeni ze strefy dla zawodników. Gdyby Chulanont był tutaj, nie doszłoby do tego wszystkiego!Fakt, gówniarz może i był upierdliwy, ale przynajmniej doskonale znał instrukcję obsługi Katsukiego… jeśli byłby wtedy przy Yuurim… jeśli ktokolwiek byłby przy Yuuri przed tym nieszczęsnym programem dowolnym, to może…

Rodrigo potrząsnął głową. Analizowanie przeszłości i szukanie winnego w niczym tutaj nie pomoże! Teraz najważniejszy był Katsuki. Starszy z łyżwiarzy wahał się, czy od razu zapytać o rozmowę z futbolistą, czy też poczekać na Chulanonta… ostatecznie jednak postanowił zostawić wypytywanie Yuuriego Tajowi.

Lepiej niech jego przyjaciel to ogarnie. – wzdychając, pomyślał latynos – Co prawda cholernie chciałbym wiedzieć, co się stało, ale nie chcę narażać Katsukiego na dodatkowy stres. Ten dzieciak jest diabelnie wrażliwy, a ja raczej nie nadaję się na cierpliwą pocieszycielkę… po prostu zapewnię go o moim wsparciu, a psychologię zostawię Chulanontowi.

Taki miał plan. Jednak wspomniany plan wziął w łeb już po dziesięciu sekundach.

- Katsuki, słuchaj…

Yuuri nie dał starszemu łyżwiarzowi dokończyć. Nieoczekiwanie złapał Rodriga za przód stroju i zaczął nim gwałtownie potrząsać. Spojrzenie miał zdesperowane.

- T-t-telefon! – wybełkotał – P-potrzebuję telefonu! Daj mi swój telefon!

- CO?! – oczy latynosa omal nie wyszły z orbit – O czym ty, u diabła…

- BŁAGAM! Telefon… daj mi telefon! Muszę coś sprawdzić… daj mi swój telefon!

Kompletnie nie rozumiejąc, o co chodzi, Rodrigo wyjął iphona i niepewnym ruchem podał go koledze. Drżące palce Japończyka zaczęły stukać w dotykowy ekran z tak zawrotną prędkością, że chyba tylko cudem nie zostawiły rys.

- M-muszę sprawdzić… - mamrotał do siebie Yuuri – S-sprawdzić czy… czy nic mu nie jest… Muszę sprawdzić!

To zaintrygowało latynosa.

- Katsuki… co powiedział ci tamten dryblas?

Japończyk nie odpowiedział. W dalszym ciągu gapił się w ekran.

- KATSUKI!

Zero reakcji. W końcu Rodrigo stracił cierpliwość i wyrwał koledze telefon. Yuuri zareagował na to atakiem histerii – miotał się, jak astmatyk, któremu zabrano inhalator.

- Błagam, oddaj mi go! – rozpaczliwie próbował dosięgnąć wyciągniętej ręki latynosa.

- Oddam, gdy powiesz mi, co usłyszałeś przed programem dowolnym!

Pal sześć Chulanonta! – starszy z łyżwiarzy zacisnął zęby – Sprawa jest o wiele poważniejsza, niż sądziliśmy! Na litość Boską, ten dzieciak wygląda, jakby dostał ataku epilepsji!

- Gadaj natychmiast, co powiedział ci blond złamas! – zażądał, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

- B-b-błagam… telefon…

- Nie dam ci, póki mi nie powiesz!

- T-telefon…

- MÓW, DO CHOLERY!

- TY NIE ROZUMIESZ! Muszę sprawdzić, czy nic mu nie jest!

- Czy nic nie jest KOMU?!

- VIKTOROWI!

W pierwszym odruchu Rodrigo miał zamiar zapytać „Jakiemu Viktorowi?". Po chwili jednak parsknął cicho i wyzywając samego siebie od tępaków, pacnął się telefonem w głowę.

Ależ oczywiście… Nikiforov! – zakpił w myślach – Viktor KURWA Nikiforov! Zawsze chodzi o Viktora Psia Jego Mać Nikiforova! Po co w ogóle się pytałem? Toż trzeba być skończonym kretynem, by nie domyśli się, że… zaraz, zaraz, zaraz! Chyba nadal umyka mi coś bardzo ważnego…

Katsuki wykorzystał moment dezorientacji kolegi, by ponownie przejąć kontrolę nad smartfonem.

- M-miał wypadek. – wyszeptał, wpisując coś w wyszukiwarce Google – M-muszę sprawdzić.. muszę wiedzieć, czy…

Gdyby oczy Rodriga rozszerzyły się bardziej, wypadłyby z oczodołów.

Nie… chyba, kurwa, żartujecie… Chcecie powiedzieć mi, że tamten tleniony byczek powiedział mu… Nie, kurwa… Nie ośmieliłby się… a może?

Japończyk długo nie nacieszył się Samsungiem z obudową w indiańskie wzorki. Jedno zwinne szarpnięcie i komórka już była w dłoni Rodrigo. Żeby ją odzyskać, Katsuki prawie wskoczył na kolegę. Przez krótki moment starszy łyżwiarz obawiał się, że ten dzieciak rzuci się na niego z pięściami!

I co, teraz będziemy wyrywać sobie nawzajem telefon, jak para pięciolatków? – ze zrezygnowaniem pomyślał latynos – Niedoczekanie! Wystarczy tego dobrego! Czas zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi…

- A więc mięśniak powiedział ci, że Nikiforov miał wypadek? To ci powiedział… tak?

- Nie tylko powiedział! – z rozpaczą wyrzucił z siebie Yuuri – P-pokazał mi artykuł… było też zdjęcie i… i…

W brązowych oczach zaczęły gromadzić się łzy.

- R-Rodrigo… - głos Japończyka stopniowo zaczął przechodzić w łkanie – B-błagam cię… j-ja… m-muszę… s-sprawdzić…

Ze zbolałym wyrazem twarzy, latynos przycisnął dłoń do czoła.

Och, Boże… I co ja mam mu, do diabła, powiedzieć?

Jak wytłumaczyć ślepcowi, że jest dzień? Jak wytłumaczyć jednemu wrażliwemu chłopakowi, że utkana z miłości opaska na oczy przysłoniła mu to, co oczywiste?

- Katsuki, posłuchaj… eghm! Yuuri, posłuchaj mnie.

Pierwszy raz, odkąd się poznali, Rodrigo zwrócił się do młodszego kolegi po imieniu, a nie po nazwisku. Liczył, że tak oczywisty wyraz troski chociaż trochę wyrwie Japończyka ze stanu emocjonalnej histerii.

Chyba podziałało. Spojrzenie młodszego z łyżwiarzy powoli przeniosło się z telefonu na twarz Rodrigo. Latynos wziął głęboki oddech.

- Wiem, że to dla ciebie trudne, ale posłuchaj mnie. Bardzo, bardzo, bardzo uważnie mnie posłuchaj! Ten facet cię okłamał. Nikiforov nie miał żadnego wypadku.

- Owszem miał! Jack pokazał mi…

- Jack KŁAMAŁ! Yuuri… proszę, pomyśl przez chwilę! Na dosłownie dziesięć sekund przestań panikować i zwyczajnie POMYŚL! Gdyby Nikiforov miał wypadek, cały świat by o tym wiedział. Chulanont by wiedział… ja bym wiedział… każdy, kto ma Facebooka, by wiedział. Gdyby to była prawda, wszyscy zgromadzeni tutaj łyżwiarze plotkowaliby o tym na prawo i lewo.

- N-niekoniecznie! Artykuł był po rosyjsku. R-rosyjska prasa na pewno dowiedziałaby się o wszystkim pierwsza. A poza… p-poza tym, było jeszcze zdjęcie Viktora i p-p-pełno… pełno krwi…

Po policzkach Yuuriego spłynęło kilka łez. Rodrigo spojrzał na niego ze współczuciem.

- Zdjęcie na bank było podrobione. – tłumaczył, kładąc koledze dłoń na ramieniu – Yuuri, uwierz mi… przy dzisiejszej technologii nawet nie mająca żadnego pojęcia o grafice łamaga jest w stanie machnąć przekonujący fotomontaż. O rosyjskim artykule już nawet nie wspomnę. Yuuri, proszę cię… rozumiem, że jest Ci ciężko, ale… jeśli trochę się uspokoisz, dostrzeżesz prawdę. Dostrzeżesz to, co ja widzę! Ten facet… ten pieprzony sukinsyn poszedł do ciebie kilka minut przed twoim występem… kilka minut, Yuuri! MINUT! Podszedł do ciebie w ostatniej chwili… wiedząc, że nikogo z tobą nie będzie… wiedząc, że nie zdążysz sprawdzić, czy to prawda… podszedł do ciebie, po czym podał ci fałszywą informację. Z wyrachowaniem i premedytacją sprzedał ci kłamstwo o Viktorze, licząc, że zawalisz program dowolny.

Latynos wziął głęboki oddech.

- I niestety… niestety się nie pomylił.

Patrząc później wstecz, to konkretne zdanie było prawdopodobnie najbardziej kretyńską rzeczą, którą mógł w tej sytuacji powiedzieć. Rodrigo nie wiedział, jaki był najczulszy punkt Yuuriego… ale wszystko wskazywało na to, że niechcący w niego trafił.

Japończyk skulił się, jak kukiełka, której ktoś obciął sznurki. Upadłby, gdyby latynos go nie złapał. Czując się jak skończony bałwan, Rodrigo podprowadził kolegę do ławki.

- Nie pomylił się… - słabym głosem powtórzył Yuuri – A więc od samego początku… miał rację.

Starszy z łyżwiarzy nie zrozumiał, co Katsuki miał na myśli, ale po sposobie, z jakim czarna grzywka opadła na wypełnione łzami oczy, poznał, że musiało to być coś bardzo nieprzyjemnego.

No… ale przynajmniej dotarło do niego, że został oszukany. – pomyślał Rodrigo.

Jak widać – nie do końca. Plecy Japończyka niespodziewanie napięły się, a wzrok ponownie zafiksował się na trzymanym przez kolegę smartfonie.

- A jeśli jednak nie kłamał? – wyszeptał Yuuri – A jeśli… jeśli…

- Noż, do ciężkiej cholery! Sądziłem, że wreszcie…

- TY NIE ROZUMIESZ!

Rodrigo zamrugał ze zdziwieniem. Tymczasem, zawtydzony swoim wybuchem Yuuri, ukrył twarz w dłoniach.

- P-przepraszam. – zakwilił – Nie chciałem na ciebie krzyknąć. Ja… ja…

Latynos już wcześniej współczuł młodszemu koledze, ale teraz jego troska zaczęła przechodzić w rozczulenie i… nostalgię.

No wiesz co, młody… – pomyślał, ponuro kręcąc głową – To nie tak, że zupełnie cię nie rozumiem. To nie tak, że ja nigdy nie byłem… w nikim…

Zrozumiał, że w tej chwili mógł pomóc Katsukiemu tylko w jeden sposób. Dopóki nie zrobi tej jednej, ważnej rzeczy, dalsza rozmowa nie miała sensu. Musiał to zrobić. Nawet jeśli dla niego samego byłoby to całkowicie bezsensowne i absurdalne.

Podjął decyzję.

- Ej, Yuuri, wiesz co? – dziarsko klepnął młodszego kolegę w ramię – Znam jedną trenerkę. Taka mała, upierdliwa starsza pani… zajmowała się mną, gdy byłem juniorem. Ma już na karku sporo latek i zna całą masę ludzi. Może nawet… Yakova Feltsmana? Słuchaj, jeśli chcesz, przedzwonię do niej. Nie mam stuprocentowej pewności, że to się uda… w końcu nie wiemy, czy ma jakieś namiary na trenera twojego Viktora, ale… jeśli tak, mogłaby się dowiedzieć, czy wszystko z nim w porządku. Co o tym myślisz?

Yuuri spojrzał na niego z nadzieją.

- Naprawdę… zrobiłbyś to?

- Mogę spróbować. Ale niczego nie obiecuję.

Pani Gonzales pewnie uzna, że jestem niepoczytalny, ale co mi tam! Są ważniejsze rzeczy niż martwienie się, co ta stara jędza nakabluje mojej babci. Na przykład zdrowie psychiczne jednego japońskiego dzieciaka.

Powtarzając sobie, że po zdjęciu pogryzionej łydki jego reputacja i tak legła już w gruzach, Rodrigo wykręcił numer. Gonzales odebrała po trzecim sygnale. Przywitała się z wychowankiem w typowy dla siebie sposób - po hiszpańsku i z solidną dawką „trenerskiej miłości":

- Jeśli chcesz pochwały za poczwórnego toe loopa, to chyba pomyliłeś numery, Fonteles! Moje czternastolatki robią ładniejszy najazd od ciebie.

Rodrigo przewrócił oczami.

Jak zawsze kochaniutka.

- Widzę, że ogląda pani na żywo. W San Diego jest środek nocy…

- Oczywiście, że oglądam na żywo! Nie po to przepłacam za kablówkę, by czekać na powtórki! Poza tym, dobrze żebym była pod telefonem, na wypadek, gdyby jakiś gamoń chciał się natychmiast dowiedzieć, dlaczego sędziowie urąbali mu punkty za toe loopa…

- Noż, kurna! Nie dzwonię w sprawie toe loopa!

- Nie przeklinaj, gówniarzu! A za sekwencję kroków też cię nie pochwalę… mówiłam ci, tysiąc razy: chcesz miłości, idź do kościoła! Nie zamierzam…

- Sprawa jest poważna, Pani Goznales! Przysięgam, na moją babcię i całe jej plemię, że dzwonię w niezwykle istotnej, niecierpiącej zwłoki sprawie, więc niech pani, cholera, zamilknie!

Przysięga na babcię zrobiła swoje. Trenerka natychmiast się zamknęła. A nawet nie zrugała byłego wychowanka za przeklinanie, co dowodziło, że zrozumiała powagę sytuacji. Rodrigo wziął głęboki oddech.

- Pani Goznales… czy zna pani Yakova Felstsmana? No wie pani… to trener Viktora…

- Wiem, kogo trenuje ten stary kretyn. – przerwała mu zniecierpliwionym tonem – Czego od niego chcesz?

- Mam do pani wielką prośbę. Nie mogę zdradzić zbyt wiele… zresztą, to dosyć głupie… długo by tłumaczyć… ale zastanawiam się, czy mogłaby pani… nie pytając mnie, po co i nie zwlekając ani chwili… zadzwonić do Yakova Feltsmana… teraz, zaraz… i zapytać, czy Nikiforov miał jakiś wypadek?

Uff, zrobił to. Wypowiedział na głos tę idiotyczną prośbę. Gonzales przez pewien czas milczała.

- Fonteles, - zaczęła groźnie – przysięgam ci, jeśli coś bierzesz…

- Niczego nie biorę! – krzyknął spanikowanym tonem.

Będzie dobrze. – pomyślał, nerwowo przełykając ślinę – Zwinąłem Chulanontowi kartę pamięci. Zdjęcia z tego jednego razu, gdy poczęstowałem się trawką, nie trafią do internetu! Boże, spraw, by ten gówniarz nie robił kopii!

- No dobra, niech ci będzie… - burknęła była trenerka – Skoro aż tak ci zależy, teraz, zaraz, przedzwonię do Feltsmana i spytam, co u niego słychać. Tylko trzymaj blisko komórkę! Nie zamierzam dzwonić po raz drugi.

- Dobra, dobra…

Rodrigo i Yuuri czekali na telefon od Gonzales zaledwie dziesięć minut, ale latynosowi wydawało się, że minęła cała wieczność. Japończyk wprowadzał tak nerwową atmosferę, że postronny obserwator mógłby pomyśleć, że wyczekiwali na wieści dotyczące zmierzającej w kierunku Ziemi asteroidy. Kiedy wreszcie usłyszał dzwonek, starszy z łyżwiarzy miał ochotę krzyknąć „Alleluja".

- No i? Co z Nikiforovem?

- Czy mogę zacytować jego trenera?

- Eeee… dobrze?

- A zatem… Felstman poinformował mnie o zdrowiu swojego wychowanka następującymi słowami: „kazałem temu leniwemu bachorowi posadzić chudą dupę przed telewizorem i oglądać Skate America, ale jak zwykle olał to i zamiast tego zaprowadził chudą dupę do kina. Poszli z Popovichem na jakiś kretyński maraton bajek Disenya. Wzięli ze sobą kąpielówki. Nie wiem, po co. I, kurwa, nie chcę wiedzieć. Do wypadku dojdzie, tylko i wyłącznie jeśli któryś z tych małych zasrańców przyjdzie jutro na trening skacowany. Co do stanu zdrowia Viktora, musiałbym spytać klubowego lekarza, ale fakt, że obija sobie dupę przy poczwórnym flipie, chociaż kazałem mu ćwiczyć pierdoloną sekwencję kroków, może wynikać z utraty słuchu, patologicznej głupoty, bądź masochizmu, aczkolwiek prawdopodobnie wynika z tego, co zwykle, czyli ze zwykłej, zboczonej przyjemności wkurwiania mojej osoby." Mam mówić dalej, czy ci wystarczy, Fonteles?

- To… chyba wystarczy.

- Właściwie nie musiałam dzwonić do Feltsmana. Wystarczyło wejść na Instagram Nikiforova. Jakieś dziesięć minut temu wrzucił zdjęcia z kina. Siedzi tam w kąpielówkach i ogląda „Małą Syrenkę".

- A…ha. Okej. Dobra. Viktor Nikiforov poszedł do kina w kąpielówkach. Kurde… takiemu to wszystko wolno. Babcia nie darowałaby mi, gdybym zrobił coś takiego.

- Gdybyś jeździł, tak jak Nikiforov, pozwoliłaby ci pójść do kina nawet w stringach. Ale mniejsza o to. Potrzebujesz czegoś jeszcze?

- Nie, to wszystko. Bardzo dziękuję za pomoc, naprawdę…

- Drobiazg. A tak poza tym… gratuluję srebra. Należało ci się.

Rodrigo zerknął na skulonego na ławce Japończyka. Przez moment miał ochotę powiedzieć, że to srebro należało się komuś innemu, ale ostatecznie zrezygnował. Musiałby zbyt wiele tłumaczyć.

Jeszcze raz podziękował Pani Gonzales i rozłączył się.

- Yuuri, mam dobre wieści. – łagodnym tonem zwrócił się do młodszego kolegi – Viktorowi nic nie jest. Nie miał żadnego wypadku. Feltsman właśnie powiedział mojej trenerce, że z jego wychowankiem wszystko w porządku.

Latynos zastanawiał się, czy powinien wspomnieć też o wrzuconym na Instagram zdjęciu, jednak zanim zdążył podjąć decyzję, jego towarzysz wybuchł płaczem.

- Dzięki Bogu… - szlochając, Yuuri ukrył twarz w dłoniach – Całe szczęście… Boże, całe szczęście…

Patrząc na Katsukiego – zwykle tak upartego i zawziętego – a teraz zupełnie zdruzgotanego i bezsilnego… wbijającego sobie paznokcie w twarz z taką siłą, że musiało boleć… Rodrigo miał ochotę samemu się rozpłakać.

Albo nie. Jednak nie miał ochoty płakać. Była pewna rzecz, którą chciał zrobić bardziej. O wiele bardziej.

- Yuuri! – krzyknął poruszony głos Phichita.

Wyglądało na to, że trener nareszcie znalazł tajskiego łyżwiarza.

Chulanont natychmiast usiadł obok Katsukiego i zatroskaną miną zaczął szeptać mu coś do ucha. Cokolwiek to było – przynosiło efekt. Japończyk co prawda nadal płakał, ale coraz wolniejsze ruchy klatki piersiowej wskazywały, że zaczyna się powoli uspokajać.

Upewniwszy się, że młodszy kolega jest w dobrych rękach, Rodrigo poszedł zrobić tę jedną rzecz, która chodziła mu po głowie, odkąd zobaczył załamanie Yuuriego – znalazł Jacka i przyszpilił go do ściany.

- Proszę, proszę. – zacmokał futbolista.

Nie wydawał się ani trochę przerażony.

- Nie wiedziałem, że łyżwiarze figurowi mają takie poczucie braterstwa…

- Jesteś największą gnidą, jaką kiedykolwiek w życiu spotkałem! – warknął latynos.

Tekst był może zbyt banalny i przerysowany, ale nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Zresztą, nie przyszedł do tego kolesia, by rozmawiać. Zaczął podwijać rękawy stroju. Widząc to, Jack jedynie się zaśmiał.

- Ależ proszę, panie srebrny medalisto, śmiało! – szeroko rozłożył ramiona, jakby próbował go zachęcić – Możesz bić, ile wlezie! Powiem więcej… moi kumple będą bardziej niż szczęśliwi, mogąc nagrać twój wyczyn i wrzucić go na You Tube'a.

Dopiero teraz Rodrigo dostrzegł dwóch szczerzących się mięśniaków. Jeden z nich już miał przygotowany telefon. Zgrzytając zębami, latynos odsunął się od futbolisty.

- Nie? – Jack zaśpiewał z udawanym rozczarowaniem – A szkoda…

- Nie myśl sobie, że ci się upiecze! – zaciskając pięści wycedził łyżwiarz – Wylecisz z uczelni! Trener już się o to postara.

- „Postara". – dryblas przyłożył palec do ust i wbił zamyślony wzrok w sufit – Słowo wyrażające usiłowanie, ale nie gwarantujące pożądanego efektu. Czy Yuuri wspominał ci, że ja też jestem na anglistyce?

Niech diabli wezmą smartfony i kretyna, który wymyślił, by zainstalować w nich aparaty! – latynos posłał kumplom futbolisty wściekłe spojrzenie – Uch… gdyby tylko nie było tu tych dwóch! Gdybyśmy tylko nie byli na widoku! Chętnie pobawiłbym się w chirurga plastycznego… tak załatwiłbym kolesia, że nie poznałaby go rodzona matka!

Ale (niestety) facet był bezkarny. I (niestety do kwadratu) doskonale o tym wiedział.

- A tak na serio… - zaczął Jack, uśmiechając się złośliwie – To jak zamierzacie cokolwiek mi udowodnić? Przecież to nie tak, że Viktor Nikiforov naprawdę miał wypadek. A ja z całą pewnością nie pokazałem nikomu artykułu, który nie istnieje. Zresztą, nawet gdyby było inaczej… to chyba niczego by nie zmieniło, hm? Nie wiem, jak jest z wami, łyżwiarzami, ale nam, futbolistom, nikt nie daje taryfy ulgowej, nawet jeśli połowa rodziny tuż przed meczem zginie nam w wypadku. Ale przecież łyżwiarstwo figurowe jest tak… jakby to ująć… emocjonalnym sportem, że na pewno rządzi się innymi prawami. Dyslektycy i dysortografowie non stop przynoszą na egzaminy specjalne zwolnienia. Może Katsuki też powinien się o coś takiego postarać? Tylko jak nazwać podobny papierek? Niech pomyślę… może „Certyfikat Bycia Ciotą"?

Pięść Rodriga z całej siły przygrzmociła w ścianę, tuż obok twarzy blondyna.

- Zapamiętaj sobie dwie rzeczy, koleś. – wysyczał latynos – Po pierwsze: ten dzieciak jest zdolny i jeszcze pokaże, na co go stać. Po drugie: zapłacisz za to, co zrobiłeś. Zobaczysz… będziesz żałował, że się urodziłeś.

- Wprost nie mogę się doczekać. – wyszeptal futbolista.

Gdy Jack odszedł w towarzystwie śmiejących się koleżków, ociekająca krwią dłoń łyżwiarza sięgnęła po telefon.

Z Fontelesami się nie zadziera! – groźnie zwężając oczy, pomyślał Rodrigo – Jeszcze wspomnisz dzień, w którym mnie zlekceważyłeś! Och, koleś… nawet nie wiesz… nawet nie masz pojęcia, do jakich ciemnych mocy mam dostęp!

Latynos już miał wybrać numer, ale zawahał się. Nie zrobił czegoś takiego od ponad dwunastu lat… nie zafundował podobnego terroru nikomu, pomijając jednego gnojka, który na jego oczach uciął ogon niewinnemu psu! A po wszystkim było mu jeszcze skurwysyna szkoda! Nie wspominając o tym, że nie uśmiechało mu się dzwonić dzisiaj do jeszcze jednej starej megiery…

Z drugiej strony, jeśli Rodrigo nic nie zrobi, blond kanalia pomyśli, że jest bezkarna. To przesądziło sprawę! Łyżwiarz nacisnął zieloną słuchawkę. Osoba odebrała po trzecim sygnale.

- Jeśli chcesz pochwały za poczwórnego toe loopa, to chyba pomyliłeś numery! Przynosisz wstyd plemieniu!

Rodrigo przewrócił oczami.

- Miło wiedzieć, że oglądasz na żywo, babciu. Która godzina jest w Gwatemali?

- Kurwesko późna, bo co?

Na twarzy latynosa pojawił się szatański uśmiech.

- Słuchaj, babcia, mam sprawę. Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła.

- Ohoho… czyżby mój wnuczek zyskał śmiertelnego wroga?

Babcia najwidoczniej wyczuła, o co biega. A głos wskazywał na to, że była pomysłem… zachwycona.

- Nie bój nic, wnusiu. – z telefonu dobiegł mroczny śmiech – Babcia zrobi, co trzeba.

- Potrzebujesz czegoś? Włos ofiary, albo coś?

- Ależ skąd, wnusiu. Nick na Facebooku w zupełności wystarczy…

XXX

Yuuri miał sen. A dokładniej – koszmar.

To nie był jeden z tych snów, których za nic nie możesz sobie przypomnieć po przebudzeniu. To był jeden z tych snów, które prześladują cię jeszcze wiele godzin po wstaniu z łóżka. Potworny… ciemny… przyprawiający o dreszcze sen.

W tym śnie Yuuri tańczył na lodzie. Lód drżał mu pod stopami… a może to stopy drżały na lodzie? Z oddali dobiegał głos Viktora… a może był to głos w głowie Japończyka? Poranione ciało rosyjskiego mistrza leżało na lodzie – wypadek przy poczwórnym flipie. Nie, zaraz! To nie Viktor zepsuł poczwórnego flipa, i to nie jego ciało leżało na lodzie. To Yuuri stracił równowagę przy poczwórnym toe loopie i to jego ciało poturlało się po tafli. Ale, zaraz! Czy na pewno? Przecież na zdjęciu w komórce Jacka był Viktor, nie Yuuri. Ale… skoro to Viktor miał wypadek, to dlaczego ciało Yuuriego odczuwało ból? Japończyk nie był już niczego pewien…

Taka właśnie była natura koszmarów. Zamazane obrazy. Trudność z odróżnieniem rzeczywistości od iluzji. I wreszcie - rozrywający serce ból. Ból i rozbrzmiewający w próżni głos:

Obudź się… obudź się… OBUDŹ SIĘ!

Yuuri otworzył oczy. Obraz był lekko zamazany. Dłoń Japończyka z pewnym trudem uniosła się i zaczęła obmacywać otoczenie.

- Proszę.

Jakaś życzliwa dusza podała mu okulary. Katsuki nareszcie mógł normalnie widzieć. Gdy zorientował się, gdzie jest, odetchnął z ulgą.

To nie było lodowisko, ale pokój w Akademiku. Na ścianach wisiały plakaty Viktora, a z podłogi dobiegał odgłos ćwiczącego na metalowym kółku Buddy. Phichit też tam był. W tej chwili podawał Yuuriemu szklankę z wodą.

- Masz, wypij. Zaraz zrobię ci wapno i przyniosę witaminę C. Jesteś spocony. Chcesz zmienić piżamę?

Pierwszym odruchem Japończyka było zdziwienie. Coś mu się tutaj nie zgadzało. Z nich dwóch to Phichit miał rękę w gipsie i wymagał opieki. To Yuuri powinien mu usługiwać - przynosić wodę, karmić pałeczkami, pomagać w zmienianiu piżamy. Więc dlaczego…?

- Czy ja… jestem chory? – Katsuki spytał niepewnie.

- Kilka dni gorączkowałeś. – Taj westchnął, zalewając herbatę – Ale wczoraj było już lepiej. To pewnie te ziółka od babci Rodrigo. Medycyna naturalna czyni cuda!

Japończyk miał zamiar powiedzieć, że wcale nie czuje się chory, ale zmienił zdanie, gdy tylko podniósł się do pozycji siedzącej. Ból był tak silny, że prawie eksplodowała mu głowa.

- Ugh!

- Ibuprofen leży na szafce. – padła podpowiedź z kuchni.

- Dzięki. Słuchaj, jaki mamy dzisiaj dzień?

- Czwartek.

- Czwartek?

Skate America zaczynało się w piątek. W piątek trzynastego. Yuuri pamiętał doskonale.

- Phichit, powiedz…

- Tak?

- Czy zawody… czy zawody już się odbyły?

Miał dziwne przeczucie, że pytał o to już wczoraj. A także przedwczoraj. Miał przeczucie, że pytał o to już wiele… wiele… wiele razy.

Phichit przez pewien czas nic nie mówił. Czekając na odpowiedź, Japończyk odrzucił kołdrę… i niemal natychmiast zakrył dłonią usta.

Bladą skórę biodra szpecił wielki czerwony siniak. Kolana były ciemno-fioletowe, a stopy roiły się od odcisków. Japończyk już wiedział.

- Tak, Yuuri. – wyszeptał w końcu Phichit – Zawody już się odbyły.

Taj wrócił do pokoju, ledwo utrzymując w jedynej sprawnej dłoni drewnianą tacę. Były na niej leki i herbata.

- Czyli… - Katsuki przełknął ślinę – Czyli to nie był sen?

- Niestety… niestety nie.

- Phichit…

Współlokator Yuuriego w mig zrozumiał, o co chodzi. Błyskawicznie odstawił tacę i pognał do łazienki. Podał przyjacielowi miskę dosłownie w ostatniej chwili.

- Uch… chyba to wczorajsze sushi nie było jednak najlepszym pomysłem. – mruknął, gładząc wymiotującego Yuuriego po plecach – Powinienem vię słuchać, gdy mówiłeś, że nie tykasz japońskiego żarcia poza Japonią. Swoją drogą… chyba nadszedł czas, by pójść do lekarza?

- Sądzę, że nadszedł czas… by pójść na uczelnię.

Oczy Phichita rozszerzyły się w szoku. Tymczasem dłoń Katsukiego powolnymi ruchami wycierała usta chusteczką.

- Żartujesz sobie. – z niedowierzaniem wyszeptał Taj – Yuuri, przed chwilą zwróciłeś połowę żołądka! Jeszcze dwa dni temu mogliśmy smażyć ci na czole steki! Nie jestem lekarzem, ale wiem, że nie możesz w takim stanie iść na Uniwerek.

- A ja wiem, że jeżeli nie wyjdę z domu, będę chory przez miesiąc. Znam swoje ciało. Nie mogę tu zostać.

- Yuuri, ale przecież…

- Zrozum, ja nie mogę zostać sam na sam z moimi myślami! Jeśli to zrobię, oszaleję!

Katsuki posłał przyjacielowi zdesperowane spojrzenie. Miał nadzieję, że Phichit zrozumie.

Owszem, z punktu widzenia medycyny i zdrowego rozsądku, najlepszym wyjściem było pozostanie w domu. Człowiek, który dopiero co pozbył się gorączki, w żadnym wypadku nie powinien wstawać z łóżka, ani tym bardziej wychodzić na zewnątrz.

Jednak instynkt Yuuriego mówił mu, że to nie ciało było tutaj problemem. Prawdziwym powodem tej niespodziewanej choroby był umysł i rozbrzmiewający w nim głos. Okrytny głos, mówiący okrutne rzeczy:

Jack miał rację.

Możesz pożegnać się z finałem Grand Prix.

Do niczego w życiu nie dojdziesz. Jesteś słaby!

Co pomyślałby sobie Viktor, gdyby Cię teraz widział?

Japończyk zwymiotowałby ponownie – gdyby miał czym.

Nie, jego ciało ewidentnie nie było chore. Ono jedynie próbowało go obronić. Yuuri czytał o tym w jednym magazynie sportowym:

Narkotyki były popularnym towarem, ponieważ potrafiły zwalczyć każdy rodzaj bólu. Albo przynajmniej stworzyć "iluzję" zwalczenia. A gdy ktoś brzydził się trawką i marihuaną, ciało produkowało własny narkotyk. Choroba powstawała w umyśle – niematerialny ból przeobrażał się w ból fizyczny. Bo, wbrew pozorom, z fizycznym bólem łatwiej było sobie poradzić.

- No dobra. – z wahaniem powiedział Phichit – Dobra. Okej. Jeśli uważasz, że ci to pomoże… to może rzeczywiście idź na uczelnię. Ale obiecaj, że cały czas będziesz pod telefonem! SMS po każdych zajęciach, jasne?

Yuuri przytaknął i wstał z łóżka.

- Nie zamierzam tkwić w tym pokoju do końca życia. – mruknął, bardziej do siebie niż do przyjaciela – Nie jestem mięczakiem.

- Yuuri… nikt nie uważa cię za mięczaka.

Katsuki sceptycznie uniósł brwi. Taj odpowiedział nieśmiałym uśmiechem.

- Yuuri, naprawdę! Wiem, że po tym, co się stało, pewnie myślisz, że wszyscy patrzą na ciebie jak na słabeusza, ale… ale… wcale tak nie jest! JA na pewno tak na ciebie nie patrzę. Rodrigo też nie. Ani chłopaki. I trener. Viktor pewnie też nie pomyślałby…

- PRZESTAŃ!

Gdy tylko zdał sobie sprawę, co zrobił, Japończyk zamknął oczy i przycisnął palce do czoła.

Boże… co on, u licha, wyrabia? Krzyknął na swojego najlepszego przyjaciela! Na przyjaciela, który cały czas był przy nim… wspierał go… pomagał mu… Jezu!

- Przepraszam. – wyszeptał Yuuri – Phichit, naprawdę przepraszam. Ja… ja po prostu… błagam, ja nie chcę… nie chcę słyszeć, co Viktor pomyślałby o tym wszystkim! Wyobrażanie sobie tego, co on mógłby sobie pomyśleć, naprawdę mi nie pomaga!

Przez ostatnie kilka dni jego kurewsko kreatywny umysł zdążył już stworzyć z pięćdziesiąt scenariuszy… pięćdziesiąt filmów z udziałem Viktora dowiadującego się o powodzie zawalenia programu dowolnego przez rozhisteryzowanego japońskiego fana. Żaden nie kończył się Happy Endem.

- Spoko. – Taj posłał koledze pokrzepiający uśmiech – Oczywiście, rozumiem.

Yuuri przytaknął. Oczywiście, że Phichit rozumiał. Phichit był kochanym człowiekiem i najcudowniejszym przyjacielem na świecie. Pewnie, że rozumiał. Pytanie tylko – ile rozumiał? Ciekawe, czy wiedział o głosie, który właśnie rozbrzmiał w umyśle Katsukiego:

Koleś, który mdleje z zachwytu na widok swojego rywala, nie może być poważnym sportowcem.

Japończyk potrząsnął głową.

- Powiedz mi coś zabawnego! – poprosił współlokatora – Powiedz mi o czymś, co odwróci moją uwagę. Im mniej będę myślał o ubiegłej sobocie, tym lepiej.

- Coś zabawnego? – Phichit zastanowił się chwilę – No dobra, to zerknij na to!

Podsunął przyjacielowi telefon. Ktoś wrzucił na Facebooka filmik przedstawiający około osiemdziesięcioletnią kobietą w otoczeniu kilkunastu klęczących facetów w liściastych gaciach (w liściastych gaciach i niczym więcej). Mamrocząc coś poważnym tonem, staruszka wbijała szpilki w szmacianą kukłę. Yuuri nie był pewien, co to za język… chyba jakiś egzotyczny dialekt, o którym w ramach ciekawostki wspomniał kiedyś jeden z profesorów. Pojawiło się tłumaczenie:

Niechaj rusałka osądzi jego grzechy! Niechaj dopadnie go stado tygrysów!

Japończyk wzdrygnął się.

- Yyy… a ten filmik jest zabawny, bo…?

- Babcia Rodriga rzuca na Jacka klątwę za pomocą rytuału vodoo! – zachwyconym tonem wyjaśnił Phichit – Prawda, że ekstra?

Katsuki pokręcił głową i zaczął przebierać się na uczelnię. A więc znajomi posuwali się do takich głupot, tylko po to, by podnieść go na duchu? Ta wiedza sprawiła, że poczuł się jeszcze bardziej przygnębiony.

- Hej, Yuuri, więcej wiary! – krzyknął Taj, energicznie wymachując telefonem - Rodrigo powiedział, że klątwy jego babci mają stuprocentową skuteczność! W plemieniu nie było ani jednej reklamacji!

- Aha. – Yuuri wzruszył ramionami – Czyli że Jack pójdzie do zoo, niechcący się potknie i wpadnie do wybiegu dla tygrysów. Baaardzo prawdopodobny scenariusz.

- Do wybiegu dla tygrysów i rusałek! – podkreślił Phichit.

- Rusałka to chyba nie zwierzę.

- Rusałka Pawik to gatunek motyla. Wiem z Wikipedii! Ale te motyle chyba nie są niebezpieczne, nie? A może są?

- Nie mam pojęcia. Mogę spytać o to profesora Jonesa. Chyba ma dodatkowy fakultet z zoologii.

XXX

Yuuri nie zapytał o nic profesora Jonesa. Ale nie dlatego że nie chciał. Po prostu nie dotrwał do zajęć z profesorem Jonesem.

Już na pierwszej lekcji czuł na sobie spojrzenia kolegów i koleżanek. Podniecone szepty i złośliwe chichoty rozpraszały go do tego stopnia, że nie mógł skoncentrować się na wykładzie. W końcu nie wytrzymał – przeprosił prowadzącego i opuścił salę. Po zaszyciu się w łazienkowej kabinie, wykręcił numer współlokatora.

- Hej, Yuuri! Jestem w szkole. Mów szybko, bo zaraz skończy się przerwa.

Japończyk przełknął ślinę.

- Phichit, powiedz czy… czy na Facebooku wydarzyło się coś, o czym powinienem wiedzieć?

Nastąpiła kilkusekundowa pauza.

- Phichit?

Głośne westchnienie.

- Yuuri… pamiętasz to wydarzenie, które założył dla ciebie Jack? No wiesz, ta… yyy… grupa wsparcia.

Dłoń Katsukiego mocniej zacisnęła się na telefonie.

- Pamiętam.

- No więc… on chyba nie założył tego wydarzenia z altruistycznych pobudek. Bo wiesz… po Twoim występie sieć zaroiła się od filmików… no i ktoś zrobił kilka złośliwych składanek na zasadzie twój program plus śmieszna muzyka… zwłaszcza ten moment na końcu, gdy potknąłeś się o pluszaka…

Komórka wysunęła się Japończykowi z ręki i upadła na podłogę.

- Yuuri? Jesteś tam? Yuuri!

Katsuki ukrył twarz w dłoniach.

- Yuuri! – z telefonu nadal dobiegał głos Phichita – Czy ludzie na uczelni dziwnie się zachowują? Są wobec ciebie wredni? Yuuri, odpowiedz!

Ramiona zatrzęsły się, a z oczu popłynęły łzy.

Czego ten futbolista od niego chciał? Mało mu, że doprowadził Yuuriego do takiego stanu? Że debiutujący w seniorach łyżwiarz całkowicie stracił szansę na finał Grand Prix? Że z nerwów rozchorował się i spędził pierwsze dni po zawodach skulony we własnym łóżku? Że nadal miał koszmary z tym nieszczęsnym fotomontażem przedstawiającym zakrwawionego Viktora…

- Yuuri, słyszę, że płaczesz! Powiedz coś! Yuuri, jestem przy Tobie, pogadajmy…

Do tego ta nagonka na uczelni… Jack ewidentnie postarał się, by na całym Uniwerku nie było osoby, która nie zobaczyłaby legendarnego występu. Co jeszcze wymyśli? Napisze do samego Viktora i wyśle mu filmik z programem Yuuriego? A co jeśli już to zrobił?

- Yuuri, posłuchaj mnie, mam pomysł! Jest taki gość u mnie w szkole… prawdziwy geniusz komputerów. W wolnych chwilach dorabia sobie jako haker. Potrafi zrobić dosłownie wszystko! Słuchaj, jakiś czas temu pomogłem mu w czymś, więc wisi mi ogromną przysługę. Pójdę do niego i poproszę, by zrobił w necie totalną czystkę. Gość zrobi takie czary-mary, że po wszystkim nie będzie ani jednego filmiku ze Skate America!

Czystka w necie, tak? Yuuriemu też przydałaby się czysta. Czystka pamięci. Może wtedy nie pamiętałby, jak futbolista powiedział mu, że Viktor… że Viktor…

- I wiesz, co, Yuuri? Ciao Ciao rozmawiał już z choreografem. Robią ci zupełnie nowy program na NHK. Będziesz mógł kontynuować sezon, jak gdyby nic! Czy to nie ulga? Znaczy, niby na finał nie masz już szans, ale przecież są jeszcze Cztery Kontynenty… i Mistrzostwa Świata… i następny sezon…

Katsuki miał gdzieś Cztery Kontynenty, Mistrzostwa Świata i następny sezon. Wiedział, że nie było to dojrzałe podejście… że mądry sportowiec skoncentrowałby się na przyszłości. Z tym że on… on… Jemu po prostu tak cholernie zależało na tegorocznym Grand Prix! Viktor zapowiedział w wywiadzie, że podczas finału skoczy po raz pierwszy poczwórnego flipa. A Yuuri tak strasznie chciał zobaczyć to na własne oczy. Chciał to zobaczyć,uczestnicząc we wspomnianym wydarzeniu jako zawodnik! Chciał… chciał stanąć obok swojego idola na podium.

Koleś, który mdleje z zachwytu na widok swojego rywala, nie może być poważnym sportowcem.

Czy Jack miał rację? Czy Yuuri popełnił błąd traktując Viktora jako idola, a nie rywala? Ale przecież… rosyjski mistrz mógł być jednym i drugim, prawda?

Jak widać, nie. – wyszeptał okrutny głos w głowie Katsukiego – Wszystkie te potworne rzeczy miały miejsce z powodu Viktora! Zawaliłeś program dowolny, bo myślałeś o Viktorze! Bo pozwoliłeś, by niewinna dziecięca fascynacja przerodziła się w… w… no właśnie. W co?

Japończyk nie zdążył odpowiedzieć sobie na to ważne pytanie, bo akurat w tym momencie drzwi do kabiny otworzyły się. Do diaska, jak mógł zapomnieć o przekręceniu zamka?!

Sam fakt zostania przyłapanym na wyciu w kiblu nie był jednak najgorszy. Najgorsze było to, kto przyłapał Katsukiego.

Tą osobą był Jack.

- Yuuri… - Phichit w dalszym ciągu się nie rozłączył – Zobaczysz, będzie dobrze! Cokolwiek by się nie działo, pamiętaj, że ja i Budda jesteśmy… BIP!

Futbolista podniósł komórkę i przerwał połączenie.

- Nawet nie można się w spokoju odlać. – rzucił, posyłając Yuuriemu złośliwy uśmieszek – Twój kumpel głośno nawija. Zaczęło to być upierdliwe. Twoje zawodzenie też było upierdliwe. Chociaż ono akurat mnie nie zaskoczyło. Gdy przechodziłem obok kibla i usłyszałem płacz, od razu wiedziałem, że to ty jesteś w środku. Wycie w klopie to dla ciebie chyba rodzaj sportu, co?

Yuuri podniósł się, bez słowa zabrał Jackowi telefon, po czym skierował się do umywalek. Zaczął obmywać twarz.

Amerykanin zacmokał. Jedną dłoń położył sobie na biodrze, a drugą oparł o ścianę obok głowy Japończyka.

- A więc tak wygląda twoja taktyka? – wyszptał Yuuriemu do ucha – Zamierzasz mnie ignorować? Sądzisz, że dzięki temu wyjdziesz na twardziela?

Katsuki nie zareagował. Starał się nie myśleć o prowokujących słowach Jacka i zamiast tego skupić się na kojącym szumie wody.

Futbolista zagryzł zęby.

- Możesz udawać, kogo chcesz, ale to nie zmieni tego, kim naprawdę jesteś. – wysyczał głosem ociekającym jadem – A jesteś nic nie wartym słabeuszem!

Nie mówił Yuuriemu niczego nadzwyczajnego. Yuuri słyszał to wszystko już z milion razy… przez ostatnie kilka dni regularnie słyszał to we własnej głowie.

- Ten wyniosły spokój jest śmieszny! Nikogo już nie oszukasz! Wszyscy wiedzą, że jesteś nikim. Takich roztrzęsionych dziewic jak ty są na świecie miliony. Nie ma w tobie niczego nadzwyczajnego.

Ukąszenia bolą, ale tylko za pierwszym razem. Im więcej ran, tym bardziej człowiek zaczyna przyzwyczajać się do bólu.

- Na wypadek, gdybyś wciąż miał jakieś wątpliwości, przyniosłem ci drobny prezent. Chciałem ci to dać po zajęciach. Sądziłem, że będę musiał szukać cię po całej uczelni, ale ponieważ przywołałeś mnie swoim zawodzeniem, dziękuję za oszczędzenie kłopotu. Masz, to dla ciebie!

Jack siłą oderwał Yuuriego od umywalki, po czym wcisnął mu plakat. Plakat przedstawiający Viktora - pamiętny fotomontaż, który Japończyk ujrzał przed programem dowolnym.

Ściekająca z czoła krew… długie srebrne włosy rozrzucone na lodzie jak wachlarz… szczupłe ciało wygięte w nienaturalny sposób. Zobaczenie tego po raz drugi, i to w tak dużym formacie, wykraczało poza granice wytrzymałości psychicznej Katsukiego.

Z oczu Japończyka popłynęły łzy. Jack uśmiechnął się z satysfakcją.

- Jenn wspomniała kiedyś, że masz sporo plakatów. To będzie wspaniały dodatek do kolekcji, nie uważasz?

- Czemu to zrobiłeś? – łamiącym głosem spytał łyżwiarz - Wiedziałeś, że nie zależy mi na Jennifer. Wiedziałeś to, a mimo to zrobiłeś mi takie świństwo.

- Świństwo? – futbolista zaśmiał się - Raczej przysługę. Dla takiej zaryczanej beksy jak ty nie ma miejsca w zawodowym sporcie. Im szybciej to sobie uświadomisz, tym lepiej dla ciebie.

Yuuri mógł być zdruzgotany, ale jego duch nadal nie był martwy. Gdzieś pomiędzy złamanym sercem, poszarpaną pewnością siebie i bliskim obłędu umysłem, migotało malutkie światełko zawziętości. To za sprawą tego światełka z ust Japończyka wyszły ciche, ale zdeterminowane słowa:

- Może i ty załamałeś się po przegranym meczu… ale ja nigdy się nie poddam. Pewnego dnia zmierzę się z Viktorem. Jak równy z równym.

Wielka dłoń złapała brodę Yuuriego i brutalnie zadarła jego głowę do góry. Przepełnione zawiścią oczy wielkoluda wyglądały przerażająco… ale to nie one zadały ostateczny cios. Zrobił to głos futbolisty. Głos, który wyszeptał największą obawę japońskiego łyżwiarza:

- Gdyby ta twoja rosyjska rusałeczka wiedziała, co o niej myślisz, gardziłaby Tobą!

Po tych słowach Jack Wronkov odszedł, zostawiając Yuuriego Katsukiego samego z efektami tego strasznego zdania. Efektami, które utrzymały się przez lata…

Detroit, obecnie

Japończyk zakończył opowieść i teraz nerwowo wpatrywał się w przyjaciela. Z twarzy Jurija ciężko było cokolwiek wyczytać. Miętoląc w zębach fioletowo-różową słomkę, nastolatek siedział w bezruchu, ze wzrokiem wbitym w sufit. Im dłużej to trwało, tym bardziej Katsuki się stresował.

Co prawda wiedział, że młody Rosjanin nie powie mu niczego złośliwego… a nawet gdyby powiedział, to nie byłoby to nic nadzwyczajnego… a mimo to…

Kurczę. Chyba pierwszy raz odkąd się poznali, Yuuri zdał sobie sprawę, że za cholerę nie jest w stanie przewidzieć następnego ruchu swojego imiennika. Kontemplujący Jurij był dla niego nowością. Ten wybuchowy nastolatek zwykle nie zachowywał się w ten sposób - zwykle sprawdzał, jaka jest sytuacja, przyjmował ją do wiadomości i odpowiadał. Przy czym „przyjmowanie do wiadomości" ograniczało się zazwyczaj do maksymalnie dwóch sekund. A teraz trwało już dobre dwadzieścia!

Słomka nareszcie upadła na stół.

- Kurwa.

Japończyk miał ochotę parsknąć śmiechem. Było coś uroczego w fakcie, że pierwszym, po długim milczeniu, stwierdzeniem Jurija okazało się to krótkie, małe „kurwa".

- Katsudon… cholera… nie wierzę, że Ci to mówię… ale gdy miałem dziesięć lat przydarzyło mi się dokładnie to samo, co tobie.

To wyznanie z kolei nie było ANI TROCHĘ urocze. Za to cholernie szokujące! Jeszcze bardziej szokujące niż Budda pakujący sobie do pyszczka kawałki sushi i spierdzielający do klatki z policzkami w kształcie hosomaków.

- C…c… co takiego?!

Z wrażenia Yuuri kopnął leżącą obok stolika torbę z zakupami. Na szczęście tą, w której były tubki z kremem, a nie szklane flakoniki.

- To nie tak, że zawistne skurwiele stanowią zagrożony gatunek. – wzdychając, powiedział Jurij – Złamasów pokroju twojego Jacka jest na świecie od groma. Im większy masz talent, tym większa szansa, że takiego spotkasz. Ja miałem nieszczęście trafić na podobnego kutafona już na samym początku kariery… chociaż, czy rzeczywiście było to nieszczęście? Może właśnie przez to, że byłem wtedy chłystkiem, nie odcisnęło to na mnie aż takiego piętna, jak na tobie…

Cóż, miało to… miało to sens. A najlepszym potwierdzeniem był spokój nastolatka. Chociaż Yurio właśnie przyznał się do czegoś wstrząsającego i ewidentnie bardzo… bardzo… bardzo prywatnego, nie wydawał się ani trochę przejęty. Gdy jeszcze kilka minut temu Katsuki opowiadał swoją historię, jego głos był drżący i niespokojny. Natomiast głos Jurija brzmiał co najwyżej… ponuro.

- To nie były ważne zawody. – ciągnął nastolatek, ze wzrokiem wbitym w blat stołu – Jakieś tam lokalne mistrzostwa… sam nie wiem, nie pamiętam. W każdym bądź razie, tuż przed programem dowolnym jeden koleś powiedział mi, że mój dziadek miał zawał.

Yuuriemu drzeszcz przeszedł po plecach. Doskonale pamiętał swój własny paniczny strach. A skoro on – dorosły facet – przeżył coś takiego z powodu idola… to co dopiero musiał czuć Jurij - mały dzieciak, drżący o los ukochanego dziadka.

- Dyskretna z ciebie dusza, Wieprzku, więc przyznam ci się, że kompletnie dałem dupy. Nie powtarzaj tego swojemu nadętemu kochasiowi, ale nigdy w życiu nie czułem się tak przerażony. Podobnie jak ty, nie pamiętam zbyt wiele z mojego występu… za bardzo martwiłem się o dziadka, by przejmować się zawalonymi skokami. Gdyby Yakov wszystkiego mi nie opowiedział, nie wiedziałbym nawet, co się stało.

A więc nie tylko ja… - Yuuri wypowiadał tę myśl z ulgą, ale i współczuciem – Pomyśleć, że on też… ze wszystkich ludzi… właśnie Jurij… ten kozacki, zawsze pewny siebie Jurij!

Do Japończyka nagle wrócił fragment kłótni nastoletniego Rosjanina z Milą. Nie wiedział, czemu właśnie teraz sobie o tym przypomniał, ale… zaraz! Czy to możliwe, że…

- Yurio… - zaczął niepewnie – Powiedz… wtedy, gdy mówiłeś o szarpaninie po zawodach… o przepychance z rywalami z lodu… to czy miałeś na myśli…

Jurij wreszcie spojrzał rozmówcy w oczy, a kącik jego ust lekko uniósł się do góry.

- Tja, gdy zakumałem, że mnie oszukał, dałem mu po mordzie. – w uśmiechu nastolatka była satysfakcja, ale i szczypta goryczy – Na szczęście oddał.

- „Na szczęście"?

- Ano… bo widzisz, gdybym tylko ja mu wpierdolił, to trenerzy, którzy chwilę później weszli do szatni, zobaczyliby blond szczyla mszczącego się na szczęśliwym zdobywcy złota. ALE, ponieważ Siergiej był tak dobry, że odpowiedział na moje ataki, zamiast tego zobaczyli parę smarkaczy, tarzających się po podłodze z zakrwawionymi nosami. Obaj zostaliśmy ukarani. Yakov pociągnął za parę sznurków i zawiesili mnie tylko na miesiąc. Wtedy było to dla mnie jak koniec świata, ale teraz wiem, że i tak zostałem potraktowany łagodnie. Mało brakowało, a moja kariera zaliczyłaby zgon. Ugh… teraz, gdy o tym myślę, to cud, że w ogóle się z tego wszystkiego wykaraskałem. Biorąc pod uwagę, że Siergieja trenował Wronkov…

- WRONKOV?!

Japończyk przewrócił kolejną torbę - tym razem tą z flakonikami. Od razu schylił się, by sprawdzić, czy drogocennie perfumy Viktor nie doznały uszczerbku. Na szczęście - nie.

- Yurio, czy ty masz na myśli…

- Dziadunia Twojego futbolisty. – odparł Jurij, przewracając oczami – A kogo, kurwa, innego?

- Zaraz… czyli że ty… znasz Alexeia Wronkova?!

Nastolatek cicho parsknął.

- Proszę cię, Katsudon… każdy rosyjski łyżwiarz figurowy zna Alexeia Wronkova. Zwłaszcza ktoś trenujący pod okiem jego największego rywala. Nie mów mi, że przez te wszystkie miesiące w Petersburgu nie zauważyłeś, jak Yakov narzekał na Wronkova… Viktor chwalił się przed wszystkimi, że już nauczyłeś się rosyjskiego.

Ostatnie zdanie padło w ojczystym języku Jurija. Japończyk gwałtownie się wyprostował.

- N-n-nauczyłem się! – oświadczył po rosyjsku.

Jego imiennik przytaknął z aprobatą

- I, kurwa, bardzo dobrze! Może to sprawi, że twój podstarzały narzeczony przestanie wygłaszać publiczne poematy na temat twojego tyłka, wiedząc, że i tak go nie rozumiesz…

Yuuri sapnął wściekle. Po powrocie do Petersburga miał do zrobienia trzy rzeczy:

Pierwsza – załatwić sobie prywatną lekcję z Milą Babichevą, w celu wnikliwego poznania tyłkowej terminologii.

Druga – zażądać od Viktora, by wyjaśnił, o co, do kurwy nędzy, chodziło z tymi poematami!

Trzecia – ustalić, przez ile tygodni Viktor będzie musiał zmywać naczynia, by odpokutować za wspomniane poematy. Jedno było pewne – jeśli w którymkolwiek z nich padło określenie „te mięciutkie pączki", kara zostanie dodatkowo wzbogacona o czyszczenie kibla! A może nawet i robienie prania? Niech sobie nie myśl, że skoro pięć razy był Mistrzem Świata, to wszystko mu wolno!

- Czy to nie twój telefon? – odezwał się Jurij.

Z kieszeni płaszcza rzeczywiście dobiegały wibracje. Gdy Japończyk wyciągnął komórkę, okazało się, że dzwoniącym był nie kto inny, jak Viktor. Palec Katsukiego zawisł centymetr nad zieloną słuchawką… ale ostatecznie nie nacisnął przycisku. Po chwili wibracje ustały. Yuuri przez pewien czas zezował w stronę spoczywającego na stole smartfona. Jego imiennik łaskawie tego nie skomentował.

- Gdy narzeka na Wronkova, Yakov zwykle używa określenia „ten łysiejący chuj". – nastolatek wyjaśnił, znudzonym tonem – Pewnie dlatego nic nie zauważyłeś. Ale mniejsza o to. Powiedz, bo jestem kurewsko ciekawy… czy Jack ostatecznie został w jakiś sposób ukarany? Wyleciał z uczelni?

- Nie. – Yuuri ponuro pokręcił głową – Niestety nie. Wiem, że Celestino próbował coś zrobić… ale nie był w stanie. Facet był nie do ruszenia.

- Tsk! Pieprzony amerykański zwyrodnialec…

Wyzywanie oprawcy przyjaciela było ze strony Jurija diabelnie urocze. Japończyk zaczął się w tym momencie zastanawiać, jak mógł kiedykolwiek myśleć, że ten wybuchowy chłopak go nie lubił.

- Skurwysynom jego pokroju zawsze wszystko się upiecze! – burknął nastolatek, brutalnie wpychając słomkę z powrotem do napoju.

Głośny odgłos siorbania doskonale odzwierciedlał wściekłość młodego Rosjanina. Yuuri uznał, że warto nieco uspokoić imiennika.

- Jack nie wyleciał z uczelni… ale spotkało go coś znacznie gorszego.

- Coś gorszego… to znaczy co?

Japończyk przełknął ślinę. Sama myśl o tym, co za chwilę zamierzał powiedzieć, napawała go przerażeniem. Zawsze chował się pod kołdrą podczas oglądania horrorów z udziałem czarnej magii. A kiedy jeszcze dowiedział się, że ciemne moce naprawdę istnieją…

- O co ci chodzi, Katsudon? Co to za dziwna mina?

Yuuri pochylił się nad stołem i ruchem palca poprosił przyjaciela, by się zbliżył. Nastolatek zamrugał, jednak posłusznie nadstawił ucho.

- Pamiętasz tę klątwę, którą rzuciła babcia mojego kolegi? – wyszeptał Japończyk.

Krótkie przytaknięcie.

- Bo widzisz, ta klątwa… ona… tak jakby… no… ona zadziałała.

- Hę?

Jurij odsunął się i sceptycznie uniósł brwi.

- Eee… no dobra. Miło widzieć, że odzyskałeś humor, Prosiaku, ale… mnie nie bawią podobne rzeczy.

- Mówię serio! – pisnął Japończyk – Jack wrócił z Moskwy cały w bandażach! Miał posiniaczoną twarz, połamane żebra i rękę w gipsie!

- O, cholera! Serio?

Nastolatek był wyraźnie zachwycony usłyszaną informacją. Yuuri przytaknął żarliwie.

- Po uczelni krążyła cała masa plotek. Większość ludzi mówiła, że Jack sprowokował jakiegoś Rosjanina i dosyć mocno oberwał… a potem wkurzył kilku innych gości i dostał kolejny łomot. Taka była oficjalna wersja. Ale niektórzy wymyślali naprawdę durne teorie! Znajomy Jacka przysięgał na wszystko, że jego kumpla autentycznie zaatakowało stado tygrysów! Phichit godzinami przeszukiwał sieć, ale nawet na Facebooku nie było niczego, co…

- Zaraz, zaraz! Powiedziałeś „tygrysów"?

Młody Rosjanin miał minę, jakby coś sobie uświadomił. Niespodziewanie odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się.

- Kuźwa, Katsudon… wiesz, że to mogła być prawda?

- Hę? C-c-co? Ale jak to?

- No tak, przecież ty nie wiesz…

Jurij odchylił się na krześle i splótł dłonie za głową. W zielonych oczach czaił się złośliwy uśmieszek.

- Tygrysy to ksywa moskiewkich kiboli. – wyjaśnił z nutką dumy w głosie – Wspierają lokalną drużynę hokejową. Gra w niej pewien niski, ale bardzo agresywny zawodnik o nazwisku Tigrisovsky. Przezywają go Tigryenok, czyli „mały tygrys". Jest zajebisty! Jego fani zresztą też. Nie to co te moje pieprzone Aniołki…

- Och, Yurio, nie powinieneś w ten sposób mówić o swoich wielbicielkach. – zganił go Japończyk.

- Łatwo Ci mówić! Tobie nikt nie zrzucił na głowę kocich uszek… ugh! Obrzydliwość! Te laski nie są ani trochę cool… w przeciwieństwie do Tygrysów! Ach, Tygrysy! Tygrysy robią na trybunach taki raban, że człowiekowi pękają uszy! A jakie rzeczy wykrzykują… ach, żebyś ich widział, Prosiaku! Odkąd dziadek zabrał mnie na mecz, zawsze marzyłem, by zostali moimi kibicami. Wtedy nie musiałbym się martwić, że któryś z fanów narobi mi obciachu, obwąchując moje ślady na ulicy. Ech, może gdy Tigryenok przejdzie na emeryturę, poproszę dziadka, by namówił chłopaków, żeby wpadli na jakiś mój występ? Pojechałbym tak zarąbisty program, że całkowicie wybiłbym im z głowy ten durny hokej…

Katsuki zachichotał. Pewność siebie Plisetskyego jak zwykle była rozbrajająca.

- Twój dziadek ma takie kontakty? – Yuuri spytał imiennika – On też jest tym… yyy… kibolem?

Nastolatek zastanowił się chwilę.

- Szczerze? Tak właściwie, to nie wiem. Spytałem go o to, ale dał mi bardzo wymijającą odpowiedź. Powiedział, że on jedynie „pilnuje, by chłopcy właściwie się zachowywali i robi dla nich szaliki". Jeśli o mnie chodzi, to wolałbym, żeby nie uczestniczył w żadnych bijatykach.

To prawda. – w myślach zgodził się Katsuki – W tym wieku…

- Jeszcze kogoś by połamał i zamknęliby go w pierdlu. – dodał po chwili Jurij – Nie wiem, jak twoi dziadkowie, Wieprzku, ale mój zupełnie nie potrafi się kontrolować. Już pięć razy dostał mandat za prekroczenie prędkości! A jeździ pierdolonym maluchem!

No tak. – Japończyk pokręcił głową – Pokrewieństwo z Lodowym Tygrysem zobowiązuje.

W sumie nic dziwnego, że młody Rosjanin miał taką, a nie inną osobowość. Biorąc pod uwagę, że przez większość życia jego jedynymi wzorami do naśladowania byli Yakov i wspomniany dziadek… no i pewnie jeszcze Viktor…

Jak na zawołanie, telefon Katsukiego znowu zawibrował. Imię Viktora na wyświetlaczu zdawało się przyzywać narzeczonego. Podrygujący pod wpływem fal dźwiękowych smartfon skojarzył się Japończykowi z małym, podenerwowanym stworzonkiem.

Po kilkunastu koszmarnie długich sekundach, brzęczenie nareszcie ustało. Jurij uniósł brwi, ale i tym razem zdecydował się nie komentować decyzji imiennika.

- No dobra, Tygrysy to kibole. – mruknął, drapiąc się po brodzie - Ale kim, kurwa, jest Rusałka?

- Oj, Yurio, daj spokój… Po co nam ta wiedza?

- Tobie może po nic, Wieprzku! Ale mój dziadek mieszka w Moskwie i jeśli grasuje tam jakiś niebezpieczny huligan, to wolałbym o tym wiedzieć.

- Niebezpieczny huligan o ksywie „Rusałka"?

Rosjanin spojrzał na niego spode łba.

- Na mnie też tak swojego czasu wołali. Uważasz, że jestem wcieleniem niewinności?

- N-n-nie! S-s-skąd… ty wcieleniem…

Japończykowi przyszła nagle do głowy wstrząsająca myśl. Wydał z siebie głośny pisk i przewrócił kolejną torbę. Dobrze, że płyn od Kleina był porządnie zarkęcony.

- YURIO! Zaraz… skoro ty jesteś Rusałką, to… to…! Czy… czy ty…

- Pogięło cię?! – nastolatek miał minę, jakby jego towarzysz postradał rozum – Dla przypomnienia, Katsudon: siedem lat temu byłem małym smrodem. Moja działalność awanturnicza ograniczała się do dźgania kolegi z klasy cyrklem i strzelania do tyłka Yakova z procy. Zapewniam cię, że w wolnym czasie nie łamałem kości żadnym futbolistom…

- Strzelałeś do pana Feltsmana z procy?! – przerażonym tonem krzyknął Yuuri.

- Viktor obiecał, że da mi trzy tysiące rubli, jeśli to zrobię. – młody rosjanin wzruszył ramionami.

- N-nawet za taką kasę… ja NIGDY w życiu bym się nie ośmielił…

- Dlaczego nie? Yakov od razu skumał, czyj to był pomysł. Trudno było się nie domyślić, biorąc pod uwagę, że jeszcze przed samym zajściem ten lalusiowaty pacan stał z przygotowaną kamerką i szczerzył ryj…

Wspomniany „lalusiowaty pacan" wybrał akurat ten moment, by zadzwonić do narzeczonego po raz trzeci. Yuuri wiedział, że to tylko wytworzona przez umysł iluzja… ale miał wrażenie, że brzęczenie smartfona stało się jeszcze bardziej natarczywe.

Viktor znowu został zignorowany. Jurij znowu nie powiedział na ten temat ani słowa.

- Lepiej ostrzegę dziadka, by na siebie uważał. – nastolatek wyciągnął własną komórkę.

- A czy nie mówiłeś przypadkiem, że twój dziadek umie o siebie zadbać? – nieśmiało spytał Japończyk – Że trzyma z tymi kibolami… i w ogóle…

- Pewnie, że mój dziadek umie o siebie zadbać! – warknął młody Rosjanin, jednocześnie pisząc SMSa – Z tym że, wiesz… on ma mimo wszystko swoje lata. Po tych wszystkich fajkach, które wykopcił w młodości, nabawił się jakiejś paskudnej odmiany astmy. A skoro ta cała Rusałka spuściła wnukowi Wronkova jeszcze większy łomot od Tygrysów… nawet jeśli miało to miejsce siedem lat temu, to wolę dmuchać na zimne! Niech dziadek chociaż poczyta wiadomości i sprawdzi, czy przed kimś nie ostrzegają. Może kupię mu na urodziny jakiegoś psa obronnego? Albo lepiej – chomika!

- Yyyy… trochę mnie zaskoczyłeś. Myślałem, że uwielbiasz koty. Koty nie są agresywne?

- Koty są kurwesko agresywne, Prosiaku, ale niestety nie nadają się do wyprowadzania na spacer. Co innego chomik. Takiego chomika możesz wsadzić do kieszeni i wszędzie ze sobą zabrać. Dziadek znalazłby miejsce dla takiego wypierdka w swoim małym mieszkanku. Przynajmniej przestanie narzekać, że siedzi sam w domu i się nudzi.

Yuuri zastanawiał się od niechcenia, czy jego imiennik dostrzega słabą stronę swojego genialnego planu. A mianowicie – czy bierze pod uwagę dłuższe odwiedziny u dziadka i spotkanie rzeczonego chomika ze swoją własną – równie milusią i przyjacielską, jak właściciel – kocicą. Ciekawe, kto wygrałby starcie? Być może gryzoń zostałby pożarty… a być może, tak jak Budda, odgryzłby drapieżnikowi kawałek futra (zdjęcia były tak nieapetyczne, że nawet Phichit nie miał odwagi wrzucić ich do sieci - co zdecydowanie o czymś świadczyło).

- Poproszę potem twojego kumpla „Instagram zamiast mózgu", by polecił mi jakiś agresywny gatunek. – mruknął do siebie Jurij – A, i dopiszę dziadkowi, by pamiętał, żeby przed wyjściem z domu zabrać inhalator. Żeby w razie napierdalanki miał jak złapać oddech. Ech, z jego pamięcią jest ostatnio coraz gorzej. Zrobił się jeszcze bardziej zapominalski niż twoja upierdliwa druga połowa.

W tym momencie „upierdliwa druga połowa" Katsukiego wykonała kolejny upierdliwy telefon, Japończyk po raz kolejny zignorował upierdliwe brzęczenie, a Lodowy Tygrys Rosji uznał, że dzienny limit upierdliwości został przekroczony.

- Nie chciałem nic mówić, Prosiaku, - zaczął, krzyżując ramiona i posyłając imiennikowi zrezygnowane spojrzenie – ale to zaczyna ocierać się o emocjonalny sadyzm. Chcesz, by z nerwów powyrywał sobie wszystkie włosy i rzeczywiście wyłysiał?

- O-o-oczywiście, że nie! – Yuuri zaczerwienił się.

- No to oddzwoń do tego męczącego kurwiszona, bo nie da nam obu spokoju!

- N-n-nie mogę! Nie… nie wiem, co mu powiem.

- Noż kurwa mać, jak nic zaraz zacznie dobijać się do mnie!

Telefon z obudową w panterkę sekundę później poinformował właściciela o nadejściu nowej wiadomości. Nastolatek przewrócił oczami.

- No i, kurwa, pięknie! Zostanę prorokiem…

Palec młodego Rosjanina przez jakiś czas wściekle atakował ekran smartfona. Po wpisaniu odpowiedzi, Jurij jeszcze raz obrzucił wiadomość od Viktora pełnym obrzydzenia spojrzeniem, po czym kliknął „wyślij".

Japończyk przełknął ślinę. Z takiej odległości nie był w stanie rozszyfrować długich rzędów cyrylicy.

- Co ci napisał?

- Nie powiem.

- Co mu odpisałeś?

- Nie powiem.

- Yurio, proszę…

Nastolatek parsknął cicho.

- Po prostu zwięźle dałem mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. – burknął z pewną dozą łagodności – Sądzę, że przez pewien czas nie będzie zawracał nam dupy. Ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Chyba o tym wiesz… prawda, Katsudon? Wiesz, że nie możesz bez przerwy uciekać?

Spoczywające na stole dłonie Katsukiego zaczęły drżeć. Palce wskazujące kręciły wokół siebie nerwowe kółka.

- Uważasz… - Yuuri zaczął, nie patrząc na imiennika – Uważasz, że powinienem mu powiedzieć? No wiesz... o...

Westchnienie.

- A ty, Prosiaku? Uważasz, że powinieneś mu powiedzieć?

Pytanie zostało zadane powoli i łagodnie. Japończyk zupełnie się go nie spodziewał. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć! Co prawda po zwierzeniu się przyjacielowi uporządkował część swoich uczuć… ale nadal była cała masa rzeczy, których nie był pewien. A w jego sercu nadal czaił się ten dziwny, trudny do zdefiniowania strach.

- Ja… nie chcę o niczym mu mówić. – Katsuki wyszeptał, nie podnosząc wzroku.

Ponowne westchnienie.

- Nie takie było pytanie. Nie pytałem, czy chcesz. Pytałem, czy powinieneś. Wyciąganie drzazgi nigdy nie jest przyjemne. Ale fakt, że się tego nie chce, nie oznacza, że nie powinno się tego zrobić.

Katsuki szarpnął głową do góry i wbił w rozmówcę zszokowany wzrok. Nagle wróciły do niego wcześniejsze słowa narzeczonego:

Yuuri, proszę cię… Gdy ktoś ma w sobie drzazgę, nie może pozwolić jej siedzieć w środku. Trzeba ją natychmiast wyciągnąć.

Japończyk próbował sobie przypomnieć, co wtedy odpowiedział. To chyba było coś w stylu:

Bardzo ładna metafora, panie trenerze, ale traci pan czas.

A potem jeszcze:

To nie tak, że to, co się stało, odbije się na najbliższych zawodach, więc byłbym wdzięczny, gdybyś skończył te pieprzone analizy psychologiczne.

Kiedy to mówił był taki wściekły… teraz jednak odczuwał jedynie wstyd. Jak mógł powiedzieć Viktorowi coś tak okropnego? Dlaczego zachował się w ten sposób wobec mężczyzny, który go kochał? Wobec mężczyzny, który ewidentnie… rozpaczliwie usiłował mu pomóc? Czemu Yuuri powiedział coś takiego? I dlaczego teraz nie potrafił sobie tego przypomnieć?

Drzazga… Yurio również o niej wspomniał. Czy to dlatego że myślał w podobny sposób, co Viktor? Czy po prostu słyszał tę część kłótni i celowo postanowił do niej nawiązać?

- Tak jak wcześniej mówiłem, zrobisz, co zechcesz. – odezwał się młody Rosjanin – Ale powiem ci, jak to wygląda z mojego punktu widzenia. No więc… wiem, że przegrywanie kłótni jest kurewsko nieprzyjemne i że w związku powinno się dążyć do tego… jak to się, kurwa, nazywało? Aha, kompromisu. Ale w tej sytuacji to niemożliwe, więc jeden z was będzie musiał po prostu zgiąć łeb i przyznać drugiemu rację. I nie mówię tego ze złośliwości, albo dlatego że trzymam czyjąś stronę, ale uważam, że tym kimś… powinieneś być ty.

Boże, on ma rację. – uświadomił sobie Yuuri – Jest tylko jedno właściwe rozwiązanie. Ja... powinienem…

Nastolatek westchnął.

– Powiem więcej, Katsudon. Sądzę, że na tym etapie nawet ty sam zdajesz sobie sprawę, że powinieneś opowiedzieć o wszystkim Viktorowi. Już wcześniej miałeś ku temu całą masę powodów. A teraz, kiedy trochę ochłonąłeś i zrozumiałeś, że ktoś inny też… uch… że nie jesteś jedyną osoba, której zrobiono podobne świństwo… uuuuch, no wiesz, cholera, o co mi chodzi! W każdym bądź razie, padłeś ofiarą klasycznego przykładu zazdrości i skurwysyństwa, a Viktor jako twój trener ORAZ najważniejsza osoba w twoim życiu absolutnie powinien o tym wiedzieć! Ale to akurat już rozumiesz. Tym, czego jeszcze NIE rozumiesz, jest powód, dla którego tak rozpaczliwie próbujesz wszystko przed nim zataić. Jednak ja, po wysłuchaniu całej tej opowieści… wydaje mi się, że rozumiem.

On… rozumie?

Ostatni wniosek młodego Rosjanina definitywnie był strzałem w dziesiątkę. Yuuri rzeczywiście nie wiedział, dlaczego aż tak zależało mu, by utrzymać całą sprawę w sekrecie przed Viktorem. Nie rozumiał tego, jednak miał dziwne przeczucie, że odpowiedź była bardzo blisko. Otarł się o nią, jeszcze zanim zaczął zwierzać się Jurijowi.

„Nie chcę stracić w oczach mojego narzeczonego, który jest czuły, utalentowany i w ogóle najcudowniejszy na świecie."

Niby TO była odpowiedź. A mimo to czegoś jej brakowało. Jakiegoś bardzo istotnego szczegółu. Tylko jakiego?

- Jak to leciało? – rozmyślania Japończyka przerwał głos Jurija - „Gdyby Viktor wiedział, co się stało, gardziłby tobą"? To było coś w tym stylu, prawda? I właśnie w tym tkwi cały problem, Katsudon. To właśnie jest ta… drzazga, kołek, żądło, czy inna cholera, która w tobie siedzi. To przeklęte zdanie, które lata temu powiedział ci ten amerykański popieprzeniec nadal miesza ci we łbie! I to ono sprawia, że siedzisz tu teraz ze mną… zmuszając mnie, bym robił za rosyjską Matkę Teresę, a obaj wiemy, że się, kurwa, do tego nie nadaję… siedzisz tu ze mną, zamiast zrobić to, co powinieneś, czyli pobiec do gogusiowatego skansenu łyżwiarstwa, obsmarkać mu koszulę za sto euro, wyjaśnić, że zły futbolista zrobił ci bubu i w związku z tym żądasz tygodnia śniadań do łóżka, masaży, przytulasów, wylewnych poematów i w ogóle zdwojonych porcji miłości dla Wieprzowiny.

Mina nastolatka aż prosiła się o podpis: „wkurwia mnie, że muszę ci tłumaczyć tak oczywiste rzeczy, co za masakra, zaraz się porzygam, ale co mi tam, i tak nikt nie widzi, więc raz w życiu mogę być miły".

- Zakończenie tej historii, rzecz jasna, nie jest takie, że Viktor wzdryga się z obrzydzeniem i oświadcza, że nie chce cię znać. – burknął młody Rosjanin, czerwieniąc się i odwracając wzrok – Zakończenie tej historii jest takie, że ten pacan obejmuje cię tak mocno, że prawie pękają ci żebra, następnie SPEŁNIA wszystkie żądania, które przed chwilą wymieniłem i przy okazji biegnie poszukać kałacha, by zatrzelić kanalię, która zrobiła jego Prosiaczkowi tak wielką krzywdę.

Policzki Japończyka przybrały barwę dzikiego różu.

Bardzo miłe potencjalne zakończenie. – pomyślał, pocierając skórę pod uchem – O wiele fajniejsze, niż te wszystkie czarne scenariusze, które wymyślałem zaraz po tamtym niefortunnym Skate America…

Pięść Jurija nieoczekiwanie przygrzmociła w stół i Katsuki wydał z siebie przerażony pisk.

- Kurwa, po tym wszystkim, co mi powiedziałeś, nawet JA postrzelałbym do amerykańskiej szumowiny z kałacha. – z grymasem na twarzy fuknął nastolatek – A ja nawet nie jestem twoim durnym narzeczonym! To powinno dać Ci do myślenia… No więc jak, Katsudon? Dotarło?!

- Eee…

- Świetnie. No to łap za telefon i dzwoń do rozkapryszonego adonisa!

Lodowy Tygrys złapał smarfron z obudową w pudle i wcisnął go swojemu imiennikowi. Minęło kilkanaście sekund, a Yuuri ani drgnął.

- Na co jeszcze czekasz? – zniecierpliwionym tonem rzucił nastolatek – Byłem pewien, że wszystko już zakumałeś. Słuchaj, jeśli nadal się martwisz, to powiem ci coś jeszcze. Viktor może nie wie o tym, co ci się przytrafiło, ale wie o tym, co przytrafiło się mnie. I zapewniam cię, że nigdy mi z tego powodu nie dokuczał. Ciebie tym bardziej nie skrytykuje. A więc? Chyba nie masz już żadnych wątpliwości?

Katsuki w dalszym ciągu nie wykonał ruchu. Jego imiennik zacisnął zęby.

Nagle Jurij wstał z krzesła, podszedł do Japończyka, po czym złapał za kołnierz jego swetra i dość agresywnie pociągnął w dół.

- HEJ! – jak można było się spodziewać, Yuuri wpadł w panikę – C-co… co ty wyrabiasz?!

- Co to jest? – warknął Rosjanin, wskazując na małą czerwoną plamkę na obojczyku kolegi.

- Yurio… c-c-co ty…

- Pytam cię, co to jest?

- M-m-malinka.

- No dobrze. Kto ci ją zrobił?

- P-p-przecież wiesz, kto…

- Pewnie, że, cholera, wiem. Ale chcę, żebyś to powiedział.

- Yurio, po co właściwie…

- No już, gadaj!

- V… Viktor.

Nastolatek puścił materiał i zamiast tego złapał Japończyka za nadgarstek.

- A to? – spytał, wskazując na mały złoty krążek.

- Pierścionek zaręczynowy.

- Okej. Kto ci go założył?

- Viktor.

Katsukiemu została podstawiona pod nos komórka z otwartą stroną na Facebooku.

- A to? – warknał Jurij.

- Wydarzenie, które założył Phichit.

- Dotyczące czego?

- Nadchodzącego ślubu.

- Czyjego ślubu?

- M-m-mojego i Viktora.

Wydawszy z siebie wkurzone syknięcie, Jurij wrócił na miejsce.

- Na co ty jeszcze, do diabła, czekasz? Aż Viktor wytatuuje sobie na dupie „kocham japońskiego prosiaka"?! Nie, chwila. Nawet gdyby coś takiego zrobił, ty nadal niczego byś nie zakumał. Rozumiem, że nie jesteś zbyt pewny siebie, ale, cholera, są jakieś granice! Jeżeli masz jeszcze jakiś powód, dla którego nie chcesz zadzwonić do tego gamonia, to, do diaska, powiedz wprost!

- Nie mam żadnego dodatkowego powodu. Było tak, jak powiedziałeś. Martwiłem się słowami Jacka.

- A ja przed chwilą wykazałem ci, że to tylko wymysły popapranego psychicznie kutasa! Czego JESZCZE nie rozumiesz?!

- Wszystko rozumiem. Ja tylko…

- Ty tylko… CO?

Yuuri zawahał się. Jego następne słowa raczej nie spodobają się Plisetskyemu. Z całą pewnością nie spodobają mu się ani trochę.

- Słuchaj, bo… tak sobie pomyślałem…

- Taaaak?

Pod wpływem podejrzliwego spojrzenia imiennika, Japończyk przełknął ślinę. Czy ten nastolatek miał jakiś koci instynkt, czy jak? Zupełnie jakby przeczuwał, co Katsuki zamierzał zrobić.

- A gdybym tak… powiedział o wszystkim Viktorowi, ale trochę… eee… zmodyfikował część historii?

- Zmodyfikował? – Jurij powtórzył, unosząc brwi.

Katsuki przytaknął.

- Gdybym na przykład… zmienił tę część, w której Jack pokazał mi sfałszowany artykuł? W końcu mógł mi powiedzieć coś zupełnie innego! Na przykład… eee… że mój tata miał wypadek? Albo… albo… że zdechł mój pies! Właściwie to przed tamtym okropnym finałem Grand Prix mój pies rzeczywiście umarł, a, jak doskonale wiesz, nie pojechałem zbyt dobrze… pojechałem fatalnie, więc… więc mamy namacalny dowód, że mógłbym zawalić program z powodu psa! A wtedy…

- KATSUDON!

Tłumaczenie wywodu Yuuriego Katsukiego na język Jurija Plisetskyego:

„Chociaż powiedziałem ci o tych wszystkich okropnościach, które mi się przydarzyły i wspólnie ustaliliśmy, co powinienem zrobić, koniec końców zamierzam powiedzieć Viktorowi, ale wpleść w to niewielkie kłamstewko, czytaj pójść na łatwiznę, czytaj stchórzyć."

Pod wpływem lodowatego spojrzenia jednego z najlepszych łyżwiarzy w Rosji, Japończykowi zatrzęsły się kolana.

- Katsudon… - zaczął Jurij.

Był to ton, którego używał, gdy zamierzał powiedzieć coś w stylu:

„Katsudon, zaraz ci wpierdolę."

„Katsudon, jutro pozamiatam tobą lód."

„Katsudon, ty pieprzona cioto, jak śmiałeś schrzanić tamtego Salchowa?!"

Teraz też nie zostawił na imienniku suchej nitki.

- Katsudon… albo zaczniesz mówić z sensem, albo wezmę tą słomkę, wepchnę ci ją w dupę i za pomocą kolonoskopii sprawdzę, czy Viktor nie zaraził cię jakąś odmianą bezrozumnego bełkotu.

- Iiiiik!

- Nie iikuj mi tutaj, bo to ci w niczym nie pomoże! Lepiej wytłumacz, co jest nie tak z faktem, że zawaliłeś program właśnie z powodu Viktora. Czy to ma aż takie znaczenie, o kogo się martwiłeś?

- Nie, nie ma żadnego znaczenia! Dlatego nic się nie stanie, jeśli zamiast prawdy powiem…

- Katsudon, ja nie żartuję z tą słomką!

- Okej, OKEJ! Dobra, przepraszam! Bo widzisz, chodzi o to, że…

- No? O co, cholera, chodzi?

Yuuri wziął głęboki oddech. Miał nadzieję, że nie usłyszy już więcej pogróżek z udziałem słomki. Miał nadzieję, że przyjaciel zrozumie.

- Kiedy tamto zajście miało miejsce, Viktor był dla mnie obcą osobą. – Katsuki zaczął tłumaczyć zrezygnowanym tonem – Ty zawaliłeś program z powodu dziadka. Z powodu członka rodziny. Kogoś, z kim byłeś blisko. Dlatego nikt nie ma prawa mieć do ciebie pretensji. Natomiast ja… ja zrobiłem coś zupełnie kretyńskiego! Nawet nie znałem Viktora osobiście, a patrząc na jego występy, czułem…

Zacisnął oczy i potrząsnął głową. Nawet teraz, po tylu latach, czuł zażenowanie i wstyd. Wstyd, związany z faktem, że..

- Byłem jeszcze gorszy, niż twoje fanki, Yurio! – wyrzucił z siebie, zaciskając pięści na kolanach – Kto to słyszał, by psuć jeden z najważniejszych dni w karierze z powodu idola? Idola! Nie przyjaciela, nie członka rodziny, nie ukochanego zwierzątka! Z powodu zwykłego, cholera, idola! Ja… ja go wtedy kochałem, Yurio. Nie tak jak teraz, to jasne… nie w ten sam sposób… ale mimo wszystko kochałem go! Sam do końca nie wiem, dlaczego! Wtedy nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy! Za każdym razem, gdy to sobie przypominam, to… to… to było zwyczajnie żałosne. Byłem jak jakaś… jakaś zadurzona nastolatka! Nie umiem… po prostu nie potrafię wyobrazić sobie, jak przyznaję się Viktorowi do czegoś takiego! Umarłbym ze wstydu! Kocham go za to, że jest sobą… nie chcę, by pomyślał, że jestem taki sam jak rzesze jego fanów. Nie chcę, by pomyślał, że marzyłem o nim, tylko dlatego że jest genialnym łyżwiarzem… Znaczy się… To prawda, marzyłem o nim wiele razy, ale… to były tylko głupie fantazje i… kretyńskie mrzonki… a raz nawet… raz nawet powiedział coś dziennikarzom, a ja, głupi wyobraziłem sobie, że powiedział to tylko do mnie. Że powiedział to, żeby pomóc mi się pozbierać… po tym, co się stało. Ten wywiad zmienił moje życie…

- Hę? – zainteresował się Yurio – Zaraz, zaraz, zaraz! O jakim wywiadzie mowa? Co takiego powiedział Viktor?

Na twarzy Japończyka zagościł rozmarzony uśmiech. Yuuri na moment zapomniał o wstydzie i zagłębił się we wspomnieniu.

- Viktor powiedział coś, dzięki czemu zrozumiałem, dlaczego nie powinienem się poddać.

NOTKA KOŃCOWA

*.*.* Kilka ciekawostek *.*.*

- Język babci Rodrigo to Nahuatl.
- Film, który oglądał Rodrigo to "Szyfry Wojny" (swoją drogą, bardzo polecam!)
- Program dowolny Yuuriego był inspirowany programem Yuzuru Hanyu. Jeżeli chcecie wiedzieć, o który program chodzi, wpiszcie na youtube "Yuzuru Hanyu GPF 2011".

A ja jestem ciekawa...

... czy już się domyślacie, od kogo Jack dostał po mordzie ;) ?