Dawno temu w Detroit

Rozdział 5 – Dawno temu w Moskwie

W pralni centrum handlowego Detroit siedział pewien podejrzany typ. Jeżeli - tak jak podejrzewała większość otoczenia - wspomniany typ był bandziorem i należał do jakiegoś gangu, to koledzy kryminaliści bez wątpienia powinni nadać mu ksywkę „Jeżyk". Wszystkie elementy powierzchowności faceta błagały o taki właśnie pseudonim. Po pierwsze - czarne, sterczące na wszystkie strony, włosy. Po drugie - kolczyki w kształcie kolców. Po trzecie – ozdobiona ćwiekami skórzana kurtka. A na koniec – T-shirt z obrazkiem (no nie uwierzycie!) przedstawiającym prawdziwego jeża z uroczo ułożonym na igłach jabłuszkiem.

Jeżyk, proszę państwa. Koleś zdecydowanie był Jeżykiem. W świecie zwierząt mało które stworzenie miało ochotę na bliższą znajomość z jeżem. A pojawienie się jeża na polanie zwykle wywoływało masowy popłoch. W świecie ludzi, rzecz jasna, wydarzyło się coś podobnego – przybycie podejrzanego typa natychmiast zniszczyło sielankową atmosferę pralni.

W dużym skrócie: w poczekalni znajdowały się dwie długie ławki. Od pojawienia się Jeżyka, na jednej non stop dochodziło do jakiś przepychanek. Biznesmeni byli agresywnie strącani na podłogę przez matki z dziećmi, matki z dziećmi traciły miejsce na rzecz zrzędliwych staruszek, potem zrzędliwe staruszki odbierały swoje ubrania, biznesmeni ponownie siadali i wojna wybuchała od nowa.

Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, by zbliżyć się do świecącej pustkami ławki numer dwa. Nikt nie miał dość odwagi, by usiąść obok Jeżyka. Przynajmniej do czasu, aż do pralni wmaszerował z gracją pewien srebrnowłosy elegancik. Ów przystojniak z wypucowanymi trzewikami, wyregulowanymi brwiami i koszulą za sto euro, jak gdyby nigdy nic oddał poplamiony płaszcz, wziął numerek, przycupnął obok naszpikowanego igłami chuligana, a nawet rzucił doń pogodne „cześć"!

Viktor Nikiforov zawsze przyciągał sporo uwagi. Tym razem jednak stał się obiektem zainteresowania z trochę innych powodów, co zwykle. Ludzie nie gapili się na niego, dlatego że był pięciokrotnym Mistrzem Świata, najseksowniejszym sportowcem, żywą legendą, itepe itede. Gapili się na niego, ponieważ usiadł w pralni obok kolesia, który wyglądał, jakby dopiero co został wypuszczony z więzienia. Sam legendarny łyżwiarz oczywiście kompletnie nie rozumiał, skąd to całe poruszenie…

Należało powiedzieć to wprost: Viktor był stworzeniem nieco różniącym się od reszty społeczeństwa. Jego odmienność manifestowała się między innymi w fakcie, że w ogóle nie obawiał się gangstero-podobnych dziwolągów. Jeśli już, gangstero-podobne dziwolągi obawiały się jego. Tak jak tamta para motocyklistów, która niegdyś uciekła przed nim z parkingu. Jego dwunastoletnie ja bardzo to wtedy przeżyło („Ale dlaczego uciekli, Yakov?! Ja przecież tylko zaproponowałem, że pomaluję im paznokcie! Co ja robię nie tak? Dlaczego nikt mnie nie luuuubiiii?!").

Jeżyk również nie wydawał się rosyjskiej legendzie łyżwiarstwa groźny. Ba, w normalnych okolicznościach, Vitya pewnie by do niego zagadał.

W normalnych okolicznościach, to znaczy takich, w których nie zamartwiał się na śmierć o swojego japońskiego narzeczonego.

Gdyby oczy mogły strzelać laserami, Viktor właśnie przepaliłby telefon wrokiem. Trzy razy… dzwonił do Yuuriego już trzy razy, a ten uparciuch w dalszym ciągu nie odbierał! Nie przejmując się ortografią i interpunkcją, były Mistrz Świata wystukał miłości swojego życia wiadomość:

Yuuri chce tylko bys wiedzial ze jestem totalnie wkurzony i nawet nie mysl ze wykrecisz się od tej rozmowy!

Właśnie tak! Co on sobie myśli, by ignorować telefony od narzeczonego?! Viktor nie znosił, gdy ktokolwiek ignorował jego telefony. A co dopiero Yuuri Katsuki – jego eros, agape, prywatne słoneczko, książę z bajki, bogini na lodzie i wszystkie fantazje erotyczne w jednym!

Dosyć tego dobrego! Czas pokazać temu… tej… tej Katsudon fatale, kto w tym związku nosi spodnie! Viktor wprowadzi dożywotni zakaz kotlecików wieprzowych, a wtedy spanikowany Yuuri wszystko mu wyśpiewa! Dokładnie tak! Jak nic, wszystko mu wyśpiewa!

Wszystko mu wyśpiewa, albo… ogłasi strajk i powie, że już nie będzie dla Viktora gotował. Ani sprzątał. Przestanie chodzić po domu w samej bieliźnie. Nie będzie już wiązał Viktorowi krawata, mył mu plecków w wannie, ani dawał buzi na dobranoc. A co jeśli (O Boże, Buddo, Mojżeszu!) oświadczy, że koniec z seksem i wykopie narzeczonego na kanapę?!

Po skroni pięciokrotnego Mistrza Świata spłynęła kropelka potu. Viktor błyskawicznie skasował tekst i napisał nowy. Dziesięć razy sprawdził ortografię i interpunkcję, by jego „pedancik po anglistyce" nie miał do czego się przyczepić:

Kochanie, chciałem tylko, żebyś wiedział, że nie jestem na ciebie zły. Jak nie chcesz, nie musisz nic mi mówić.

No, no… Viktor pochodził w przysłowiowych spodniach całe dziesięć sekund. Brawo! Czyżby nowy rekord?

A tak na serio… Prosiaczek musi przede wszystkim poczuć się bezpiecznie! Ważne, by zrozumiał, jak bardzo kochany. No bo przecież jest kochany - najbardziej na świecie! Uch, samo przypominanie sobie tych przerażonych, zapłakanych, brązowych oczu przyprawiało Viktora o palpitacje serca. Powinien przede wszystkim dać Yuuriemu do zrozumienia, że wszystko między nimi w porządku. Tego tylko brakowało, by ten myślący za dużo histeryk ubzdurał sobie coś, tak jak w Barcelonie…

Już lepiej, by trener dał mu spokój. Yuuri nie musi nic mówić, jeśli nie chce. Właśnie tak! Grunt to miłość, zaufanie i cierpliwość! I zero przymusu!

Ale czy rzeczywiście… nie było przymusu?

Viktor zagryzł dolną wargę. Jeśli napisze ukochanemu coś takiego, to będzie… to będzie kłamstwo. On i Yuuri mieli sobie nawzajem wiele do zarzucenia, ale niezależnie od okoliczności zawsze mogli liczyć na jedno: szczerość. To była ich żelazna zasada. Owszem, zdarzało się, że jeden z nich - ze strachu, wstydu albo niepewności - przemilczał coś przed drugim… ale, pomijając drobne oszustwa typu „tak, kochanie, pozmywałem naczynia" albo „nie, kochanie, nie mam twoich nagich zdjęć w telefonie", umowa dotycząca szczerości była traktowana bardzo poważnie.

Również w tej sprawie Viktor powinien być wobec Yuuriego szczery. Nie mógł udawać, że nie było mu przykro, bo, cholera, było mu przykro i to nie tylko dlatego, że ukochany nie chciał mu powiedzieć, co się stało!Przede wszystkim były Mistrz Świata umierał ze strachu, bo wyobraźnia podsuwała mu coraz gorsze scenariusze - od kontuzji po gwałt! Do diabła, jeśli każdy z tych scenariuszy równał się jednemu wyrwanemu włosowi, to po dwudziestu minutach Viktor będzie zupełnie łysy (Juraczka zeszcza się z uciechy, noż kurwa jego mać!).

Legendarny łyżwiarz nie zamierzał zamartwiać się w nieskończoność (ani tym bardziej dawać Plisetskyemu satysfakcji). MUSIAŁ wiedzieć, co się naprawdę stało.

Ze zdeterminowaną miną, skasował wiadomość i napisał nową:

Yuuri, jak mi powiesz, co się wydarzyło siedem lat temu, będę zmywał naczynia przez cały miesiąc.

Uff, zrobił to! Dał swojemu prosiaczkowi pisemną deklarację wykonywania obowiązków domowych. Czymże byłaby miłość bez poświęceń? A niech tylko Yuuri spróbuje po tym wszystkim powiedzieć, że Viktor go nie kocha! Miesiąc użerania się z naczyniami… miesiąc! Manicure za pięć tysięcy rubli szlag trafi! Ale nie… zaraz! Przecież mieli zmywarkę. To może Viktor powinien zaproponować pranie?

A co jeśli próba przekupstwa nie zostanie dobrze odebrana? A co jeśli Yuuri pomyśli, że jego narzeczony nie podchodzi do sprawy poważnie? Strajk, odmowa gotowania, wielki foch i zero seksu?

Viktor wzdrygnął się. No cóż… nie musiał wiedzieć wszystkiego natychmiast. Najpierw wypadałoby pogodzić się z Yuurim. A ten niczego mu nie powie, dopóki się nie uspokoi.

Rosyjski trener zastanowił się chwilę, po czym skasował tekst i zastąpił go lepszym:

Katsudon na zgodę?

To powinno trochę ostudzić łasego na wieprzowinę Japończyka. Albo go zirytować. Jak na to nie patrzeć, to TEŻ wyglądało na próbę przekupstwa. Strajk, odmowa gotowania, wielki foch i zero seksu?

Coraz bardziej skołowany, Viktor wymyślił kolejną wiadomość:

Seks na zgodę?

Prosiaczek na pewno rozczuli się, gdy to przeczyta… albo uzna, że narzeczonemu tylko jedno w głowie. Strajk, odmowa gotowania, wielki foch i…ech… zero seksu!

Genialnemu łyżwiarzowi kończyły się pomysły.

A może… a może powinien po prostu napisać:

Kocham cię.

Serce Viktora wydało kilka niespokojnych drgnięć. Bardzo chciał wysłać narzeczonemu te dwa krótkie słowa. Nawet… nawet nie po to, by coś osiągnąć! Choćby tylko po to, by to powiedzieć.

Problem w tym, że w tej konkretnej sytuacji „kocham cię" mogłoby zostać zinterpretowane na milion różnych sposobów. A poza tym, jeżeli po czymś takim Yuuri nie odpisałby, ani nie oddzwonił, serce Viktora prawdopodobnie pękłoby z rozpaczy.

Ktoś powinien zamieścić następujący wpis w Wikipedii:

Viktor Nikiforov – pięciokrotny mistrz świata, genialny choreograf, utalentowany łyżwiarz. I przy okazji - tchórz. A przynajmniej, gdy w grę wchodziły uczucia do Yuuriego Katsukiego.

Jedna z dłoni Rosjanina zakryła twarz, a druga mocniej ścisnęła telefon. Po przełknięciu guli w gardle, Viktor odgarnął włosy z czoła i po raz czwarty (wciąż nie mógł uwierzyć, że robił to już czwarty raz!) wybrał numer Yuuriego.

Proszę cię, odbierz. – wyszeptał w myślach – Nie chcę wysyłać ci SMSów, a potem zamartwiać się, że źle coś zinterpretujesz. Odbierz i porozmawiajmy. Obiecuję, że nie będę naciskał. Nie chcę o nic cię wypytywać. Chcę tylko powiedzieć… że cię kocham.

Po kilkunastu przygnębiających „Bip-bip!" włączyła się poczta głosowa:

- Hej, tu Katsuki Yuuri! Zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię!

Wzrok Rosjanina zawędrował w dół. Niebieskie oczy były pełne smutku.

Kłamczuch! Wcale nie oddzwonisz. Jesteś okrutny, wiesz o tym?

Wzdychając, Viktor postanowił napisać do Jurija. Do narzeczonego w końcu nie mógł się dodzwonić, a musiał sprawdzić, czy wszystko było w porządku.

Wybuchowy nastolatek figurował na liście kontaktów pod nazwą „Kiciuś Plisetsky".

Yurio, jak wygląda sytuacja? – palce rosyjskiego mistrza z wprawą biegały po dotykowej klawiaturze smartfona – Czy Yuuri dobrze się czuje? Przestał płakać? W razie czego przytul go, dobrze?

Odpowiedź przyszła po dwudziestu sekundach.

Kiciuś Plisetsky: Spierdalaj.

Aha.

Legendarny łyżwiarz odetchnął z ulgą. Gdyby Katsuki podcinał sobie żyły, jego imiennik z całą pewnością odpisałby coś innego niż „spierdalaj".

Juraczka, jakiś ty dzisiaj wylewny. – ze wzruszeniem pomyślał Viktor – Zwykle wysyłasz mi emotikon ze środkowym palcem, a tym razem chciało ci się wpisać aż dziesięć liter i jeden znak! Uważaj, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się przejmujesz.

Do czego to dochodziło! Żeby Plisetsky pisał do Nikiforova tak długie SMSy…

- Te, ziom?

Rosjanin zamrugał. Przez sekundę… dosłownie sekundę był przekonany, że Jurij teleportował się do pralni! W końcu nikt oprócz tego smarkacza nie zwracał się do Viktora z takim lekceważeniem.

Po chwili jednak legendarny łyżwiarz zdał sobie sprawę, że tym, który się do niego odezwał nie był Lodowy Tygrys, tylko… Jeżyk. Głos faceta brzmiał nieco opryskliwie, ale czarne oczy wydawały sie całkiem uprzejme.

- Nie żebym cię oceniał, czy coś… ale moja laska ma dokładnie taką samą minę jak ty, kiedy ma okres.

Viktor parsknął śmiechem. Komentarz gościa wydał mu się przeuoroczy.

- Masz rację. – zgodził się - Gdybym był laską a Yuuri moim facetem, pewnie rzeczywiście miałbym teraz okres. Z nerwów.

- Aż tak źle, ziom?

- Mhm.

Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu.

- Ej, a taYuuri… - zagaił znowu Jeżyk - To twoja laska, tak?

- Narzeczona. – poprawił go Viktor – Japonka.

- Aha. No i co z nią nie tak?

Srebrnowłosy łyżwiarz pomyślał o wszystkich chwilach niepewności Yuuriego… o jego napadach paniki… o wyskakujących nie wiadomo skąd problemach, których nikt poza samym Katsukim nie był wstanie zrozumieć. Viktor uznał, że tłumaczenie tego wszystkiego byłoby zbyt skomplikowane, więc postanowił posłużyć się metaforą:

- Ma okres. – rzucił, wzruszając ramionami.

Jeżyk wzdrygnął się.

- Uch, no to słabo, ziom. – pokrzepiająco poklepał łyżwiarza po ramieniu - Ale wiesz, stary… to normalna sprawa. Trzeba z tym żyć. A biorąc pod uwagę, że zdarza się regularnie, powinieneś się już przyzwyczaić, nie?

- Problem w tym, że jej zdarza się zupełnie z nienacka.

- Z nienacka?

- Ano… Czasem nie ma okresu nawet przez kilka miesięcy. Ale potem coś się dzieje, albo ja coś powiem i nagle dostaje. Tak zupełnie znienacka! A ja nigdy nie czuję się przygotowany…

Czarnowłosy jegomość autentycznie się przejął.

- Kurde, ziom, to brzmi poważnie! Może idź z nią do ginekologa czy coś?

Viktor wyobraził sobie, jak zabiera Yuuriego do pewnej przesympatycznej Pani Ginekolog w Petersburgu.

- To byłoby dosyć zabawne. – zdecydował - Ale nie sądzę, żeby coś dało…

- To może psycholog? Albo, no nie wiem, ziom… jakiś terapeuta?

Kiedy godzinę temu się kłócili, Katsuki dość agresywnie dał narzeczonemu do zrozumienia, co myśli o analizach psychologicznych. Viktor wzdrygnął się na samo wspomnienie.

- Gdybym coś takiego zaproponował, mógłbym zacząć pakować manatki.

- Jezu, aż tak?! Cholera, ziom… jak taka z niej megiera, to może zwyczajnie się z nią rozstań?

Na twarzy rosyjskiego mistrza pojawił się delikatny uśmiech.

- Nie ma szans. Nie zostawię jej tylko dlatego, że czasem miewa chwile niepewności. No bo wiesz…

W tym momencie łyżwiarz uniósł dłoń, by pokazać rozmówcy lśniącą złotą obrączkę.

- … to nie jest jakaś przelotna miłosna. To związek na całe życie.

Jeżyk wybałuszył oczy.

- A niech mnie, facet! Dopiero się zaręczyliście, a ona już cię zaobrączkowała?! Uch, twarda z niej sztuka…

- Nawet nie wiesz, jak bardzo. – Viktor wyszeptał z czułością.

Jeżyk pokręcił głową.

- Wpadłeś po uszy, co koleś?

- Aż tak to widać?

- Ano. To oczywiste, ziom. Na pierwszy rzut oka widać, że z ciebie rasowy pantoflarz.

- Pantoflarz?

Viktor gwałtownie się wyprostował. Kurde, Yakov powiedział mu coś podobnego! A Juraczka…

To, że ty go posuwasz, a nie na odwrót, jeszcze o niczym nie świadczy! – w głowie legendarnego łyżwiarza zabrzmiał znudzony głos Plisetskyego – Każdy, kto na was spojrzy, dojdzie do tego samego wniosku: to Prosiak w tym związku nosi spodnie!

A zatem Viktor… był pantoflarzem?

- No raczej. – burknął Jeżyk - Wystarczy na ciebie spojrzeć, kolo. Nosisz wdzianko od Dolce Gabbany, a mimo to siedzisz w tej podrzędnej pralni z miną zbitego szczeniaczka. Od razu widać, że laska posłała cię do kąta.

O Boże… a więc kiciusiowaty smarkacz miał rację! Nawet obcy ludzie to widzą!

- Już ja się napatrzyłem na takich jak ty. – ciągnął czarnowłosy jegomość - Pewnie gdybyś mógł, wykupiłbyś tej swojej księżniczce całe to Centrum Handlowe, a jej i tak to nie wystarcza. Nie cierpię takich lasek! Tak nadęte i zapatrzone w siebie, że aż chce się rzygać!

Srebrnowłosy łyżwiarz natychmiast zapomniał o zranionym ego i pośpieszył bronić honoru ukochanego.

- Yuuri wcale nie jest zapatrzony w siebie! W-wręcz… wręcz przeciwnie.

Jeżyk uniósł brwi. Miał wzrok pod tytułem „powiedz mi coś więcej".

Viktor wziął głęboki oddech.

- Cały problem w tym, że on jest bardzo niepewny siebie! – wyrzucił z siebie, energicznie gestykulując – No bo, na przykład stoi przed lustrem i mamrocze do siebie „jestem gruby, jestem gruby". No to mówię mu: „Nie, misiaczku, nie jesteś. Wyglądasz zajebiście, nawet gdy jesteś trochę puszysty". I co? Myślisz, że to rozumie? Oczywiście, że nie! Od razu rzuca się i ma do mnie pretensje, bo powiedziałem, że jest „puszysty". Jak on może myśleć, że mówię coś takiego ze złośliwości? Gdy trochę utyje, ma takie fantastyczne pośladki! No po prostu kosmos! Robią się jak takie dwa słodkie pączusie… no mówię ci, dzieło sztuki! Raz cyknąłem mu fotkę, gdy spał i zapisałem sobie w telefonie, by mieć na czarną godzinę. No bo muszę coś mieć, w razie gdybym musiał wyjechać gdzieś bez niego. Wiesz, jaką awanturę mi zrobił, gdy się dowiedział? Darł się na mnie przez godzinę! Nawet pies ze strachu uciekł pod łóżko… A wiesz kto mnie wydał? Wiesz, kto nakablował na mnie Yuuriemu? Oczywiście przeklęty Kiciuś Plisetsky! Skąd ten smarkacz w ogóle wie, co ja mam w telefonie? Znaczy się… no dobra, raz chwaliłem się Chrisowi, że mam takie zdjęcie, ale mu go NIE POKAZAŁEM! Nikomu nie pokazałbym tego zdjęcia, okej? Zrobiłem je wyłącznie dla własnego użytku! No ale oczywiście ten durny bachor dopowiedział sobie coś i od razu poleciał do Yuuriego, przeklęty mały donosiciel! Bo w ogóle Kiciuś Plisetsky to w naszym związku osobny problem… Yuuri zawsze bierze jego stronę. ZAWSZE! Dlaczego bierze stronę tego dzieciaka, skoro to JA jestem jego narzeczonym?!

Przybrawszy jedną z najbardzej dramatycznych póz, legendarny łyżwiarz zaczął przedrzeźniać ukochanego:

- „On jest tylko dzieckiem, Viktor! Dajesz mu zły przykład, Viktor! Przestań mu dokuczać, Viktor! Idź go przeproś, Viktor! Jesteś od niego starszy, Viktor!"

Rosjanin zdążył już zapomnieć, że był w miejcu publicznym. Z noskiem zadartym jak u małego dziecka, zaczął uderzać się piąstkami w kolana.

- Między mną i Jurą jest tylko dwanaście lat różnicy! – zawył, posyłając Jeżykowi rozżalone spojrzenie – Dlaczego jemu wszystko wolno, a mnie prawie nic?! To niesprawiedliwe! Wiesz, co Yuuri ostatnio zrobił? Wiesz?! Popatrzył na tego bachora jak na jakiegoś, cholera, Jezuska w kołysce i powiedział mu: „och, Yurio, dziękuję, że zrobiłeś dla mnie takie pyszne pierożki". MNIE nigdy czegoś takie nie powiedział! Gdy ugotowałem mu Strogonova, nawet go nie spróbował! Makkachinowi też nie pozwolił wylizać garnka. Zatkał nos, wylał wszystko do kibla i zabronił mi zbliżać się do kuchni. Jak on mógł?! PRZECIEŻ TAK SIĘ STARAŁEM!

Dysząc, Viktor uświadomił sobie, że… o kurde!... chyba mimo wszystko trochę się zagalopował. Zamierzał wspomnieć tylko o niepewności Yuuriego, a nawet nie zauważył, gdy powiedział o… no, o tym wszystkim. Nie zdziwiłby się, gdyby Jeżyk uznał go za psychola.

O dziwo jednak, czarnowłosy miłośnik igieł nie wyglądał na jakoś specjalnie zszokowanego. Kręcąc głową, wydał z siebie ciężkie westchnienie.

- Wiesz, ziom… nie obraź się, ale to zupełnie normalne problemy. Większość kolesi ma podobne kłopoty ze swoimi laskami.

Były Mistrz Świata zamrugał. Nie wiedział, jakiego komentarza się spodziewał, ale z całą pewnością nie takiego! Swoją drogą, czy ten koleś nie zauważył, że Viktor zaczął mówić o narzeczonym używając rodzaju męskiego? Czy też… zauważył to, ale postanowił zignorować?

- I jeszcze na dodatek ma ten swój wielki sekret, który powiedział swojemu najlepszemu kumplowi, a nie mnie! – łyżwiarz mruknął do siebie.

Jeżyk westchnął po raz drugi.

- Ponownie, stary… to zupełnie nor-ma-lne. Laski często mają problemy, o których wolą opowiadać przyjaciółeczkom, zamiast narzeczonym.

- Yuuri nie jest kobietą, ale facetem!

- Nie ma znaczenia, ziom. Jego dusza jest laską, więc zachowuje się jak laska. A przynajmniej tak wnioskuję, na podstawie tego, co mi powiedziałeś…

Yyyyy… okej?

Viktorowi odebrało mowę. Im dłużej rozmawiał z Jeżykiem, tym bardziej zaczynał gościa lubić. Kurde… może ten podejrzanie wyglądający typ był w rzeczywistości bardzo mądrym facetem? To, co mówił, miało sporo sensu. A już na pewno miało więcej sensu, niż płaczliwe wywody pięciokrotnego Mistrza Świata.

- W sumie… - Viktor zaczął niepewnie – może coś w tym jest?

Jeżyk skinął głową.

- Mniejsza o to, czy laska czy facet. Chyba problem nie tkwi w jego humorach, co? A raczej w tej… niepewności siebie? O to się poprztykaliście, tak? Dobrze mówię, ziom?

Rosjanin nachmurzył się. Nie był pewien, czy zwierzenie się obcemu facetowi cokolwiek mu da, ale z drugiej strony… czy miał coś do stracenia? Co najwyżej reputację i dobre imię. No ale, cytując Yakova, i tak miał te dwie rzeczy „totalnie w dupie".

Rzuciwszy okiem na trzymany w ręku numerek „107"… i wyświetlony na telebimie numerek „22", Viktor podjął decyzję. Zastanawianie się, dlaczego aż tylu ludzi postanowiło w tym samym czasie zrobić pranie, nic mu nie da. A jeśli opowie Jeżykowi o kłótni z Yuurim, to nie tylko w inteligentny sposób spożytkuje czas, ale może i otrzyma jakąś sensowną radę? Zwłaszcza, że czarnowłosy jegomość okazał się tak interesującą i oryginalną personą. Viktor lubił takich ludzi. Nawet nie zauważył, gdy zaczął opowiadać o wcześniejszej sprzeczce.

Wkrótce okazało się, że decyzja był trafna. Co prawda rosyjski łyżwiarz nie wiedział jeszcze, jaki komentarz usłyszy od nowego znajomego ale… czegokolwiek by nie usłyszał, i tak dobrze zrobił, wracając pamięcią do rozmowy z ukochanym. Dzięki temu mógł spojrzeć na wszystko z dystansu i dostrzec rzeczy, z których nie zdawał sobie wcześniej sprawy.

Na przykład - fakt, że popełnił dokładnie ten sam błąd, co kiedyś w Chinach. Zamiast po prostu „być przy Yuurim" i zaczekać, aż Japończyk oswoi się z perspektywą rozmowy, Viktor osaczył biedaka i próbował natychmiast rozwiązać problem (gratulacje - ze znajomości własnego narzeczonego uczeń Nikiforov otrzymuje dwóję z minusem).

Potem, gdy padło racjonalnie brzmiące „dobrze wiesz, jak łatwo się z kimś pokłócić, gdy jesteś wykończony i głodny", Rosjanin… no… próbował w pokojowy sposób skończyć temat, ale oczywiście mu nie wyszło (prośba o wyznaczenie terminu to był fatalny pomysł – ocena dostateczna).

Jeśli chodzi o rozmowę dotyczącą incydentu z jego własnej przeszłości, Viktor chyba zrobił wszystko, jak trzeba (do wszystkiego się przyznał, więc należy mu się piątka).

Danie Yuuriemu do zrozumienia, że nie musi radzić sobie ze wszystkim sam, z całą pewnością było dobrym posunięciem (hm… jednak trochę za słabo rozbudował ten wątek i nie przytulił ukochanego – powiedzmy, że czwóra).

Szkoda, że na sam koniec Viktor wszystko spierdolił. Nie ma to jak zakończyć kłótnię subtelnym pokazem zazdrości (pała, Proszę Pana! Wielka tłusta PAŁA!).

Po zakończeniu opowieści, były Mistrz Świata czuł się mocno zawstydzony. Jedynym pocieszeniem była dla niego świadomość, że Yuuri dostałby z tego sprawdzianu jeszcze więcej niedostatecznych. Co nie zmieniało faktu, że Viktor powinien poprawić część swoich ocen. Za niektóre trzeba będzie nawet przeprosić… chociażby za tę dwóję z minusem, no i oczywiście za „tłustą pałę".

Yuuri, rzecz jasna, też będzie musiał przeprosić.

Ja to przynajmniej używałem zgrabnych metafor, - wzdychając, pomyślał Rosjanin – więc dostałbym dodatkowe punkty za komponenty. Natomiast występ Prosiaczka był kompletnie do bani! Nie dokręcił żadnego ze swoich argumentów! Już ja sobie z nim porozmawiam, gdy się pogodzimy… skoro zamierza się ze mną kłócić, niech to przynajmniej będzie kłótnia na wysokim poziomie! Nie może wciąż wygrywać tą samą, sprawdzoną metodą, czyli bonusem w drugiej części programu, bo na sam koniec się poryczał. Nawet jeśli zadziałało. Nawet jeśli miałem przez to ochotę paść na kolana i błagać o wybaczenie…

Ech, to naprawdę nie fair! Przecież to Viktor miał w tym konflikcie rację.

No ale… to były jego subiektywne uczucia. Ktoś z zewnątrz mógł ocenić sytuację zupełnie inaczej. Były Mistrz Świata z niecierpliwością czekał na reakcję rozmócy.

- Kurde, stary. – odezwał się w końcu Jeżyk - To brzmiało cholernie poważnie. Słuchaj, wyraźnie jesteś tym wszystkim zestresowany, więc… może pójdziemy za róg i dam ci skręta, co? Mam w kieszeni trochę towaru.

Viktor zachichotał. Jego pierwszym skojarzeniem była myśl, że ten facet i Yuuri mieli jedną wspólną cechę – nieustannie go zaskakiwali.

- Dzięki, ale nie. – uniesieniem dłoni podziękował za propozycję - Ja i bez narkotyków zachowuję się, jakbym był na haju. Sporo osób mi to mówi.

- Kurde… ale że na haju i to za darmo! Niech to, zazdroszczę ci, ziom! Też bym tak chciał.

- Uwierz mi, nie chciałbyś.

W tym momencie wydarzyło się coś dziwnego. W jednej chwili Rosjanin myślał o swoim narzeczonym, a w drugiej… skojarzył komentarz Jeżyka z fragmentem niefortunnej kłótni i zaczął mówić.

- Nie chciałbyś być taki jak ja.

To nie tak, że chciał mówić. To hamulec trzymający w ryzach pociąg z głęboko zakopanymi uczuciami… hamulec, którego istnienia Viktor nawet nie podejrzewał, na moment zawiesił się i przestał działać.

- Nie zrozum mnie źle, ja lubię siebie. Może i jestem trochę inny niż wszyscy, ale nie narzekam. Nie przeszkadza mi to, serio. Tak naprawdę ta sytuacja sporo plusów. Pięć razy byłem Mistrzem Świata i w ogóle… Z tym, że…

Tamte słowa, które powiedział Yuuri:

No tak, w końcu dla ciebie to bułka z masłem! Co to dla ciebie, strzelić sobie rekordzik świata na kacu? Pewnie zwycięstwo przychodziło ci zbyt łatwo, więc popiłeś sobie przed zawodami, żeby trochę podnieść poprzeczkę.

Tamtym słowom czegoś brakowało. A konkretniej – zdania, które powiedział Jeżyk:

Też bym tak chciał.

Yuuri również mógłby to powiedzieć. Powiedziałby to, gdyby miał ku temu okazję. Czy raczej… gdyby nie był wychowanym według ścisłych zasad Japończykiem.

Yuuri i Jeżyk nie tylko zaskakiwali Viktora. Jeszcze jedną rzecz mieli wspólną – zazdrość. Obaj czegoś mu zazdrościli. Zarówno zupełnie obcy facet… jak i narzeczony Rosjanina, miłość jego życia… obaj zazdrościli mu czegoś, o czym wcale nie mieli pojęcia!

- … ludzie często zakładają, że skoro jestem geniuszem, który wygrał wszystko, co się da, to nie miewam chwili słabości. – były Mistrz wyznał ponurym tonem – Ludzie patrzą na mnie i widzą szczęśliwca, który doskonale wie, czego chce… który nie musi zmagać się z problemami zwykłych śmiertelników. Patrzą na mnie i sądzą, że moja droga zawsze była łatwa i przyjemna, podczas gdy w rzeczywistości… było zupełnie inaczej. Zanim poznałem Yuuriego, miałem mnóstwo fatalnych momentów. Zdarzało się, że leżałem na kanapie przytulony do mojego psa i miałem ochotę płakać bez powodu. Zdarzało się, że stałem ze złotym medalem na środku lodowiska i zadawałem sobie pytanie „co ja tu właściwie robię?".

Jeżyk położył Viktorowi dłoń na ramieniu.

- Więc czemu mu tego nie powiesz?

Rosjanin gwałtownie otworzył oczy. Nawet nie zauważył, kiedy je zamknął. Wcale nie planował tego robić. Podobnie, jak nie planował powiedzieć Jeżykowi o tych wszystkich uczuciach. A teraz Jeżyk chciał, by Viktor…

- Mam… - łyżwiarz zaczął niepewnie – Mam to powiedzieć…

- No wiesz, temu twojemu… jak mu tam było? – czarnowłosy mężczyzna próbował przypomnieć sobie imię - Yuuriemu. Może on właśnie potrzebuje coś takiego od ciebie usłyszeć? Znaczy się, nie znam faceta, więc nie wiem, co mu chodzi po głowie, ale… Może gdyby usłyszał o paru twoich słabościach, łatwiej by mu było przyznać się do własnych?

Viktor przełknął ślinę.

Każdy ma coś, czego może nie chcieć powiedzieć! – krzyknął mu w głowie głos ukochanego - N-nawet ty!

Może Jeżyk miał rację? Może Yuuri rzeczywiście właśnie tego potrzebował? Ale z drugiej strony…

Już i tak wiem więcej, niż chciałem. Wiem, że nawaliłeś się przed zawodami i że kogoś uderzyłeś.

Spoczywające na kolanach dłonie Rosjanina zacisnęły się na materiale spodni.

- To mogłoby zadziałać. – przyznał Viktor - Chociaż… nie wiem, czy jest już gotowy, by poznać mnie od tej strony. Gdy chciałem mu się dzisiaj wytłumaczyć z pewnego zdarzenia, powiedział, że nie chce niczego wiedzieć o mojej mrocznej przeszłości.

- Hm… może to dlatego że na codzień mu się nie zwierzasz?

Co? Co? Co? Dlatego że...

- Ciężko, by koleś chciał cię wysłuchać, gdy wie, że odsłaniasz się przed nim, tylko po to, by coś od niego dostać. – z zamyślonym wzrokiem Jeżyk pocierał sobie kark - Bo wiesz, ziom, mam wrażenie, że o to ci chodziło. Gdy opowiadałeś mi o tej waszej kłótni… wtedy, gdy rzuciłeś, że nie masz przed nim tajemnic, byłeś po prostu gotów powiedzieć mu cokolwiek, byleby tylko się złamał. ALE, gdyby spytał cię o to samo w innej sytuacji, mógłbyś już nie być taki znowu skory do zwierzeń. Znaczy się… nie znam cię, więc mogę się mylić, ale tak właśnie to odbieram. Jeśli nie mam racji, to sorki i zwracam honor.

O, cho-le-ra.

Czy ta jedyna piątka, którą Viktor dostał za kłótnię z Yuurim rzeczywiście była uzasadniona? A może wcale na nią nie zasłużył?

Rosjanin wbił wzrok w sufit.

Hm… zastanówmy się… kiedy ostatnio Pan Nikiforov powiedział Panu Katsukiemu coś o sobie? Ale w sensie - coś bardzo osobistego i głębokiego. No cóż, ciężko stwierdzić, biorąc pod uwagę fakt, że Pan Katsuki zwykle o podobne rzeczy nie pytał. No ALE gdyby Pan Katsuki zapytał, to Pan Nikiforov oczywiście bardzo chętnie… ależ oczywiście, pytaj, o co chcesz, Yuuri! Pan Nikiforov nie mówił, bo Pan Katsuki nie pytał. I tyle!

Ale zaraz… czemu Viktor miał wrażenie, że w jego rozumowaniu był jakiś błąd? Aha. Być może chodziło o to, że…

Pan Nikiforov to bezwstydny, nieznający granic przyzwoitości szatan, pakujący się trenerowi do łóżka, proponujący obcym ludziom malowanie paznokci, gawędzący w pralni z podejrzanym typem, obmacujący narzeczonego przy każdej możliwej okazji i gotowy na absolutnie wszystko, by poznać zawartość komórki wspomnianego narzeczonego, a także sekrety jego szafy, wszystkie zdjęcia z dzieciństwa, oceny z Podstawówki, etcetera, etcetera. Niech ktoś wyda książkę „Tajemnicze życie Yuuriego" – Viktor pierwszy pobiegnie kupić.

Natomiast Pan Katsuki to grzeczny i ułożony Japończyk, nauczony przez mamusię szacunku dla prywatności innych. Gdyby pojawiła się książka „Tajemnicze życie Viktora", Yuuri by ją przeczytał… ale najpierw poszedłby do narzeczonego po zgodę na piśmie.

Jeśli wiesz, że ktoś sam z siebie nie zapyta cię o coś bardo ważnego, to czy powinieneś poruszyć temat? Czy też milczeć, mając świadomość, że i tak się z tego wywiniesz?

Viktor złapał się za głowę.

- Sam już nie wiem. Widzę, że masz rację i może rzeczywiście powinienem częściej zwierzać się Yuuriemu, ale… ale to nie dlatego, że mu nie ufam! Po prostu jestem z nim tak szczęśliwy, że nie mam czasu myśleć o przeszłości. Nie rozmawiam z nim o tym, bo nie czuję takiej potrzeby. Przeszłość to przeszłość. Stało się i tyle. Rzecz w tym, że Yuuri… że on… jest inny. On nie potrafi tak łatwo zostawić przeszłości za sobą. Niby to rozumiem, ale nadal nie potrafię mu pomóc. Tak bardzo… tak rozpaczliwie chciałbym móc mu pomóc, ale nie wiem, jak!

Czarnowłosy jegomość zastanowił się chwilę.

- Może… spróbuj to zrobić, bazując na własnych doświadczeniach?

- Co masz na myśli?

- Mówiłeś, że miałeś wcześniej jakiś wielki kryzys. Ale z niego wyszedłeś, tak? Skoro kiedyś poradziłeś sobie z własnym kryzysem, to może wykorzystaj tamtą metodę by pomóc Yuuriemu? No dalej, ziom! Pogłówkuj trochę. Kiedy ostatnio byłeś w jakimś superwielkim dołku?

- Hm… jakieś siedem lat temu.

Jeżyk skinął głowę.

- No! To jak sobie wtedy poradziłeś?

- Dałem jednemu facetowi po mordzie.

Chyba usłyszała to połowa pralni. Co najmniej dwunastu ludzi jednocześnie wydało głośne „Yyyyyyyy?!".

Nowy kolega Viktora również trochę się wystarszył. Czy Rosjaninowi tylko się zdawało, czy odległość między nimi na ławce zrobiła się dwa razy większa?

- Yyyy…. okej? – Jeżyk nerwowo przełknął ślinę - T-to… to trochę zaskakujące, ziom. Znaczy wiesz, nie chciałem niczego zakładać, ale… ehehe… no wiesz, taki elegancik, jak ty… te strannie zaczesane włoski i w ogóle… nie wyglądasz na kogoś, kto… A tak w ogóle to zawsze rozwiązujesz problemy w ten sposób? Dając innym po mordzie?

- Nie, to był wyjątkowy przypadek. To… to długa historia.

Miłośnik igieł zerknął najpierw na telebim, a potem na zgromadzony w poczekalni tłum.

- To nie tak, że szybko stąd wyjdziemy, ziom! – parsknął.

- Okeeej! A zatem o wszystkim ci opowiem. Hm… od czego by tu zacząć…

Moskwa, jakieś 7 lat temu

Całą grozę i potęgę osoby Yakova Feltsmana dało się ująć w jednym zdaniu:

Otóż, Viktor Nikiforov wiedział z wiarygodnego źródła, że Yakov Felstman był jedną z dziesięciu osób w kraju, które mogły pokazać środkowy palec Ministrowi Sportu i nie trafić za to do pierdla.

A to w potężnej Rosji było osiągnięciem wielkim. Oj, wielkim.

Natomiast siłę i wyjątkowość osoby Viktora Nikiforova dało się ująć w trzech zdaniach:

Przynajmniej jedna czwarta Europy z wiarygodnego źródła wiedziała, że Viktor Nikiforov na trzeźwo powiedział do Yakova Felstmana „kocham cię", następnie cmoknął Yakova w policzek i nie dostał za to po mordzie.

Reprezentacja Rosji w łyżwiarstwie figurowym z wiarygodnego źródła wiedziała, że Viktor Nikiforov usłyszał od trzeźwego Yakova Feltsmana, że „przyzwoicie pojechał program krótki", „ładnie wylądował salchowa" i „nawet dał radę nie spierdolić piruetu" (tylko raz na całą karierę usłyszał tyle komplementów – szkoda, że nikt nie miał kamery).

Natomiast była żona Yakova Feltsmana, Lilia Baranovkaya, z wiarygodnego źródła wiedziała, że trzeźwy Viktor widział trzeźwego Yakova nago, że Viktor słyszał, jak Yakov śpiewał pod prysznicem, że Viktor rozpoznał piosenkę „Hit me baby one more time" autorstwa Britney Spears, że Viktor to nagrał, że Viktor zaśmiał się trochę za głośno, że Yakov wiedział, że Viktor wiedział i (uwaga!) Viktor to przeżył!

A to w potężnej Rosji były osiągnięcia na miarę olimpijskiego złota. Co najmniej!

Detroit, obecnie

- Yyy, ziom? Ty jesteś pewien, że nic nie brałeś?

- Jestem pewien.

- A mógłbyś opowiadać to tak jakby… normalniej? Nie prosiłem o baśń Andersena w wersji bez cenzury.

Viktor przepraszająco wzruszył ramionami.

- Wybacz. Chciałem ci po prostu wytłumaczyć, jak wyglądała moja relacja z trenerem. Bardzo ważne dla kontekstu całej historii jest, żebyś wiedział, jak cudownie przerażającą postacią jest Yakov i że ja jestem jedyną osobą, która może sobie na tak wiele pozwolić w jego towarzystwie. No ale, do rzeczy…

Moskwa, jakieś 7 lat temu

To był Rostelecom Cup. Wieczór przed programem dowolnym solistów. Wszystko zaczęło się w hotelu, gdzie nocowała reprezentacja Rosji. Viktor Nikiforov diabelnie się nudził i w tej chwili zmierzał w stronę jedynego miejsca, które o ósmej wieczorem mogło mu dostarczyć odpowiedniej dawki adrenaliny.

Zagadka: dokąd udał się Viktor Nikiforov w poszukiwaniu lekarstwa na nudę?

Puk! Puk!

- Nie wchodzić! – dobiegło warknięcie ze środka – Jestem zajęty!

Odpowiedź: do pokoju Yakova Feltsmana.

No cóż, był ubezpieczony.

Słynny rosyjski trener zdążył już przywdziać ulubioną pasiatą piżamę i teraz leżał na łóżku z laptopem na kolanach. Na widok srebrnowłosego wychowanka skrzywił się, jakby do pokoju wleciała wielka irytująca mucha. Mucha, na którą nie miał dość dużej packi…

- Mam ci kupić aparat słuchowy?! – warknął, czerwony ze złości – A może naoglądałeś się tylu durnych francuskich kreskówek, że całkowicie zapomniałeś rosyjskiego?! Czego nie zrozumiałeś, gdy mówiłem „nie wchodzić"?!

- Yakov, nudzę się.

Pół sekundy. Dokładnie tyle trwał błysk strachu w oczach Yakova Feltsmana. Przez pół sekundy Yakov miał minę, jakby zamierzał teraz, natychmiast, wybiec z tego pokoju, z tego hotelu (z tego kraju?) i zacząć budować schron anty-atomowy. Ktoś inny przegapiłby te pół sekundy. Ale nie Viktor.

Srebrnowłosy łyżwiarz uśmiechnął się i z rączkami niewinnie zaplecionymi za plecami ruszył w stronę łóżka. Trener obserwował go ze zwężonymi oczami i zmarszczonym nosem – wyglądał jak stary kocur, gotowy w razie ataku bronić legowiska. Na tę myśl, młodszy z mężczyzn westchnął.

- Nudzę się. – powtórzył rozżalonym tonem.

- Wracaj do siebie, Vitya.

- Ale ja się nudzę.

- I co z tego?

- Yakov, nuuuudzęęęę sięęę!

- Nie. Mój. Problem.

- Ale, Yakov, przecież jestes moim trenerem! Zaopieeeekuuuuj się mną!

- NOŻ, DO KURWY NĘDZY! Definicja słowa „trener" nie brzmi „niańka z wysokimi kwalifikacjami"! Wynoś się z mojego pokoju, bo sam cię stąd wykopię!

Uch, ostro! Na nieszczęście dla Feltsmana, Viktor doskonale wiedział, że nie zostanie wykopany z pokoju – na coś takiego trzeba sobie było zapracować. Gdy Yakov już posadził tyłek na wygodnym materacyku, to nie zamierzał wstawać w sytuacji innej niż walący się sufit. ALBO jeden z wychowanków robiący coś wybitnie niewłaściwego.

Stanie nad łóżkiem i zgrywanie rozwydrzonego bachora jeszcze nie było „wybitnie niewłaściwe" – co najwyżej lekko wkurwiające. Viktor zastanowił się od niechcenia, ile czasu minie, zanim zmusi trenera do ruszenia czterech liter. Rekord wynosił cztery minuty.

Chociaż dzisiaj… celowanie w rekord chyba nie byłoby dobrym pomysłem. Młody łyżwiarz nie po to opuścił swój pokój, by w ekspresowym tempie do niego wrócić. Jak nieprawdopodobnie by to nie brzmiało, naprawdę łaknął teraz obecności innej istoty ludzkiej.

Już miał zaproponować Feltsmanowi grę w karty, gdy jego wzrok przykuła spoczywająca na nocnej szafce szklaneczka. Przezroczysty płyn wyglądał bardzo obiecująco.

- Oooo! A cóż to, Yakov? Pijemy sobie wódeczkę przed snem?

- Nie.

- Nie? A zatem jakiś inny truneczek? Mogę spróbować?

- Nie, kurwa, nie możesz.

Ach… te słowa! - Viktor pomyślał z czułością - „Nie możesz"!

Oficjalna wersja Biblii: Wąż nakazał Ewie zjeść jabłko. I Ewa zjadła.

Biblia według Viktora: Yakov Feltsman wprowadził zakaz jedzenia jabłek. Po godzinie na drzewie nie było ani jednego owoca.

Nie wahając się ani chwili, młody grzesznik porwał szklankę z szafki.

- Słuchaj, Yakov… jeśli powiesz mi, co to jest, rozważę odłożenie tego na miejsce.

- To zwykła woda, Vitya. I na twoim miejscu bym tego nie pił.

Szklanka zawędrowała w stronę ust.

- Ostrzegam cię po raz ostatni. Nie pij tego.

Usta dotknęły szlanki.

- Vitya, odłóż to.

Viktor wziął łyk i poczuł… rozczarowanie.

- Kurde, to rzeczywiście zwykła woda. Po co ci ona? Popijasz tym leki?

- Nie, wkładam tam na noc sztuczną szczękę.

Łyżwiarz był akurat w trakcie połykania drugiej porcji – słysząc słowa trenera, gwałtownie wypuścił z ust gejzer wody. Nawet argentyńska lama nie powstydziłaby się tak widowiskowego splunięcia.

- Zafajdałeś mi laptopa! – Yakov sięgnął po chusteczkę i zaczął energicznie wycierać ekran.

- No wiesz? – Viktor posłał mu pełne pretensji spojrzenie – Mogłeś mi powiedzieć wcześniej!

- A co by to, cholera, dało?! Ty NIGDY mnie nie słuchasz! Nawet gdybym ci powiedział, że w środku jest arszenik, to i tak byś… CO TY, KURWA WYRABIASZ?! To jednoosobowe łóżko! Sam ledwo się tutaj mieszczę, a co dopiero z tobą! Natychmiast złaź!

Pięta Feltsmana wściekle atakowała biodro wychowanka. Niestety, mimo wysiłków, intruz nie dawał zepchnąć się na podłogę. Viktor wtulił policzek w bark trenera.

- Przepraszam, że zalałem ci laptopa. – wyszeptał, trzepocząc długimi rzęsami – I że wypiłem ci wodę do przechowywania protezy. Wybaczysz mi?

- Zabieraj łeb! Te twoje dwumetrowe kudły włażą mi do oczu…

- Wcale nie są dwumetrowe. Sięgają mi do bioder.

- Wszystko jedno. Mógłbyś je wreszcie ściąć…

- Yakov, nie gniewaj się. No nie bądź taki. Wybaczysz mi?

- Tak, do diaska, wybaczam ci, tylko idź już do…

- Ooooooch, Yakov! Poprzytulajmy się na zgodę!

Encyklopedia według Viktora:

„Przytulić się" – przyszpilić ofiarę do łóżka, używając własnych kończyn jako dzikich pnączy. Następnie mocno pocierać łebkiem szyję nieszczęśnika, bo przecież właśnie tak robią kotki, pieski i inne słodkie zwierzątka.

Z wyrazem rezygnacji, Felstman przycisnął sobie dłoń do czoła.

- Vitya… ja naprawdę jestem bardzo zajęty.

Palec srebrnowłosego łyżwiarza z fascynacją badał wgłębienie Yakovowej koszuli. Viktor miał fantazję ułańską, by potajemnie zgolić trenerowi część włosów na klacie. Tak, aby to, co zostało, ułożyło się w kształt serducha.

Zrobię tak, gdy skończę karierę. – postanowił – Kiedy ręce i nogi nie będą mi już do niczego potrzebne…

Na razie zadowolił się wyrwaniem pojedynczego włoska. Yakov trzasnął go za to po łapach.

- Vitya, ja mówię poważnie. – mruknął zmęczonym tonem - Mam mnóstwo roboty.

Odpowiedziało mu ciche skomlenie. Spojrzenie Feltsmana nieco złagodniało, a jego irytacja powoli zmieniała się w przygnębienie. Surowy trener miał minę faceta, który musiał poinformować psa, że nie zabierze go ze sobą na spacer.

- Vitya… rozumiem, jak bardzo nie cierpisz być sam, ale tym razem nie mogę pójść ci na rękę. Znajomy informatyk zrobił mi wielką przysługę i chcę rzucić okiem na to, co mi wysłał. Jutro jedziesz program dowolny i będzie za dużo zamieszania. Mam problem, którym chcę się zająć dzisiaj. Dlatego…

- Zajmij się tym w Petersburgu. Przecież możesz zająć się tym w Petersburgu, prawda?

- Mogę, ale tego nie zrobię. Mam swoje plany. Nie zamierzam zmieniać ich, tylko dlatego że masz jeden ze swoich odpałów.

- Nie miewam odpałów.

- Nie, wcale.

- Zapomnij o swoich planach. Planowanie jest do bani.

- Do diaska, ta rozmowa do niczego nie prowadzi! Co mam zrobić, żebyś dał mi spokój?!

Srebrna czupryna poderwała się do góry, a niebieskie oczy zalśniły entuzjazmem.

- Dam ci spokój, jeśli przez chwilę się mną zajmiesz! – Viktor obiecał, puszczając trenerowi oko – Po prostu chciałbym jakoś się zrelaksować przed pójściem spać. Nie zajmę ci dużo czasu, obiecuję! Możemy po prostu… no… zrobić coś fajnego! Pomalujmy sobie paznokcie!

- Oczywiście. – wycedził Yakov – Już biegnę do byłej żony pożyczać lakier.

- Czy to znaczy „tak"?

- To znaczy „chyba, kurwa, ocipiałeś"!

Srebrnowłosy łyżwiarz nie zamierzał dać za wygraną.

- Zróbmy coś fajnego! – powtórzył - Zamówmy Ministrowi Sportu striptiz do pokoju.

Feltsman cały się najeżył.

- Co, może mam jeszcze robić tej kanalii przysługę?! – ryknął, posyłając wychowankowi oburzone spojrzenie.

- Spokojna głowa, Yakov. Zamówimy mu facetów. Turków. On nienawidzi Turków.

To nieco uspokoiło starszego z Rosjan i chyba nawet… wzbudziło jego zainteresowanie? Viktor uśmiechnął się łobuzersko. Doskonale znał słabe punkty trenera – łącznie z tym, który dotyczył legendarnego Ministra Sportu. Viktor wiedział, jak bardzo Yakov nienawidził faceta i jak bardzo Yakov był wkurwiony, że wspomniany facet przyjechał na Rostelecom Cup („Jeszcze gnida ma czelność rezerowować ten sam hotel, co my!" – Feltsman warczał po zameldowaniu).

Przez jeden, krótki, bezcenny moment trener miał minę, jakby zamierzał pochwalić plan wychowanka. Po chwili jednak zreflektował się.

- Skąd… skąd ty w ogóle wiesz, czego on nie lubi?! - wypalił oskarżycielskim tonem.

- Z Fejsa.

- Zabroniłem ci używać Fejsa.

- Mam dwadzieścia dwa lata. Jestem dorosły. Mogę robić, co chce.

- Jak jesteś dorosły, to następnym razem sam się smaruj nawilżaczem po spaleniu sobie dupy na plaży dla naturystów!

No, to już był tekst poniżej pasa!

Jeden raz w życiu Viktor wybrał się na plażę dla naturystów. Jeden jedyny raz! No i co? Dupa.

Dosłownie i w przenośni. Nie dość, że nikogo na tej plaży nie spotkał… nikogo!... to jeszcze spalił sobie na słońcu tyłek. I nawet nie przyłapał go na tym żaden przystojny paparazzi. Noż, cholera, jak na złość!

Co jest nie tak z tymi ludźmi? Dlaczego… dlaczego za każdym razem, gdy Viktor się nudził, świat musiał występować przeciwko niemu? Żeby stał sobie nagi i samiuteńki na plaży dla naturystów i tylko stary dobry Yakov miał dość współczucia, by posmarować go nawilżaczem! To takie… podłe i smutne.

Feltsman będzie musiał zapłacić za przypomnienie wychowankowi o tej bolesnej przygodzie.

- Możesz gadać, jak to nie lubisz Facebooka…- Viktor zaczął, wpatrując się w swoje paznokcie - a ja i tak wiem, że masz sekretne konto i że lajkujesz wszystkie hejty pod adresem Pana Ministra.

Z ust rosyjskiego trenera wyszedł spanikowany jęk.

- N-nie mam żadnego sekretnego konta.

- Owszem, masz. Wiesz, jak mi było przykro, gdy odrzuciłeś moje zaproszenie do grona znajomych?

- Jak niby mogłem odrzucić zaproszenie, gdy nie mam pierdolonego konta?!

- Aha. Czyli chcesz mi powiedzieć, że Papa Feltsman to nie ty?

Yakov poczerwieniał – ciężko stwierdzić, czy ze wstydu, czy ze złości.

- NIECH CI BĘDZIE! – kolejnym rykiem prawie rozerwał Viktorowi bębenki - Ta gówniara Babicheva założyła mi konto, chociaż wyraźnie powiedziałem, że sobie tego nie życzę!

- Mhm… ale przeprosiłeś się z Fejsbuczkiem, gdy zdałeś sobie sprawę, że można bez limitu hejtować Pana Ministra.

Feltsman otworzył usta i prawie natychmiast je zamknął. Spojrzał podejrzliwie na wychowanka.

- Ty też nie figurujesz na Facebooku jako Viktor Nikiforov.

Viktor posłał mu zalotny uśmiech.

- Codziennie to sprawdzasz, co?

- Mów natychmiast, jaki masz nick!

- A co, chcesz poprosić znajomych z mafii, by zablokowali mi konto?

- Nie mam znajomych w mafii!

- Jak ty nie masz znajomych w mafii, to ja nie mam konta.

- Dawaj ten nick, do cholery! Muszę sprawdzić, czy nie robisz niczego podejrzanego.

- Nic z tego, Papa Feltsman! Za późno! Było dodać mnie do znajomych.

Srebrnowłosy łyżwiarz pokręcił ze politowaniem głową.

Biedny Yakov. – pomyślał – Wystarczyłoby, aby kliknął w tą malutką ikonkę w prawym górnym rogu i miałby mój nick na talerzu. Zdradziłem się w momencie, gdy wysłałem mu zaproszenie. Ech, seniorzy i technologia…

Jak się okazało, senior miał swoje własne metody - nie wymagające klikania w malutką ikonkę.

- Nie to nie! – burknął - Spytam Babichevy! Dam jej namiary na blond przystojniaczka, który wczoraj kręcił się w lobby. Od razu wyśpiewa mi twój nick! Osobiście dopilnuję, by wykasowali ci konto.

Geniusz Nikiforova nie ograniczał się jedynie do łyżwiarstwa. Mistrz Europy pochylił się nad uchem Yakova.

- Jak tego nie zrobisz, - zaczął, ociekajacym pokusą szeptem - to powiem ci, jakiego nicka ma Pan Minister.

Ach, ach, ach! Warto było powiedzieć to fenomenalne zdanie, choćby tylko po to, by obejrzeć rozgrywający się w oczach Feltsmana dylemat:

Ukarać Viktora czy dopaść Ministra Sportu? Dopaść Ministra Sportu czy ukarać Viktora?

Obowiązek czy przyjemność? Przyjemność czy obowiązek?

Po minucie gapienia się w ekran laptopa i nerwowego bawienia się sygnetem (oraz trzech wyrwanych przez Viktora włosach z klaty, ale Yakov był tak skołowany, że nawet nie zauważył), decyzja została podjęta.

- No dobra… to… to jaki jest ten jego nick?

Ach! – Viktor pomyślał z zachwytem – Jest taki przesłodki, gdy bardzo chce komuś dokopać!

- PRZESTAŃ WYSYŁAĆ W MOIM KIERUNKU JAKIEŚ KRETYŃSKIE MYŚLI! Z czego się tak cieszysz?! Jęzor ci wisi, jak u jakiegoś kundla! Wyglądasz, jak własny pudel! Zamiast się wydurniać, dotrzymaj słowa! Obiecałeś mi nick tego kurwiszona!

- Hacienda Detroit.

- Ale kretyński nick.

- Nie to co twój, co nie?

- Morda! Lepiej mi powiedz, skąd wiesz, że to jego konto.

- Wejdź na jego tablicę, a sam się przekonasz.

Srebrnowłosy łyżwiarz z niecierpliwością czekał na moment, w którym jego trener otworzy właściwą stronę na Facebooku. Ach, to dopiero będzie przedstawienie! A Viktor miał miejsce w pierwszy rzędzie!

Wpisując hasło podczas logowania, Yakov wpakował głowę wychowanka pod kołdrę. Młodszy z mężczyzn zachichotał.

Po tylu latach nadal łudzi się, że nie znam jego hasła…

Po prawdzie, spora część Petersburskiego Kluby Łyżwiarskiego znała hasło trenera. Możliwości były tylko trzy: rekord świata za program krótki, rekord świata za program dowolny albo rekord świata za ocenę łączną. Feltsman przez połowę życia (a przynajmniej przez całą karierę Viktora) narzekał na swoje problemy z zapamiętywaniem PINów, NIPów i tym podobnych. W końcu, pewnego pięknego dnia, po godzinie modlenia się przed bankomatem, wkurzył się i postanowił od tej pory wymyślać hasła, ograniczając się do trzech doskonale znanych rzędów cyfr. Pytanie – jak do tego wszystkiego doszli jego uczniowie?

- Żeby przyznać takie wysokie noty za jakiś kretyński program do samby! – Yakov mruknął, głosem pełnym obrzydzenia – Jeśli tamten salchow był dokręcony, to ja jestem carycą Katarzyną!

Aha, czyli na Fejsa loguje się notami za dowolny. – wywnioskował Viktor.

Za każdym razem, gdy Feltsman wpisywał jakieś hasło, przypominał sobie ferelny program i oczywiście go komentował (zazwyczaj niepochlebnie). Powinien dziękować Bogu za tak mądrych i ułożonych wychowanków! Mila, Georgi i Viktor, gdyby tylko chcieli, mogliby wyczyścić trenerowi konto, albo wypowiedzieć wojnę Ministerstwu Sportu. Jak dobrze, że takie grzeczne z nich dzieci! Chociaż… niechęć do podejmowania powyższych działań prawdopodobnie nie wynikała z grzeczności, ale z faktu, że Yakov SAM regularnie czyścił sobie konto (łapówki dla mafii) i wypowiadał wojnę Ministerstwu Sportu (wiadomo – Pan Minister).

A skoro mowa o Ministerstwie Sportu…

- „Hacienda" pisze się przez samo „h". – Viktor zwrócił uwagę opiekunowi.

- A skąd, niby, miałem to wiedzieć?! Nie jestem poliglotą, tak jak ty! Uch… no dobra, znalazałem!

Ich oczom nareszcie ukazała się strona Yakovowego Wroga Numer Jeden. Pierwszy post na tablicy wyglądał następująco:

Wnuczek poprosił mnie, żebym zabrał go do kina na maraton „Shreka". Powiedziałem, że tego nie zrobię i zamiast tego pokażę mu prawdziwego śmierdzącego ogra ;) ;) ;)

A pod spodem - zdjęcie Yakova.

Drugi post wyglądał następująco:

Czasami czuję się jak zniedołężniały staruch. Potem jednak przypominam sobie, że ktoś inny wygląda znacznie gorzej i od razu mam lepszy humor ^_^

Ponownie – zdjęcie Yakova.

Trzeci post wyglądał następująco:

Wnuczka zapytała mnie, co to jest „impotent". Pokazałem jej ten załącznik :3

W załączniku (a to niespodzianka) – zdjęcie Yakova.

Srebrnowłosy łyżwiarz zaczął myśleć, że żyłka na skroni trenera już się nie powiększy, ale właśnie wtedy Feltsman zjechał w dół i przeczytał kolejne wpisy.

Drużyna futbolowa mojego wnuka przegrała z drużyną z Turcji. Powiedziałem mu: nie przejmuj się, przynajmniej wychowanka twojego dziadka skopała tyłek wychowance Feltsmana.

Hacienda Detroit wziął udział w głosowaniu „najgrubszy trener w Rosji". Hacienda Detroit zagłosował: Yakov Feltsman.

Hacienda Detroit dołączył do grupy „widziałem Yakova nago i nadal żyję" („O Boże, przecież to ja założyłem tą grupę!" – pomyślał Viktor)

Hacienda Detroit weźmie udział w wydarzeniu „wyślij Yakovowi zdjęcie swojego gołego tyłka w ramach żartu na Prima Aprilis" („Jezu, to TEŻ ja!")

Hacienda Detroit zamieścił przedmiot w grupie „Sprzedam/kupię/zamienię rzeczy, które Yakov rozwalił, gdy się wkurwił" („Ej, ja tylko chciałem sobie trochę dorobić! Przecież muszę mieć jakieś wyjście awaryjne, w razie gdyby sponsorzy kopnęli mnie w tyłek! Nie sądziłem, że ktokolwiek oprócz mnie zacznie zamieszczać tu przedmioty… zaraz! Czy to jest krzesło?")

TAK, to definitywnie BYŁO krzesło i musiało mieć spore znaczenie, bo to właśnie ono przelało czarę goryczy.

- PIEPRZONA KANALIA! – ryk Feltsmana musiał być słyszalny w co najmniej pięciu pokojach – JUŻ JA POKAŻĘ TEMU ŁYSEMU SKURWYSYNOWI!

- Yakov, nie wal pięścią w klawiaturę. Popsujesz sobie laptopa. Swoją drogą, co to za krzesło? Czy ono ma logo Igrzysk?

- To krzesło, które rozwaliłem w Kiss and Cry, gdy przegrałem na Olimpiadzie z Sam-Wiesz-Kim. – Yakov wyjaśnił zbolałym tonem.

Viktor poklepał go po ramieniu.

- No już, nie łam się! Przecież na następnej się odegrałeś…

- CO Z TEGO?! Przegrałem wtedy o włos! O WŁOS! Skąd on w ogóle wziął to krzesło?! I jakim cudem je poskładał? Pociąłem je łyżwą na drobne kawałki! Podobnie jak ten telefon… kto w ogóle go tutaj zamieścił? Jakaś… Princess Vivi! Kto to, u diabła, jest? I skąd miała telefon? Sam przecież widziałeś, Vitya… na twoich oczach wyrzuciłem go przez okno, prosto do kontenera, gdy dowiedziałem się, że Nike nie podpisze kontraktu z Georgim! Znaczy… no dobra, telefon miał obudowę ze szczerego złota, więc ktoś mógł go sobie znaleźć… ale skąd, u licha, wiedział, że to mój telefon?! Dowiem się, kim jest ta cała Princess Vivi i naślę na nią moich znajomych z maf… tfu, z ogólniaka!

- Y-Y-Yakov… Yakov, ale po co się tak denerwować? – dyskretnie wycierając z czoła kropelki potu, Viktor pogłaskał trenera po nadgarstku – Pamiętaj, że masz nadciśnienie. Musisz bardzo uważać. A poza tym, Princess Vivi to na pewno jakaś zdesperowana pięciolatka z dziadkiem inwalidą i chorym psem. Nie możesz nasyłać mafiozów na niewinne dziecko!

- Ta, jasne… pięciolatka! Prędzej jakiś żul! Ale masz rację, lepiej nie mścić się na ludziach, którym się w życiu nie układa. Pogadam z administratorem lodowiska. Poproszę, by postawili obok mojego kontenera ochronę i będzie święty spokój.

Żegnajcie, dodatkowe zarobki! – zapłakała Princess Vivi – Chociaż nie, zawsze mogę przekupić tych goryli! To będzie jak podatek od wzbogacenia się.

Viktor westchnął głęboko. Zarobki, zarobkami, ale grunt to mieć dobrą zabawę. Może i dobrze, że kontener będzie strzeżony? Zwłaszcza, że o szczerozłotych telefonach dowiedziały się ostatnio prawdziwe żule…

Niech lepiej trzymają się z dala od rzeczy MOJEGO trenera. – młody Mistrz Europy zaborczo objął ramieniem piwny brzuszek Feltsmana – A nuż któryś znajdzie kartę pamięci i zacznie sprzedawać sekrety Yakova na Ebayu! Właśnie tak, ja po prostu chronię interesy Yakova! Wcale nie mam żadnego popapranego hobby, ja po prostu troszczę się o mojego trenera. A z tymi kartami pamięci to rzeczywiście nie ma żartów… niech już lepiej ograniczy się do wyrzucania szczerozłotych zegarków, w których rozładowała się bateria.

- Swoją drogą, Yakov… - wzdychając, odezwał się srebrnowłosy przedsiębiorca – mógłbyś zacząć traktować swoje komórki z większym szacunkiem. Ani się obejrzysz, młodzi łyżwiarze wezmą z ciebie przykład i też zaczną rzucać telefonami na prawo i lewo.

- Na całe szczęście, nie planuję wziąć pod swoje skrzydła żadnego młodego łyżwiarza. – Yakov wzdrygnął się – Mam już wystarczająco problemów z tobą, Babichevą i Popovichem!

- Hm… a nie mówiłeś ostatnio, że wyłowiłeś na swoim obozie jakiegoś nieprzyzwoicie utalentowanego blondynka?

- Raczej nieprzyzwoicie pyskatego i aroganckiego blondynka!Gdybym zdecydował się go trenować, musiałbym wykupić sobie karnet u psychiatry i kardiologa!

- Och, Yakov, nie mów tak… Masz już taką wprawę w radzeniu sobie z trudnymi przypadkami! Chyba jeszcze jeden ciekawy okaz nie zrobiłby ci aż takiej różnicy?

- Pfft! Też coś, ciekawy okaz! Ależ, kurwa, oczywiście! Nie wystarczy mi, że mam w swojej kolekcji Rudego Casanowę w Spódnicy, Królewnę Jęczybułę i Roszpunkę z ADHD! Dorzucę sobie jeszcze Kicibalerinę ze wścieklizną! No bo co mi, kurwa, szkodzi?!

Kicibalerina ze wścieklizną? – Viktor pomyślał z zachwytem – Nie wiem, o co chodzi, ale niech Yakov adoptuje to intrygujące stworzonko!

Doskonale wiedział, jak zaszczepić w głowie trenera właściwą myśl.

- Pyskaty, arogancki i nieprzyzwoicie utalentowany blondynek? – zaczął, udając obojętny ton – Niech pomyślę, gdzie ja to już słyszałem? Aha, chyba Pan Minister coś na ten temat wspominał. Mówił, że znalazł jakąś niezwykle rzadką perłę, przyszłość rosyjskiego łyżwiarstwa. Twierdził, że o niczym tak nie marzy, jak dodać ten nieoszlifowany diament do swojej kolekcji.

Zgodnie z oczekiwaniami wychowanka, Feltsman zacisnął zęby.

- Niech się ustawi w kolejce! – wycedził, obrzucając profil Haciendy Detroit nienawistnym spojrzeniem.

Srebrnowłosy łyżwiarz pokiwał głową. Nie miał wątpliwości, co się wkrótce stanie. A stanie się to, że jeszcze przed końcem Pucharu Rosji, Yakov przedzwoni do kogo trzeba i zażąda, by przysłano mu Kicibalerinę do Petersburga. Priorytetem. W paczce z różową kokardą.

Kiedy będą odpakowywać, koniecznie muszę tam być! – zdecydował Viktor.

Jego trener zdawał się chwilowo zapomnieć o „pyskatym blondynku". Po raz czwarty czytał posty znienawidzonego ministra. Szczególnie przeżywał wpis o impotencie („To, że tak jak on, nie naprodukowałem sobie pięciu bachorów i cztery razy tylu wnuków, jeszcze nie znaczy, że jestem impotentem!) oraz Shreku („Ogrem to jest jego żona! No dobra, ja też ożeniłem się z wiedźmą, ale przynajmniej, cholera, ładną! Nie to co ten jego babsztyl z grubym dupskiem! Poza tym, nawet jeśli raz czy dwa zapomniałem się uperfumować, to przynajmniej miałem dość odwagi, by rozwieść się z moją jędzą! Nie będzie mnie wyzywał od ogrów, ten pieprzony tchórz i pantofel!").

Gdy wywody Yakova zaczęły zmierzać w niebezpiecznym kierunku pod tytułem „dlaczego Lilka mnie rzuciła", Viktor uznał, że warto by wrócić do głównego tematu rozmowy.

- No to jak z tym striptizem? Zamawiamy Turków?

Feltsman zastanowił się chwilę.

- Nie będzie żadnego striptizu! – warknął, po czym dodał pod nosem – Szkoda tych Turków…

Mistrz Europy pokiwał ze zrozumieniem głową.

- No to może poodpisujemy na te wszystkie hejty? – zaproponował pełnym nadziei głosem.

Trener spojrzał na niego spode łba.

- O, nie! Nie ma takiej opcji, Vitya! Nie dam się wciągnąć w jakiś dziki Facebookowy maraton w przeddzień programu dowolnego! Nadal mam robotę, a ty musisz się wyspać na poranną rozgrzewkę. Na hejty poodpisuję sobie w zaciszu własnego domu… z paczką chrupek i szklaneczką dobrej wódki. Może nawet cię zaproszę. Jeśli jutro wylądujesz potrójnego aksla jak facet, a nie lalunia, której loczki zasłoniły wizję.

Właściciel wspomnianych „loczków" wzdrygnął się. Jego włosy już od wielu lat były długie, ale ostatnio zrobiły się niebezpiecznie długie. To przez nie Viktor nabrał okropnego nawyku zginania łokcia zaraz po lądowaniu. Zdradliwy umysł kazał mu odruchowo odgarniać wpadające na twarz kosmyki. Zwłaszcza po wspomnianym potrójnym akslu. Feltsman dostawał z tego powodu szału. Nikiforov zresztą też.

Coś pozornie trywialnego, jak zginanie łokcia po skoku, było dla obu – trenera i jego wychowanka – niewybaczalnym gwałtem na komponentach. Zawziętość srebrnowłosego łyżwiarza nie pozwoliła mu na wypowiedzenie w myślach nasuwającego się wniosku… ale za to ujrzał w wyobraźni szczegółowy obraz nożyczek.

Natychmiast przestań! – Viktor zganił samego siebie – Nożyczki są be. Nożyczki, won z mojej głowy! Akysz!

- Wracaj już do siebie. – wyrwał go z zamyślenia przymulony głos Yakova – Nie mogę się skupić, gdy leżysz z łbem uwalonym na moim barku. Zrobiłem to, o co prosiłeś. Zająłem się tobą, poczytaliśmy sobie hejty, omal mnie szlag nie trafił, osiągnąłeś, co chciałeś, czyli mój wkurw, misja zakończona, to teraz sobie idź.

- Ugh… a nie mógłbym dzisiaj z tobą spać? Nie będę goły, spakowałem piżamkę…

- Wykluczone! Mówiłem ci, że to jednoosobowe łóżko. Zresztą, nie przespałbym się z tobą nawet w gigantycznym wyrku Prezydenta Rosji.

- No to poczytaj mi chociaż coś na dobranoc! Może być cokolwiek. Może być regulamin ISU.

- Jak obiecująco nie wyglądałaby perspektywa nauczenia cię regulaminu ISU, odpowiedź nadal brzmi „nie".

- To może obowiązujące na lodowisku zasady BHP…?

- Wodzisz starego trenera na pokuszenie, ale to nie działa, Vitya. Jestem zmęczony i mam robotę. Sam sobie coś poczytaj.

- Nie umiem czytać.

- Pewnie, że nie umiesz. Pisać też nie umiesz, a te wszystkie zboczone SMSy wysła mi twój pudel. Ano właśnie, SMSy! Oto twoje cudowne remedium na nudę! Weź ten nowy telefon z kretyńską obudową i poesemesuj sobie z przyjacielem.

- Psy nie potrafią pisać SMSów.

- Oczywiście, że, cholera, nie potrafią! Myślisz, że tego nie wiem? Byłbym durniem, gdybym uwierzył, że instrukcję zakładania prezerwatywy dostałem od Makkachina! Nawet jeśli tak się podpisał.

- Nie, Yakov. Nie zrozumiałeś mnie. Powiedziałeś, bym poesemesował sobie z przyjacielem… a ja odpowiedziałem ci, że mój jedyny przyjaciel nie jest w stanie odpisać mi na żadną wiadomość. Ciężko, by to zrobił, gdy ma łapy zamiast dłoni.

Palec Yakova, do tej pory sunący wściekle po płycie dotykowej laptopa, nagle zatrzymał się. Rozszerzające się źrenice trenera… a także rosnące w starych oczach skrępowanie, powiedziały Viktorowi, że łysiejący mężczyzna zrozumiał przekaz.

Brązowy pudel jest moim jedynym przyjacielem. Ja nie mam przyjaciół. Dobrych znajomych, owszem. Fajnych kolegów, owszem. Ale nie przyjaciół. No dobra, może i parę osób się o mnie troszczy, ale wiesz, o co chodzi…?

Feltsman wiedział. Obaj wiedzieli, jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy. Wiedzieli od lat. A mimo to powiedzenie o tym na głos, było trochę…

- No a ta twoja przyjaciółka? – Yakov spytał ostrożnie – Jak jej tam było? Evgenia?

A, no tak. – przypomniał sobie Viktor – Jest jeszcze ona.

Była Prima Balerina Teatru Mikhailowskiego. Gdy byli dziećmi i wspólnie uczęszczali na lekcje tańca, Żenia ciągnęła trzy lata młodszego Vityę za włosy, strzelała mu w tyłek taśmami od baletek i naśmiewała się z jego piruetów. Gdy trochę podrośli, została dla zyskującego sławę łyżwiarza substytutem starszej siostry. A także kompetentnym doradcą w sprawach choreografowania.

Przyjaciele z dzieciństwa zwykli spędzać razem sporo czasu, uskarżając się sobie nawzajem na rozdwojone końcówki i nieudane związki. Aż pewnego dnia…

- Zapomniałeś już? – srebrnowłosy łyżwiarz posłał trenerowi ponure spojrzenie – Odkąd wyszła za mąż, ledwo ma na cokolwiek czas. A poza tym, wyjechała z Miszą i młodym na wakacje. Nie chcę im przeszkadzać w wygrzewaniu się na Kubie.

Przede wszystkim jednak, nie chciał szukać pocieszenia u osoby, która ostatnio uskarżała się tylko na rozdwojone końcówki. Zwłaszcza, że oddałby prawie wszystko, by być na jej miejscu. Bycie jedynym, który narzekał na nieudane związki, nie było ani trochę przyjemne.

Mało przyjemne było również obcowanie z nową rodziną Evgenii. A, nie dawało się ukryć, że miał z dwoma najważniejszymi mężczyznami w jej życiu bardzo poważny problem. Z każdym inny.

Mąż Evgenii? No cóż, Viktor bardzo lubił Miszę, jednak kompletnie bez wzajemności. Facet dawnej Primy był bardzo zazdrosny o jej przyjaciela, choć Nikiforov za nic nie rozumiał, dlaczego („Wierz lub nie, Vitya, ale puszyści mężczyźni w okularach nie czują się zbyt pewnie w obecności srebrnowłosych przystojniaków"; „Ale o czym ty mówisz, Evgenia? On ma świetny tyłek!"; „Tak, Vitya, wiem, że jego tyłek jest świetny. Dla przypomnienia, to jest mój mąż, więc bądź tak miły i przestań się ślinić").

Syn Evgenii, dla odmiany, bardzo lubił Viktora. Tu jednak brakowało wzajemności ze strony łyżwiarza. Ciężko by Mistrz Europy polubił małego Andrijeja, gdy smarkacz już przy pierwszym spotkaniu udowodnił mu, że jest zdolny do gorszych rzeczy niż strzelanie w tyłek taśmami od baletek. Na przykład do strzelania niewygodnymi pytaniami („Wujku, a dlaczego gapisz się na pupę mojego taty i oblizujesz usta?"; „Dam ci trzy tysie, tylko nie mów mamie. Dobrze, Andriusza?"; „Be! Za trzy tysie nie kupię sobie żadnej gry! Dawaj siedem tysi!"; „Nie mam przy sobie siedmiu tysi."; „Mamo, a wujek Viktor znowu…"; „DOBRA, ZROBIĘ CI PRZELEW! Dam ci te siedem tysi, tylko nic nie mów mamie."; „A wiesz, wujek, teraz to ja już chcę dziesięć tysi…"; i tak w kółko, aż Viktor był na skraju bankructwa).

A wszystko przez to, że pulchniutka druga połowa Evgenii była dla Mistrza Europy chodzącą studnią seksapilu.

- Nie byłoby problemu, gdyby facet przestał nosić te cholernie obcisłe spodnie! – Viktor wyrzucił z siebie, nie zdając sobie sprawy, że zaczyna mówić na głos – Takim jak on to w ogóle powinni zabronić wychodzenia na ulicę bez pięciu warstw ubrań! To niesprawiedliwe! Ja też chcę mieć swojego własnego okularnika z ładnymi pośladkami!

- Aha, dobrze wiedzieć. – wycedził Yakov ze wzrokiem pod tytułem „nie mogę uwierzyć, że przez moment martwiłem się o tego zboczeńca".

- Facet zarabia mniej, niż kosztował mój najtańszy garnitur, a mimo to kupił Evgenii pierścionek za dwieście euro!

- Aha.

- Też chcę pieścionek! Złoty!

- Aha.

- To takie romantyczne… wiedzieć, że nie ma się kasy i wydać aż tyle na pierścionek dla ukochanej osoby!

- Aha.

- Wiesz, że musiał kupić go na raty?

- Teraz już tak. Jak mi jeszcze powiesz, gdzie kupił ten cholerny pierścionek…

- W Marii Dolores!

- … to będę o krok od wzięcia leków na uspokojenie, a już raz je dzisiaj przez ciebie brałem. Vitya… guzik mnie obchodzi, jak ten facet wygląda, jaki ma tyłek, jaki pierścionek kupił twojej przyjaciółce, ani ile na niego wydał! Skoro znowu zachowujesz się jak upierdliwy smarkacz, to najwidoczniej już ci lepiej, więc zabieraj swój chudy zadek i won do siebie do pokoju!

Viktor udał, że nie usłyszał ostatniego zdania.

- Upierdliwym smarkaczem to jest syn Evgenii! – burknął, krzywiąc się, na samą myśl o chciwym bachorze – Ten mały skarżypyta mówi swojej matce o wszystkim, co robię! Jak nic wyrośnie na milionera… albo lepiej: na polityka! Zostanie cholernym Prezydentem Rosji. Albo jednak nie! Dołączy do jakiś służb specjalnych i będzie zarabiał na życie kablując na innych! W końcu w tym jest najlepszy! Przeklęty mały donosiciel…

Słowo „donosiciel" zmieniło nastawienie Yakova o sto osiemdziesiąt stopni. Na twarzy trenera pojawił się wyraz odrazy.

- Donosiciele! – warknął, bardziej do siebie, niż do wychowanka – Wszędzie tylko donosiciele! Co jest nie tak z tym światem? Same gnidy i kable! Noż kurwa mać, już nigdy nikomu nie zaufam…

Srebrnowłosy łyżwiarz zamrugał. To było dosyć… interesujące wyznanie? Zwłaszcza, że zostało rzucone zupełnie znienacka.

Gdy tak o tym rozmyślał, Viktor nareszcie zauważył, czego dotyczyła tajemnicza „pilna robota" Yakova, i co dokładnie załatwił Feltsmanowi „znajomy informatyk" (łyżwiarz szedł o zakład, że chodziło o członka mafii).

- Yyyy, Yakov? Czy to jest… mejl Georgija?

Dłoń trenera wystrzeliła w stronę laptopa, jednak młodszy z mężczyzn był szybszy. Viktor zasłonił ekran całą górną częścią ciała i ignorując fakt, że właśnie spłaszczył Felstmanowi twarz („Młasz się kłurwa nłatychmiast odsłunąć!"), otworzył pozostałe foldery.

- Jezu! – podsumował swoje znalezisko – A twierdzisz, że to ja nie mam szacunku dla cudzej prywatności. Przecież to są mejle wszystkich członków klubu! Moje, Georgija, Miłeczki, Ilii, Wlada… o cholera, nawet pani sprzątaczki! No dobra, Yakov… wiedziałem, że lubisz czytać o teoriach spiskowych, ale nie sądziłem, że w nie wierzysz. Co ty myślisz, że ktoś planuje podłożyć nam w klubie bombę, czy jak?

- Myślę, że siedzisz tutaj O WIELE za długo! – Yakov wreszcie zdołał odsunąć wychowanka od laptopa – Jazda do siebie do pokoju! ALE JUŻ!

- Oj, Yakov, przecież mnie znasz… Po co w ogóle to mówisz? Doskonale wiesz, że nie pójdę stąd, dopóki nie wytłumaczysz mi, o co w tym wszystkim chodzi. Powinieneś być dumny, że reaguję z taką dojrzałością. Ktoś inny miałby do Ciebie pretensje. W końcu, jak na to nie patrzeć, przeglądasz czyjeś bardzo prywatne zapiski.

- Prywatne?! – Feltsman powtórzył z oburzeniem – Ty nawet nie wiesz, co znaczy to słowo! Nie zachowuj się, jakbyś z czegokolwiek robił tajemnicę, zbereźniku! Gdybym regularnie po tobie nie sprzątał, świat już od dawna wiedziałby o twoich zboczeniach. Fakt, że nadal masz tak dobrą reputację, zawdzięczasz mnie i moim… ech, mniejsza o to! W każdym bądź razie, są ważniejsze rzeczy niż prywatność.

- Na przykład jakie?

- Na przykład takie, że mamy w klubie szpicla!

- Szpicla?! Chryste, jakiego znowu szpicla?

No dobra… kupowanie mu na urodziny książek Dana Browna musi się skończyć! – zdecydował Viktor.

Ech, biedny Yakov. Naczytał się o tych wszystkich Kodach da Vinci, Aniołach, Demonach i innych Infernach i teraz myśli, że wszyscy knują coś za jego plecami!

Znaczy… no dobra, Nikiforov z Babichevą może i rzeczywiście knuli, że mimo wyraźnego zakazu dietetyka pójdą sobie do Pizzy Hut na Festiwal Pizzy, ale to Yakov musiałby już chyba zdobyć władzę nad Ciemnymi Mocami, by się o tym dowiedzieć. Chyba że mafia założyła podsłuch w mieszkaniu Viktora (nie należało tego pochopnie wykluczać), albo Makkachin nauczył się mówić (cudowna myśl, szkoda, że tak mało prawdopodobna), albo… nieeeee! O, nieeeee, niemożliwe! Chyba ten cienias Georgi by ich nie wydał, prawda? Nieeee, nie ma opcji, by ten siusiumajtek, nie mający nawet dość odwagi, by za plecami trenera pójść na pizzę, ośmielił się… nieeeee! Toż przecież niebiosa musiałyby zwalić się ludziom na głowę, by Georgi Popovich wykazał się podobną odwagą! Chyba nie on jest tym kablem, prawda? Nie zrobiłby takiego świństwa Nikiforovi i Babichevie! W końcu doskonale wie, że Nikiforov i Babicheva znają jego adres, a także lokalizację zapasowego klucza, a przede wszystkim lokalizację bezcennych płyt DVD z klasykami Disneya. Niechby tylko ten płaczliwy laluś pisnął choćby słowo o Festiwalu Pizzy… choćby i księdzu w konfesjonale, to… to… to te jego bajeczki spłonęłyby na stosie, tak jak w „Śpiącej Królewnie" spłonęły wrzeciona! Może nawet sam Georgi zostałby uznany za wstrętną wiedźmę i zaprowadzony na stos, jak Esmeralda z „Dzwonnika z Notre Dame"? Po Disneyowskim maratonie, na który poszedł z Popovichem, Viktor nie ukrywał, że niektóre sceny chętnie ujrzałby na żywo. Wrzucanie pod kopyta antylop, zamykanie w wieży… ech, tyle fajnych scenariuszy i tylko jeden Georgi…

- Jedna trenerka ze Stanów wie o Twojej kontuzji. – Feltsman rzucił wkurwionym szeptem.

- Hę?

Srebrnowłosy łyżwiarz, układający już w myślach plan zaczajenia się na Popovicha, poczuł się kompletnie zbity z tropu. Zaraz, to Georgi jednak nie był szpiclem?

W sumie logiczne. – Viktor uświadomił sobie po chwili – Gdyby Yakov dowiedział się o Festiwalu, to z całą pewnością nie szukałby potwierdzenia w mejlach. Od razu wezwałby całą naszą trójkę na dywanik i wykorzystał te swoje imponujące struny głosowe, by zagwarantować każdemu z nas trwały uszczerbek na słuchu.

No dobra, nie chodziło o pizzę, ale to wcale nie oznaczało, że Viktor mógł się wyluzować. Jak na to nie patrzeć… to, co powiedział Yakov brzmiało o wiele poważniej, niż Popovich będący wredną świnią i paplający o sekretach kolegów na prawo i lewo.

- Jakaś trenerka… wie o mojej kontuzji? – Mistrz Europy spytał niepewnie - Skąd te przypuszczenia?

- Gdy trwało Skate America, niespodziewanie zadzwoniła do mnie i bardzo natarczywie wypytywała, czy miałeś jakiś wypadek.

- Hę? Dlaczego miałaby o coś takiego pytać?

- Jak to „dlaczego"? Nie słuchałeś tego, co mówiłem? Dlatego, że jakiś pieprzony kabel z naszego klubu nie potrafił utrzymać gęby na kłódkę i powiedział jej o twojej kontuzji. Chyba że… to nie byłeś ty? Co, Vitya?

Pod wpływem podejrzliwego spojrzenia trenera, Viktor przełknął ślinę.

Nie, nie powiedział nikomu o tej kontuzji. Ale nie dlatego że nie chciał. Prawdę mówiąc, bardzo chętnie komuś by się wyżalił – chociażby Chrisowi Giacomettiemu… albo swojemu idolowi, Stefanowi Lambielowi, z którym ostatnio złapał kontakt przez Instagram.

Fajnie byłoby powiedzieć komuś o tej paskudnej kontuzji. Jednak Viktor tego nie zrobił.

- Nie, to nie ja. – powiedział, zgodnie z prawdą.

Feltsman nie wydawał się przekonany.

- Pytam poważnie. Milion razy tłumaczyłem ci, dlaczego nikt nie może wiedzieć! Masz ponad dwadzieścia kontraktów sponsorskich. Gdyby którakolwiek z tych firm dowiedziała się, że dwa tygodnie przed sezonem skręciłeś sobie kostkę… i to tylko dlatego, że pozwoliłem ci przejechać się na tych przeklętych nartach…

W ostatnim zdaniu dało się słyszeć poczucie winy. Uświadomiwszy sobie, co to oznaczało, młody Mistrz Europy chciał zapaść się pod ziemię ze wstydu. Jego trener… jego trener nie miał prawa czuć się w ten sposób!

- To nie była twoja wina, Yakov. – Viktor wyszeptał, opuszczając wzrok - To ja chciałem się zabawić… to ja od miesięcy błagałem cię, byś mi pozwolił. To ja w środku nocy zjeżdżałem ze zbyt stromej górki…

Feltsman parsknął cicho.

- Ta twoja arogancja wyjątkowo wyszła ci na dobre. Masz szczęście, że całe zdarzenie miało miejsce w nocy, bo dzięki temu potłukłeś się bez świadków. Dobrze, że miałeś przynajmniej dość oleju w głowie, by zadzwonić do mnie zamiast na pogotowie. Założę się, że szpital w Grenoble od razu sprzedałby historyjkę o twoim wypadku pierwszemu lepszemu szmatławcowi. Sponsorzy kopnęliby cię w tyłek i musiałbyś szlifować swoje programy na jakimś stawie na Syberii. A ja pewnie razem z tobą… To ja ponoszę odpowiedzialność za tamto zdarzenie, Vitya. Jesteś młody i pełen życia. To naturalne, że chcesz robić różne głupie rzeczy. A trener jest od tego, żeby cię hamować.

Srebrnowłosy łyżwiarz uśmiechnął się - był to uśmiech raczej markotny, ale też zawierający w sobie nutę czułości wobec starego trenera. Ludzie mogli mówić, co chcieli, ale Viktor swoje wiedział.

Czy Yakov był wulgarny, gwałtowny i bardziej wybuchowy niż najlepszy rosyjski granatnik? Owszem.

Czy wymyślał tak trudne programy treningowe, że łyżwiarze padali na lód i modlili się o siłę dla własnych mięśni? Owszem.

Czy krytykował więcej niż chwalił? Owszem.

A czy pomimo tego wszystkiego… był najbardziej troskliwym ze wszystkich trenerów i przeżywał strapienia wychowanków gorzej niż matka kwoka z rodowodem? Czy ze wszystkich swoich trudnych wychowanków… udawał, że nie faworyzuje pewnego zdziecinniałego, sprawiającego same problemy, srebrnowłosego hultaja, chociaż owszem, faworyzował go, i to bardzo? Bo tak naprawdę… choćby milion razy się tego wyparł, kochał Viktora jak własne dziecko i był dlań lepszym ojcem, niż biologiczny ojciec kiedykolwiek był?

„Tak". Odpowiedź na wszystkie powyższe pytania brzmiała „tak".

Młodemu czempionowi było czasami wstyd, że tak rzadko o tym pamiętał. Czy raczej – że regularnie i bezwstydnie to wykorzystywał. Między innymi pakując się trenerowi do łóżka i wyrywając mu włosy na klacie.

- I tak pozwalasz mi na więcej niż pozostałym. – powiedział, posyłając Feltsmanowi porozumiewawcze mrugnięcie.

Yakov zaczerwienił się. Zupełnie jakby domyślił się tych wszystkich rzeczy, o których Viktor przed chwilą myślał.

- M-mniejsza o to, na ile ci pozwalam! Ten cały burdel to moja wina, więc zamierzam sam go posprzątać. Petersburski Klub Łyżwiarski jest jak rodzina! I z jedenastu członków tej rodziny jedna cholerna czarna owca wbiła ci szpilę w plecy. Nie spocznę, dopóki nie dowiem się, która! A jak tylko dostanę tę paplę w swoje ręce, zafunduję jej taką karę, że po wszystkim Służby Specjalne jeszcze przyjdą do mnie, by błagać o korepetycje z utrzymywania dyscypliny! Dopóki ja tu jestem, psiakrew, trenerem, żadna łamaga nie będzie mi bezkarnie zdradzać sekretów kolegów, a już na pewno nie pieprzonym Amerykanom!

Dla potwierdzenia tych słów, mocno przygrzmocił pięścią w klawiaturę.

Ech, ten jego laptop jak nic nie dotrwa do końca zawodów. – Mistrz Europy mruknął w myślach – Dzięki Bogu, że to nie ja jestem „paplą"! A kusiło mnie, by wczoraj powiedzieć Chrisowi na czacie… oj kusiło!

Yakov nieoczekiwanie wybałuszył oczy. Patrzył na tors wychowanka.

- Swoją drogą… co ty masz na szyi?

Srebrnowłosy łyżwiarz z trudem powstrzymał się przed krzyknięciem „Alleluja!".

Uff, nareszcie zauważył! – pomyślał z uglą – Zacząłem sądzić, że w ogóle się nie zorientuje! Nie mogę uwierzyć, że leżałem obok niego aż pół godziny i nie zarejestrował, że go mam.

Ta druga, dojrzalsza część Viktora wiedziała, że tak naprawdę nie przyszedł do Yakova tylko z powodu nudy. Tak naprawdę miał znacznie poważniejszy powód. Chociaż… nie był pewien, czy potrafi go nazwać.

Wstrzymując oddech, łyżwiarz pozwolił, by trener wsunął mu dłoń pod koszulkę i wyciągnął spod spodu ciężki złoty krążek. Musiało minąć pełnych trzydzieści sekund, by na twarzy Feltsmana pojawił się wyraz zrozumienia.

- Vitya… tak naprawdę nie przyszedłeś do mnie, ponieważ się nudziłeś? Czy raczej… nie tylko dlatego?

Przytaknięcie.

- Chcesz ze mną o czymś porozmawiać, prawda? O czymś… bardzo ważnym?

Kolejne przytaknięcie.

- Czemu mam przeczucie, że mi się to nie spodoba?

Serce Viktora łomotało. Młody łyżwiarz miał wrażenie, że uczucia, które zwykle trzymał pod kontrolą, teraz wyrwały się i zaczęły pędzić. Jak rozpędzony na szynach pociąg. Pociąg, którego nie potrafił zatrzymać.

- Sądzę… - zaczął, patrząc trenerowi w oczy.

Nikomu nie ufał tak, jak temu groźnie wyglądającemu człowiekowi. Tylko ten srogi mężczyzna mógł dać mu odpowiedź, której szukał.

- Sądzę… że to ci się ani trochę nie spodoba.