Rozdział 316: Wróć do łóżka
Uwagi: Jest to kontynuacja poprzedniego rozdziału.
Było ciemno. Nie mógł oddychać. Czuł się, jakby ciężar wagi tony naciskał na jego klatkę piersiową, ale nic tam nie było. Z trudem łapał powietrze, a jego oczy łzawiły, gdy sięgnął po… cokolwiek. Jego ramiona wymachiwały w powietrzu, nie uderzając w nic. Szumiało mu w uszach.
Bagażnik. To był bagażnik. Wiedział o tym. Dyszał, jęcząc i próbując się poruszyć, ale nie mógł tego zrobić. Proszę, nie.
Otworzył usta, żeby krzyknąć, ale nic z nich nie wyszło. Zawsze tak było. Wiedział, co nadchodziło. Byłby uwięziony. Nigdy się z stąd nie wydostanie. Udusiłby się. Nigdy nie mógł uciec. Zawsze próbował i nie mógł…
Otworzył szerzej oczy. Sceneria się zmieniła. Nagłą jasność sprawiła, że zakrył oczy i zacisnął zęby, gdy ból pochłonął jego ciało. Był popychany i ponownie spróbował krzyknąć, ale bezskutecznie. Proszę, byle nie to cholerne miejsce…
— Gregory!
Panika zmroziła krew w jego żyłach. Nie. Nienienienie. Nie Mycroft. TYLKO NIE ON.
— NIE! — krzyknął złamanym głosem, gdy Mycroft był uwięziony w przezroczystym bagażniku. Zraniony, poobijany, nagi, krwawiący. — MYCROOO…
— OOFT! — wrzasnął Greg, podrywając się z miejsca, w którym leżał skulony na kanapie.
Koc, który zabrał, został zrzucony z niego i poczuł, jak łzy spływały mu po policzkach. Trząsł się i sapał. Miał szeroko otwarte oczy i nie mógł oddychać…
— Gregory?
Głos Mycrofta dobiegł zza jego pleców. Greg zaskomlał, obracając się, by zobaczyć młodszego mężczyznę wchodzącego do salonu od strony ich sypialni z rozczochranymi od snu włosami i spojrzeniem pełnym troski.
Greg chciał wstać, podejść do niego, poczuć jego ciepło… Potrzebował pewności, że ten człowiek rzeczywiście tam był. Nie w bagażniku… ale nie mógł się poruszyć. Trząsł się i oddychał tak ciężko, że był pewien, iż był bliski hiperwentylacji.
Jego partner natychmiast znalazł się przy nim, opadł na kolana obok kanapy i wyciągnął rękę, by dotknąć jego bicepsa. Greg jęknął pod wpływem ciepła tego dotyku, jakie to było solidne i prawdziwe. Natychmiast pochwycił go i przylgnął do niego. Ukrył twarz w szyi Mycrofta, jego szloch był stłumiony, gdy ściskał jego jedwabny szlafrok.
— Jestem tutaj, Gregory — wyszeptał Mycroft, przytulając go mocno i powoli gładząc jego włosy. — Nic ci nie jest. Jesteś bezpieczny.
— Ale… ale ty… — zaczął Greg, mocniej chwytając jego szlafrok, jakby powstrzymując go przed jeszcze większym ruchem.
— Gregory, weź głęboki oddech — kontynuował cicho Mycroft, składając pocałunek na jego skroni i kontynuując gładzenie jego włosów. — Jesteś w domu. Jesteś ze mną. Jesteśmy razem i nic nam nie jest. Tylko oddychaj.
Greg sapnął, próbując zrobić to, co powiedział jego partner, starając się oddychać. Nie mógł. On…
— W porządku, najdroższy, razem ze mną — wyszeptał Mycroft. Młodszy mężczyzna przesunął się, przyciągając Grega delikatnie do siebie i siadając wygodniej na podłodze. Przytulił Grega do siebie, oddychając powoli. — Oddychaj ze mną. Wspólnie, okej?
Wciąż się trzęsąc, Greg próbował skupić się na ruchu klatki piersiowej Mycrofta. Zamknął oczy, starając się wziąć razem z nim powolne, głębokie oddechy. Nadal były nierówne. Greg zamknął oczy, wsłuchując się w oddech Mycrofta i czując bicie jego serca i ciepło. Był tutaj. Byli razem, tak jak powiedział. Żyli i żadnemu z nich nie groziło niebezpieczeństwo. To był ich salon. Ich mieszkanie. To był tylko koszmar.
W końcu Greg zaczął oddychać razem z Mycroftem. Z każdym oddechem, który brali razem, jego ciało zaczęło się coraz bardziej rozluźniać, uwalniając napięcie. Wciąż się trząsł, ale czuł się bardziej normalnie i wiedział, że był to tylko koszmar. Nie wiedział, jak długo tak siedzieli, ale ani razu Mycroft nie poruszył się z dyskomfortem ani nie odsunął się. Przytrzymywał Grega blisko siebie, rozluźniając uścisk dopiero wtedy, gdy starszy mężczyzna próbował usiąść.
— Przepraszam — wychrypiał, pocierając twarz i wzdychając ciężko. — Nic… nic mi nie jest…
— Gregory, to nie prawda — wyszeptał Mycroft, niepewnie odwracając wzrok.
Greg spojrzał na niego.
— Tak, to nie jest prawda — przyznał, wzdychając i przeczesując dłonią włosy.
— Chcesz o tym porozmawiać?
— To… to byłeś ty — powiedział po chwili Greg, spuszczając wzrok na miejsce, gdzie ich nogi były splątane, gdy siedzieli na podłodze. — Nie ja. Ale to widziałem… bagażnik był przezroczysty… Umierałeś. Ty…
— Jestem tutaj — powtórzył Mycroft, głaszcząc jego policzek. — Gregory, wróć do łóżka. Proszę.
— Przepraszam — wykrztusił Greg, a oczy znów wypełniły mu się łzami. — Ja tylko…
— Po prostu chodź do łóżka — powiedział ponownie Mycroft, pochylając się i całując go w czoło. — Załatwimy to rano. Razem.
Greg jedynie skinął głową. Był zbyt wstrząśnięty i zbyt wyczerpany, by protestować. Oszołomiony pozwolił Mycroftowi pomóc sobie wstać i poprowadzić z powrotem do łóżka. Bał się ponownie zasnąć, ale kiedy zwinął się w kłębek przy swoim partnerze, przyciskając twarz do jego klatki piersiowej, czując te smukłe ramiona oplatające jego ciało, sen przyszedł zaskakująco łatwo.
