Ciri zawsze sądziła, że wiedźmini nie mają rodziny poza sobą nawzajem. Patrzyła na Geralta, Lamberta i Eskela, na ich gwałtowne, niepoukładane związki, których skomplikowane historie były dyktowane przez wojny, spiski i wiedźmińskie zlecenia, i utwierdzała się w przekonaniu, że żaden wiedźmin nie został stworzony do rodzinnego życia. Mieli przede wszystkim siebie nawzajem i szlak, na którym czekały potwory i łóżka w karczmach, czasem puste, a czasem nie. Przez długi czas sądziła, że tak właśnie jest i nie ma od tej reguły wyjątków.

Tego dnia, gdy sprowadziła ze sobą chłopaka ocalałego z masakry, zrozumiała, że może być inaczej. Patrzyła z boku na Eskela i tego dziwnego dzieciaka, pałającego wściekłością, której początkowo nie zrozumiała. Dopiero spokój i rezygnacja, które wyczytała w twarzy wiedźmina, powiedziały jej, że za gniewem chłopaka kryje się historia łącząca ich obu, a być może również kobietę, którą pomogła pochować. Z wolna dotarło do niej, że ostatnie lata Eskel mógł spędzić nie na szlaku, ale pod dachem, który nie był dla niego obcy i przypadkowy. Ta myśl była dla niej dziwna i nowa. Kiedy tego samego dnia Eskel zapukał do drzwi jej pokoju z chmurnym, zaciętym wyrazem twarzy i z mieczami na plecach, zrozumiała coś jeszcze - że żaden wiedźmin nie może na zawsze odejść ze szlaku. Potwory zawsze czają się gdzieś obok.

- Myszowór żyje jeszcze? Nie wiesz? - zapytał Eskel bez żadnych wstępów, wchodząc do jej izby w karczmie. Ciri uniosła brwi.

- Myszowór…? - powtórzyła powoli, patrząc na Eskela z niezrozumieniem. - Żyje. O ile wiem. Chyba. - Zobaczyła teraz, że Eskel nie tylko ma przy sobie miecze, ale też cały rynsztunek, który zabierał zawsze na wiedźmińskie zlecenia i polowania - naramienniki wzmocnione grubą, twardą skórą, przytroczoną do pasa niewielką sakwę, w której, jak wiedziała, były eliksiry i petardy, krzyżujące się na piersi skórzane pasy, przy których był mały myśliwski sztylet i trochę innej podręcznej broni. Zmarszczyła brwi i zapytała ciszej:

- Eskel, co się dzieje? Co się stało?

Przez moment patrzył jej w oczy, chmurny i zamyślony. W końcu zapytał:

- Możesz mnie do niego zabrać?

Ciri nie odpowiadała przez długą chwilę.

- Do Myszowora? Teraz? Po co? - zapytała w końcu cicho.

Eskel milczał.

- Muszę się czegoś dowiedzieć - mruknął w końcu. Ciri parsknęła z niecierpliwością.

- Eskel, o co chodzi? Co to za cholerna tajemnica? Co tu się dzieje? Kim jest ten dzieciak, którego sprowadziłam? - zapytała ostrzej, niż zamierzała. Eskel patrzył na nią ponuro i nieporuszenie.

- Dzieciak zniknął - odpowiedział krótko. - Muszę go znaleźć, zanim zrobią to wiedźmini, przed którymi uciekliście.

Ciri uniosła brwi.

- I do tego potrzebny ci jest Myszowór?

Eskel skinął głową i zaplótł ramiona na piersi, co oznaczało, że rozmowa jest skończona.

Ciri westchnęła ciężko i odwróciła się, by ogarnąć wzrokiem pokój. Szybko pozbierała najpotrzebniejsze rzeczy, zarzuciła na plecy sakwę i pas od miecza. Eskel czekał na nią cierpliwie, w milczeniu wyglądając przez małe okno, za którym powoli zapadał zmierzch. Kiedy w końcu do niego podeszła, był na tyle głęboko pogrążony w myślach, że początkowo nie zauważył wyciągniętej do niego ręki. Dopiero gdy Ciri głośno chrząknęła, chwycił jej dłoń i pozwolił, by zniknęli razem w rozbłysku zielonego światła.

Gdy znaleźli się na Skellige, w twarze uderzył ich wilgotny, słony wicher. Za plecami mieli czarne, spienione morze, przed sobą brunatnoszare urwiska porośnięte gęstym lasem. Ostre wierzchołki świerków i sosen przypominały czarne, błyszczące igły dźgające ciemną pierzynę chmur.

Ciri odgarnęła kosmyki włosów, które wiatr pchał jej do oczu, i spojrzała w górę, na lichą, samotną chatę na klifie. Potem zerknęła na Eskela, który lekko skinął jej głową. Ruszyli w milczeniu przed siebie. Mokry piasek chrzęścił im pod stopami, gwałtowny wiatr świszczał w uszach i łopotał ubraniami. Ciri przelotnie spojrzała w górę, na stalowoszare, gęste chmury. "Idzie na deszcz" - pomyślała.
Kiedy dotarli do chaty na klifie, Eskel wyszedł naprzód i załomotał do drzwi. Spłowiałe drewniane deski zaskrzypiały przenikliwie pod jego pięścią. Na moment zapadła cisza, potem za drzwiami rozległy się kroki, skrzypnęły stare zawiasy i w progu stanął Myszowór. Stary druid niewiele się zmienił, odkąd ostatni raz go widziała, choć było to już wiele lat temu. Wciąż wydawał się drobny w warstwach zgrzebnego płótna, które składało się na jego szatę, brodę wciąż miał długą i zmierzwioną jak stara miotła. Jego czarne oczy, zakryte fałdami suchych zmarszczek, nadal były bystre jak u dzikiego kota. Patrzyły teraz na stojącego w progu wiedźmina z mieszanką zaintrygowania i dezaprobaty.

- Co żeście zrobili tym razem? - zapytał zamiast powitania.

Eskel zrobił krok naprzód, tak że stary druid, mimo że stał na wysokim progu, musiał nieco odchylić głowę do tyłu, by dalej na niego patrzeć.

- Potrzebuję pomocy - powiedział cicho.

Myszowór przyglądał mu się przez długą chwilę ze zmarszczonymi brwiami. Spojrzał na Ciri, która wzruszyła lekko ramionami i pokręciła głową na znak, że też nic z tego nie rozumie, a potem znów na Eskela, który czekał z założonymi rękami i ponurą miną. W końcu Myszowór westchnął ciężko, z rezygnacją, i zrobił krok w tył, by wpuścić ich do środka. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, po niebie poniósł się huk pierwszego grzmotu.

Podobnie jak jej właściciel, chata Myszowora również niewiele się zmieniła. Wciąż bardziej przypominała pustelnię niż miejsce nadające się do życia i nadal było w niej przenikliwie zimno pomimo ognia rozpalonego w małym glinianym palenisku. Ciri przystanęła na środku pogrążonej w półmroku izby, rozejrzała się wokół siebie. Z cienia wyłaniały się zarysy tych samych sprzętów i mebli, które zapamiętała jeszcze jako dziewczynka. Unoszący się w powietrzu cierpki, gryzący zapach ziół, których całe pęki i bukiety kołysały się u powały, też był znajomy. Ciri odetchnęła głęboko, na moment uspokojona widokiem znajomego wnętrza i starego przyjaciela. Okrążyła ustawiony pośrodku izby ogromny dębowy stół, przysiadła na niskim zydlu i wsparła łokcie na kolanach. Eskel podążył jej śladem i przystanął za jej plecami, opierając się ramieniem o komin paleniska.

- Dobrze cię widzieć - zwróciła się do druida. Myszowór, który przystanął na drugim końcu izby i przyglądał im się chmurnie, wziął się na te słowa pod boki i potrząsnął długą, kosmatą brodą.
A was nie. Nie jak mi przyłazicie pod próg bez zapowiedzi, w sam czas na sztorm - burknął z niezadowoleniem. - Co was przywiało?

Ciri obejrzała się na Eskela, uniosła znacząco brwi. Wiedźmin i stary druid przez chwilę w milczeniu mierzyli się wzrokiem. W końcu Eskel zapytał cicho:

- Rowokół. Co możesz mi o nim powiedzieć?

Myszowór zmrużył oczy. Chudą, zmarszczoną ręką sięgnął w stronę brody, w zamyśleniu przebiegł po niej palcami. Namyślał się przez długą chwilę, mierząc wiedźmina świdrującym spojrzeniem. Wreszcie zapytał:

- Czemu przychodzisz z tym do mnie, wiedźminie?

- Bo wiem, że to ma coś wspólnego z naturą. Z ziemią. A ty gadasz z drzewami częściej niż z ludźmi. Dlatego sądziłem, że coś będziesz o tym wiedział - wyjaśnił cicho Eskel.

Druid pokiwał głową, ale nic nie powiedział, tylko dalej świdrował wiedźmina spojrzeniem. W końcu Eskel powtórzył:

- Rowokół. Wiesz coś o nim czy nie?

- To ruiny zamku, w których jest miejsce mocy. Według mojej wiedzy jedno z najsilniejszych - odpowiedział spokojnie druid.

Eskel skinął głową.

- Co jeszcze wiesz o tym miejscu? - zapytał.

Stary druid uśmiechnął się pod splątanymi, siwymi wąsami. Zamiast od razu odpowiedzieć, zdjął z półki nad paleniskiem obtłuczone gliniane kubki, długą chochlą zaczerpnął coś z bulgoczącego kociołka, postawił naczynia przed Ciri i Eskelem, ostatnie zachowując dla siebie. Ciri wzięła kubek i objęła go dłońmi. Ciepły, pachnący ziołowo wywar przyjemnie rozgrzewał zdrętwiałe z zimna palce. Eskel nie sięgnął po swoje naczynie. Wciąż wpatrywał się w druida, czekając na odpowiedź. Myszowór tymczasem, nie spiesząc się, przeszedł na drugi koniec izby, przysiadł na ustawionym obok łóżka krześle, wysiorbał odrobinę gorącego wywaru. W końcu odstawił naczynie na ziemię, otarł brodę wierzchem dłoni, pochylił się lekko w przód i zapytał:

- Co jeszcze wiem o Rowokole, wiedźminie, wiem z podań i legend. Interesuje cię, co mówią legendy, hm?

Eskel nic na to nie odpowiedział, więc stary druid pokiwał lekko głową, bardziej chyba do siebie niż do niego, i mówił dalej:

- Legendy mówią, że na Rowokole po koniunkcji sfer był las, a w lesie była magia. Silna magia, zielona magia, magia natury. Magia zwabiła druidów. Zbudowali na wzgórzu krąg, by czerpać tę magię wprost od matki ziemi. A potem przyszli ludzie, przegnali druidów i zniszczyli krąg, by na jego miejscu postawić kasztel. Ale druidzi, zanim odeszli, zostawili coś ponoć po sobie. Coś, co miało przypominać ludziom, że to miejsce nie należy do nich, tylko do ziemi. I odtąd ani pierwszy pan na zamku, ani żaden z kolejnych, którzy przyszli po nim, nie zaznał w tych murach spokoju. Noc w noc, mówią legendy, śnili zielone sny, sny, w których ziemia ryczała głośno pod ich stopami, a las zaglądał w okna. I w końcu ludzie odeszli, a ziemia zagarnęła z powrotem, co należało do niej.

Stary druid skończył mówić i znów na długą chwilę zapadła cisza. Za murami chaty wzmagał się wiatr, który szarpał okiennicami i gwizdał przenikliwie pod powałą. Rozwieszone na belkach pęki ziół szeleściły cicho, kołysane tam i z powrotem.

- To coś, co zostawili na Rowokole druidzi - odezwał się Eskel cicho. - Co to było? Według legendy?

- Kwiat paproci. Tak mówią.

- Magiczny kamień, który rzekomo spełnia życzenia tego, kto go znajdzie. I daje mu władzę nad naturą.

Myszowór znów uśmiechnął się lekko pod wąsem.

- A i owszem.

- Nie próbowaliście go odnaleźć?

Stary druid wzruszył lekko ramionami.

- Wielu próbuje.

Eskel wyprostował się, rozplótł ramiona i wsparł je o krawędź stołu. Patrzył na starego druida ze skupieniem.

- W równonoc? - zapytał cicho. Myszowór parsknął z lekceważeniem, pokręcił lekko głową.

- Równonoc to klechda dla gawiedzi, wiedźminie. Bajka. Jeśli masz fantazję szukać magii, to w pełnię. W pierwszą letnią pełnię po równonocy, kiedy natura jest w rozkwicie, a jej energia jest najsilniejsza.

Wiedźmin w zamyśleniu pokiwał powoli głową. Odwrócił wzrok od starego druida i przez długą chwilę wpatrywał się za okno, w zasnute czarnymi chmurami niebo. Tym razem to Ciri przerwała ciszę.

- Dziś jest pełnia - powiedziała cicho.

Eskel odwrócił wzrok od okna i spojrzał na nią. Stary druid znów się uśmiechnął i pogładził palcami brodę.

- Ano, nie da się ukryć - wymamrotał Myszowór z błyskiem w oku. Eskel milczał przez długą chwilę. W końcu przeniósł wzrok z Ciri na Myszowora. Przeszedł przez izbę i stanął naprzeciw druida.

- Potrzebuję dostać się na Rowokół - powiedział cicho.

Druid też podniósł się powoli ze swojego zydla. Ciri, która przyglądała im się bez słowa, dostrzegła w spojrzeniu druida zaciekawienie.

- Po cóż wiedźminowi magiczny artefakt, jeśli wola ci zdradzić tajemnicę? - zapytał.

Eskel westchnął ciężko.

- Po nic. Nie będę szukał kwiatu paproci - powiedział cicho, zmęczonym, pozbawionym wyrazu tonem.

- Więc czego będziesz szukał? - zapytał jeszcze raz druid, wciąż świdrując go badawczym spojrzeniem.

- Dzieciaka, który go znajdzie.

Znów zapadła cisza. Przerwała ją Ciri, podnosząc się energicznie ze swojego stołka. Zydel zgrzytnął przenikliwie na kamiennym klepisku. Wiedźmin i druid spojrzeli na nią.

- Myszowór, zabierz nas do tego zamku - zwróciła się do druida. Eskel nachmurzył się i zrobił krok w jej stronę.

- Nie mieszaj się do tego - powiedział stanowczo.

Ciri prychnęła ze złością.

- Trochę za późno się obudziłeś z tymi ostrzeżeniami. Idę z tobą - oświadczyła.

Eskel przez długą chwilę patrzył jej w oczy, w końcu z rezygnacją pokręcił głową. Zwrócił się znów w stronę starego druida, który obserwował ich, wciąż gładząc się po brodzie.

- To jak będzie? - zapytał.

Myszowór westchnął ciężko.

- Jak żyję, nie widziałem, żeby ktoś miał większy talent do pakowania się w kabałę niż wy, Wilki.

Z tymi słowami podszedł do drzwi chaty i zamaszyście je otworzył. Do środka wdarł się ryk grzmotu, w twarze uderzył ich podmuch ostrego, słonego wiatru. Stary druid, wiedźmin i wiedźminka wyszli w ciemność i sztorm.