Dawno temu w Detroit

Rozdział 7 – Przeznaczenie i miłość

- Jesteście za głośno. Będę musiał was wyrzucić.

Jack odbrzucił przybysza nienawistnym spojrzeniem,.

- Jesteście za głośno. – powtórzył kelner – Przeszkadzacie innym. Przyniosę wam rachunek, a potem macie stąd spadać.

Futbolista skrzywił się. Wcale nie miał ochoty wychodzić. Byli tutaj zaledwie kilkanaście minut! Nawet nie zdążyli zamówić piwa…

- A co z nimi? – Tina skinęła głową w stronę zgromadzonych przed telewizorem kibiców – Oni też przeszkadzają innym. – zauważyła lodowatym tonem.

No właśnie. – w myślach zgodził się Jack – Dlaczego pieprzonym kibolom wolno drzeć się na całą knajpę, a my nie możemy głośno rozmawiać?! To złamasy z kretyńskimi szalikami powinny wylecieć!

Na nieszczęście, kelnerzyna wyraźnie faworyzował „złamasów". Miał nawet na szyi szalik z tygrysem.

- Chłopcy nikomu nie przeszkadzają. – oświadczył, gładząc haft z pręgowanym kotem - Za to wy, tak.

- Uuuuch, a było tak fajnie! – zawyła Colette – Chciałam sobie zamówić sałatkę z krewetkami!

- Sami jesteście sobie winni! To jest knajpa z zasadami. Jeśli nie umiecie się zachować, to…

- Chwileczkę!

Pomoc przyszła nieoczekiwanie ze strony wysokiego młodzieńca z uwiązanymi w kitkę brązowymi włosami. Facet był diabelnie przystojny. Gdy pełnym wdzięku krokiem zbliżył się do stolika, Colette i Klara wstrzymały oddechy. Nawet kelner zdawał się na chwilę zapomnieć języka w gębie. Podobnie jak dziewczyny, nie mógł oderwać wzroku od błękitnych oczu.

- Och, przyjacielu… bez przesady! – wyszeptał właściciel zabójczego spojrzenia - Jestem pewien, że ci sympatyczni młodzi ludzie nie są aż tak głosni.

Kelner otworzył usta, by zaprotestować, jednak wtedy smukła dłoń dyskretnie podała mu dwa tysiące rubli. Tajemniczy przybysz uśmiechnął się zachęcająco. Na widok tego uśmiechu, żeńska połowa grupy zarumieniła się… a męska połowa zazgrzytała zębami.

Trzymający z żeńską połową pracownik Casy Bonity wyglądał na niezdecydowanego.

- N-n-nie mogą tutaj zostać! Zagłuszają Tigryenoka!

- Jestem pewien, że wystarczy podgłośnić nieco telewizor. – hipnotyczny głos zlał się z szelestem kolejnej garści pieniędzy – Nasze Tygryski też się z tego powodu ucieszą. Co o tym myślisz?

Kelnerzyna z całą pewnością myślał coś w stylu:

„Za taką kasę będę mógł pójść na macz hokeja!"

- Myślę, że podgłośnienie telewizora to świetny pomysł. – kciukiem gładził grzbiety banknotów – Coś podać?

- Sałatkę z krewetkami dla pięknej damy. – nieznajomy puścił oko do Colette, na co dziewczyna prawie zemdlała z zachwytu – Dla mnie sok z gujany.

- Oczywiście! Przyniosę najszybciej, jak się da!

- Jeżeli wyrobisz się w dziesięć minut, zasłużysz na jeszcze większy napiwek.

Chciwy pracownik pognał do kuchni tak szybko, że omal nie zgubił fartucha. Tymczasem niebieskooki eleganckik bezceremonialnie dosiadł się do stolika. Na dźwięk szurania krzesła, Jack omal nie dostał ataku wścieklizny.

Szlag! Przeklęty laluś podkradł mu pomysł! Futbolista sam chciał wyciągnąć portfel i wynegocjować zostanie w knajpie. Poświęciłby te pare rubli ze względu na Klarę. Szwedzka koleżanka Tiny ewidentnie chciała tu zostać (nawet jeśli nie krzyczała o tym tak głośno jak Colette). Gdyby Jack przekupił nieszczęsnego kelnerzynę, zyskałby u ślicznotki dodatkowe punkty.

A ten długonogi palant nie tylko go w tym ubiegł¸ ale jeszcze bezczelnie się do nich dosiadł!

Nikt cię tutaj nie zapraszał, złamasie! – Jack ryknął w myślach.

Po minach kolegów poznał, że mieli podobne odczucia. Dziewczyny, natomiast, wyglądały na zachwycone.

- Dzięki za pomoc, przystojniaku. – Collete patrzyła na nowo przybyłego cielęcymi oczami.

- Tak… wielkie dzięki. – Jack wycedził w ojczystym języku swojego dziadka.

Nieznajomy zagwizdał.

- Łał! Jaki ładny rosyjski!

- Trzeba sobie radzić. - futbolista uśmiechnął się złośliwie – Biorąc pod uwagę, że większość Rosjan nie zna angielskiego…

Tina posłała mu lodowate spojrzenie, ale zignorował ją. Wzrok miał wbity w niebieskookiego natręta.

I co na to powiesz, cwaniaczku? – zakpił w myślach.

- Masz rację. – cwaniaczek odezwał się perfekcyjnym angielskim – Uważam, że to wielka strata. My, Rosjanie powinniśmy przykładać większą wagę do nauki języków obcych. W końcu stosunki międzynarodowe są dla nas bardzo ważne.

I tyle! Odpowiedział na obelgę Jacka z taką lekkości, jakby strącał robaka ze spodni. Mało tego – mówiąc słowo „stosunki", uśmiechnął się do Klary, czym jeszcze bardziej doprowadził futbolistę do szału.

- Nie ma nic seksowniejszego niż mężczyzna mówiący po angielsku z rosyjskim akcentem. – Colette wyszeptała, trzepocząc długimi rzęsami.

- Naprawdę? – nieznajomy spytał, celowo przeciągając akcent – Ja uważam, że Rosjanin mówiący po francusku jest znacznie seksowniejszy.

- Ach! Francuski też znasz?

- Mhm. Zdaniem wielu osób mam do języka francuskiego prawdziwy talent.

I znowu to samo! Jeszcze jedna dwuznaczna wypowiedź i jeszcze jeden uśmiech w kierunku Klary. Piękna Szwedka odpowiedziała zalotnym spojrzeniem i nieśmiałym zawinięciem kosmyka włosów za ucho. Nie ulegało wątpliwości, że zaczynała mieć ochotę na gogusiowatego gnojka!

Natomiast Jack miał coraz większą ochotę na zaciągnięcie tego durnia na patio, celem spuszczenia mu zasłużonego łomotu.

A więc twierdzisz, że jesteś TAKI utalentowany, szmaciarzu? – pomyślał mściwie – Przekonajmy się, czy mówisz prawdę.

- Skoro tak, to powiedz coś po francusku! – zażądał wyzywającym tonem.

To był błąd.

- Avec plaisir! – szmaciarz zaświergotał z akcentem, którego nie powstydziłby się rodowity Paryżanin – Je pense que ton visage rouge est tres mignon!

- Mon Dieu! – Colette pisnęła, klascząc w dłonie – Il est si adorable!

- Co powiedział? – zapytał Luke.

- Że jego zdaniem czerwona twarz Jackiego jest bardzo słodka. I miał przy tym taki śliczny akcent…

Śliczne to będą siniaki, które zostawię na jego słodkiej buźce! – Jack zacisnął dłoń w pięść.

Był tylko jeden problem – nie mógł tego tak po prostu zrobić. Złota zasada funkcjonowania w społeczeństwie głosiła, że otwarcie dawać po mordzie można było tylko tym, którzy całkowicie stracili szacunek grupy. Zaś tutaj sytuacja była odwrotna. Co najmiej połowa grupy Jacka uważała niebieskookiego przystojniaczka za chodzące bóstwo. Jeżeli futbolista odrobinę przeszarżowałby z obelgami (Obelgami! A co tu dopiero mówić o angażowaniu pięści), dziewczyny zauważyłyby jego zazdrość i wyśmiały go. A to byłoby wielce niepożądane.

Mógł się pieklić, ile chciał, ale wkurwiająca prawda była taka, że aby pozbyć się tego kolesia… aby cokolwiek mu zrobić… musiałby go najpierw upokorzyć. Podobnie jak Katsukiego.

Jack wzdrygnął się na wspomnienie irytującego żółtka. Zniszczenie Yuuriego Katsukiego wbrew pozorom wcale nie było takie proste. Pieprzony azjata nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielką popularnością cieszył się wśród rówieśników. Już na imprezie zarówno laski jak i faceci wodzili wzrokiem za jego smukłą sylwetką i słodką buzią. Natomiast komentarze na Facebookowym wydarzeniu stanowiły jednoznaczny dowód na to, że młody Japończyk mógłby zostać łyżwiarskim symbolem seksu. Gdyby tylko chciał. Czy raczej – gdyby wiedział, jaki jest dobry i potrafił tę wiedzę wykorzystać.

W chwilach słabości, Jack zdawał sobie sprawę, że tylko nieszczęsna pewność siebie stała między Katsukim i sukcesem. W pozostałych chwilach futbolista uważał głupiego Japońca za nic niewartego słabeusza. Ktoś tak naiwny jak Katsuki nie zasługiwał, by wygrać. A już zwłaszcza nie po tym, jak Jack przerąbał najważniejszy mecz w karierze!

Nie było to łatwe, ale pokonał durnego żółtka. Zniszczył jego reputację na uczelni. Zrobił też swoją własną, wielką wyrwę w i tak już dziurawej pewności siebie Katsukiego. A na deser dobił azjatyckiego cieniasa, drukując wielki plakat z zakrwawionym Nikiforovem. Zaplanowanie tego wszystkiego było dziecinnie łatwe, a zrealizowanie planu – jeszcze łatwiejsze.

Tym razem jednak… tym razem sytuacja wyglądała nieco inaczej.

Yuuri Katsuki to jedno. Ale ten tutaj gnojek, siedzący sobie ze stopą na kolanie i ręką nonszalancko zarzuconą na oparcie fotela, to zupełnie inna liga. Jack nie miał ku temu żadnych wątpliwości. Co innego radzić sobie z roztrzęsionym Japońcem… a co innego z gościem, który miał minę, jakby już z łona matki wyskoczył będąc absolutnie pewnym siebie i swojego uroku.

Futbolista miał ochotę rozszarpać faceta, ale też czuł w związku z nim dziwny niepokój. Czy była to wyluzowana postura gnojka? Częściowo tak. Czy była to ta wkurwiająca umiejętność obracania obelg do góry nogami tak, by uderzyły w tego, który je rzucał? Częściowo tak, ale… chyba chodziło przede wszystkim o ten dziwny błysk w niebieskich oczach. Patrząc w oczy nieznajomego, Jack czuł trudną do opisania grozę. Nie wiedzieć czemu, przypomniała mu się też ta durna klątwa, którą koleś od Katsukiego wrzucił do internetu.

Futbolista parsknął.

Chyba zupełnie mi odbija! – zganił samego siebie – Żeby brać na poważnie jakieś idiotyczne rytuały… pfft! Kretynizm!

- Nie przedstawiłeś się. – wyrwał go z zamyślenia głos Tiny – Masz jakieś imię?

- Vivi. – nieznajomy odparł bez zastanowienia – Mam na imię Vivi.

- Jesteś pewien, że tak właśnie się nazywasz? Mogłabym przysiąc, że gdzieś już cię widziałam.

Jack zamrugał.

Kurde… teraz, gdy o tym wspomniała, to ten cały Vivi jemu też wydawał się znajomy! Czy to możliwe, że gdzieś już się spotkali?

Nie, z pewnością nie. Futbolista zapamiętałby tak irytującą gębę.

- Vivi to mój pseudonim artystyczny. – właściciel irytującej gęby wyjaśnił z beztroskim uśmiechem – Jestem aktorem.

- Doprawdy? – Tina uniosła brwi – A w jakich filmach grałeś?

- „Moja przygoda z listonoszem", „Książę i ja", „Herkules uwodzi Królową Śniegu"… nie wiem, czy kojarzysz. To tytuły porno.

Złotowłosa kuzynka Jacka oblała się rumieńcem, a dwie pozostałe dziewczyny wybuchły śmiechem.

- Już wiemy, skąd go kojarzysz, Tineczka! – Klara była wyraźnie zachwycona „żarcikiem" nowego kolegi – Dasz mi potem link do stron, które przeglądasz?

- Nie przeglądam tego typu stron!

- Nie, wcale! – Colette z ochotą przyłączyła się do gnębienia kuzynki.

Podczas gdy Francuzka ze Szwedką wykłócały się z coraz bardziej czerwoną Rosjanką, futbolista wciąż przeszukiwał pamięć. Jak się okazało, nie tylko on.

- Hej, Jackie? – Rick pochylił się nad uchem kolegi – Wydaje mi się, że ja też skądś go kojarzę. Pamiętasz może, jak się nazywała ta strona ze zboczonymi pozycjami? „Confetti Giacometti"? Taka była nazwa?

Jack miał ochotę pacnąć gamonia w głowę za tak jawny pokaz głupoty.

- Durny jesteś?! – odwarknął szeptem – Z tym porno robił sobie jaja!

- No wiem, wiem! Ale słuchaj… mi się wydaje, że ja go widziałem w komentarzach pod zdjęciami! No wiesz… obok każdego komentarza jest zdjęcie profilowe. Tylko nie pamiętam, jak się nazywał…

- Princess Vivi. – z uśmiechem podpowiedział nowy kolega.

Najwidoczniej nie rozmawiali dostatecznie cicho.

- Taki mam nick w większości mediów społecznościowych poza Instagramem. Och, jeśli szukasz mojego zdjęcia, to tracisz czas. – Vivi zwrócił się do buszującego w telefonie Luke'a – Jakiś tydzień temu zmieniłem zdjęcie profilowe. Wykasowałem też wszystkie fotki, na których była moja twarz. Pracuję w klubie ze sptriptizem, a mój szef nienawidzi Facebooka. Musiałem nieźle się zakamuflować, żeby mnie nie przyłapał. A Confetti Giacometti to stronka mojego kolegi.

- Och, twoje zdjęcie profilowe to pudelek z różową kokardą! – Klara własnie otworzyła komórkę i weszła na Facebooka – Jaki słodki!

- Dodasz nas do znajomych? – spytała Colette.

- Hm… być może. – Vivi odpowiedział zdawkowo – To zależy od tego, jak dobrze się poznamy.

Miejmy nadzieję, że będzie to krótka znajomość. – nienawistnie pomyślał Jack.

- Vivi? – rzucił niespodziewanie czyjś głos.

Do stolika podeszło dwóch facetów po czterdziestce.

- Już za wszystko zapłaciliśmy. – powiedział wyższy z nich – Chodź, zbieramy się!

Och, nie! Czyżby królewicz musiał już iść?

Na twarzy futbolisty pojawił się zadowolony uśmieszek.

- Wygląda na to, że czas na ciebie. – zauważył uprzejmym tonem.

No już, spadaj koleś! Potraktujemy cię jak krótki sztorm na morzu. Zapomnimy, że w ogóle tu byłeś i będziemy się dobrze bawić!

- Proszę, zostań jeszcze! – skomlała Colette – Nie możesz tak po prostu odejść! Złamiesz mi serce!

- Vivi musi jutro wcześnie wstać. – przełykając ślinę powiedział rudy facet – Ma robotę.

- Robota, robota! – Vivi powtórzył dramatycznym tonem – Panowie, a co z naszym zakładem?

- Zakładem?

- Och, zapomnieliście już? Mieliśmy mały zakładzik. Zastanawialiśmy się, kto ma większe szanse na zdobycie dziewczyny. Napakowany osiłek… czy może łyżwiarz figurowy?

Krewetka, którą Jack podwędził z sałatki Colette na moment utknęła mu w gardle.

Co? Co? Co? – myślał, krztusząc się – Co do cholery…?! Zaraz, czy on słyszał, jak…

- Przepraszam, ale wygląda na to, że zupełnie niechcący podsłuchałem waszą rozmowę o biednym azjatyckim chłopaku. – Vivi zrobił słodkie oczy szczeniaczka i złączył dłonie w geście przeprosin; na ten widok Francuzka i Szwedka westchnęły z zachwytem – Naprawdę, strasznie mi przykro. To nie tak, że chciałem was słyszeć, no ale… no wiecie… rozmawialiście troszeczkę głośno, a moja grupa siedziała przy sąsiednim stoliku. Ja i moi znajomi byliśmy pod wielkim wrażeniem całej tej intrygi, a mimo to uznaliśmy, że Jackuczka poszedł… hm… tak troszkę na łatwiznę.

- Na łatwiznę? – z głupią miną powtórzył Luke.

- Tak, właśnie tak. Znaczy się… jego rywal był homosiem, to jasne, no ale gdyby nie był? Albo, gdyby nie był wielkim fanem Viktora Nikiforova? Wtedy Jackie miałby poważne kłopoty! Nie mógłby postraszyć rywala zdjątkiem zakrwawionego mistrza, więc musiałby walczyć o damę swojego serca w inny sposób. I właśnie w tej kwestii nie zgadzam się z moimi znajomymi. Oni uważają, że Jackuczka to ideał mężczyzny, który nie ma sobie równych… a ja myślę, że on tylko udaje idealnego mężczyznę i w rzeczywistości nie miałby żadnych szans z pełnym wdzięku azjatą.

Mało brakowało, a Jack spadłby z krzesła.

Nie! – wysapał w myślach – Nie wierzę! Po prostu, kurwa, NIE WIERZĘ! Nie wierzę, że ten laluś rzucił we mnie tym tekstem! Powiedział mi to prosto, kurwa, w twarz!

Futbolista miał poważny problem ze swoim obecnym stanem emocjonalnym. W jego głowie Wściekłość toczyła zaciekły bój z Szokiem i Zdrowym Rozsądkiem.

Pieprzony skurwiel! Zabiję go! Ja go, kurwa, zabiję! – ryczała Wściekłość, waląc pięściami w ściany mózgu.

Gnojek jest ode mnie niższy o głowę, a powiedział mi coś takiego! Ja chyba, kurwa, śnię! – Szok rozglądał się po mózgu i zastanawiał się, czy jest we właściwej sali.

A jeśli on coś kombinuje? Kurde… teraz, gdy o tym pomyśleć, to pewnie nie przysiadł się do nas bez powodu. W dodatku, skoro nie boi się rzucać podobnych tekstów, to raczej potrafi się bić. – taka była opinia Rozsądku. Rozsądek nie był w mózgu Jacka mile widziany, więc został wysłany na przymusowe wygnanie. Na jego miejsce zaproszono Miłość Własną…

No już, Jackie, spokojnie… przecież to nie tak, że ktokolwiek tutaj postawiłby na azjatę. Wszyscy wiedzą, że ty jesteś lepszy. No… może ten cały Vivi się nie zgadza, ale kogo obchodzi jego zdanie?

- Żółtek nie miałby ze mną szans. – futbolista oświadczył, starając się brzmieć spokojnie i pewnie – Po prostu postanowiłem rozprawić się z nim w humanitarny sposób. Gdybyśmy musieli ze sobą rywalizować, z łatwością bym go pokonał.

- Skąd wiesz? Przecież tego nie sprawdziłeś. – z uśmiechem zauważył Vivi.

Na skroni Jacka zapulsowała żyłka.

O co ci chodzi, koleś?!

- W sumie ma rację. – wesoło wtrąciła Colette – Nie sprawdziłeś tego.

Noż kurwa mać!

- Gdyby chłopak był hetero, może ta historia potoczyłaby się inaczej? – głośno kontemplowała Tina.

Wstrętna megiera jak zwykle jest przeciwko mnie!

- Moja siostra chodziła z graczem NBA, ale rzuciła go dla łyżwiarza figurowego. – nagle przypomniała sobie Klara – Może jazda na łyżwach zwiększa poziom seksapilu we krwi?

Nie… O, NIE, KURWA! Tego już za wiele!

Obie dłonie Jacka uderzyły w stół.

- NIE WIEMY, CO BY SIĘ STAŁO! – ryknął, nie panując już nad furią – Nie cofniemy czasu, ani nie wyleczymi głupiego żółtka z podziwu dla Nikiforova, więc się, kurwa, nie dowiemy! A skoro się nie dowiemy, to nie ma sensu roztrząsać tematu!

- Hm… nie potrzebujemy zmieniacza czasu, by poznać prawdę. – zdawkowym tonem rzucił Vivi – Może przeprowadzimy mały test?

- Jaki, kurwa, test?

Niebieskooki przystojniak zaśmiał się. Jackowi mogło się tylko wydawać, ale miał wrażenie, że widzi w błękitnych tęczówkach starannie ukrytą złość. Furię równie wielką (albo i jeszcze większą) jak jego własna.

Ale… dlaczego ten koleś miałby się wściekać? Przecież, póki co kontrolował sytuację. Owinął sobie wszystkie trzy dziewczyny wokół palca, a oprócz tego zdołał zniszczyć spokój futbolisty. Skoro tak świetnie mu szło… to dlaczego był zły? Skąd ta przedziwna aura agresji? Wcześniej lepiej ją maskował, ale teraz, gdy weszli na temat azjatyckiego łyżwiarza, szło mu znacznie gorzej.

Jack zerknął na dwóch podstarzałych kolesi… znajomych dziwnego typa, jego wujków, czy kim oni, do cholery byli… i zdał sobie sprawę, że oni też wyglądali na zaskoczonych. Czyżby Vivi zwykle się tak nie zachowywał?

Futbolista nie miał czasu dłużej się nad tym zastanowić, bo w tym momencie niebieskooki palant zwrócił się do Colette.

- Mówiłaś, że oglądałaś tamtego łyżwiarza na Facebooku. Powiedz… jestem do niego trochę podobny?

- Facet jest żółtkiem! – parsknął Jack – To oczywiste, że ma zupełnie inną gębę niż ty! Głos też ma zupełnie inny. A, i mówi po angielsku ze sto razy lepiej od ciebie.

- No cóż, nie mogę rywalizować z native speakerem. – z udawanym żalem westchnął Vivi.

Futbolista, który spodziewał się podobnej odpowiedzi, miał zamiar wygrać swoją pierwszą potyczkę słowną, triumfalnie informując Rosjanina, że Katsuki jest Japońcem. Ale nie zdążył, bo Francuzka odezwała się pierwsza:

- Jeśli spojrzeć tylko na budowę ciała, to Vivi rzeczywiście jest podobny do azjatyckiego słodziaka. Ma też prawie tyle samo wdzięku.

- Och! „Prawie"? – Vivi wydawał się tą informacją zachwycony. Dziwoląg…

- No i co w związku z tym? – Jack spytał zniecierpliwionym tonem.

- To, że możemy pobawić się w mały teatrzyk. Urządźmy sobie przedstawienie pod tytułem „co by było, gdyby azjata był hetero". Klara może zagrać piękną księżniczkę, ty dzielnego rycerza, a ja Facebookowego Słodziaka. W tej historii Facebookowy Słodziak zakrada się do zamku księżniczki i pyta, co musi zrobić, żeby zdobyć jej serce. Księżniczka chce z nim pójść, ale się waha. Jest rozdarta między dwoma mężczyznami: jednym pełnym gracji jak łabędź, drugim mężnym jak Herkules. Nie może się zdecydować, więc prosi oblubieńców, by stoczyli ze sobą pojedynek.

- Aaaaaach! – piszcząc z zachwytu, Colette przyłożyła dłonie do policzków – Jak ty to pięknie powiedziałeś!

„Mężny Herkules" zamrugał.

Czy ja dobrze zrozumiałem i ten chudzielec chce się ze mną bić?! – pomyślał z niedowierzaniem – Ale w sensie, że… taka normalna, klasyczna walka na pięści? Czy może coś innego? Cholera, muszę się upewnić!

- No dobra, czyli że ten… Herkules, czyli ja… i ten… Łabędź, czyli ty… -

Kurwa, wypowiadając te słowa czuł się jak skończony kretyn!

- … mamy pójść na patio i stoczyć pojedynek bokserski? – dokończył, podejrzliwie patrząc na rywala – A kto wygra, bierze dziewczynę?

Vivi miał minę, jakby od dłuższego czasu czekał właśnie na te słowa.

- Tak. – wyszeptał, patrząc Jackowi w oczy – Właśnie tak.

- NIE! – zaprotestował jeden z czterdziestolatków – Vit… tfu! Vivi, nie możesz…

- Ach! Odezwał się jeden z moich giermków! – Łabędź posłał mu karcące spojrzenie.

- Vivi, proszę! – błagał drugi z mężczyzn – Proszę cię, opamiętaj się! Jeśli…

- Zamilknij, dzielny Wladimirze i ty, mężny… eee… Illyrio! Nie powstrzymacie mnie przed pojedynkiem o damę mojego serca!

- Booooziuuu! – Colette była tak podniecona, że ciągnęła się za włosy – On jest zbyt słodki!

- Nie mogę uwierzyć, że zostałam tak wyróżniona. – zachichotała Klara.

Przez sekundę… dosłownie sekundę Jacka ogarnęło dziwne przeczucie, że jego rywal wcale nie miał na myśli Klary. Ale przecież… nie, cholera, to głupie! Kto inny mógłby być „damą serca" tego durnia?

- To jak, Mistrzuniu? – Vivi posłał futboliście zachęcający uśmiech – Bijemy się?

- No dalej, Jackie! – Luke szepnął koledze do ucha – Pokaż mu, kto tu rządzi!

- Obij durnej rusałce tę śliczną buźkę! – Rick syknął do drugiego ucha.

Pod wpływem tych słów Jack omal nie zszedł na zawał.

Rusałce? – tępo potwórzył w myślach – Rusałce?! Kurwa, przecież w tej klątwie…

To był tylko przypadek, prawda? Niech to szlag, to musiał być przypadek! Rick użył tego słowa zupełnie przypadkiem!

No bo przecież… ten koleś z długimi rzęsami nie mógłby nic zrobić takiemu osiłkowi jak Jack? Nie mógł, prawda?

Ale skoro tak… to dlaczego Jack się wahał? Czemu się powstrzymywał?!

Może chodzi o to, że obicie mordy temu kolesiowi byłoby zbyt piękne? – rozumował futbolista – Nie ma takiej sytuacji w przyrodzie, gdy antylopa celowo wkurza lwa, a potem sprawia mu przyjemność, dając się pożreć. Zwierzęta nie są tak głupie… a już tym bardziej cwane niebieskookie skurwysyny!

- Coś się stało? – niewinnym tonem spytał Vivi – Chyba się mnie nie boisz, co?

Jack nie od razu odpowiedział. Musiał najpierw ocenić sytuację.

No dobra… jeśli ten pajac rwie się do bitki, to musi przynajmniej myśleć, że ma JAKIEŚ szanse. Tylko jakie on może mieć szanse? Może coś trenował? Taekwondowcowi, karatece albo bokserowi (wagi mniejszej niż ciężka) dowalę bez problemu. Z judoką… ugh, może być problem. Aikido… no, jak nie będę atakował na ślepo, powinienem dać radę. Natomiast jeśli w grę wchodzi krav maga… albo brazylijskie ju jitsu…

Jack przełknął ślinę. Wyrywanie śledziony i łamanie stawów nie było fajne.

- Nie boję się ciebie. – oświadczył, wypinając muskularną pierś – Jeśli już to bałbym się tego, co mógłbym ci zrobić. Nie uśmiecha mi się wizyta na moskiewskim posterunku.

- Zabawne. Ludzie zwykle mówią takie rzeczy, gdy boją się przegrać.

Futbolista natychmiast zapomniał o ju jitsu i krav madze. Ogarnęła go żądza mordu.

- Jesteś śmieszny, koleś. – wysyczał – Zdajesz sobie w ogóle sprawę, jak to brzmi? Ty chyba nie wierzysz, że naprawdę mógłbyś ze mną wygrać?

W odpowiedzi Vivi wysunął przed siebie otwartą dłoń.

- Powiem ci coś o sobie. – szepnął z tajemniczym uśmiechem – Widzisz ten mały palec? Zazwyczaj tylko tyle potrzebuję, by wygrać. Jestem wyjątkowy, wiesz? Wygrywanie jest dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Wszystko, co muszę zrobic, by wygrać, to zgiąć ten mały palec. Ale dzisiaj…

Znowu to samo! W niebieskich oczach pojawił się dziwny błysk. Na widok tego błysku, Wladimir i Illyrio otworzyli usta ze zdumienia.

- … dzisiaj czuję się zmotywowany, jak nigdy, dlatego zrobię coś, czego nie zrobiłem już od bardzo dawna. Specjalnie dla ciebie… dla tak odważnego i sympatycznego kolesia jak ty, pójdę na całość. Pokażę ci, co się dzieje, gdy zegnę wszystkie pięć palców. Jeśli mam być szczery, to sam do końca nie wiem, co z tego wyniknie. Ale jednego jestem pewien…

Zanim Jack zorientował się, co się dzieje, Vivi pochylił się nad jego uchem. Następnie głosem tak cichym, by pozostali nie mogli usłyszeć… swoim prawdziwym głosem, nie uprzejmym głosem pod publikę… głosem tak lodowatym, że futbolista aż się wzdrygnął… tym głosem powiedział:

- Nie masz ze mną szans. Wiesz dlaczego? Bo ja jestem urodzonym zwycięzcą, a ty zakompleksionym tchórzem. Zakompleksieni tchórze nigdy nie będą zwycięzcami. Zakompleksieni tchórze przegrywają, ponieważ tracą czas na zazdroszczenie zwycięzcom. Dokopanie małemu azjatyckiemu chłopakowi poprawiło twoją samoocenę? Taki wyczyn to nic. Tylko dokopanie mnie, mistrzowi nad mistrzami, da ci najwyższe trofeum. No chodź, śliczny. Chodźmy na patio i roztrzygnijmy to. Chcę zobaczyć, jak walczysz z czymś wiecej niż bezbronnym zdjątkiem Viktora Nikiforova w Photoshopie. Pokaż, co potrafisz, mój ty biedny, zagubiony misiaczku…

Zakompleksiony tchórz?! Śliczny?! MISIACZEK?!

- Patio. – Jack wycedził, nienawistnie patrząc rywalowi w oczy – Teraz. Natychmiast!

- Z przyjemnością…

- EJ! Chłopaki, chłopaki… zaraz! – nagle pojawiła się obok nich Colette. Położyła dłonie na ramionach podnoszących się młodzieńców i stanowczo popchnęła ich z powrotem na krzesła.

- Nie zapomnieliście przypadkiem o księżniczce? – Tina zacmokała, obejmując Szwedkę ramieniem – Po co degradować tak fajne przedstawienie do poziomu bezmyślnej bitki? Jeśli nasza bajka ma być wiarygodna, to dama powinna wybrać rodzaj starcia. Nie uważacie?

Nie, kurwa, NIE UWAŻAMY!

Jack zaklął pod nosem. Przeklęte lalunie oczywiście musiały się wtrącić!

Po minie przeciwnika, futbolista poznał, że Vivi też nie był zadowolony z obrotu spraw. Za to Wladimir i Illyrio zareagowali na pomysł z wyraźną ulgą.

- TAK! – krzyknął jeden z nich – Właśnie tak! Grunt to dać dobre przedstawienie! Prawda Wlad?

- D-d-dokładnie! Ach, wyjąłeś mi to z ust! Po co chłopcy mają się bić? Boks to można mieć na co dzień. W telewizji. Niech zrobią coś ciekawszego! N-na przykład… niech… niech się posiłują na ręce!

- Właśnie! Albo… albo zrobią konkurs, kto zje najostrzejszą potrawę z menu!

- Niech postrzelają do siebie z pistoletów na wodę!

- Niech pograją w marynarzyka!

- Im bezpieczniej, tym lepiej!

Kurwa, oni tak na serio?

Jack gapił się na znajomych rywala z otwartymi ustami. Co to, zebranie miłośników pokoju?! Ci podstarzali kretyni serio wierzyli, że ktoś weźmie podobne sugestie na poważnie?!

- Siłowanie się na ręce brzmi jak dobry pomysł. – powiedziała Klara.

Wladimir i Illyrio odetchnęli z ulgą.

Cholera, a jednak! – w pierwszym odruchu futbolista miał ochotę pogryźć stół.

Na szczęście ujrzał światełko w tunelu.

A co mi tam! Potraktujmy to jak grę wstępną…

- No dobra, dawaj łapę! – burknął, a szeptem dodał – Posiłujemy się, a potem patio.

Vivi bez słowa wyciągnął rękę.

- Nie tak prędko, Jackuczka! – krzyknęła Tina – Klaroszka jeszcze nie skończyła.

W oczach rywala Jack ujrzał odbicie własnych myśli.

O co wam jeszcze, KURWA, chodzi?! Ja tu muszę komuś natychmiast wpierdolić, a wy, kurwa, wyskakujecie z jakimś dziecinnym siłowaniem! Nie mam czasu na pierdoły! Teraz, zaraz chcę na patio!

- Słyszeliście o Rozgrywce Tysiąclecia? – spytała Klara.

Futbolista podrapał się po głowie. Kurde, chyba coś na ten temat słyszał. Od dziadka… albo od Tiny…albo od kogoś jeszcze innego. No dobra, mniejsza... to na czym to, kurwa, polegało?

Aha. Przypomniał sobie. No więc Rozgrywka Tysiąclecia:

Wódka. Więcej wódki. Jeszcze więcej wódki. Cholernie dużo wódki. Ale nie, serio… bardzo dużo wódki!

A, i jeszcze siłowanie się na ręce. Im więcej wygrywasz, tym więcej pijesz. Ale żeby całkowicie wygrać, musisz być odporny na procenty. A przynajmniej na tyle odporny, by cztery razy pod rząd przycisnąć dłoń przeciwnika do blatu. Czy to było ekscytujące? Pfft! Na pewno nie tak jak patio!

Jack został zmuszony do przemyślenia swojego stanowiska, gdy zobaczył wyraz twarzy rywala. Pierwszy raz, odkąd posadził upierdliwe dupsko przy ich stoliku, Vivi miał w oczach… wahanie. A jego znajomi aż pozielenieli ze strachu.

- Vit… Vivi, nie możesz się na to zgodzić! – drżącym głosem szeptał Illyrio – Ta zabawa jest chora! Wszystko, tylko nie to!

- Jeśli to zrobisz, to tak jakbyś odrzucił wszystko, co dla ciebie ważne. – błagalnym tonem przekonywał Wladimir – Rozumiem, że jesteś wściekły, ale pomyśl o jutrze!

Nagle do Jacka dotarło.

Ach, no przecież! – futbolista czuł się jak Krzysztof Kolum po odkryciu Ameryki – Koleś zamówił sok z gujany. Sok z gujany zamiast piwa! Proszę, proszę… ktoś tutaj ma ważny powód, by nie pić dzisiaj alkoholu! Fufufu… coś mi się zdaje, że znalazłem twój słaby punkt, cwaniaczku! Może jednak nie muszę iść na patio, żeby cię upokorzyć?

- Jak u ciebie z tolerancją alkoholu, przyjacielu? – zagaił lekkim tonem.

Vivi przekrzywił głowę.

- Jestem Rosjaninem. – oświadczył, jakby to tłumaczyło wszystko.

- Naprawdę? Ja też.

- Nie. – wzdychając, zaprzeczyła Tina – Masz dwadzieścia pięć procent rosyjskiej krwi.

- Czyli pozostałe siedemdziesiąt pięć procent pije po amerykańsku? – zażartował niebieskooki palant – Alkoholowe zabawy są dla dzieci. To rywalizacja niegodna walki o damę. Sądzę, że patio to lepszy pomysł. Ale jeśli się boisz, to oczywiście zrozumiem.

- Wiesz, co myślę? – Jack posłał rywalowi złośliwy uśmiech – Próbujesz sobie wmówić, że to ja boję się patio… podczas gdy tak naprawdę ty boisz się wódki. I co na to powiesz, Mistrzuniu?

Dziewczyny wyczekująco popatrzyły na Viviego… a Vivi popatrzył na przeciwnika z politowaniem.

- Rozumiem, że przy obstawianiu wyścigów konnych istnieje pewien element ryzyka. - zaczął, chichocząc pod nosem – Ale… ja przeciwko tobie w alkoholowej bitwie? To żadne ryzyko. Co miałeś w szkole z matmy? Nie uczyli cię, że sto procent oznacza więcej niż dwadzieścia pięć?

- Zaryzykuję i postawię moje dwadzieścia pięć procent przeciwko twoim stu. – wycedził Jack – Jeśli wygrasz, pójdę z tobą na patio. Zakładając oczywiście, że dasz radę wstać.

Spojrzenia Wladimira i Illyria były przerażone… ale niebieskie oczy pozostawały nieugięte. Futbolista pochylił się i zatrzymał swoje czoło kilka centymetrów od czoła rywala.

- To jaka decyzja… misiaczku?

XXX

Szklanka wysunęła się z dłoni Yakova i roztrzaskała się na podłodze.

- Noż, cholera jasna!

Kląc pod nosem, Feltsman poszedł po zmiotkę.

No ładnie! Teraz już nie miał szklanki, z której mógłby napić się wody! Została tylko ta do przechowywania protezy. Ta sama, którą wcześniej opróżnił Viktor.

Przypomniawszy sobie wyczyn przeklętego smarkacza, rosyjski trener wzdrygnął się. Gdy sprzątał potłuczone drobinki szkła, niespodziewanie ogarnęły go złe przeczucia. Klekot zamiatanych na szuflę kryształków był dziwnie… złowieszczy. Podnosząc jeden z większych kawałków, Feltsman skaleczył się z palec. To go jeszcze bardziej zaniepokoiło.

Czy działo się coś złego? Coś… o czym nie wiedział?

Owinąwszy ranę chusteczkę, Yakov wziął komórkę, by sprawdzić godzinę. Dziesiąta wieczorem. Vitya nie wyszedłby o tej porze z hotelu. Razem z pozostałymi dwoma sztukami powinien dawno być w łóżku. Najlepiej, gdyby spał – jednak Feltsman nie był aż tak naiwny, by liczyć na podobny scenariusz. Nie, upierdliwy smarkacz prawdopodobnie buszował w internecie. Może komentował zdjęcia na tej zboczonej stronie, Confetti Giacometti? Ugh, gdyby to zależało od Yakova, usunąłby wszystkie podobne witryny, a ich autorów powywieszał za jaja na balkonie! Takie dwuznaczne wpisy i zero zabezpieczeń przed dziećmi (oraz zdziecinniałymi Mistrzami Europy)! Okropność! Z drugiej strony, już lepiej by Vitya przeglądał Confetti Giacometti, niż robił coś niebezpiecznego.

Feltsman zamrugał. Ale skąd w ogóle pomysł, że Vitya robił coś niebezpiecznego? Przecież jedna zbita szklanka jeszcze niczego nie oznaczała! Bo nie oznaczała… prawda?

Z grymasem na twarzy Yakov wrócił do łóżka. Ten szczeniak Nikiforov kosztował go więcej zdrowia niż wszyscy pozostali wychowankowie z całej trenerskiej kariery! Przyprawiał Feltsmana o ból głowy, nawet gdy siedział u siebie w pokoju. Jeszcze trochę, a Yakov będzie się bał pójść do kibla z obawy, że gdy go nie będzie, Viktor zrobi coś głupiego. Paranoja! Po prostu, cholera, paranoja!

Swoją drogą, chyba zostały mu już tylko mejle Viktora?

Yakov wzdrygnął się. Sprawdził już korespondencję wszystkich członków klubu, a srebrnowłosego diabła zostawił sobie „na deser". Ugh… pochłonięcie upieczonego z Viktorowych zboczeń ciastka jak nic skończy się niestrawnością! Ale co poradzić? Obowiązek to obowiązek.

Pierwszy melj był do Giacomettiego. Feltsman przygotował się na najgorsze.

Od:

Do:

Hejuuuu,

Christine, mam ogromną prośbę! Jak będziesz w górach, możesz dla mnie kupić te grube wełniane skarpetki? Coś w stylu tych:

[link]

Yakov narzeka ostatnio, że zimno mu nogi, gdy śpi, więc chce mu dać takie na urodziny 3

Jak będziesz wiedział, ile kosztowały, daj znać, a zrobię ci przelew.

Może przywieziesz mi te skarpetki na Trophee de France? Ja przywioze ci najlepszą rosyjską wódkę ;) ;) ;)

Wielkie dzięki za pomoc! Daj znać, gdy uda ci się coś znaleźć!

Całusy,

Vivi

Po przeczytaniu wiadomości, Yakov zaczerwienił się. Zrobiło mu się też głupio, że wyrzucił Viktora z pokoju.

Ten mejl wyglądał… cóż… nie do końca tak, jak można by się spodziewać. Długowłosy szatan mógł być upierdliwy, ale potrafił być też diablenie słodki. Zawsze pamiętał o urodzinach trenera i stało się już tradycją, że dawał Feltsmanowi trzy prezenty:

Pierwszy – najnowsza książka Dana Browna (z karteczką w środku: „tylko nie popadnij w paranoję!").

Drugi – nowa płyta Britney Spears (Yakov zawsze się o to awanturował, ale w rzeczywistości był wdzięczny wychowankowi, bo gdyby musiał sam pójsć do sklepu i kupić sobie tę płytę, to chyba umarłby ze wstydu).

Trzeci – jakaś niespodzianka. W tym roku najwyraźniej skarpetki.

To miłe ze strony Viktora, że pamiętał, na co narzekał jego łysiejący opiekun. Pomyśleć, że nawet specjalnie prosił Chrisa, by załatwił mu skarpetki z gór… bo przecież trener powiedział, że szwajcarskie skarpetki są najlepsze!

A co zrobił Yakov? Yakov nie miał nawet czasu wysłuchać Viktora! Uznał, że znalezienie donosiciela było ważniejsze niż brak motywacji ulubionego ucznia. Czy rzeczywiście dobrze zrobił, każąc wychowankowi wrócić do tematu w Petersburgu? A co jeśli to było dla młodego łyżwiarza ważne?

Ech, byłoby łatwiej, gdyby byli do siebie choć trochę podobni! Czasami Feltsman w ogóle nie rozumiał swojego ulubieńca. Może wynikało to z faktu, że gdy sam był czynnym zawodnikiem, nikt nie uważał go za jakoś szczególnie utalentowanego?

Biorąc pod uwagę jedynie charakter i predyspozycje, Yakov jako łyżwiarz stanowił całkowite przeciwieństwo Viktora. To Tatiana Lubicheva – dziewczyna, z którą jeździł w parze – była „tą genialną i wyjątkową". Podobnie jak Nikiforov, szybko zyskała sobie miano niekwestionowanej Królowej Lodu. I, podobnie jak srebrnowłosy mistrz, nie widziała różnicy pomiędzy „chcę" i „robię". Dla niej nie było rzeczy niemożliwych. Jedyny problem miała z motywacją (zabawne - zupełnie jak Vitya). A Yakov?

Cóż, przez pierwsze pięć lat kariery Feltsman zachodził w głowę, dlaczego ze wszystkich łyżwiarzy trener wybrał na partnera Tatiany właśnie jego – to nie tak, że Yakov był totalnym beztalenciem, jednak gdy porównało się go do innych, znacznie zdolniejszych młodzieńców, wypadał… no, trochę słabo. Zrozumienie przyszło dopiero po pewnym czasie. Dopiero po pewnym czasie Yakov zdał sobie sprawę, że tylko on był w stanie zapanować nad trudnym charakterem Lubichevy i odpowiednio zmotywować tę upartą babę. Dopiero wtedy zrozumiał, że każdy ma inny rodzaj talentu, a jego talentem było wpływanie na innych. Postanowił zostać trenerem. Była to jedna z najlepszych decyzji w jego życiu.

Problem w tym, że nawet najlepszy trener nie przeskoczy pewnych rzeczy. Gdy był zawodnikiem, Yakov mógł wspierać Tatianę, rozmawiać z nią, czasem nawet wpływać na jej decyzje… ale to wcale nie oznaczało, że zawsze ją rozumiał. Tak szczerze – znacznie częściej jej nie rozumiał.

Z Viktorem było podobnie. Nikiforov przybył do Petersburskiego Klubu Łyżwiarskiego jako mały szczyl, a Feltsman odegrał zaczącą rolę w transformacji tego małego szczyla w dorosłego mężczyznę. Pierwsza pała w szkole, pierwszy zarost, pierwsza poważna kłótnia z ojcem – Yakov był z tym wszystkim (i z całym mnóstwem innych faktów z życiorysu wychowanka) aż za dobrze zaznajomiony. Znał tego gówniarza lepiej niż ktokolwiek. A mimo to… podobnie jak nie potrafił postawić się w sytuacji Tatiany, tak samo miał problem z wejściem w skórę Viktora.

„Po co wychodzę na lód?"

Pfft! Też coś… Yakov nigdy nie musiał zadawać sobie tego pytania. Już kiedy zaczynał karierę, miał z milion powodów, by jeździć na łyżwach! Ludzie tacy jak on – ludzie, którym nie dano nadzwyczajnego talentu – musieli mieć dodatkową motywację poza wygrywaniem. Bez tego nie byliby w stanie nawet powąchać pierwszej dziesiątki, a co tu dopiero mówić o zdobywaniu medali.

Yakov chciał pokonać Wronkova.

Yakov pochodził ze średnio-zamożnej rodziny, a każdy sukces oznaczał dla niego poprawienie sytuacji najbliższych.

Yakov kochał jeździć figurowo na łyżwach, zaś wygrywaniem udowadniał, że dobrze zrobił, wybierając ukochany sport, zamiast pracy w sklepie ojca.

To były jego powody. Czy raczej część powodów.

A Viktor? Jakie on mógł mieć powody? Nie było w łyżwiarskim świecie nikogo, kto mógłby chociaż zbliżyć się do jego poziomu. Jeżeli srebrnowłosy geniusz nie zgarniał wszystkich możliwych nagród, to tylko dlatego że czasem za bardzo kombinował, albo przetrenował się, albo miał grypę, albo coś jeszcze innego. Z cała pewnością nie przegrywał przez brak umiejętności.

Na litość boską, ten smarkacz powinien nie mieć sobie równych! Tamto nieszczęsne srebro na Mistrzostwach Świata było dla Yakova jedną wielką pomyłką. Dowodem na to, że coś było nie tak. Drzemiący w ciele Nikiforova potencjał powinien przeobrazić się łyżwiarski walec i rozjeżdżać konkurencję na każdych zawodach. Ale niestety – dla Viktora samo wygrywanie było nudne („Nudne?!" z oburzeniem krzyczał Yakov „Ja za każde swoje złoto musiałem płacić krwią i potem, a ty nazywasz wygrywanie nudnym?!").

Feltsman nie żartował, gdy mówił o zginaniu małego palca. Powtarzał wychowankowi tę posraną metaforę, ponieważ liczył, że wreszcie zachęci chłopaka do sięgnięcia po pełnię możliwości. Tatiana Lubicheva zgięła wszystkie pięć palców tylko raz – ona i Yakov zdobyli wtedy olimpijskie złoto (Wronkov wyrwał sobie połowę włosów ze złości, aż miło było popatrzeć). No ale… to było wiele lat temu. Teraz Feltsman miał nowego geniusza i w związku z tym zupełnie nowe problemy.

Problemy, których w żaden sposób nie można było rozwiązać w jeden wieczór. Już lepiej zająć się tym w Petersburgu. Yakov usiądzie, pomyśli nad tym wszystkim, zastanowi się… Viktor też usiądzie, zastanowi się, pomyśli… tak, to zdecydowanie lepsze rozwiązanie.

Właśnie tak! Rozmowa: w Petersburgu. Czytanie mejli: teraz.

Feltsman otworzył następną wiadomość.

Od:

Do: anastazja.

wybacz mamo

nie przyjade na urodziny do domu

gdy będziesz przysyłać mi prezent nie pisz proszę, że to od ciebie i od ojca. Dobrze wiem, że będzie tylko od ciebie.

właściwie to zamiast prezentu wolałbym się spotkać. Wpadniesz do Petersburga? Zapraszam na kawę i ciastko.

kocham cie

Vitya

Spanikowany Feltsman zatrzasnął klapę laptopa. Krzywiąc się, zamknął oczy i ścisnął czubek nosa.

Cholera. Nie miał prawa widzieć tego mejla. To nie była jego sprawa! Nie powinien był czytać tej przepełnionej rezygnacją wiadomości, którą Vitya z całą pewnością napisał w pośpiechu, skoro nie kłopotał się dużymi literami, przecinkami i ortografią. Szlag! Ten spragniony uczuć młokos nawet durne SMSy do Yakova faszerował niezdrowymi ilościami emotikonów! A własnej matce wysłał marne osiem zdań i to tak bijących obojętnością, że mogłyby zostać napisane przez robota.

Uch, dlaczego Yakov musiał to przeczytać? Przecież nie o to chodziło w przeglądaniu tych przeklętych mejli! Nie chodziło o włażenie z butami w prywatne sprawy Viktora!

Chociaż… czy Yakov dowiedział się z tej wiadomości czegoś nadzwyczajnego? Czegoś, o czym jak dotąd nie wiedział? Przecież znał historię konfliktu swojego wychowanka z rodzicami i miał na ten temat wyrobioną opinię. A poza tym… kogo on próbował oszukać? Gdyby jeszcze dziesięć lat temu powiedział „nie mój dzieciak, nie moja sprawa", może ktoś by mu uwierzył. Ale teraz? Każdy, kto choć trochę znał Viktora, wiedział, że srebrnowłosy hultaj już od dawna był bardziej dzieckiem Yakova niż swoich biologicznych rodziców. A skromnym zdaniem Feltsmana, Pan i Pani Nikiforov mogli winić za podobny stan rzeczy jedynie siebie.

Anastazja Nikiforova? No coż, Anastazji Nikiforovej teoretycznie nie można było niczego zarzucić. Była dobrą kobietą. Kochała Viktora i starała się przy każdej okazji okazywać mu uczucie. A mimo to nie potrafiła wpłynąć na upartego jak wół męża i zmusić go do pogodzenia się z synem. Niby nie było to duże przewinienie, ale jednak powodowało, że Yakov czuł w związku z tą kobietą coś na kształt rozczarowania. Być może dlatego że w jego domu matka zawsze stała po stronie dzieci.

No dobrze, rodzicielka Viktora była do przyjęcia. Trochę irytująca i zboczona (zupełnie jak syn) ale jednak do przyjęcia. Ale ojciec? Ooooo, to już zupełnie inna historia! Yakov chętnie powiedziałby parę rzeczy Aleksandrowi Nikiforovowi… gdyby Jego Wysokość Aleksander Nikiforov uważał Yakova za wystarczająco ważną personę, by odbierać od niego telefony! Pieprzony dupek! Noż, cholera, tchórz, złamas i dupek!

Był taki czas, gdy Yakov jeszcze jako tako tolerował ojca Viktora. Jako tako. No dobrze, ucieczka z domu i zafundowanie rodzicom czterdziesto ośmiogodzinnego piekła to był powód, by mieć pretensje do syna. Pretensje, a nie wieloletnią urazę. Zresztą, Vitya też nie nawiał z domu pod wpływem kaprysu. Nie jego wina, że wolał łyżwiarstwo figurowe, chociaż ojciec wymarzył go sobie na hokeistę. Nie jego wina, że gdy potajemne treningi piruetów i skoków wyszły na jaw, tatuś złapał go za włosy i publicznie zwyzywał. Wiele dzieciaków rozważałoby ucieczkę z domu po czymś takim. Chociaż zapewne nie w tym samym stylu, co Viktor (zero listu i w ogóle czegokolwiek; mamusia i tatuś dowiedzieli się, gdzie pojechał, dopiero po dwóch dniach, gdy zadzwoniła do nich ciotka z Petersburga). No ale dobra. Wtedy jeszcze Yakov tolerował Aleksandra Nikiforova.

Tolerancja rozpłynęła się w niebyt po osiemnastych urodzinach Viktora. Wówczas Feltsman zapakował zaskoczonego wychowanka do samochodu, zawiózł do domu rodziców, wysadził, wcisnął do ręki butelkę żołądkowej z kretyńską złotą wstążką i powiedział:

- Jesteś teraz mężczyzną, Vitya! Od dzisiaj jesteś dorosły, więc idź do ojca, napij się z nim wódki i wyjaśnijcie sobie wszystko!

„Dorosły" dzieciak był zesrany ze strachu, ale posłusznie wypełnił polecenie.

Yakov do dziś przeklinał samego siebie za tak głupi pomysł. Kiedy kilka godzin później przyjechał po Viktora, tamten był tak nawalony i tak wkurwiony, że włosy stawały dęba! Feltsman nie znał szczegółów, ale jeśli wierzyć słowom zapłakanej Anastazji, Vitya i jego ojciec sami obalili cztery butelki wódki, przy piątej zaczęli na siebie wrzeszczeć, a przy szóstej… ech, szkoda gadać. Yakov nie mógł się zdecydować, czym był bardziej zbulwersowany – tym, że Sasza pozwolił pełnoletniemu od zaledwie kilku godzin synowi władować w siebie taką ilość alkoholu (to ponoć były jakieś milczące zawody, a Vitya zaskakująco nieźle sobie poradził, bo był tak wkurwiony, że nie czuł procentów), czy tym, że jego wychowanek… jego słodki i pracowity Vitenka usłyszał, że „jego medale nie są nic warte" a on sam jest „bawiącą się w tancerkę parodią sportowca".

Noż, kurwa mać! Jak można było powiedzieć najmłodszemu w historii Mistrzowi Świata coś takiego?! Pieprzony Aleksander Nikiforov powinien dziękować żonie, że nie wpuściła wtedy Felstmana do domu! Uch! Żeby powiedzieć własnemu synowi coś takiego!

Jakaś część motywacji Viktora tamtego dnia umarła. No bo po co miałby się starać, skoro ilość medali nie wpływała w żaden sposób na szacunek, jaki miał u ojca? Zresztą… od tamtej pory, w każde swoje urodziny, srebrnowłosy młodzieniec przychodził do trenera i bez słowa kładł na stole butelkę wódki. Butelka wódki zawsze była obwiązana tą samą złotą wstążką. A Yakov po prostu stał z głupią miną, zmieszany, bo doskonale wiedział, że nie chodziło ani o wódkę, ani o wstążkę, tylko o milczącą deklarację, kogo Vitya uważał za swojego prawdziwego ojca…

KURWA! Jak ja mogłem wyrzucić go z pokoju?!

Feltsman chwycił komórkę i bez wahania wykrecił numer srebrnowłosego utrapienia. Już pal sześć, że to zboczeniec, matoł, Puszka Pandory i źródło wszelkiego zła! Yakov nie miał własnych dzieci, więc tym jednym, przybranym, mógł się zająć porządnie!

Będzie dobrze. W torbie są leki na uspokojenie, a w barku na dole przez dwadzieścia cztery godziny sprzedawali Żubrówkę. Yakov da radę.

No bo przecież… jak mógł zostawić Viktora samego, gdy ten pacan wysyłał do matki tego typu mejle?! To było niedopuszczalne! Niegodne trenera z takim doświadczeniem. Ani – tym bardziej – przybranego ojca.

Wsłuchując się w głuche pipanie, Feltsman nerwowo stukał palcem w nakładkę telefonu.

- Czeeeeść!

- Vitya, słuchaj…

- Tu Viktor Nikiforov! Zostaw wiadomość! Obiecuję, że oddzwonię. Słowo. No to papa.

Oczy legendarnego rosyjskiego trenera rozszerzyły się w szoku.

Automatyczna sekretarka? Viktor nie odebrał telefonu od Yakova? Od Yakova?!

Niemożliwe. – powiedział sobie Felstman – On ZAWSZE odbiera ode mnie telefony. Odbiera, bo nie chce przepuścić okazji, by powiedzieć mi coś w stylu: „Hej, wkładam sobie banana w tyłek? Chcesz przyjść popatrzeć?"

Zaciskając zęby, Yakov zadzwonił po raz drugi.

- Czeeeeść! Tu Viktor Nikiforov! Zostaw wiadomość…

Gniewnie nacisnął czerwoną słuchawkę. A zaraz potem zieloną.

- Czeeeeść! Tu Viktor…

- TAK, KURWA, WIEM, JAK SIĘ NAZYWASZ! Dlaczego nie odbierasz, do cholery?!

- …wo. No to papa.

Wielka dłoń już… już chciała cisnąć telefonem o podłogę! Na szczęście, w ostatniej chwili Feltsman zdołał nad sobą zapanować. Zaczął myśleć o mejlach Viktora, o nieszczęsnej szklance, o skaleczonym palcu… i wreszcie o trzech (trzech!) nieudanych próbach dodzwonienia się do srebrnowłosego smarkacza. Gdy dodał do tego wszystkiego jeszcze doświadczenie i intuicję, zerwał się z łóżka i zaczął chodzić po pokoju.

Niech to szlag, ten gówniarz jak nic robi coś, czego nie powinien! – pomyślał, szarpiąc się za włosy – Ja to, kurwa, czuję w trzewiach! Ja to, kurwa, wiem!

No dobrze, Feltsman… spokojnie, nie panikujmy. Zastanówmy się przez chwilę. Kto widział tego nicponia jako ostatni? Aha, Shevchenko…

Yakov zadzwonił do Ilii. Włączyła się automatyczna sekretarka. („Zaraz? Czy nie mówił przypadkiem, że chcieli z Wladem iść na miasto?")

Yakov zadzwonił do menadżera. Menadżer nie odebrał. („Noż, cholera jasna! On ze wszystkich ludzi powinien nosić komórkę przy dupie!")

Yakov zadzwonił do Georgija. Zero odezwu. („Zignorował telefon od trenera? No TAKIEJ odwagi to bym się po nim nie spodziewał!")

Yakov zadzwonił do Babichevy. Usłyszał kolejną automatyczną sekretarkę. („Młoda też? No nie wierzę! To się zaczyna robić podejrzane…").

Już drugi raz tego wieczoru pojawiła się pokusa rozwalenia komórki. Jednak opiekun petersburskiej gromadki i tym razem zdołał nad sobą zapanować. Zamiast niszczyć przydatny sprzęt, zaczął się zastanawiać, która ze słodkich grzesznych kruszynek była najbardziej podatna na presję. Wybory odpowiedniego kandydata nie trwały długo.

Yakov zadzwonił do swojej ofiary kilka razy, jednocześnie wysyłając w jej kierunku intensywny przekaz telepatyczny.

No już, malutki, odbierz! Jestem twoim trenerem, wiesz? Niefajnie jest wkurzać trenera. Jak ja się wkurwię, to nie będzie wesoło, chyba to rozumiesz? Odbierz, a być może nie zamienię Twojego życia w piekło po powrocie do Petersburga!

W końcu Popovich pękł.

- T-t-trenerze! – rozległ się jego rozdygotany głos – To trener jeszcze nie śpi?

Feltsman nie miał czasu na tego typu gierki. Bez owijania w bawełnę, zapytał:

- Georgi, gdzie jesteście?

- W cerkwi.

- Gdzie?!

- No… w cerkwi. P-przyszliśmy prosić o powodzenie przed zawodami. T-tak jak… Esmeralda o ochronę przed Frollem!

Esmeralda? Jaka, kurwa, Esmeralda?!

- „Wy" to znaczy KTO?

- No… ja, Wlad, Ilia, Miłeczka... yyy….

- Viktor?

- Viktor?! Jaki Viktor? Tutaj nie ma Viktora!

- Lepiej mnie nie wkurwiaj, Georgi… Viktor też z wami jest, prawda? Co teraz robi?

- On… yyy…. założył się z popem o to, kto więcej razy odmówi „Ojcze Nasz".

I on, kurwa, naprawdę myśli, że Yakov w to uwierzy?! Niechby powiedział, że Vitya nawdychał się ozonu i lata po niebie – nawet taka historia brzmiałaby wiarygodniej.

- Aha. I co? Może mi jeszcze powiesz, że Viktor wygrywa?

- N-no cóż… m-ma już nad popem sporą przewagę, ale… ehehe… nie wierzy mi pan, trenerze?

- OCZYWIŚCIE, ŻE, KURWA, NIE WIERZĘ! Viktor nigdy nie był cerkwi! On nawet nie potrafi odróżnić krzyża katolickiego od prawosławnego! O odmawianiu modlitwy już nawet nie wspomnę…

Pfft! Vitya… w cerkwi! Ten pacan modlił się tylko do swojego laptopa. Gdy program anty-wirusowy blokował wyświetlanie durnych francuskich kreskówek.

Ze strony Popovicha dochodziły jakieś dziwne odgłosy. Jakby… tłum kibiców? Krzyczeli coś o krążku i małym tygrysie?

- Gadaj, gdzie jesteście i co naprawdę robicie! – Yakov zażądał od wychowanka - Co to za hałasy?!

- Uch… no dobra, jesteśmy na meczu hokeja.

- Nie, Georgi, NIE jesteście na meczu hokeja! Viktor w życiu nie poszedłby na mecz hokeja.

Mógłby się zgodzić pójść do miejsca, w którym puszczali hokej w telewizji, ale na sam mecz nie dałby się zaciągnąć. Yakov był tego w stu procentach pewien. Dzięki uroczemu tatusiowi, Viktor nienawidził hokeja.

A skoro mowa o tym srebrnowłosym hultaju… to czy Felstmanowi tylko się wydawało, czy słyszał, jak grupka ludzi skandowała czyjeś imię? Co oni, u licha, krzyczeli?! Chyba…

-Vi-vi! Vi-vi! Vi-vi!

- Dobra, Georgi, mam tego dosyć. – warknął Yakov – Ty nawet nie umiesz przekonująco kłamać. Dawaj mi do telefonu kogoś dorosłego!

- A-ale… ja mam dwadzieścia dwa lata…

- Kogoś dorosłego, kto nie nosi idiotycznej czapki z uszami Myszki Miki!

Popovich żałośnie pociągnął nosem, ale pozwolił, by zabrano mu komórkę.

- Ju-hu! – zawołał głos Babichevy – Cześć, trenerze!

Na czole Feltsmana zapulsowała żyłka.

- DOROSŁEGO! – ryknął do telefonu – Masz trzynaście lat, Milka! Powiedziałem „dorosłego"! Mam, kurwa, podać definicję?! Chcę rozmawiać z racjonalnie myślącym posiadaczem dowodu osobistego, który goli się czymś innym niż ręcznik i może legalnie pić wódę!

Dziewczyna zupełnie zignorowała wybuch opiekuna.

- Jesteśmy w hiszpańskiej knajpie. – oświadczyła bez zająknięcia – Vitya dał się wciągnąć w bitwę. W tej chwili tańczy na DDRach.

- DD… co?

- DDR. Dance Dance Revolution. No wie trener, taka mata do tańca. Trzeba stawiać stopy na strzałkach.

Yakov zastanowił się chwilę. Chyba rzeczywiście widział kiedyś coś takiego. Tylko gdzie? Aha, na Fejsie. Chyba nawet to lajknął. W tej chwili jednak nie zamierzał okazywać aprobaty.

- Czy on do reszty zdurniał?! Daj mi go do telefonu!

- Nie może rozmawiać. Jest w trakcie walki.

- Guzik mnie obchodzi, co teraz robi! Chcę z nim natychmiast rozmawiać!

- Oj, niech trener już da spokój! To tylko zabawa…

- Zabawa?! On jutro jedzie dowolny, na litość boską! Będą go boleć nogi.

- Ilia mówi, że nic mu nie będzie.

- Shevchenko tak mówi, tak? No dobrze! W takim razie daj mi pana specjalistę do telefonu!

Ku uldze Yakova, Babicheva spełniła polecenie.

- P-panie Feltsman?

Dzięki Bogu, nareszcie ktoś dorosły!

Żonaty, dzieciaty, odpowiedzialny dorosły, Ilia Shevchenko! Z nim będzie można normalnie porozmawiać.

- Dlaczego nie odbierasz telefonu, Ilia? – Feltsman spytał poirytowanym, ale spokojniejszym niż chwilę temu, tonem – Co się tak naprawdę dzieje? I co robi Viktor?

- Jest tak, jak powiedziała Mila. – Ukrainiec odparł ze zrezygnowaniem – Viktor rzeczywiście tańczy na DDRach. Panie Feltsman, przepraszam… Viktor był wcześniej taki markotny… chciałem go trochę podnieść na duchu, więc zaproponowałem, by przyłączył się do mnie i do Wlada. Wiem, że zabronił mu pan wychodzić i w ogóle, ale… no wie pan, jak to jest. Nie chcieliśmy zostawiać go samego, gdy był w takim stanie.

Yakov westchnął. No dobra, okej… to brzmiało rozsądnie. Program dowolny miał się odbyć wieczorem. Wyjście na miasto w przeddzień zawodów to jeszcze nie zbrodnia. Natomiast inne rzeczy…

- Ja wszystko rozumiem, Ilia. Jestem skłonny przymknąć oko na to, że zawodnik, który powinien leżeć w łóżku i wypoczywać przed treningiem, szlaja się po centrum Moskwy. Ale… noż, do ciężkiej cholery, taniec?! Ilia, jak mogliście pozwolić mu wziąć udział w jakimś durnym wyzwaniu?

- Nie pozwoliliśmy. – głos Shevchenki wydawał się zmęczony i pokonany – Próbowaliśmy go powstrzymać na wszystkie możliwe sposoby, ale im bardziej się staraliśmy, tym bardziej on… on…

Klasyk. – Feltsman pomyślał, kręcąc głową – Gdy Vitya na coś się uprze, zabranianie mu tego czegoś przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.

- Im głośniej krzyczysz, że mu nie wolno, tym bardziej on chce to zrobić. – rzucił na głos – Gdy wrócimy do Petersburga, będę musiał was wszystkich lepiej przeszkolić… a na razie idź do szanownego Mistrza Europy i powiedz mu, że jeśli nie chce, bym zrobił z niego Wykastrowanego Mistrza Europy, to ma natychmiast złazić w pierdolonych DD… ugh… z pierdolonych tańców i wracać do hotelu!

- Z tym, że… ugh… no bo…

- No co?!

- Ja… więc… nie sądze, by to podziałało.

- Na litość boską! Po prostu złapcie go za kudły i siłą ściągnijcie z pierdolonej maty! Bo, do ciężkiej cholery, przysięgam, że sam przyjadę do tej zasranej knajpy! Jest was trzech! Babichevy nie liczę. Chyba umiecie zmusić jednego pacana, by przestał się wydurniać?

- Panie Feltsman, ja… ja nie sądzę, by Viktor miał zamiar przestać. Sądzę, że jest teraz tak… yyy… zawzięty, że… ugh! Panie Feltsman, tak się zastanawiam, czy nie mógłby pan… no… dzisiaj mu odpuścić?

Przez chwilę Yakov sądził, że się przesłyszał.

- Że… co proszę? Już pomińmy moje nerwy, Ilia. Ale spójrz na to z wychowawczej strony. Zrobiliście mu przysługę… zapewniliście mu rozrywkę na wieczór, a on odpłaca się wam, zachowując się jak egoistyczny gówniarz! Dobrze wiem, że to przez niego nie odbieraliście telefonów! Dobrze mówię? Nie odbieraliście, bo ten dureń ZNOWU narozrabiał, a wy mieliście nieszczęście być w pobliżu, kiedy to się stało. I co? Naprawdę myślisz, że nie należy mu się kara? Cieszę się, że w klubie jest solidarność, ale bez przesady!

- Sądzę… - Ilia zawahał się – Sądzę, że Vitya powinien zostać ukarany. Ale rano. Jutro rano. Bo wie pan, panie Feltsman, mam wrażenie, że dzisiaj on… ja… ja sądzę, że on ma mętlik w głowie. I uważam, że powinien się z tym wszystkim przespać. Myślę, że będzie lepiej dla wszystkich… dla niego… i dla pana… jeśli zmyje mu pan głowę jutro. No bo… hehe… no naprawdę, panie Feltsman, niech pan powie! Czy to aż tak wielka różnica, czy ukarze go pan dzisiaj czy jutro?

Nie, Yakovowi byłoby bez różnicy. Gdyby nie ton, z jakim Shevchenko powiedział ostatnie zdanie. Czy to była desperacja?

- Jakoś strasznie ci zależy, bym odroczył Vitence wyrok… - trener Nikiforova zaczął podejrzliwym szeptem – Słuchaj, Ilia… mam do ciebie prośbę. Wyobraź sobie, że stoisz przede mną i patrzysz mi prosto w oczy. Wyobraź to sobie i jeszcze raz powiedz mi: co dokładnie robi Viktor?

Niby te całe… DDRy, czy jak to się nazywało, brzmiały wiarygodnie. W dodatku pasowały do dźwieków, które Feltsman słyszał po drugiej stronie linii. Zaś Vitya biorący udział w bitwie tanecznej… no dobra, to mogło się zdarzyć. Było nawet całkiem prawdopodobne.

Ale w takim razie…skąd to dziwne przeczucie, że działo się coś znacznie gorszego? I dlaczego w głosie Ilii cały czas dawało się wyczuć subtelną nutkę strachu?

Ukrainiec odpowiedział po długich dziesięciu sekundach.

- V-Viktor tańczy na DDRach. Rywalizuje z dwa razy większym od siebie Amerykaninem. I… i o dziwo wygrywa. Poza tym nic się nie dzieje.

Yakov wciąż nie czuł się przekonany. Ale z drugiej strony… jeśli nie uwierzy Shevchence to będzie znak, że zaczął popadać w paranoję. Komuś na tym przeklętym świecie trzeba było zaufać! A Ilia troszczył się o Viktora. Nawet jeśli go krył, to na pewno nie zostawiłby srebrnowłosego gamonia na lodzie. Wlad tak samo. Milka i Georgi też mieli silne poczucie braterstwa, ale to była para szczyli, więc ich Yakov nie liczył.

W każdym bądź razie… no dobra! Niech im będzie! Urządzenie Viktorowi piekiełka mogło poczekać do rana.

- Ściągnijcie go z tych DDRów najszybciej, jak się da. – Feltsman burknął do telefonu – Skoro twierdzisz, że macie to pod kontrolą, to dzisiaj nie będę się wtrącał. Ale lepiej dla Viktora, by pokazał się na porannym treningu w przyzwoitym stanie! Bo jak nie…

- T-tak! O-oczywiście rozumiem! Dopilnuję, by Viktor też zrozumiał.

- A, i jeszcze jedno. Słuchaj, jak on skończy, to powiedz mu… ech, cholera… no dobra, niech stracę! Powiedz mu, że jest dla mnie ważniejszy niż szukanie donosiciela. I że porozmawiam z nim jutro. Nie będę czekał do Petersburga. W sumie to… w sumie to może nawet do mnie wpaść, gdy wrócicie. Jeśli nie będzie się za bardzo słaniał na nogach, może przyjść o którejkolwiek godzinie. Może do mnie wpaść, pod warunkiem, że nie uśnie mi na łóżku! Nie zamierzam z nim spać, zrozumiano?! Ale jeśli chce, bym go wysłuchał, to, kurwa, wysłucham go, jasne?! No to… tego… powiedz mu to wszystko, Ilia. Tylko tak jakoś… mniej sentymentalnie, dotarło?! Coś na zasadzie, że chyba coś takiego powiedziałem, ale mogło Ci się przesłyszeć, a własciwie to prawie na pewno się przesłyszałeś! Rozumiesz?

- Tak. – Ilia odparł cicho – Tak, naturalnie… rozumiem.

- Świetnie. W takim razie widzimy się jutro.

Yakov rozłączył się i niemal natychmiast padł na łóżko.

No świetnie! Jak nic zaczą gadać, że Feltsman utula Nikiforova do snu. No, kuźwa, wspaniale! Reputację najgroźniejszego trenera w Rosji szlag trafi. Kurde, może trzeba mimo wszystko zlokalizować tę knajpę i zrobić tam wściekłą awanturę? Wlad i Ilia nie mieli aż takiej wprawy w radzeniu sobie ze srebrnowłosym źródłem chaosu. A co jeśli Vitya przegra tę durną walkę i się załamie? Albo gorzej – wygra i dostanie od wściekłego Amerykańca po mordzie? Nie, zaraz. To prędzej Amerykaniec dostałby po mordzie. Cóż, Nikiforov na pewno nie pozwoliłby sobie dołożyć…

Wzdychając, Yakov przypomniał sobie, jak zapisał Viktora na kurs sztuk walki. Decyzja została podjęta jakiś czas po tym, gdy Vitya zaczepiał na parkingu groźnie wyglądających motocylistów. Srebrnowłosy wychowanek był na swoje nieszczęście zbyt przyjacielski i Feltsman nie mógł spać, ze strachu, że owa przyjacielskość stanie się przyczyną tragedii. Vitya był takim ślicznym chłopcem – z całą pewnością wielu chciałoby go porwać, zgwałcić i zabić (niekoniecznie w tej kolejności). Po trzecim nocnym koszmarze z rzędu Yakov nie wytrzymał. Sprowadził dalekiego siostrzeńca Lilki, trzydziestoletniego komandosa, by zaznajomił dzieciaka z krav magą, judo, aido, brazylijskim ju jitsu, boksem i wszystkim innym, co mogło się klasyfikować jako dawanie po mordzie.

Z początku Vitya kręcił nosem. Mówił, że sztuki walki to be, i zero gracji, i fu, i w ogóle po co mi to, ja nie chcę, nie lubię, nie podoba mi się to i gdyby pan instruktor nie miał tak ładnego tyłka, to przestałbym przychodzić na te zajęcia.

Smarkacz nie robił postępów, więc Yakov wziął instruktora na słowo i powiedział mu, że Viktor potrzebuje lepszej motywacji. Instruktor zmotywował Viktora następującymi słowami:

„Za każdą walkę, którą wygrasz, zrzucę z siebie jedną sztukę odzieży".

Po tygodniu instruktor przyszedł do Yakova i oświadczył, że nie chce więcej widzieć Viktora na oczy. Instruktor był zupełnie goły. Jak widać, Viktor miał dryg nie tylko do łyżwiarstwa. Po rozmowie z Yakovem, instruktor odwrócił się i z gołą dupą odmaszerował w stronę szatni. Viktor jeszcze go gonił, błagając o numer telefonu. Siostrzeniec Lilki kazał mu spierdalać. Viktor wył przez godzinę.

Tamtego dnia Yakov zrozumiał, że przy odpowiedniej motywacji Vitya wpierdoli każdemu. Od tamtego dnia spał spokojnie.

No dobrze… nie martwił się, że srebrnowłosy wychowanek zostanie pobity, ale za to martwił się całą masą innych rzeczy. Na przykład tym, że Vitya sprawiał dzisiaj wrażenie bardzo niestabilnego emocjonalnie. Albo tym dziwnym uczuciem. Uczuciem, które nie opuściło go nawet po rozmowie z Ilią.

Uczuciem, że coś się zdarzyło. Chociaż za cholerę nie był w stanie określić, co.

XXX

W strarciu Wołgograd kontra Moskwa zarządzono przerwę. Żeby umilić oglądającym oczekiwanie na wznowienie meczu, puszczono teledysk Mad Cow „Vodka! Vodka!". Piosenka zupełnie nie pasowała do hokeja, za to idealnie pasowała do rozgrywającego się w knajpie pojedynku. Nie trzeba było nawet wchodzić do Casy Bonity, by domyślić się, kto miał przewagę.

- Vi-vi! Vi-vi! Vi-vi!

Krzyki stawały się coraz głośniejsze, a zgromadzony tłum coraz bardziej podekscytowany.

Smukła dłoń bez wysiłku podniosła kieliszek i przezroczysta ciecz zniknęła w pięknych ustach. Trzy pozostałe szoty zostały opróżnione równie bezproblemowo. Różowy języczek oblizał wargi.

Tymczasem, po drugiej stronie stołu, grube palce z wyraźnym trudem sięgnęły po trunek. W przeciwieństwie do Viktora, Jack miał do wypicia tylko jedną porcję, a mimo to wyglądał, jakby walczył o życie. Podczas gdy jego rosyjski rywal siedział wyprostowany, Amerykanin prawie leżał na stole. Blond włosy były w kompletnym nieładzie, a brązowe oczy zdawały się krzyczeć z szału i bezsilności.

W sercu łyżwiarza nie było ani grama współczucia.

- Nie mamy całego dnia! –Viktor warknął, wyciągając rękę – Walcz, albo się poddaj!

Tak naprawdę miał gdzieś całe to starcie. Był tak wściekły, że prawie nie czuł zgromadzonego w ciele alkoholu.

Opowiadając o krzywdach, które wyrządził azjatyckiemu chłopakowi, Jack rozpalił w sercu Viktora ogień. A wódka tylko podsycała płomienie – z każdą kroplą młody mistrz coraz bardziej zatracał się w gniewie, stawał się coraz bardziej głodny zemsty. Już wcześniej był wściekły, ale teraz zamieniał się w zwierzę. Resztki rozsądku ginęły w pożarze złości i alkoholu.

- Vi-vi! Vi-vi! VI-VI!

Jack z trudem splótł palce z palcami rywala.

- Raz… dwa…

Nadgarstek futbolisty już nie chciał stawiać oporu. Ciężka dłoń z hukiem uderzyła w blat. Dwadzieścia pięć procent poniosło sromotną klęskę.

- TAAAAK! Mamy zwycięzcę! Vivi wygrywa starcie tysiąclecia! Brawooooo!

Colette wyciągnęła kwiaty z wazonu i uplotła je w dwa wieńce. Jeden nałożyła na głowę triumfatora, a drugi na głowę Klary.

- Księżniczka jest twoja, o wspaniały Łabędziu! – ogłosiła, podprowadzając Szwedkę do łyżwiarza.

Viktor nie przyjął dłoni dziewczyny.

- Gdzie Jack? – spytał, rozglądając się wokoło.

Jeszcze kilka sekund temu ta kanalia była tutaj!

- Jackuczka? – Tina uniosła brwi – Pobiegł do łazienki. A co?

- Hej, dokąd idziesz?! – Francuzka krzyknęła za odchodzącym zwycięzcą – Co z księżniczką?!

Nie oglądając się za siebie, Viktor cisnął wieniec na podłogę. Gniewnym krokiem zmierzał w stronę męskiej toalety.

Gdy drzwi do łazienki otworzyły się z hukiem, Amerykanin przemywał twarz. Na widok rywala kilka razy przetarł oczy, jakby się zastanawiał, czy to nie halucynacja. Wyglądał na lekko przymulonego, ale nic nie wskazywało na to, by miał zaraz zemdleć bądź zwymiotować.

- Ach! Więc tu jesteś! – Rosjanin zaśpiewał z sadystycznym uśmieszkiem – Zapomniałeś już, co mi obiecałeś?

Zanim napakowany bydlak zdążył odpowiedzieć, Viktor złapał go za blond kudły i brutalnie powlókł w stronę bardziej adekwatnego miejsca do wymierzenia kary. Osiłek był zbyt nawalony, by zaprotestować.

- Jackie? JACKIE!

Wyglądało na to, że przydupasy Amerykańca przybyli koledze na ratunek. Właśnie wbiegli na patio.

- Dosyć tego dobrego! – Luke wycedził, podwijając rękawy – Za długo działałeś nam na nerwach, przemądrzały lalusiu!

Viktor przewrócił oczami. Cisnął Jacka na ścianę i przygotował się na odparcie ataku dwóch szarżujących byczków.

Najpierw obezwładnił Ricka. W ostatniej chwili zrobił unik i pozwolił, by brzuch tępego mięśniaka nadział się na jego pięść. Amerykaniec jęknął z bólu. Viktor nie dał mu nawet chwili na dojście do siebie. Dwie perfekcyjnie założone dźwignie, jeden przerzut przez biodro i gamoń skręcał się na kamiennym podłożu.

Widząc, co stało się z towarzyszem, Luke zawahał się… ale mimo wszystko zaatakował. Wielki błąd. Rozluźnione za sprawą alkoholu kończyny Viktora poruszały się z zadziwiającą prędkością. Amerykanin numer dwa dostał trzy ciosy w mordę i cztery niezwykle bolesne uderzenia w jądra. Nie stracił przytomności, a mimo to nie miał najmniejszego zamiaru ponawiać szarży. Padł na ziemię i w geście kapitulacji rozłożył ręce.

- C-c-co do cholery?! – obserwujący całe zajście Jack chyba właśnie zaczął trzeźwieć – J-jak ty… co się…

Oczy, które jeszcze chwilę temu mrużyły się i błagały o sen, teraz całkowicie porzuciły myśl o drzemce. Były szeroko otwarte i zszokowane.

Zamiast odpowiedzieć, Viktor podszedł do drzwi i bardzo powoli przekręcił klucz. Upewniwszy się, że nikt już nie będzie im przeszkadzał, ze złośliwym uśmieszkiem zwrócił się do ofiary.

- Chcę z tobą o czymś pogadać, misiaczku.

Jack schował się za jedynym rosnącym na patio drzewem.

- Co to, zabawa w chowanego? – łyżwiarz zachichotał, splatając dłonie za plecami i idąc w stronę „kryjówki" osiłka – Tak czy siak oberwiesz. Uciekanie nie ma najmniejszego sensu. Rozumiem, że źle mnie oceniłeś… że uznałeś mnie za bezbronną chudzinkę, a prawda okazała się inna… ale strach ci teraz nie pomoże. Słuchaj, jeśli będziesz szczerze i pokornie odpowiadał na moje pytania, może nie uszkodzę cię aż tak bardzo? Bądź grzecznym chłopcem, a wyjdziesz stąd tylko z paroma siniakami…

- Kim ty, do diabła, jesteś? – zaciskając zęby, Amerykanin wychylił głowę zza konaru – Czego ode mnie chcesz? Mam kasę. Zapłacę ci, żebyś się odwalił!

- Ach! Naprawdę sądzisz, że kupisz sobie rozgrzeszenie? To nie Kraina Wuja Sama, misiu! A za to, co zrobiłeś, nie łatwo ci będzie odpokutować… oj, nie będzie!

Jack zamrugał.

- Odpokutować? – powtórzył z głupią miną - C-co… co ja takiego zrobiłem?

- Ech, on nawet nie wie, o czym mówię…

Cmokając, Viktor zaczął rozglądać się po otoczeniu w poszukiwaniu inspiracji. W końcu wypatrzył kawałek drutu. Metal był całkiem elastyczny, więc dawało się go wygiąć. Pogwizdując, łyżwiarz przerobił znalezisko na kastet i założył go sobie na prawą dłoń.

- Fakt, że nawet nie wiesz, co zrobiłeś, niemiłosiernie mnie wkurwia. – wyszeptał lodowatym tonem – Lepiej przemyśl sprawę, zanim do ciebie podejdę. Niefajnie jest stawać przed spowiednikiem, nie będąc gotowym na przyznanie się do grzechów.

Spanikowanym wzrokiem, dryblas rozglądał się za narzędziem do obrony. W końcu podniósł gałąź.

- Nie robiłbym tego. – poradził Viktor – Będzie bolało.

Jack wyskoczył zza drzewa i ruszył na przeciwnika z kawałkiem drewna. Sekundę później broń została mu wyrwana. Naprężony kijek trzasnął Amerykanina w jaja.

- Mówiłem, że będzie bolało. – westchnął łyżwiarz – Ale mniejsza o to. Czas, żebyśmy pogadali…

Na początek powykręcał skurwielowi nadgarstki - na wypadek gdyby blond byczek wpadł później na pomysł, by wymachiwać pięściami. Następnie zmusił gnojka, by klęknął, likwidując tym samym ryzyko odwetu ze strony nóg.

Najpierw kończyny. – powtarzał niegdyś siostrzeniec Lilki – Ludzie biją się, używając rąk i nóg. I to te części ciała trzeba najpierw obezwładnić.

Viktor westchnął ze zrezygnowaniem. Jeszcze dobrze nie zaczęli, a Jack już wył z bólu. Ech, co za mięczak! Pewnie marzył o zostaniu pozbawionym przytomności… pfft! Nadzieja matką głupich. Nie tak prędko, malutki!

Łyżwiarz ściągnął kastet i pomachał nim Amerykańcowi przed nosem.

- Na razie nie będę tego używał, dobrze? Kiepski byłby ze mnie mściciel, gdybyś dostał ode mnie po mordzie i nawet nie wiedział, za co. Pogadamy sobie, a ja zadecyduję, w którym kręgu Piekła Dantego wylądujesz. Jeżeli nie zejdziesz poniżej szóstego poziomu, zrezygnuję z metalowego cacka. Ale jeśli będziesz bardzo niedobry i wciąż będziesz czuł, że masz prawo zachowywać się jak bezkarny sukinsyn… no cóż, lepiej żebyś nie był niedobry.

Jack miał minę, jakby patrzył w oczy diabłu.

Coś w tym było. Viktor istotnie czuł się jak diabeł. Może gdyby dorwał blond kanalię, nie wchłonąwszy wcześniej potwornych ilości alkoholu, ta konfrontacja wyglądałaby nieco inaczej. Ale cóż… oczekiwanie najwidoczniej wzmagało apetyt. Również ten na zemstę. A alkohol nie od dziś był uważany za paliwo napędzające agresję.

W głowie łyżwiarza nie było już myśli. Został tylko ślepy szał. Szał i determinacja, by zmusić mentalność skurwysyna, by uklękła, tak jak klęczał sam Jack. Och! Każdy neuron w głowie tego gnojka będzie błagał o wybaczenie!

- No dobrze. – wypowiadając te słowa, młody mściciel wciąż czuł na języku przyjemny smak wódki – Pytanie pierwsze: jaki grzech ostatnio popełniłeś?

Amerykaniec zawahał się.

- Ja… ja nie wiem.

ŁUP!

Viktor strzelił mu w ryj.

- Zła odpowiedź. Jesteś kłamczuszkiem.

- Nie wiem, o czym mówisz…

ŁUP!

- Przysięgam, ja nie wiem…

ŁUP! ŁUP! ŁUP!

- Noż, do ciężkiej cholery! - krzywiąc się, Jack podniósł uszkodzony nadgarstek, by otrzeć płynącą z wargi krew – Daj mi chociaż jakąś podpowiedź! Zrobiłem w życiu mnóstwo głupich rzeczy, jasne?! Sprecyzuj chociaż, o którą ci chodzi!

- Ach! Ano, rzeczywiście… to jasne, że jesteś regularnym grzesznikiem. Wybacz, mój błąd. No więc… chodzi mi o przewinienie dotyczące Facebookowego Słodziaka.

- Co?! Tego głupiego żółtka?!

JEBUT!

Tym razem cios został wymierzony w brzuch.

- Bardzo nieładny sposób na określenie utalentowanego łyżwiarza, któremu zrobiłeś świństwo. – Viktor wycedził do ucha krztuszącego się osiłka.

- U… utalentowanego? – wysapał Jack – On wcale nie był… ZGODA! Zgoda, był! Dobrze, przyznaję, BYŁ!

Widząc, że Rosjanin sięga po kastet, Amerykanin natychmiast zmienił śpiewkę. Metalowy przedmiot ostatecznie pozostał na ziemi, ale wciąż leżał w zasięgu ręki mściciela.

- Okej. – Viktor zaśpiewał, klepiąc dryblasa po policzku – Podstawowe fakty już ustaliliśmy. Był sobie wściekły osiłek, czyli ty… i był sobie nieśmiały, utalentowany łyżwiarz, aka Facebookowy Słodziak. Osiłek postanowił zrobić łyżwiarzowi… przypomnij mi, jak to się nazywało? Test psychologiczny?

- Nie. – szepnął Jack.

- Och! „Nie"?

- To nie był test psychologiczny. To było świństwo.

Mistrz Europy odrzucił głowę do tyłu i wybuchł głośnym śmiechem.

- No naprawdę… zaraz rozpłaczę się ze wzruszenia!

Nagle przestał chichotać i brutalnie złapał Amerykanina za szczękę.

- Coś szybko zmieniłeś śpiewkę, kolego. – syknął, patrząc sukinsynowi w oczy.

Jack wzdrygnał się z bólu.

- J-jest… - zaczął drżącym głosem – J-jest mi przykro z powodu tego, co zrobiłem.

ŁUP!

Viktor ponownie zdzielił go w ryj.

- Kłamiesz, złamasie, i doskonale o tym wiesz. Nie jest ci przykro z powodu tego, co zrobiłeś. Jest ci przykro, bo sądziłeś, że możesz robić, co ci się podoba i wszystko ujdzie ci na sucho… a tu spotkała cię przykra niespodzianka! Trzeba uważać, co się mówi. Może gdybyś nie chwalił się swoim wyczynem na całą knajpę, nie byłbyś teraz w takiej sytuacji. A tak pożałujesz, że się urodziłeś.

- To ty pożałujesz! – dryblas nieoczekiwanie syknął – Za wszystko zapłacisz!

- O? A kto mi da nauczkę? Bo przecież nie ty albo twoi koleżkowie, co?

- Mój dziadek! Mój dziadek, Alexei Wronkov, ma takie kontakty, że gdybyś wiedział, nie ośmieliłbyś się nawet do mnie odezwać!

- Zaraz? Alexei Wronkov? W sensie Pan Minister?

Oczy Viktora rozszerzyły się w szoku. Chwilę później łyżwiarz ryknął śmiechem.

Ach, ach, ach! Lepiej już być nie mogło!

- No nie wierzę… - Mistrz Europy wycedził, ponownie ściskając twarz ofiary – A więc jesteś jednym z wnuczątek kochanego pana Wronkova? Ach, mogłem się domyślić! Taka przyjemność z gnębienia innych nie mogła się przecież wziąć z powietrza… Deduszka z całą pewnością przekazał ci w spadku dokładną instrukcję postępowania z rywalami. Ale wiesz, misiu… chyba zapominasz o pewnym istotnym szczególe. Panu Ministrowi wiele można zarzucić, ale jedną cechę ma pozytywną: lodowisko to dla niego Ziemia Święta. Stary Wronkov nie uznaje eliminacji innych łyżwiarzy w sposób inny, niż poprzez pokonanie ich na zawodach. Gdyby dowiedział się, jak rozprawiłeś się z obiecującym azjatyckim solistą, rozjechałby cię zambonim.

Tym razem w oczach Jacka pojawiło się zaskoczenie.

- A babuszka Katerina? – Viktor ciągnął, krzywiąc się na samą myśl o Katyi Wronovej – Uch, drugiej takiej jędzy to ze świecą szukać! Wiesz, ja zawsze podziwiałem starego Wronkova za to, że kiedy był czynnym zawodnikiem, dawał radę wywijać tym babo-chłopem nad głową. I że mu się ręce nie połamały od ciężaru całej tej wredoty! Kiedyś Twoja kuzyneczka, misiu, łyżwiarka figurowa, zrobiła innej solistce kawał. Wkradła się do szatni i pocięła rywalce sznurówki. A babuszka Katerina wzięła laskę i tak sprała wnuczce tyłek, że dziewuszka jeszcze przez miesiąc nie nadawała się do startowania w zawodach. Skoro ta patyczkowata nastolatka tak oberwała za głupie pocięcie sznurówek, to ciekawe, co ty dostaniesz za tak tchórzliwe pozbawienie kogoś szans na Finał Grand Prix? Może babuszka usmaży cię na patelni i zrobi z ciebie strogonova? A deduszka posoli cię i zje na obiadek?

- S-skąd… skąd ty tyle wiesz o moich dziadkach?!

- Ależ, misiu… to przecież moi starzy znajomi!

Mistrz Europy teatralnie odrzucił perukę, pozwalając, by długie srebrne włosy opadły mu na ramiona. Jack gwałtownie wciągnął powietrze.

- W wywiadach nie piszą, że taki ze mnie zabijaka, co? – Viktor spytał nonszalancko.

- T-to niemożliwe!

- Niby czemu? Chyba nie sądziłeś, że jeśli trochę pouszkadzasz mnie w Photoshopie, to naprawdę umrę, co?

- T-ty jesteś… o Boże! Ty jesteś rusałką!

- Hę? Rusałką?

Rosjanin zamrugał. No pięknie… chyba te wszystkie procenty wreszcie dotarły, gdzie trzeba. Głupi osiłek zaczął bredzić bez sensu.

- T-ta klątwa! – Amerykanin jęczał, nerwowo obgryzając paznokcie – Jezu… ja nie sądziłem, że…

PLASK!

Tym razem Viktor spoliczkował ofiarę. Nadal mieli do pogadania, a on nie miał czasu użerać się z bełkoczącym durniem.

- Przestań pieprzyć bez sensu i skoncentruj się! Jeszcze nawet nie przeszliśmy do głównego tematu. Chcę żebyś powiedział mi, dlaczego postanowiłeś schrzanić czyjś program dowolny!

- B-bo… bo ten azjata… przystawiał się do mojej dziewczyny.

ŁUP!

Za złą odpowiedź Jack oberwał w jaja.

- Gej, a przystawiał się do twojej dziewczyny? – zakpił Viktor – A to ciekawe…

- PRZEPRASZAM! J-ja… chciałem udowodnić sobie… że nie tylko ja przegrywam.

- Oho? Mój dalej…

- G-gram w futbol. M-moja drużyna przegrała mecz… p-przeze mnie… a ten… ten żółtek… chciałem, żeby on też zaznał…

- Wystarczy. Nie musisz mówić dalej.

ŁUP! ŁUP! ŁUP!

Dysząc ciężko, futbolista trzymał się za brzuch.

- Brzydzę się tobą. – łyżwiarz warknął mu do ucha – Nie sądziłem, że nazwanie cię zakompleksionym tchórzem będzie aż takim strzałem w dziesiątkę! A więc tak to było? Nie powiodło ci się, więc postanowiłeś wyżyć się na kimś innym? Jesteś żałosny. Nawet nie zasługujesz, by nazywano cię sportowcem. Żaden z ciebie sportowiec, a pospolita gnida! Sportowcy ciężko pracują na swój sukces, a nie tracą czas na robienie kretyńskich fotomontaży! Prawdziwy sportowiec radzi sobie z kryzysem zagryzając zęby i idąc na trening. Tak jak ten azjatycki chłopak. I kto tutaj jest lepszym sportowcem, hm? Ty, czy on?

Jack nie odpowiedział.

ŁUP!

Tym razem Viktor trzasnął go w ryj tak mocno, że rozległ się odgłos łamania chrząstki.

- To nie było pytanie retoryczne. – wycedził.

- Oghn… jest… - wydusił Jack, ledwo mogąc oddychać z uszkodzonym nosem – On jest.

- No proszę! A gdzie się podziało twoje wcześniejsze stwierdzenie: „nawet sam pierdolony Viktor Nikiforov nie przekona mnie, że głupi żółtek jest coś wart"?

- B-błagam… - głos Amerykańca przeszedł w skomlenie – O-odwal się wreszcie…

- Sądzisz, że wzbudzisz moją litość? Ty naprawdę myślisz, że komuś będzie ciebie szkoda?

- J-już nie będę… już nigdy…

- Twoje „już nigdy" nie ma dla mnie znaczenia! To, czego nie zrobisz w przyszłości nie ma dla mnie znaczenia! A tym bardziej nie ma znaczenia dla chłopaka, którego pozbawiłeś szans na finał! To przed nim powinieneś klęczeć i błagać o wybaczenie. Za pokazanie mu zdjęcia, na którym ja… chwila moment!

Coś przyszło Viktorowi do głowy. Coś, na co wcześniej nie zwrócił uwagi. A teraz, gdy o tym pomyślał, część furii została zastąpiona przez ciekawość.

- Swoją drogą… - zaczął, przechylając głowę na bok – dlaczego wybrałeś właśnie mnie?

- C-co masz na myśli? – zatykająca nos dłoń sprawiała, że głos futbolisty był z deczka niewyraźny.

- Kiedy postanowiłeś wstrząsnąć nim przed programem dowolnym, mogłeś posłużyć się każdym. Powiedzieć, że wypadek miał ktokolwiek. Jego przyjaciel, ojciec, dziadek, pies, kot, kuzyn… ktokolwiek. Dlaczego właśnie ja?

Jack parsknął.

- Och, proszę cię…

- Żadne „proszę cię"! – Viktor złapał gnojka za przód koszulki i lekko nim potrząsnął – Czemu ja? Gadaj, bo wezmę kastet!

- Na litość boską! Jesteś jego największym idolem.

- Nie mówisz mi całej prawdy.

- Ugh… do przyjaciela, ciotki albo wujka mógłby zadzwonić. Wiedziałby, że go okłamałem.

- Coś kręcisz, kanalio… sam słyszałem, jak mówiłeś, że powiedziałeś mu to kilka minut przed występem. Nie zdążyłby do NIKOGO zadzwonić. Gadaj, dlaczego ja! ALE JUŻ!

- Do ciężkiej cholery… po co w ogóle chcesz to wiedzieć? Co ciebie to obchodzi?

- Chcę wiedzieć i tyle. Mam taki kaprys. No już, gadaj!

- On… on jest…

- On jest CO?!

- To MUSIAŁEŚ być ty, ponieważ ten pajac JEST W TOBIE PO USZY ZAKOCHANY!

Palce trzymające materiał koszulki zmiękły i Jack osunął się na ziemię. Cała złość Viktora nagle gdzieś się ulotniła. Srebrnowłosemu łyżwiarzowi zakręciło się w głowie.

- C…c… co?

Jeszcze chwilę temu w ogóle nie był w stanie myśleć. Teraz jego umysł produkował milion myśli na sekundę.

Zakochany? We mnie?

Ten chłopak rozumie, dlaczego chcę się nauczyć poczwórnego flipa i do tego… jest we mnie zakochany?

Jak tam pogoda w Montrealu?

Zakochany… zakochany we mnie?

Nie, to niemożliwe. Ludzie mnie nie kochają. Podziwiają, owszem. Ale nie kochają.

Ktoś mógłby pokochać mój styl jazdy, ale na pewno nie mnie.

Zaciskając zęby, Viktor pochylił się nad jęczącym Jackiem.

- Coś ci się pomieszało. – burknął – Skąd niby mógłbyś wiedzieć, że ten chłopak jest we mnie zakochany? Powiedział ci to?

- Nie… musiał. – Amerykanin ledwo łapał oddech.

- „Nie musiał"?

- Kretyn… on nawet… sam tego nie wie…

Mistrz Europy zamrugał. No to już było zupełnie pozbawione sensu!

Podsumujmy: tajemniczy azjata i przy okazji całkiem zdolny łyżwiarz jest zakochany w swoim idolu, jednak sam o tym nie wie. Natomiast gnojek, który rzeczonego łyżwiarza nienawidzi, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. No dobra, proszę państwa, koniec żartów!

- Sprecyzuj, dlaczego uważasz, że ten facet jest we mnie zakochany, albo uznam, że bełkoczesz pod wpływem alkoholu! – zrezygnowanym tonem nakazał Viktor.

- Ugh… tego nie da się… wytłumaczyć… nie znając gościa…

- No cóż, spróbuj. Jeśli uznam, że to, co mówisz, ma sens, to może wrzucę cię do piątego kręgu piekła, zamiast do dziewiątego. A chyba pamiętasz, że każdy krąg poniżej szóstego oznacza kastet?

- CHOLERA! No dobra, postaram się! Ech… no więc… ugh… pominąwszy sposób, w jaki na ciebie patrzy i całą resztę… było to jedno zdanie, które powiedział… ugh… powiedział je, kiedy rozpoznał…

Z nosa osiłka popłynęła krew, utrudniając mówienie. Łyżwiarz był arcyciekawy, więc wyjął chusteczkę i użył jej, by zatkać potok czerwieni.

- No więc? – rzucił niecierpliwie - Co powiedział? I co rozpoznał?

- Gdy czytał wywiad z tobą… on rozpoznał… chociaż ja, na piątym roku anglistyki nie rozpoznałem… chociaż nie użyłeś tych samych słów…

- Co rozpoznał?

- Cy… cytat z „Przeminęło z Wiatrem". W swoim ostatnim wywiadzie cytowałeś „Przeminęło z wiartem".

Ktoś mógłby zdzielić Viktora patelnią w łeb, a nie wywarłoby to na nim aż takiego wrażenia.

Nie. – pomyślał – To niemożliwe!

Wrócił pamięcią do dnia, gdy udzielał wspomnianego wywiadu.

Panie Nikiforov, ma pan nieskalaną reputację! – zaświergotała dziennikarka – Jest pan wzorem dla wielu ludzi. Czy odczuwa pan z tego powodu presję?

Hm… reputacja to taka dziwna rzecz. Z jednej strony miło jest być podziwianym, ale… póki człowiek nie straci reputacji, nie zdaje sobie sprawy, jakim była mu ona ciężarem i czym jest prawdziwa wolność.

Nikt z grona bliskich Viktorowi osób nie zorientował się, że ostatnie zdanie zostało zaczerpnięte z „Przeminęło z wiatrem". Nie zauważył tego żaden z dziennikarzy. Nawet Yakov nie wyłapał cytatu, chociaż srebrnowłosy wychowanek znalazł książkę Margaret Mitchell właśnie u niego w domu (właściwie to cały pomysł przeczytania tej książki wziął się z faktu, że zdaniem Feltsmana, „ten lekkoduch i pacan" nie byłby w stanie przebrnąć przez tak trudną pozycję, a Vitya oczywiście przyjął wyzwanie i pomimo ciężkich opisów związanych z wojną, zakochał się w historii Scarlet, Melanii, Ashleya i Rhetta).

Nikt nie podejrzewał Nikiforova o obcowanie z tego typu literaturą. Nikt nie zauważył tamtego cytatu. Nikt!

Nikt poza…

- Ten chłopak… - Viktor zaczął, przełykając ślinę – Powiedziałeś, że skomentował ten cytat. Skomentował go i po tych słowach poznałeś, że jest we mnie zakochany. No więc… co dokładnie powiedział?

- Powiedział… powiedział…

Czekając na odpowiedź, bijące w piersi łyżwiarza serce niemal eksplodowało. Jack w dalszym ciągu nie dokończył.

- Mów, do cholery! – gniewnie nakazał Rosjanin.

- Powiedział, że chciałby dowiedzieć się, jaki jesteś, kiedy nikogo nie udajesz. Kiedy jesteś sobą.

Boże. Przecież właśnie o to chodziło w tym cytacie. Nie, poprawka! O to chodziło w całym życiu Viktora.Tego srebrnowłosy łyżwiarz pragnął najbardziej – możliwości bycia sobą! A w tej chwili pragnął czegoś jeszcze – chciał poznać imię tajemniczego azjaty. Czuł, że jeśli teraz, zaraz się tego nie dowie, to oszaleje!

A jednak los był złośliwy. Amerykanin musiał przewidzieć, że znamienne słowa zaszokują rozmówcę i specjalnie przeciągnął moment odpowiedzi, by zebrać siły na ucieczkę. Korzystając z osłupienia Viktora, zerwał się do biegu.

- Wracaj tu! – wściekle ryknął łyżwiarz – Jeszcze nie skończyliśmy!

Ruszył za osiłkiem, ale nie dość szybko. Skubaniec zdążył dopaść do drzwi i przekręcić zamek. Wpadł do kanjpy prosto w ramiona zszokowanej Tiny.

- Jackuczka? – wybąkała – Co się stało? Wszędzie cię szukaliśmy. JEZU! Jak ty wyglądasz?!

- W-wynośmy się stąd! – piskliwym głosem poprosił Jack – T-to diabeł!

- Diabeł? Ale kto?

Srebrnowłosy lucyfer w tym momencie wbiegł do środka. Na jego widok, oczy Tiny rozszerzyły się. Po wcześniejszym oczarowaniu nie było ani śladu.

- Nikiforov! – syknęła, posyłając mu nienawistne spojrzenie – Wiedziałam, że gdzieś już cię widziałam!

- T-T-Tina, błagam! – Jack trzymał się rękawa kuzynki, jak maluch spódnicy mamy – N-nie prowokuj go… po prostu stąd idźmy!

- Nie, Jackuczka. – oświadczyła twardym jak stal tonem – Deduszka umarłby ze wstydu, gdyby usłyszał, że dostałeś taki łomot od Nikiforova. Musimy się zemścić. Na szczęście przyszła reszta naszych znajomych…

Viktor zdał sobie sprawę, że za Tiną stała co najmniej dziesiątka napakowanych osiłków.

A co mi tam! – pomyślał z determinacją – Im też wpierdolę!

Ktoś jednak miał lepszy plan. Przed srebrnowłosym łyżwiarzem niespodziewanie pojawiła się Mila Babicheva.

- DZIADKU KOLIA! – ryknęła na całe gardło.

Na ekranie telewizora wyświetlał się wynik meczu. Osiem do siedmiu dla Wołgogradu. Kolia i jego gotujący się ze złości kibole zaprzestali gryzienia szalików i spojrzeli w stronę dziewczynki.

Z oczami, w których nie wiadomo kiedy pojawiły się łzy, nastolatka przytuliła Viktora i pokazała paluszkiem na towarzyszących Tinie mięśniaków.

- Ci brzydale mnie molestowali, a mój braciszek dawał im nauczkę!

Proszę państwa, mamy wyniki konkursu na najsprytniejszego członka Petersburskiego Klubu Łyżwiarskiego: Mila Babicheva, lat trzynaście.

Głuchą ciszę, która zapanowała po deklaracji rudej wiedźmy, przerwał złowieszczy szmer odsuwanego krzesła. Kolia powstał ze swojego miejsca niczym tytan, a wraz nim cała tygrysia armia.

Trzydziestu chłopa. Trzydziestu chłopa rasy rosyjskiej, każdy z pustą butelką, toną alkoholu we krwi i szukającym ujścia wkurwem na Wołgograd. TAK, to BYŁ powód, by zesrać się ze strachu.

- Ta dziewczynka jest niewiele starsza od mojego wnusia! – zagrzmiał Kolia – Nie będą się tu panoszyć jacyś pierdoleni zboczeńcy! CHŁOPAKI, NA NICH!

Z tupotem, od którego zadrżała ziemia, zgromadzenie kiboli ruszyło do ataku. Przeskakiwali stoły, włazili na krzesła, ryczeli jak lwy na sawannie, wymachiwali rękami jak orkowie podczas najazdu na Śródziemie, zero zahamowań, zero litości, tylko dzicz i wkurw i wszystkie chwyty dozwolone, byle dopaść skurwieli i w imię Moskwy, hokeja, Tigryenoka oraz niewinnych dzieci spuścić złamasom zasłużony wpierdol!

Detroit, obecnie

- Jezu, ziom… aż mam ciarki! I ciebie to ani trochę nie przeraziło?!

Z policzkiem opartym na dłoni, Viktor wzruszył ramionami.

- No wiesz, jestem Rosjaninem. Już wcześniej widziałem kiboli w akcji. No… może nie z tak bliskiej odległości, ale mimo wszystko… Zresztą, pamiętaj, że tamtego wieczoru byłem dość mocno nawalony. Gdy zobaczyłem, że Tygrysy dopadły moją zdobycz, chciałem przepchnąć się do Jacka i go stamtąd wytargać.

- Oszalałeś do reszty?! – Jeżyk złapał się za głowę – Chciałeś włazić między tych trzydziestu psycholi, tylko dlatego, że Amerykaniec nie zdążył powiedzieć ci imienia azjatyckiego ziomka?!

- Ano, chciałem. – łyżwiarz potwierdził, wzdychając – Niestety towarzysze mi na to nie pozwolili. Ilia i Wlad złapali mnie za ręce, a Georgi za nogi. Wywlekli mnie z knajpy i siłą wsadzili do taksówki.

- I chwała im za to! Uch… Jezus Maria! Po usłyszeniu tego wszystkiego będę musiał wypalić całą marychę, którą mam w domu. Dobrze, że przynajmniej wszystko dobrze się skończyło…

- Dobrze? Chyba żartujesz! To jeszcze nie koniec.

- Boże, to jest coś jeszcze?!

Viktor wzdrygnął się na samą myśl o dalszym ciągu niefortunnej historii.

- Czekał mnie jeszcze powrót do hotelu. – wyszeptał, przełykając ślinę – Do hotelu, w którym czekał na mnie Papa Felstman. A niestety… ehehe… no wiesz, jak to jest… kiedy wcześniej piłem, byłem dość mocno wkurwiony, więc nie czułem tego całego alkoholu. Ale wiesz, gdzieś w połowie drogi… gdy byliśmy w taksówce, trochę się uspokoiłem i te wszystkie procenty zaczęły się wchłaniać i… ehehe… dostałem strasznej głupawki.

Moskwa, jakieś 7 lat temu

- Wasz kolega trochę sobie popił, co?

Przypadek sprawił, że trafił im się ten sam taksówkarz, co ostatnim razem. Viktor uważał to za bardzo zabawne.

- Psze panaaaa! – zaśpiewał, uwalony na trzech pozostałych mężczyznach jak Kleopatra na królewskim łożu – Doda mnie pan do znajomych na Fejsie? W końcu widzimy się już po raz drugi i jesteśmy przyjaciółmi!

- Sory, kolego. Nie mam Facebooka.

- Meeeeee?! Jak można nie mieć Facebooka?!

- Vitya, błagam, uspokój się! Usiądź normalnie!

- Boże, za jakie grzechy… za jakie grzechy?!

Srebrnowłosa planeta szczęścia za nic nie potrafiła zrozumieć otoczenia. Dlaczego wszyscy byli tacy ponurzy, kiedy w świecie Viktora było tak bardzo wesoło?!

Nagle rozchichotana długowłosa królewna dostrzegła coś za oknem.

- Patrzcie, patrzcie! Przecież to ja! – krzyknął zachwyconem tonem, pokazując palcem na wielki plakat.

Jego kolano natrafiło na coś miękkiego. To chyba były czyjeś jądra. O, rety! Jajecznica! Hihi! Ale fajnie…

- Ugh! – jęknął rudowłosy ponurak – Tak, Vitya, to ty.

- Ojej, ojej! To też ja!

- AŁA! Zdzieliłeś mnie piętą w nos! – poskarżył się czarnowłosy wielkolud.

- Zobaczcie, zobaczcie! To też jestem ja!

- Yyy… nie. To akurat są Zaplątani. – ważnym tonem oświadczyła Myszka Miki.

- Błeeee? O czym ty mówisz? Jacy znowu Zaplątani?

- No wiesz, Disneyowscy. – wyjaśniła siedząca z przodu Ania z Zielonego Wzgórza – Flint i Roszpunka.

- Ale to ja jestem Roszpunką! Roszpunką z ADHD! Powiedział mi to ten… no… Osiłek… Pracuś… nie, nie, to nie to… … Harmoniusz… Laluś… uch, zaraz sobie przytomnę… Ważniak… Ciamajda… yyy… Smerfetka… kurde, jestem tak blisko!

- Papa Smerf? – podpowiedział kierowca.

- TAAAAAK! Właśnie tak! Papa Feltsman! Powiedział mi to Papa Felstman!

- Panie, możesz pan włączyć jakieś radio? – poprosił rudy smutas – Damy panu duży napiwek, niech tylko puści pan coś na cały regulator! Ja już nie mogę słuchać tych jego krzyków…

- W porządku. Skoro wasz kolega tak lubi Smerfy, to puszczę wam Smerfne Hity. Dostałem tę płytę od córki.

- NIE! Błagam, tylko nie…

Za późno. Z głośników rozległo się:

- Cześć, Smerfetko! Cześć, Lalusiu! Kto ci uszył takie fajne porteczki?

Viktor wydał z siebie okrzyk radości.

Boziu, Papa Feltsman miał własną piosenkę! Jakże jego wychowanek mógłby przepuścić taką okazję? Niewiele myśląc, samozwańcza gwiazda pop zaczęła śpiewać własną wersję utworu:

- To nasz Papa Feltsman! To nasz Papa Feeeeltsman! On wie wszystko… gdy jest blisko!

- Jezu, muszę to nagrać! – zapiszczała Ania z Zielonego Wzgórza.

- Każdy z nas gra fair… bo nasz Papa Feltsman… jest najsilniejszy i jest najmądrzejszy! Słuchać dzieci, przebój leci!

- Niech ktoś zatka mu usta! – domagał się czarnowłosy sztywniak w garniaku.

- Każdy z nas gra fair… bo nasz Papa Feltsman… jest najsilniejszy i jest najmądrzejszy!

- Robi nam… wszystko sam! Zdolny jest Papa Feltsman! – Myszka Miki przyłączyła się do zabawy.

- Georgi, ty też?! Jesteś trzeźwy! Na litość boską, przestań śpiewać! Tylko go zachęcasz!

- Szyje też… chyba wiesz… nam porteczki! – Viktor z kolegą zawyli, obejmując się ramionami.

- JEEEZUUUU!

- Takich rad… słucha świat… taki jest Papa Feltsman! Kocha nas… kiedy czas… do łóżeczka!

- Kim jest ten cały Papa Feltsman? – zainteresował się taksówkarz.

- Gdy się gdzieś… dzieje źle… to on wnet… tam zjawia się!

- Wypuście mnie! CHCĘ STĄD WYJŚĆ! – rudy histeryk walił pięściami w szybę.

- To nasz Papa Feltsman! To nasz Papa Feeeeltsman! On wie wszystko… gdy jest blisko! – pijany Viktor i trzeźwy Georgi śpiewali, a Ania z Zielonego Wzgórza nagrywała ich telefonem - Każdy z nas gra fair… bo nasz Papa Feltsman… jest najsilniejszy i jest najmądrzejszy!

Piosenka skończyła się, gdy podjechali pod hotel.

- Buuuu! To już koniec?! – zaskomlał srebrnowłosy wyjec.

- Dobra, Vitya, skup się. – proprosił czarnowłosy ważniak.

- Skupić się? Mam zrobić kupę?

- Nie, NIE! Jezu, nie ściągaj spodni… skoncentruj się!

- Koncentrat? Nie mam koncentratu, ale mogę pójść do sklepu. Jaki mam kupić? Pomidorowy?

- Ugh…

Ania z Zielonego Wzgórza odepchnęła wielkoluda.

- Zjeżdżaj, amatorze! – rzuciła – Vivi, jest konkurs.

- Konkurs? Ojej, chcę wygrać! Lubię wygrywać!

- Czy ja wiem? Tego chyba nie wygrasz…

- Wygram, wygram! Ja zawsze wygrywam!

- Okej. No to słuchaj. Jesteś Roszpunką i chcesz wejść do wieży.

- Wejść do wieży? A nie chcę przypadkiem z niej uciec?

- Nie, tym razem chcesz wejść. Czwarte piętro. Pokój czterysta pięć. Jeśli tam dotrzesz i zamkniesz się na klucz, to wygrasz. Georgi wytłumaczy ci zasady.

Przed Viktorem pojawiła się Myszka Miki.

- No dobrze… powiedz, Roszpuneczko, pamiętasz swoją Złą Macochę?

- Ach, pamiętam, pamiętam!

- Okej. W tym konkursie Papa Feltsman jest Złą Macochą.

- Uuuuch… ale Papa Feltsman to chłopczyk. Nie może być Złym Tatusiem?

- W porządku, niech będzie Zły Tatuś. No więc Zły Tatuś chcę Cię porwać i uwięzić! Gdy już cię zamknie, będzie trzymał cię pod kluczem, łapał cię za włosy i śpiewał piosenkę.

Srebrnowłosej Roszpunce zaczęło coś świtać.

- Ach! No tak… pamiętam! Ale po co Papcio miałby coś takiego robić?

- Dzięki temu młodnieje.

- No tak. To takie oczywiste!

- Prawda? A teraz słuchaj. Żeby dojść do czwartego piętra, musisz cały czas być cicho.

- Cicho? Kiedy to takie nudne…

- Mówiłam, że nie wygrasz! – rzuciła Ania z Zielonego Wzgórza.

- ZGODA! Będę cicho! Cicho jak myszka.

- Dokładnie. – Myszka Miki z aprobatą pokiwała głową – A gdy zobaczysz Złego Tatusia, masz przestać oddychać.

- Przestać oddychać? Ale tak zupełnie?

- Zupełnie!

- Ugh… no dobra!

Weszli do hotelu.

- Z pijakiem trzeba umieć postępować, młotki! – Ania powiedziała do Ważniaka i Rudzielca.

Pijakiem? – Viktor zaczął się rozglądać – Jest z nami pijak? Gdzie on jest? Czy trzyma stronę Złego Tatusia?

Roszpunka szybko doszła do wniosku, że Pijak musiał być niewiedzialny. Z całą pewnością został zaczarowany przez Gargamela. Ach, ależ oczywiście! Gargamel trzymał przecież z Papą Feltsmanem! Razem chodzili na kurs telepatii…

Zaraz, zaraz! Skoro Zły Tatuś potrafił czytać w myślach, to czy Viktor powinien milczeć również we własnej głowie? Ale to przecież było nie do zrobienia! Skoro Papciowi nie robiło różnicy, czy słowa były wypowiadane na głos, czy w myślach, to czy bycie cicho w ogóle miało sens?!

Hm… na razie lepiej nie ryzykować. – zdecydowała Roszpunka – Zaczekam do konfrontacji z Papciem! Może na czas trwania konkursu telepatia Złego Tatusia została wyłączona? Tak byłoby sprawiedliwiej! Jeśli Papcio nie wyłączył telepatii, to jest zwykłym oszustem, ot co!

Ach, cała ta przygoda była taka ekscytująca! Viktor czuł się jak uczestnik gry RPG. Na paluszkach przemykali korytarzem. Wnętrze wieży było cicho i spokojne. Żadnych ogrów, wróżek, skrzatów, ani smerfów. A mimo to w powietrzu dawało się odczuć subtelną nutkę grozy…

Ania z Zielonego Wzgórza, którą Ciamajda Viktor postanowiła przechrzcić na Smerfetkę (w końcu grali w jednej drużynie przeciwko Papie Felstmanowi), zarzuciła mu na głowę kaptur.

- Zgubiłeś perukę, więc damy Ci pelerynę niewidkę. – szepnęła.

Och, jej! Peleryna niewidka!

- Naciągnij ją trochę bardziej na oczy. – poradziła przerobiona na Harmoniusza Myszka Miki – Inaczej nie zadziała.

- I pamiętaj, żeby być cicho. – dodał Ważniak.

Ciamajda nie mógł się zdecydować, jak nazwać ostatniego z uczestników. Taki rudy… to może Klakier?

Ale czy ten kot nie trzymał przypadkiem z Gargamelem? Może zmienił strony? A co jeśli to zdrajca?! Chyba Papa Feltsman coś na ten temat wspominał… wcześniej wyrzucił Viktora z pokoju właśnie z tego powodu.

Uch, lepiej mieć się na baczności! Na razie nic się nie działo, ale gdy przyjdzie do spotkania z bossem, przyjaźń smerfów zostanie wystawiona na ciężką próbę.

- Wlad, gdzie ty leziesz?! – niespodziewanie syknął Klakier.

- No… do windy. – szeptem odpowiedział Ważniak.

- Głupi jesteś? Idźmy okrężną drogą! Nie będziemy musieli przechodzić obok pokoju Feltsmana.

- Ugh… masz rację!

Bardzo sprytnie! – pomyslał Ciamajda – Rudy kot ma łeb na karku! Ale z drugiej strony… co jeśli celowo wiedzie nas w pułapkę?!

- Dopiero wróciliście?

SZLAG! Wiedziałem!

Zły Tatuś stał przed nimi z plastikowym kubkiem w dłoni. Czyżby na nich czekał?

- P-p-panie Feltsman! – pisnął Ważniak – T-t-to jeszcze pan nie śpi?!

- Poszedłem kupić sobie w automacie herbatę.

- A nie prościej zamówić sobie herbatę do pokoju? – tym samym cieniutkim głosem spytał Klakier („Może jednak nie jest zdrajcą?" – pomyślał Viktor).

- Nie. Nogi mi zdrętwiały. Chciałem się przejść.

- Może pana wymasować?

- Pfft! Masz jeszcze na to siłę, Shevchenko? Doceniam chęci, ale nie, dziękuję. Zdarza mi się to, gdy nie mogę spać i… chwila moment! Czy mi się tylko wydaje, czy od kogoś jedzie alkoholem?

Ach! – w myślach szepnął Ciamajda – Jego szpieg! Niewidzialny pijak!

- To ja. – bez zastanowienia powiedział Ważniak – Mieli dobrą wódkę. Nie mogłem się powstrzymać.

Hę? To on jest tym pijakiem? Nic już nie rozumiem…

- Ile ty wypiłeś? – Zły Tatuś zatkał nos – Czuć na kilometr!

- Naprawdę, strasznie mi przykro…

- Na litość boską, Milka ma trzynaście lat! Tyle razy mówiłem, byście nie pili alkoholu przy nieletniej!

- Nie widziałam, jak pił. – odezwała się Smerfetka – Prawie cały czas tańczyłam na DDRach.

- Razem z Viktorem, tak? Vitya, jak ty się czujesz?

O kurde, to było do mnie! – Ciamajda zmusił się do zachowania spokoju – Nie mogę się odezwać, bo przegram!

- Vitya, mówię do ciebie!

Nie dam się, Papcio! Tak łatwo się nie poddam!

- Jest na pana obrażony. – powiedział Klakier – Wciąż przeżywa, że wyrzucił go pan z pokoju. Powiedział, że nie odezwie się do pana, dopóki nie prześpi się pan z nim w jednym łóżku.

- Ach tak? – Zły Tatuś uniósł brew – Zobaczymy, kto pierwszy się złamie. Idę o zakład, że nie wytrzyma nawet jednego dnia. A tymczasem idę spać. Uff, ulżyło mi, że wszyscy wróciliście do hotelu cali i zdrowi.

- Przepraszamy, że tak bardzo się pan martwił…

Cała gromada wycofała się pod ścianę, tworząc wokół Viktora ochronny wianuszek. Papa Feltsman nieco się zdziwił, ale ostatecznie wzruszył ramionami, minął Drużynę Smerfów i ruszył w stronę swojego pokoju. Najstarsi członkowie grupy odetchnęli z ulgą.

- Boże… – szepnął Ważniak – Chyba mi serce stanęło!

- Mnie tak samo. – Klakier wycierał pot z czoła.

Hę? – zdziwił się Ciamajda – Papcio Feltsman odchodzi! Czy to znaczy, że wygraliśmy?

- Tylko sobie nie myśl, że wygrałeś, Vitya! – Zły Tatuś rzucił przez ramię – To, że raz ci odpuściłem, jeszcze nie znaczy, że możesz robić, co chcesz.

AAAAACH! A więc jednak czyta w myślach!

Z miną obrażonej królewny Viktor wyskoczył przed przyjaciół

- PAPCIO, TAK NIE MOŻNA! – wydarł się, energicznie tupiąc nogą – Miałeś nie korzystać z telepatii! Ja się tak nie bawię! Po co w ogóle zaczynać grę, skoro ty zawsze OSZUKUJESZ!

Noga tatuńcia zatrzymała się w połowie kroku. Z boku rozległ się czyjś przerażony pisk. Ciamajda został złapany za ramię i pociągnięty korytarzem.

- Hej, co robisz?! – zaprotestował srebrnowłosy smerf.

- Viktor, uciekajmy! – jęknął Harmoniusz.

- Co? Ale ja nie chcę uciekać! Muszę pogadać z Papą!

- N-n-nie, Viktor! T-t-teraz sobie z nim nie pogadasz. Jak się pośpieszymy, może jeszcze zdążymy do windy… o Boże, Yakov cię zabije!

- Puszczaj mnie, śmierdzący tchórzu!

Viktor wyrwał się Harmoniuszowi i pobiegł w przeciwnym kierunku. Ważniak i Klakier próbowali zablokować korytarz, ale Papa Feltsman z łatwością ich odepnął.

- Won mi z drogi! – warknął – VITYA!

- Tak, Papciu?

- Chodź tutaj! ALE JUŻ!

- No przecież idę!

- O, Panie, miej go w swojej opiece… - wyjąkał Klakier.

Podskakując jak jelonek, Ciamajda zbliżył się do Złego Tatusia. Ledwo znalazł się w zasięgu muskularnych rąk, został złapany za przód bluzy i pociągnięty do przodu. Czoło groźnego opiekuna zawisło kilka centymetrów od jego czoła. Papa Feltsman zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem.

- O co ci chodzi? – zdziwił się Viktor - Przecież umyłem zęby!

Ważniak zaczął odmawiać Zdrowaśki.

- Jesteś niedobry, Papciu. – srebrnowłosa królewna dodała z pretensją w głosie – Taką fajną mieliśmy zabawę, a ty musiałeś wszystko popsuć! Żądam rewanżu! Zacznijmy wszystko od początku! Ale tym razem masz nie używać telepatii, dobrze, Papciu? Papciu? Czemu tak dziwinie oddychasz? Źle się czujesz? Ojej, jesteś bardzo czerwony… masz gorączkę? W dodatku dziwnie drży ci ręka. Słuchaj, może pójdziemy do lekarza? Rozumiem, że nie masz na nic czasu, ale…

- Och, ależ mam czas! – odezwał się Zły Tatuś ze słodyczą w głosie – Mam dla ciebie cały czas tego świata, Vitenka. Tony czasu. Hektolitry czasu. Lata świetlne czasu!

- Panie Feltsman, pańskie nadciśnienie! – pisnął Klakier.

- Och, już ty się nie martw, Shevchenko… nawet gdybym teraz zszedł na pierdolony zawał, zmartwychwstałbym, by zająć się moim słodkim Vitenką! Nawet gdyby jakaś zasrana kometa miała zaraz pierdolnąć w Ziemię, miałbym gdzieś szukanie schronu i zamiast tego siedziałbym tutaj z Vitenką! Och, Vitenka… i cóż ja z tobą zrobię?

- Naprawdę tak ci na mnie zależy, Papciu? – Ciamajda spytał z oczami pełnymi zachwytu.

- Oczywiście, Vitenka… A ZARAZ SIĘ, KURWA, PRZEKONASZ, JAK BARDZO!

Ryk Yakova i gwałtowne szarpnięcie w okolicach głowy sprawiły, że wewnętrzny świat Viktora nagle przestał być zabawny. Rosyjski trener ruszył korytarzem, brutalnie ciągnąc wychowanka za srebrne włosy.

- Ajć, ajć, ajć! Puść mnie, to boli!

- Och… ból to dopiero cię czeka, Vitenka!

- Panie Feltsman, błagam, niech się pan uspokoi! - Ilia próbował załagodzić sytuację.

- MORDA! Macie mi się nie wtrącać, do cholery! Sam zajmę się Vitenką!

Nawalony w trzy dupy Viktor wciąż dzierżył władzę nad ciałem… jednak powoli do głosu zaczął dochodzić także ten drugi Viktor. Ten, który wiedział, że Yakov nigdy nie nazywał go „Vitenką", a już na pewno nie zwracał się do niego tym słodkim, czy raczej pozornie słodkim tonem i, cholera, coś było nie tak, bardzo nie tak, i Yakov był tak wkurwiony, jak jeszcze nigdy wkurwiony nie był, i o Boże, to się źle skończy, kurwa, co ja narobiłem, Jezu, zaraz się zesram ze strachu, co się dzieje, chyba zaczynam trzeźwieć, kurwa, Yakov wygląda jak Lucyfer wypuszczony z piekła, o mamo, on mnie zabije, kurwa, to chyba jest moment, by paść na kolana i błagać o wybaczenie?!

Decyzja o błaganiu została podjęta zbyt późno. Nie wiedzieć kiedy dotarli do łazienki. Viktor został ciśnięty pod prysznic. Yakov złapał metalowego węża i oblał wychowanka strumieniem lodowatej wody.

- Jeeeeezuuuuuu! O Boże, Yakov, przestań! Ajć, zimno, zimno, ZIMNO!

Feltsman był bezlitosny. Ani myślał przerywać tortury.

- Yakov, już wystarczy, WYSTARCZY! Lepiej mi… LEPIEJ! Błagam, przestań, ja ZAMARZNĘ!

- Panie Feltsman, niech pan przestanie! – Ilia nie poddawał się. W dalszym ciągu usiłował przemówić do rozwścieczonego trenera – Panie Feltsman, błagam! Przecież to w niczym nie pomoże! On nie wytrzeźwieje!

- Och, wytrzeźwieje, Ilia, wytrzeźwieje! – łysiejący mężczyzna wyszeptał z mordem w oczach – Już ja ci to, kurwa, gwarantuję.

Wówczas Yakov Feltsman dokonał cudu. Zrobił coś, co sprawiło, że Viktor Nikiforov natychmiast wytrzeźwiał.