Rozdział 2 (Bo jesteśmy Rodziną)
Hanatarou naprawdę miał nadzieję, że gdy wieczorem wróci do koszar 4-tej Dywizji urobiony po łokcie zastanie tam ciszę, spokój i harmonię, które ukoją jego nerwy i pozwolą mu odetchnąć przed jutrzejszym dniem. I umożliwią zrealizowanie małego planu, który dojrzewał w nim przez cały dzisiejszy dzień umacniając się ilekroć spojrzał na sztucznie spokojną twarz Kotetsu.
Nie mógł, po prostu nie mógł zapomnieć, że jego kolega z drużyny stanie jutro do skazanej na porażkę walki. Tym bardziej, że przerwanie tego konfliktu było takie proste. Prawda?
Wystarczyło zawiadomić o wszystkim Kapitan Unohanę, a Ona z pewnością znajdzie sposób by wszystko odwrócić. Mały Shinigami szczerze w to wierzył. Od czasu nieszczęsnej awantury z Rukią-san, zawsze tak robił gdy miał poważne kłopoty i jeszcze nigdy nie zawiódł się na swej taichou.
Nie przewidział jednego. Że wieści o jutrzejszym pojedynku rozejdą się tak szybko i że Kotetsu Shirai z szeregowego żołnierza 4-tej Dywizji zostanie zdegradowany do roli jej sztandaru. Na codzień zahukani i zastraszeni Bogowie Śmierci Kapitan Unohany bezwstydnie puchli z dumy.
Tak więc, gdy dwójka zamiataczy kanałów, po obmyciu się z brudu i nieczystości, weszła do jadalni, powitały ich tam uśmiechy, oklaski i triumfalne klepanie po plecach.
Naprawdę
powinien był to przewidzieć. Pozostała trójka Shinigami, która
ewakuowała się gdy tylko wkroczył Madarame-san. Plotki miały cały
dzień na obiegnięcie koszar.
-Pięknie, po prostu pięknie...
-No nie spodziewałam się tego po tobie, Kotetsu-san! Tak trzymaj, tygrysie!
-Brawo kolego! Jesteśmy z tobą!
-Wszyscy. Pokaż jutro tym gnojkom co znaczy duch 4-tej Dywizji!
-Odważny człowiek. Ja bym uciekł gdy tylko zaczęli by się mnie czepiać...
-Ale ty nie uciekniesz, prawda? Pokażesz mu gdzie Hollowy zimują, co?
-Jasne, że pokaże! Spójrzcie na niego, aż się rwie do walki! Ten błysk w oczach!
-Moim zdaniem - porucznik Isane Kotetsu łagodnie przerwała atmosferę święta - szeregowy Kotetsu jest po prostu głodny i zmęczony po całym dniu ciężkiej pracy. A oczy świecą mu się na widok miseczek z okonomiyaki. Dajcie mu chociaż zjeść w spokoju.
-Jasna sprawa. - 3-ci oficer, Iemura, poklepał zakłopotanego rudzielca po plecach uśmiechając się szeroko - Chłopcy i dziewczęta, koniec zabawy! Kotetsu-san musi nabrać sił przed jutrzejszym dniem. I my też żeby podczas dopingowania go nie paść z głodu i zmęczenia. Przypominam bowiem, że jutro wszyscy normalnie pracują! - Iemura uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi na falę jęków i protestów - Cieszy mnie wasz zapał. A teraz marsz jeść!
Towarzystwo rozeszło się niechętnie by utworzyć kolejkę oczekującą na wydanie posiłku. Gdy Kotetsu również dołączył do ogonka nerwowo przeczesując ostrzyżone na jeża włosy, Yamada nieśmiało pociągnął fukutaichou za rękaw.
-Co, Hanatarou?
-Kotetsu-sama, zastanawiam się nad tym co powiedział Iemura-sama i chciałbym zapytać...no, czy nie dałoby się zorganizować wolnego dnia dla szeregowego Kotetsu. Żeby odpoczął w pustych koszarach, uspokoił się, przygotował...
-Ależ co ty wygadujesz Hanatarou? Oczywiście, że tak! Ani nam w głowach przemęczać go przed jutrzejszym dniem.
-Ekhem - 7-my oficer 4-tej Dywizji stając na palcach zbliżył usta do ucha fukutaichou - a czy możnaby poprosić Kapitan Unohanę, żeby...
-NIE.
-Aha. Przepraszam, Kotetsu-sama.
*****
-...I wtedy ten plebs z 4-tej wsiadł na Ichimona i zaczął trzaskać go po pysku jak wściekłego psa! Mówię wam, normalnie zęby w powietrzu latały...
-Źle opowiadasz. Słuchajcie, to było tak...
-JA źle opowiadam? A w mordę chcesz?
-W mordę to możesz się podrapać. A zginąć chcesz?
-Zawsze marzyłem by zginąć z rąk takiego mięczaka jak ty, Iba.
-Przestańcie się żreć! - Madarame Ikkaku odstawił czarkę - Chcę usłyszeć jak to się zaczęło, a takim co mi w tym będą przeszkadzać zetnę łby. A potem jeszcze pojadę po przepustkach i premiach. No, mów jak było, Zennosuke!
Wskazany przez Madarame Shinigami, nowy w doborowym towarzystwie oficerów 11-tej i kilku innych zaprzyjaźnionych Dywizji, wypiął dumnie potężną pierś. Pociągnąwszy łyk zacnej sake rozejrzał się po kompanach upewniając się, że nie są jeszcze zbyt pijani by słuchać. Szczęśliwie tylko Yumichika zdawał się być bliższy podłogi niż stołu, ale ratowało go pomocne ramię Hisagiego Shuuheia. Pozostali oficerowie chwilowo odstawili swe czarki. Z wyjątkiem Tetsuzaemona Iby, ale mocna głowa porucznika 7-mej Dywizji była legendarna w Gotei-13.
Pozostali goście zadaszonego baru na świeżym powietrzu w dzielnicy Rukongai, przeważnie cywile, do tej pory obserwujący podpitych, hałaśliwych żołnierzy z lekkim niepokojem, również przysunęli się bliżej by lepiej słyszeć. Usatysfakcjonowany Shinigami rozpoczął więc swą opowieść żywo gestykulując przy każdym słowie. Jego koledzy czasem żartowali, że gdyby przywiązać mu ręce do boków kiwałby się na krzesełku podczas rozmowy, jak statek na wysokiej fali.
-To był piękny dzionek. Słoneczko świeciło jak łysa glaca Generała Yammamoto, motylki fruwały krzywo jak po piwsku, a my, chłopaki z 11-tej Dywizji, siedzieliśmy na werandzie po skończonym treningu i wietrzyliśmy nasze spocone tyłki. Ogólnie było dość przyjemnie...
-A o czym gadaliście? - przerwał jakiś odważny cywil.
-O poezji. - mówca niezadowolony, że mu przerwano odpowiedział wybornym żartem, który wywołał napad śmiechu u weteranów Dywizji Kenpachiego. - A o czym mieliśmy gadać? Yumichika właśnie dostał nowy tomik haiku i nie mogliśmy się dogadać czy użyć go na podpałkę czy w latrynie.
-Dobrze, już dobrze. - cywil z udawaną nonszalancją wycofał się na tyły.
-Jak już mówiłem - Zennosuke, przeczekawszy cierpliwie rechot pozostałych Shinigami, kontynuuował - było dość przyjemnie. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko tego, żeby kogoś zrąbać, ale tak konkretnie. No i proszę! - uszczęśliwiony oficer potoczył wzrokiem po kółeczku uśmiechniętych twarzy - Boski Zennosuke mówi i ma. Trafiły się nam idealne obiekty do zrąbania.
-Czyli ni mniej ni więcej tylko pięciu pacyfistów z 4-tej, którzy przyszli przerzucać łajno w naszych kanałach.
-A jeden z nich był chyba twardszy od pozostałych...
-Yumichika, Shuuhei, co mam zrobić by was przekonać, że to ja teraz opowiadam? Chcecie słuchać to nie przeszkadzajcie, ok? No. Więc napatoczyło nam się pięciu złamasów. Gdy nas zobaczyli mało nie dorzucili czegoś do kanałowej kolekcji nieczystości. Mówię wam, panowie, zaśmierdziało tchórzem na całe Społeczeństwo Dusz.
-Hehehe.
-A wszyscy wiemy jaki jest Ichimon. Jak zobaczył, że pod niektórymi z nich nogi się uginają mało mnie nie opluł ze śmiechu...
-To ja tylko jedno dodam, dobra Zennosuke? - Ikkaku wykonał przepraszający gest - Z Ichimona jest świetny oficer, ale ostatnio nie ma szczęścia. Zaraki-taichou zarzuca go dosłownie papierkową robotą i chłopak całe dni i noce spędza w pracy. A jak bezustannie przerzuca papiery to go, nie owijając w bawełnę, kurwica strzela. No, po prostu musi komuś mordę obić.
-Bardzo ładnie to ująłeś, Madarame-san! Poetycko, rzekłbym. Ale mówię wam, jak tamci zobaczyli podchodzącego Ichimona to zupełnie niepoetycko zbledli i dopiero zaczęli potrząsać portkami.
-Zbledli jako te lilie o zmierzchu...
-Zamknij się Yumichika, ostatni raz mówię! - szeroki uśmiech na twarzy masywnego Shinigami kłócił się z ostrym tonem - A Ichimonowi w to graj. Podszedł do najmniejszego, bo wiecie, tam w czwartej Unohana ustala rangi według wzrostu i odwagi tak jak u nas, tylko rzekłbym, w drugą stronę.
-Hehehehe.
-I mówi do niego - rozochocony reakcjami słuchaczy mówca wstał z ławy i przybrał wyluzowaną pozę z rękami w kieszeniach haori - "A co wy robicie na naszym terenie wy plebsy w kalesonach?"
-A co na to Yamada?
-Yamada? Jaki Yamada? Ty myślisz, Iba, że dzielny miłośnik Ryoka i słynny "oficer" z czwartej powiedział coś ponad zwykłe "prze-prze-przepraszam" - ubawieni oficerowi mało się nie pozabijali klepiąc po plecach - Przed szereg wyskoczył ten cały rudy mąciwoda. Ten Kotetsu czy jak mu tam.
-I co? - Ubawiony Abarai-fukutaichou ocierał łzy z kącików oczu uważając by nie uszkodzić okularów.
-I mówi ni mniej ni więcej: "No wiesz chłopie, właściwie to przyszliśmy się z wami poopalać, ale w przeciwieństwie do was nie mamy całego dnia. Więc pokaż nam proszę zejście do kanałów i zajmij się swoimi sprawami." Wyobrażacie sobie?
-Taki pyskaty? A Ichimon to nie mógł kotu wpuścić trochę świeżego powietrza pod ogon?
-Jakżeby nie? Ale zaczął delikatnie: "Ty myślisz, że ja jestem głupszy od ciebie?" A ten cwaniaczek mówi, że na to właśnie liczy.
-No nie wytrzymam...
-Taaa, Ichimon złapał za rękojeść i mówi do gówniarza, że sprzątaniem łajna to niech on się zajmie w swojej wiosce, a koszary słynnej 11-tej Dywizji to niech zostawi w spokoju. A jak mu się to nie podoba to niech idzie na skargę do Zarakiego-taichou.
Chóralny ryk oficerów spłoszył wszystkie koty w okolicy. Mówca przez dobrą chwilę trzymał się za trzęsący się brzuch.
-Młody...- Zennosuke przeczekał wesołość -...młody, stanął jakąś szerokość dłoni od Ichimona i gapiąc mu się w oczy wyszczekał, że w kwestiach dyscyplinarnych to on woli już iść do Kusajishi-fukutaicho, bo to jednak wyższa inteligencja i osąd też dojrzalszy...
-Żeby nie było - Madarame zwrócił się do rechoczących oficerów tłumiąc śmiech - fukutaichou właśnie zajmowała się tym swoim cholernym kucykiem, którego jej Yumichika dał na urodziny i nie byłaby by pewnie w nastroju by pracować. Mówię wam, to zwierzę już niedługo trzeba będzie dobić.
-Tego już było za dużo dla Ichimona - młodszy oficer podjął opowieść po kolejnej przerwie - wyrwał miecz z saya, ale wiecie nie tak, żeby zabić tylko żeby wybić smarkowi zęby głowicą. No i się zaczęło.
-A jak się skończyło to już wszyscy wiemy - Abarai zgrabnie przejął pałeczkę - jak ktoś -tu spojrzał znacząco na chwiejącego się na krześle Ayasegawę - nie słuchał, to jeszcze tylko krótko powtórzę. Ten cały Kotetsu użył Shunpo, naprawdę mocnego Shunpo. Przez dobrą chwilę miotał Ichimonem jak kot szczurem, a gdy go w końcu puścił to tylko po to, żeby wyciąć mu na gębie swoje inicjały. Pięściami. Wiesz co, Madarame? Ja bym się tak na twoim miejscu nie cieszył bo możesz jutro stracić naprawdę dobrego oficera.
-E tam. - Ikkaku ziewnął znacząco - Jak stracę to znaczy, że nie taki on dobry.
*****
Seiretei, koszary 4-tej Dywizji, gabinet fukutaichou
-Wiesz na co się porwałeś?
-Tak, fukutaichou.
-Chcesz się wycofać? Mam poprosić Unohanę-taichou o interwencję?
-Jaki to miałoby sens? Nie pozwolą mi. A choćby i pozwolili...
-Stracisz szacunek i okryjesz wstydem całą Dywizję. Słuchaj kochany, ja nie wiem dokładnie co ci nagadali w Akademii, ale wbrew plotkom my też mamy honor. I jeśli go stracimy, jeśli nasz żołnierz wycofa się po tym jak rzucił wyzwanie, to zaszkodzi wszystkim. Także Unohanie-taichou. Wiesz, że ona hoduje kwiaty?
-Kwiaty...Ćwiczy na nich swoje lecznicze reiatsu? Szkoda jej do tego ludzi? Zwierząt?
-Nieźle, Shirai-kun, blisko trafiasz, ale nie tylko o to chodzi. Zawsze gdy przyjmuje na służbę nowego żołnierza sadzi nowy kwiat. Opiekuje się nim, poświęca mu swój czas i energię. Potem przenosi to przyzwyczajenie na grunt Dywizji.
Lekko zmieszany Shirai spojrzał uważnie w oczy swej fukutaichou.
-Dlaczego mi to mówisz, Isane-san?
-Byś zrozumiał, że ona nie jest taka jak Mayuri, albo twoja poprzednia taichou. Wiesz, oni są przewidywalni. Opiekują się nami, poświęcają swój czas i energię. Ale Retsu-chan nie robi tego po to by wyssać z nas ostatnie krople przydatności i wyrzucić.
-Masz rację, kuzynko, nie rozumiem. Nie rozumiem dowódcy, który nie byłby zimnym, nieczułym i okrutnym egoistą. Jak raczyłaś przedstawić moją poprzednią taichou.
-Czy się mylę? Spójrz na siebie, Shirai-kun. Jesteś jeszcze za młody by stać się nieczułym, ale już jesteś zgorzkniały i cyniczny. Jak ona.
-Nie będę tego słuchać...
-Chcę tylko byś zrozumiał. Nie jesteś już sam, każdy z nas cię popiera i jeśli zechcesz, będzie dla ciebie żył. To znaczy więcej niż oddać życie w imię sprawy, której się nie rozumie, za człowieka, którego kazano ci wielbić...
-Choć na to nie zasługuje, tak?
-Muszę odpowiadać na to pytanie?
Chwila ciężkiego milczenia.
-Nie, nie musisz. Odpowiedz mi na inne pytanie, kuzynko. Dużo mniej osobiste.
-Słucham.
-Czy wy...-młody mężczyzna przetarł zroszone potem czoło. Źrenice miał nienaturalnie rozszerzone, w jasnym przyjaznym gabinecie fukutaichou sprawiał wrażenie zwierzęcia w klatce -...czy wy to zaplanowałyście? Ty, Unohana-taichou, Soi Fon-taichou? Czy ona posłała mnie tutaj po to, żeby zrealizować jakieś swoje cele, o których nic nie wiem?
-Jeśli nawet. Sądzisz, że ci szczerze odpowiem?
-Tak! - drżący z emocji krzyk przeszył powietrze - Bo jeśli nie, to czemu miała niby służyć ta pogadanka, co? Miłość, kwiaty, troska...nie rozśmieszaj mnie, Isane! Ja wiem co jest ważne! Ja nie jestem dzieckiem, które można popychać w dowolnym kierunku, które nic nie wie! Więc oszczędź mi tych amatorskich zagrywek psychologicznych i przejdź na wyższy stopień negocjacji, dobrze?! Czego ode mnie chcecie, ty i Retsu-chan? - palce Shiraia, zakrzywione jak szpony, już od dobrej chwili wpijały się w krawędź biurka Isane. Jego pociemniałe z emocji oczy przypominały czarne dziury wysysające kolory z twarzy fukutaichou.
-Shirai...-głos Isane podniósł się w gniewie by po chwili widocznego wysiłku opaść poziom niżej - Shirai. Żadna moja odpowiedź cię nie zadowoli, wiesz o tym. Ale gdybym była taka jak Soi Fon-taichou to wiedz, że nie przeżyłbyś takiego wystąpienia, nieważne jak bardzo byłbyś cenny. I jeśli chcesz się odegrać na mnie za wszystko złe czego doznałeś w życiu za sprawą tej kobiety to wiedz, że to gra dla dwojga...
Stojący przed grubymi drzwiami fukutaichou znudzony wartownik z czwartej Dywizji usłyszał nagle dźwięk, którego nie spodziewałby się nigdy usłyszeć w gabinecie łagodnej, przyjacielskiej Isane-sama. Nie podczas rozmowy sam na sam z mężczyzną. Wciekły bezsłowny ryk, pusta forma agresji, która zabrzmiała jak wrzask oszalałego Hollowa, na tyle silny, że przebił się przez barierę drewna i dźwiękoszczelnej dermy. A potem nabrzmiały furią wrzask.
-Niech cię szlag, suko! Zamknij pysk! Ja...
-Dosyć, Shirai-kun!
Nim wartownik zdążył zareagować uderzyła w niego fala agresywnego reiatsu o wyraźnej sygnaturze młodego Kotetsu. Ryujimon Watanabe krzyknął ze strachu i szoku, gdy niewidzialny agresor przygiął mu głowę do ziemii. Czwarta Dywizja była jednak znana ze swej odporności na ataki duchowe, a Ryujimon wyróżniał się pod tym względem na tle pozostałych. Nie upadł więc na kolana, nie stracił przytomności, nie pozwoliła mu na to myśl o swej fukutaichou zamkniętej w jednym pokoju z szaleńcem. Zaciskając zęby opanował słabość i zdecydowanie otworzył drzwi do pokoju Isane-sama.
Na pierwszy rzut oka wszystko było w najlepszym porządku. Meble, dywan w romboidalne wzory, książki i bibeloty były na swoim miejscu. Żaden przedmiot nawet o cal nie zmienił swego ustawienia. Atak młodego Shinigami, o ile był to świadomy atak, uderzył wyłącznie w duchowe zabezpieczenia siejąc spustoszenie.
Ku bezbrzeżnej uldze Ryujimona Isane nic się nie stało. Stała oparta o biurko, z dłonią uniesioną w obronnym geście, otoczona delikatną gasnącą poświatą osobistej bariery ochronnej.
Kotetsu Shirai nie miał tyle szczęścia.
Ryujimon dostrzegł go dopiero po chwili. Młody leżał na dywanie zwinięty do pozycji płodu, raz za razem wstrząsany niekontrolowanymi drgawkami. Ciało rozdygotane jak w ataku padaczki, puste, wytrzeszczone oczy i strużka śliny ściekająca po brodzie mówiły wszystko o jego stanie. Ale Ryuji, z niewiadomych powodów, miał pustkę w głowie. Zwyczajnie nie mógł się zmusić by wykonać pierwszy ruch i pomóc rannemu.
-Wypalenie. - spokojny, rzeczowy głos Isane przywrócił mu sprawność umysłu i wolę działania - uwolnił zbyt silne reiatsu by je opanować, efektem jest pląsawica i katatonia. Pomóż mi Ryuji, przytrzymaj go.
-Tak jest. - zawstydzony swą biernością mężczyzna gorliwie unieruchomił szczupłe ciało poszkodowanego. Znaleziony w dzieciństwie patyk o nietypowym kształcie służący Isane za szczęśliwy amulet, wetknięty teraz między szczękające zęby, pomógł w opanowaniu pierwszego zagrożenia.
Pozostało im trzymać miotającego się Shiraia i czekać na pomoc. Która, oboje czuli to wyraźnie, była w drodze, Shinigami Czwartej Dywizji, mimo zaskoczenia, zareagowali błyskawicznie. Pojedyńczy podwładni Kapitan Unohany sprawnie połączyli się w drużyny i bez chwili wahania ruszyli do swych zadań. Isane i Ryujimon czuli ich jako przesuwające się ogniska reiatsu. A nad tymi połączonymi ognikami czuwała inna siła. Isane czuła ją bez potrzeby zamykania oczu.
Retsu-chan.
-Pośpiesz się, proszę...- zaskoczony słabością w głosie swej fukutaichou Ryuji podniósł na nią wzrok by z ulgą zauważyć, że na szczęście jest spokojna.
Chwilę później ich czekanie dobiegło końca.
*****
-...Jeszcze raz powtarzam, nie było i nie ma żadnego zagrożenia w koszarach Czwartej Dywizji. Nikt nie zaatakował Społeczności Dusz. Reiatsu, które poczuli Kapitanowie nie było atakiem na żadnego Shinigami lecz nieszczęśliwym wypadkiem podczas ćwiczeń z kontroli mocy duchowych. Zniszczenia i straty ograniczają się do jednego żołnierza, notabene sprawcy całego zamieszania, który aktualnie znajduje się pod opieką lekarską...nie, Kuchiki-taichou, nie można z nim rozmawiać. Jego stan, choć stabilny, nie pozwala na komunikację...tak, Mayuri-taichou. Komunikacja magiczna również jest wykluczona...Nie, nie grozi nam z tego powodu kolejny wypadek, zapewniam. Jego ogniska reiatsu są w tej chwili zamknięte przez specjalistów w dziedzinie Kidoh z naszej Dywizji...nie, nie i jeszcze raz nie, Soi Fon-taichou! Nie pozwolę na zamknięcie poszkodowanego w tym waszym osławionym więzieniu! Nie ma takiej konieczności ponieważ nie stwarza on zagrożenia dla Społeczności Dusz, nawet potencjalnego. I proszę mnie nie zmuszać bym po raz kolejny podważała sens utworzenia Pani osławionej Kompanii Karnej...Ja jestem spokojna, Yammamoto-sotaichou, i odpowiadając na pańskie pytanie, tak, biorę na siebie odpowiedzialność w razie kolejnego takiego losowego zdarzenia jako Kapitan Czwartej Dywizji...
*****
-Wzywała mnie pani, Soi Fon-taichou?
Drobna, niepozorna kobieta w białym, kapitańskim haori, ozdobionym symbolem Drugiej Dywizji, przepasana złotym obi, podniosła wzrok znad planszy do wei qi bez specjalnego zainteresowania. Siedząca naprzeciwko niej czekoladowoskóra piękność nie zareagowała w najmniejszym stopniu skupiona na kolejnym ruchu. Yoruichi Shihoin nigdy nie darzyła zbyt ciepłymi uczuciami Porucznika Ohmaedy.
Podobnie zresztą jak Pani Kapitan Drugiej Dywizji.
-Czy prywatne spotkanie sotaichou z Unohaną-taichou dobiegło końca?
-Tak jest. Niestety, żadnych przecieków, wiemy tylko, że doszli do porozumienia w sprawie Kotetsu Shiraia.
-Kotetsu. Co z nim?
-Będzie unieruchomiony przez najbliższy tydzień.
-Rozumiem. Z tego co się orientuję, Zaraki-taichou nie zmienił swych planów co do manewrów z kadetami Akademii. Kiedy wyrusza?
-Jutro rano, taichou. Wraca najwcześniej za cztery dni. I, z tego co ustaliliśmy, nie wie jeszcze o pojedynku między smarkaczem, a tym narwańcem ze swojej Dywizji.
-Ohmaeda, po pierwsze, wyrażaj się precyzyjniej, to tak na przyszłość. Oni mają imiona. A po drugie upewnij się, że wiadomość o tym pojedynku dotrze do Zarakiego-taichou. Chcę aby wrócił na czas. By to sobie dokładnie obejrzał.
Chwila milczenia.
-Tak jest. Za pozwoleniem, taichou...
-Udzielam.
Gdy za Ohmaedą cicho zamknęły się drzwi, Yoruichi podniosła wreszcie wzrok znad planszy. Jej złote oczy obserwowały Soi Fon z lekkim rozbawieniem.
-Wszystko w porządku, pszczółko?
-Najlepszym. Grajmy, Yoruichi-sama, mój ruch.
Samotny pionek powędrował naprzeciwko silnego zgrupowania przeciwnika. Yoruichi zmarszczyła idealne brwi.
-Kiepski ruch. Żadnego wsparcia dla tego biedaka. I co on teraz pocznie? - długie, mocne palce wyciągnęły się po kluczowego pionka zgrupowania by ustawić go naprzeciwko samotnika. Nagle jej roztargnione spojrzenie objęło całą planszę - O do licha! Cwane zagranie, pszczółko. Mogę cofnąć ruch? - Yoruichi uśmiechnęła się przymilnie.
-Nie w tym życiu.
-Mam ich jeszcze dziewięć.
Zaśmiały się obie.
