Rozdział 313: Ponownie zjednoczeni

Greg był wyczerpany. Wiedział, że awans będzie oznaczał więcej pracy i nadal był cholernie wdzięczny, że w końcu zostanie sierżantem, ale naprawdę chciał się trochę przespać. Na to też był już najwyższy czas. Sprzątał miejsce zbrodni ze swoimi ludźmi i już mieli kończyć, kiedy cholerny narkoman pojawił się na miejscu zbrodni i zaczął opowiadać niesamowicie dokładne fakty o tym, co odkryli.

Nie wydawał się być sprawcą, ale był bardzo naćpany, więc polecono Gregowi, żeby i tak go sprawdził. Nie narzekał (nigdy tego nie robił), ale jęknął w duchu, gdy zaczął prowadzić naćpanego do radiowozu, przechodząc przez wymaganą regułę, gdy szli. Dzieciak nie słuchał. Chryste, naprawdę był tylko dzieciakiem. Zatrzymali się tuż przed samochodem, zwróceni do siebie. Spojrzenie inteligentnych oczu było skupione na nim.

To było denerwujące. Nie tylko wydawało się, że dzieciak patrzył przez niego na wskroś i widział wszystko, ale w jego spojrzeniu było niepokojące poczucie znajomości, którego nie mógł umiejscowić. Nie było jednak czasu, żeby się nad tym zastanawiać, ponieważ wracał do New Scotland Yard, aby oddać go w czyjeś inne ręce.

Przekazał go oficerowi przy biurku i poszedł na swoje stanowisko, aby wypełnić niezbędne dokumenty. Nienawidził papierkowej roboty. To była jedna z głównych rzeczy, które sprawiały, że nie chciał sam starać się o stanowisko inspektora, ponieważ wiedział, że będzie tego jeszcze więcej. Mimo to chciał tej pracy… i był na dobrej drodze, aby ją zdobyć, jak mu powiedziano. Niezły zastrzyk pewności siebie. To było wszystko, nad czym pracował od dłuższego czasu.

— Dłużej tego nie zniosę, zabiję tego gościa! — Donovan warknęła, gdy wpadła do środka z zaciśniętymi pięściami i zębami.

Greg zamrugał zaskoczony, wpatrując się w miejsce, gdzie kończył ostatni raport.

— Co z tobą? — zapytał, odchylając się do tyłu i przechylając głowę. Jęknęła.

— Ten cholerny narkoman, którego przyprowadziłeś — prychnęła, krzyżując ramiona i piorunując go wzrokiem, jakby to było jego wina, że dzieciak tu był. Greg tylko wzruszył ramionami. Dawno temu nauczył się nie brać temperamentu Sally Donovan do siebie. — Jest taki… taki NIEGRZECZNY. Jest dziwakiem.

— Hej, Sal, to może być trochę nie na miejscu — zaczął Greg, ale Sally wściekle pokręciła głową.

— Pieprzy jakieś głupoty o nas wszystkich w areszcie, Greg — powiedziała. — To dziwaczne. Po prostu wie te rzeczy. I jest tak bezceremonialny, że uderzyłabym go, gdybym sądziła, że ujdzie mi to na sucho.

— Sal…

— Nie słyszałaś go — przerwała, wskazując palcem na Grega. Zdobył się na delikatny uśmiech. — Nie… Uch. Dobrze, że wychodzi za kaucją.

Greg zdziwił się. Dzieciak miał wyjść za kaucją? Odsunął się od biurka, ciekawy, jak to możliwe. Stało się to zbyt szybko. Minął Sally, podchodząc do niej, zauważając jak wskazywała palcem na kogoś w czymś, co wyglądało na bardzo drugi garnitur, stojącego przy biurku i podpisującego jakieś papiery. Narkoman stał obok niego, choć wydawało się, że stał tak daleko jak to tylko mu pozwolono, krzywiąc się.

—... i jeśli myślisz, że znowu okłamię mamusię, to zastanów się jeszcze raz, Sherlocku — powiedział mężczyzna. Jego głos był wytworny i miękki, wywołując dreszcze wzdłuż kręgosłupa Grega. Na początku nie mógł zrozumieć dlaczego, ale potem… chwila… powiedział Sherlock?

— Holmes? — zapytał głośno, powodując, że obaj mężczyźni zamarli i wyprostowali się.

Przełknął ślinę, próbując zwilżyć nagle wyschnięte gardło. Znał ten głos. Nic dziwnego, że ten dzieciak wydawał się znajomy. Mężczyzna w garniturze obrócił się powoli, unosząc brwi, gdy spojrzenie znajomych jasnoniebieskich oczu zatrzymało się na Gregu.

— Gregory — powiedział mężczyzna, a zaskoczenie pojawiło się na jego twarzy, zanim szybko ponownie przybrał neutralny wyraz.

— Mycroft — szepnął Greg. Niełatwo było mu zamaskować własne zdziwienie. Sherlock prychnął.

— Nic dziwnego, że jego głupia twarz wyglądała znajomo — mruknął, przesuwając ciężar ciała z stopy na stopę. — Chodźmy Mycroft, muszę zakończyć eksperyment.

— Biorąc pod uwagę okoliczności, nie jestem skłonny pozwolić ci zająć się twoim eksperymentem — warknął Mycroft, ale nie spuszczał spojrzenia z twarzy Grega.

Sierżant ponownie przełknął ślinę, oblizując nerwowo wargi.

Nie widział Mycrofta od czasów uniwersyteckich. Byli tak blisko… Oczywiście na wspomnienie znów przeszył go znajome gorąco. Zbliżyli się do siebie, nawet intymnie, ale potem skończyli szkołę (Mycroft rzecz jasna wcześniej, bo był cholernie bystry) i poszli swoimi drogami… Greg wybrał egzekwowanie prawa, a Mycroft politykę… i nie widzieli się od tamtej pory.

— Łał, um… — powiedział Greg, próbując opanować jąkanie. Robił z siebie głupka. — Nie spodziewałem się tego.

— W rzeczy samej — powiedział Mycroft, przechylając głowę na bok, gdy zmienił pozycję, przekładając parasolkę z jednej dłoni w drugą. — Sierżant.

— Mmm, tak — potwierdził, pocierając tył głowy. Wił się i wiedział o tym. — A ty, ach…

— Departament Transportu — odpowiedział Mycroft, uśmiechając się niemal z rozbawieniem.

Sherlock ponownie prychnął obok swojego brata, ale żaden z mężczyzn nie zwrócił na to uwagi.

— Dobrze wyglądasz — powiedział, uśmiechając się teraz i robiąc krok do przodu.

— Ty również — odparł Mycroft, wyglądając na szczerze rozbawionego.

— Och, na litość boską, po prostu się pocałujcie czy coś, żebym mógł ODEJŚĆ — jęknął Sherlock. — Boże, minęło już dziesięć lat, a wy wciąż każecie mi czekać, aż będzie uprawiać seks za pomocą spojrzeń.

— Spierdalaj — warknął Greg, wślizgując się w swoje młodsze nawyki i dopiero gdy Mycroft zaczął się śmiać, zdał sobie sprawę, że zrobił dokładnie to samo dziesięć lat temu, podczas gdy dużo młodszy i nie uzależniony od narkotyków Sherlock niecierpliwie wiercił się na miejscu, umierając z pragnienia ucieczki spod nadzoru brata i wyjścia na spotkanie z, jak twierdził, bardzo fascynującym blondynem.

— Gregory — powiedział Mycroft, gdy się uspokoił. Greg uśmiechnął się promiennie. Było jasne, że młodszy mężczyzna nie śmiał się często, a jednak właśnie teraz to zrobił. Cóż, niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniły. — Co powiesz na kawę? Przeprosiny za to, że musiałeś znosić Sherlocka, kiedy najwyraźniej miałeś wyjść z pracy.

Greg już miał zapytać, skąd to wiedział, ale tylko potrząsnął głową. Ci Holmesowie… zawsze wiedzieli. Kawa, co? Cóż, nie mógł temu odmówić, ani nie mógł zignorować ciepła wciąż gotującego się w jego wnętrznościach.

— Tak — zgodził się. — Brzmi to wspaniale.