Rozdział 315: Potrzebujesz pomocy

Greg nie mógł zasnąć. Spał prawdopodobnie mniej niż trzy godziny w nocy, a nawet wtedy budził się raz lub dwa razy. Funkcjonował na oparach i jedynie, co robił, to rzucanie się jeszcze bardziej w wir pracy. To prawdopodobnie nie było zdrowe. Nie, wiedział, że nie było, ale to był jego instynkt. Zrobił to po rozwodzie, zrobił to, kiedy sądził, że Sherlock nie żyje i robił to teraz.

Jego praca wiązała się z niebezpieczeństwami, których był świadomy od pierwszego dnia. Ryzykowałeś, że spotkasz prawdziwych wariatów. W trakcie swojej kariery miał swój sprawiedliwy udział w tym, ale ten facet przebijał wszystko. Było wystarczająco źle, że w jakiś sposób zdobył przewagę nad Gregiem (nieważne ile razy odtwarzał to w głowie, nie mógł zrozumieć, gdzie popełnił błąd) i wziął go jako zakładnika. Ta zła sytuacja stała się trochę gorsza, kiedy facet został wystraszony będąc na szczycie szaleństwa i skończyło się to na wstrząśnieniu mózgu Grega. Gorzej zmieniło się w "chyba sobie ze mnie żartujesz", kiedy został zamknięty w bagażniku na, jak powiedziała mu Sally, co najmniej dwie godziny.

To była okropna sytuacja. Greg nie miał klaustrofobii, ale to prawie go dobiło. Nigdy nie był w takiej sytuacji i gdyby nie wstrząśnienie mózgu, które spowodowało, że próbował pozostać przytomny, wolałby po prostu zemdleć, żeby nie musieć radzić sobie z paniką wynikającą z bycia w ciasnej przestrzeni i powoli kończącym się powietrzem.

Umieścili go na noc w szpitalu w celu obserwacji. Spał wtedy z powodu leków przeciwbólowych, które mu podano. Został zwolniony następnego ranka z poleceniem wzięcia kilku dni wolnego w celu powrotu do zdrowia. Upierał się, że nic mu nie było, ale kazali mu nie przychodzić do pracy co najmniej przez dwa dni.

Przez te dwa dni prawie nie spał. Po prostu nie mógł paść. Za każdym razem, gdy zaczynał robić się senny, czuł ucisk w klatce piersiowej i nie mógł oddychać. Doprowadziło go to do lekkiego ataku paniki i przywracało go w stan przebudzenia. Wypijał dużo kawy. Prawdopodobnie nie poprawiało to jego stanu umysłu, ale w pewnym sensie pomagało mu zachować energię i przytomność, a to było wszystko, co się liczyło.

Po tych dwóch dniach zmusił się do powrotu do pracy. Pozwolił, by go to pochłonęło. W domu prawie niemiał nic do zrobienia, a nie chciał być sam, więc pracował. Kiedy zmuszono go do opuszczenia Yardu na kilka godzin, szedł do Mycrofta. Młodszego mężczyzny nie było w domu, ponieważ utknął na spotkaniach w innym kraju, ale Greg nie mógł znieść przebywania we własnym mieszkaniu. Przespał się u Mycrofta. Sen jednak przyniósł ze sobą koszmary.

Były różne i przez większość czasu ich nie pamiętał, ale to powstrzymało go przed spaniem dłużej niż trzy godzin na dobę, a kiedy go obudziły, nie mógł już zasnąć. To było okropne.

Greg wiedział, że Mycroft wróci do Londynu tak szybko, jak tylko mógł. Tej pierwszej nocy po powrocie, Greg zasnął w jego ramionach i spał mocno. Następnego ranka poczuł się niesamowicie wypoczęty i miał nadzieję, że to wszystko, czego potrzebował, aby mieć nowy początek i zostawić tamto wydarzenie za sobą. Chciał znowu funkcjonował i pragnął, żeby koszmary się skończyły.

Kilka dni później powróciły. Budził się gwałtownie i podrywając się gwałtownie, siadał na łóżku, uspokajając się tylko nieznacznie, gdy smukłe ręce zatrzymywały go i przyciągały, a Mycroft szeptał delikatne i czułe słowa, trzymając go blisko. Chwytał blade ramiona mężczyzny, dysząc i drżąc. W niektóre noce można było go namówić z powrotem do snu pocałunkami, a w inne po prostu nie mógł ponownie się zrelaksować.

— Gregory… — wymamrotał delikatnie Mycroft pewnej nocy, głaszcząc go po włosach i całując nagie ramię.

Greg wbijał palce w kolano, oddychając ciężko i pocąc się.

— Nic mi nie jest — wychrypiał, zamykając się trochę w sobie, wpatrując się w kołdrę.

Nigdy nie mógł znieść spojrzenia Mycroftowi w oczy, nie mógł znieść widoku jego wyrazu twarzy… ani otworzyć się na jego dedukcję, by czytał z niego jak z otwartej księgi.

— Nie prawda — szepnął Mycroft stanowczo, ale delikatnie. — Naprawdę wierzę, że musisz…

Greg potrząsnął głową i zacisnął pięści. To nie był pierwszy raz, kiedy przez to przechodził. Mycroft ciągle sugerował, żeby znaleźli rozwiązanie, poprosili o pomoc, jakby rzeczywiście coś było nie tak, jakby on…

— Gregory, doświadczasz drobnych objawów zespołu stresu pourazowego.

— Nie mam zespołu stresu pourazowego — warknął.

— Gregory… — Mycroft westchnął, a starszy mężczyzna odwrócił się, by na niego spojrzeć. — Ja tylko sugeruję…

— Tak jak sugerowałeś wcześniej… — powiedział Greg, marszcząc brwi. — A ja odmówiłem. Nie potrzebuję pomocy, Mycroft. Chciałbym, żebyś przestał to sugerować.

— Martwię się o ciebie.

— Cóż, przestań.

Rozumiał, że to było trudne. Słyszał, jak traci nad sobą kontrolę. Patrzył, jak na moment na twarzy Mycrofta pojawił się szok, zanim przybrał neutralną minę. Nie mógł tego powstrzymać. Nie mógł się powstrzymać przed wstaniem z łóżka, oddychaniem ciężko i chwytaniem koca.

— Gregory, dokąd idziesz? — zapytał Mycroft.

— Na kanapę. — To wszystko, co powiedział i wyszedł z pokoju.

To nie było fair ze strony Grega, że zareagował w ten sposób, ale nie myślał w tych kategoriach. Był wściekły, sfrustrowany i wyczerpany i po prostu… musiał uciec. Nie mógł jednak zmusić się do powrotu do swojego mieszkania. Opadł na kanapę i zwinął się w kłębek, okrywając się całkowicie kocem, który chwycił i próbował ponownie zapaść w coś w rodzaju drzemki.

Sam.