Rozdział 3 (Żołnierskie rozmówki)

Kotetsu Shirai przymknął zmęczone oczy chroniąc je przed blaskiem ostrego kwietniowego słońca, wesołe strzępiaste chmurki jedynie nieznacznie łagodziły jego wpływ. Jasne błyski zdawały się krzesać iskry z dachówek i wytartej kostki brukowej ulic Seireitei, zapalały wesołe ogniki w ludzkich oczach. Ślizgały się po posągach przedstawiających starożytnych Shinigami na wieczność zajętych heroicznymi bojami z Pustymi. To ostatnie nieuchronnie przypominało rudowłosemu, że właśnie dziś, tak dziś, jest ten dzień. I, mimo całej sympatii do starożytnych, czuł na myśl o nich jedynie zażenowanie. Ponieważ dziś był ten dzień, a on nie miał walczyć z Pustym. Tylko z jakimś durnym Bogiem Śmierci o przerośniętym ego.

Wątpliwe by ten bój natchnął kogoś do stworzenia pomnika. Chyba, że kiczowatej parodii z ptasiego łajna jako godne epitafium dla pary głupców.

-Przyszedł! Otwórzcie bramę!

Ależ im się śpieszy. Niech ich szlag.

Kpiący śmiech gdzieś po lewej.

-No, no. Ślicznie się ubrałeś.

-Masz rację, Yumi - Ikkaku parsknął śmiechem - pan śmieciarz wygląda jak nadprzyrodzony cud.

-Jak nic całe oszczędności mu poszły. Ale nie należy oszczędzać na własnym pogrzebie, zawsze to mówię.

-Ty w ogóle za dużo gadasz, Iba. - głos Zarakiego brzmiał jakby taichou 11-tej Dywizji miał w gardle brzytwę - Zwłaszcza, że to nie ty dzisiaj walczysz. Chcesz zagadać chłopaka na śmierć?

-Skąd, taichou. Ja do młodego nic nie mam.

-I dlatego nie jesteś taichou swojej Dywizji. Gówniarz podniósł rękę na mojego człowieka to jakby ją podniósł na mnie. Tak myśli urodzony przywódca, plebsie.

-Odezwał się ten co zawsze walczy sam...

-Co ty tam mamroczesz, Iba?

-Modlę się, Zaraki-taichou, bo już dawno tego nie robiłem. No ale popatrzcie na niego, kto normalny się tak ubiera?

-Iba ma rację. - Ikkaku tylko kręcił głową z niesmakiem - Shihakusho z czarnego jedwabiu przepasane złotym obi, do tego tabi pod kolor i białe skarpetki....uwaga żołnierze! Nowy strój bojowy 4-tej Dywizji, kolekcja wiosenna, po raz pierwszy testowany w warunkach bojowych! Odwróć się Kotetsu, odwróć, ale wiesz, tak seksownie.

-Hehehehe.

-Przestańcie rżeć, osły. - odświętnie ubrana Isane Kotetsu przyszła milczącemu kuzynowi z pomocą - Zaraki-taichou, mogę prosić o skrócenie smyczy pańskim podwładnym?

-Heh, jasne. Prosić możesz.

-Z kwestiami dyscyplinarnymi prosimy do naszej fukutaichou, Isane-sama.

-Lepiej nie - Kenpachi udał, że nie dostrzega głupkowatych uśmiechów na twarzach większości swych żołnierzy - Yachiru pożarła by cię żywcem, tak na przystawkę przed głównym daniem.

-Zgadzam się -Shuuhei przyglądał się Isane z podejrzanym zainteresowaniem - Apetyczne ciasteczko z Pani Porucznik Czwartej Dywizji.

-Zaiste, słusznie prawisz, Hisagi. Lecz bacz by Yumi nie poczuł się zazdrosny.

-Dziękuję ci Ikkaku za te piękne słowa, ale o gwarantuję, że nie musisz się martwić o Shuuheia. Jak coś się między nami zmieni ty pierwszy się o tym dowiesz.

-Dzięki, Yumi, plotki to ja cholernie lubię. A tak przy okazji, czy ja czuję w powietrzu jaśmin?

-To raczej piżmo. Albo inne ostre pachnidło.

-A może jodyna?

-Hehehe, typowe pachnidło FSO*.

-Przestańcie pieprzyć. Przyszedłem tu walczyć, a nie wysłuchiwać plotek. Jesteś gotowy, Kotetsu?

-Tak.

-To lubię. - szczerbaty uśmiech Ichimona Noriakiego mógłby objąć całe Społeczeństwo Dusz i napełnić je grozą - Dzielna postawa, ani śladu lęku. Tylko nie zajdź dziś zbyt szybko Słoneczko, bo mam zamiar trochę się z tobą pobawić. Tędy.

-Słyszeliście, panowie? Proszę na widownię, każdy do swojej dywizji, rzecz jasna.

-Rzecz jasna, fukutaichou. Tym bardziej, że moje wilki nie mieszają się z owieczkami. - warczenie Kenpachiego ostatecznie zamknęło sprawę i skutecznie powstrzymało kolejne złośliwe przytyki pod adresem Isane.

*****

Plac ćwiczebny. Długości i szerokości 1500 stóp, składający się z wypolerowanych kamiennych płyt o przekroju 3 stóp. Codzienne miejsce ćwiczeń każdej Dywizji, podobny do innych jak dwie bliźniacze krople krwi. Koledzy, którzy mieli okazję tam sprzątać, mówili że płyty są bardzo wyślizgane i pokryte starymi plamami.

Tyle Kotetsu wiedział.

Nie powiedzieli mu jednak, że kamienne podłoże nagrzane przez letnie słońce tak nieprzyjemnie będzie go prażyć w stopy. Tabi i skarpetki niewiele pomagały. Ichimon zdawał się tym w ogóle nie przejmować, tuż przed wejściem zrzucił sandały i wszedł boso na pole walki.

Twardy sukinsyn.

Nie śpiesząc się przeszli na środek. Czekał tam na nich młody Shinigami w prostym Shikahusho z emblemetem Korpusu Kidoh. Od razu przeszedł do rzeczy.

-Dobra, nikt nas nie słyszy więc darujmy sobie ceremonialne wstępy. Wiecie po co tu jesteście, co do mnie, to mam nadzorować tą walkę z ramienia sotaichou. Polega to na tym, że roztaczam barierę ochronną wokół pola ćwiczebnego odcinając widzów od wszelkich szkód jakie niechcący moglibyście spowodować. Bariera jest przepuszczalna dla wzroku, ale nie przejdzie przez nią ani ciało ani reiatsu więc nie musicie się hamować. Walka na preferowaną broń, bez zasad, do śmierci jednego z walczących, bez możliwości poddania się przeciwnikowi. - uśmiech Ichimona nieznacznie się poszerzył - Zdejmę barierę dopiero wtedy gdy walka się zakończy. I, na litość Kami, niech żaden z was nie prosi o interwencję. Ja nie jestem sędzią, po prostu tutaj sprzątam. - młody Shinigami uśmiechnął się lekko do Kotetsu by uzmysłowić mu, że nic złego nie miał na myśli - Walka zaczyna się od momentu pojawienia się bariery. Powodzenia wam obu.

*****

Isane Kotetsu wydawało się, że znalazła się na jarmarku. Niezbyt przyjemne doświadczenie dla kobiety tak nieśmiałej. Musiała przyznać, że ścisk, hałas i nieodłączny dla dużych zgromadzeń intensywny zapach ludzkiego potu zwyczajnie ją drażnią. Ten chaos...I pomyśleć, że zgromadzili się tu Shinigami podzieleni przez swych fukutaichou na dywizje! Jak w takim razie wyglądała by zbieranina śmiertelnych dorównująca im liczebnością skupiona w jednym miejscu? Strach pomyśleć.

Jej irytację wzmagało niekorzystne ustawienie 4-tej Dywizji względem 11-tej...błąd...jej Dywizji względem tej hordy prosiaków! Bezczelni, niewychowani, zwyczajnie chamscy i co gorsza zarażali tym zachowaniem nawet porządnych mężczyzn. Nawet Hisagi, na myśl o którym odruchowo przygładziła krótkie srebrzyste włosy, zachowywał się w ich towarzystwie jak barbarzyńca.

Bezczelny! Nazwać ją ciasteczkiem. Dobrze, że nie powiedział "ciacho" bo dopiero by się wściekła. Jakby mało było codziennych przytyków do jej wzrostu. Czy ona chciała mierzyć niemal 1.90? Nawet inne kobiety, zwłaszcza inne kobiety, śmiały się z jej wzrostu nazywając "tyczką". Co gorsza niektóre małpy potrafiły jeszcze się do niej uśmiechać i udawać przyjaźń! Bezczelność.

Z wyjątkiem Retsu-chan i Kiyone. One rozumieją, że kobieta może mieć powodzenie nawet...błąd...może mieć powodzenie i być atrakcyjna dysponując budzącym respekt wzrostem. Retsu-chan zawsze powtarzała, że Isane jest najpiękniejszym kwiatem w jej ogrodzie. To było miłe.

-Ej! Uważaj jak łazisz, łajzo!

-Czy to nie Yamada? Panie oficerze, niech pan spieprza do swoich. Ostatni raz mówię.

-T-tak, przepraszam!

Mały oficer zawsze budził jej uśmiech. Taki grzeczny i nieporadny jakby nigdy jeszcze dziewczyny nie pocałował. Do licha, trzeba mu udzielić kilku lekcji etykiety by przestał się tak wszystkim kłaniać. Nawet ona z pewnym politowaniem patrzyła na tą farsę. Prosiaki Zarakiego zareagowały na odwrót Yamady pogardliwym pochrząkiwaniem.

Ech, Hanatarou. Taki wartościowy i miły chłopak, a nic pewności siebie. Nie to co Hisagi...błąd...zabij te myśli dziewczyno! Własnym butem! Może niektórym wydaje się, że przyszli na jarmark, ale ona jest tu by pilnować swojej Dywizji. Widząc kolejnego spóźnionego nieszczęśnika zaczepianego przez zbirów ruszyła energicznie w ich stronę omal nie przewracając się o uciekającego panicznie...kucyka?

-Ej, uważaj! Kieckę se poplamisz!

Zaraz powie im do słuchu.

-A pani porucznik to czego chce od takich plebsów jak my? Jakiś problem? Witaliśmy tylko nowego żołnierza w naszych koszarach.

-One nie są wasze, żołnierzu! Ani nawet Zarakiego-taichou! A jeśli macie z tym jakiś problem to muszę tu nadmienić...

-Oho!

-...nadmienić, że całkiem niedawno Kusajishi-dono odwiedziła naszą lecznicę byśmy zajęli się jej kucykiem. Chyba widziałam to nieszczęsne zwierzę już podleczone. Wasza fukutaichou była bardzo zadowolona, że tak szybko postawiliśmy na nogi jej ulubieńca i powiedziała o tym Zarakiemu-taichou. On zaś powiedział, cytuję: "Jeśli mała Isane będzie czegoś chciała to dostanie. Niech tylko powie słowo." Czy panowie żołnierze zrozumieli mój przekaz!?

-Tak, jasne fukutaichou. Niech się pani nie wkurza, kurde, żadnych problemów nie będzie.

-Słowo harcerzy.

-Dziękuję. Ryujimon, dołącz do pozostałych.

Wdzięczny Ryujimon Watanabe udał się na miejsce, zaś Isane oddaliła się od prosiaków w pogardliwym milczeniu. I jak tu pielęgnować kobiece cnoty takie jak grzeczność i łagodność w takim towarzystwie? Mamo, ja tylko chciałam być lekarzem, a nie użerać się z tymi zbójami...

-Bardzo ładnie. Tak się to robi. Brawka.

-Dziękuję, Abarai-fukutaichou. Pańscy ludzie mają jakieś problemy z 11-tą Dywizją?

-Jakie problemy? Nieee. 6-ta Dywizja potrafi o siebie zadbać.

-To prawda. Jak głowa, Abarai-san?

-Lepiej, lepiej. Już tak nie napier...nie boli. Kac paskudna przypadłość. Dzięki za leki, chłopaki się ucieszą.

-Ja też się cieszę. Zwłaszcza, że możemy chyba na Was liczyć, prawda? Jak Pan widzi, Abarai-san...jak widzisz Renji jeszcze nie wszystkie oprychy Zarakiego-taichou zroumiały, że należy zostawić moich ludzi w spokoju.

-Jasna sprawa. Ej, ty! Do ciebie mówię ty zarośnięta pokrako! Odpieprz się od tej dziewczyny bo ci mordę skuję! Zrozumiał? No, spadówa.

-Wielkie dzięki, Renji. To było i pomocne i kształcące.

-Hehe, nie ma sprawy. Jakby co to możesz na nas liczyć, Isane-san.

-Miło czasem spotkać dżentelmena.

-Fukutaichou...

-Już idę, Iemura-san! Przepraszam cię, Renji. Obowiązki wzywają.

-Jasne. Na razie, Isane.

Miły mężczyzna i jaki pomocny...Zaraz, czy on czasem nie był kiedyś oficerem 11-tej? Trzeba to będzie sprawdzić. Nie chciałaby się umówić z byłym prosiakiem. To znaczy nie żeby chciała, ale lepiej być gotowym na wszystko.

-Fukutaichou?

-Tak, Iemura-san?

-Chciałem tylko powiedzieć, że się zaczyna...hmmm, spójrz, Isane-sama. Chyba o czymś rozmawiają.

No tak, Shirai. Kolejny skretyniały przedstawiciel męskiego rodu durny jak dwa prosiaki i z klasą odpowiednią do jakości rozumu. Tak ją przestraszyć! I co gorsza, po dojściu do siebie w szpitalu Dywizji nawet nie przeprosił! Podziękował za opiekę, jasne. Ale słówko "przepraszam" to mu już przez to gardziołko nie przeszło! Dureń! Od teraz obowiązywać będzie następująca zasada panie Kotetsu-młodszy: "Umiesz liczyć, licz na siebie".

Ona zaś nie liczyła nawet łez, które wylała pod wpływem spóźnionego szoku, w samotności swego gabinetu. Szczerze, mało ją wtedy obchodził Shirai. Liczyła się tylko pierwotna groza, która ścisnęła jej wnętrzności gdy spojrzała w te szalone oczy i omal nie odebrała możliwości stawienia agresorowi godnego oporu.

Młody nie miał pojęcia ile ją kosztowało mówienie spokojnym głosem gdy jak głodny tygrys wpił się pazurami w jej biurko.

Tak więc poczeka teraz na jego ruch, nic na siłę. Zaś póki co będzie tu stać i wyglądać tak godnie i spokojnie jak potrafi nie mając już nic do roboty ponad obserwowanie pojedynku. Szkoda tylko, że Kiyone miała służbę i nie mogła przyjść zaś Retsu-chan przyjść nie chciała. Możnaby zabić czas rozmawiając z przyjaciółkami...błąd...ani słowa o zabijaniu, Isane!

Chóralny wrzask radości wyrwał ją z zamyślenia dając znak, że nadszedł czas przelewania krwi . Dwaj główni aktorzy, całkiem wyraźnie widoczni przez szarą, przejrzystą barierę ochronną, poruszyli się nieoczekiwanie, zaczynając swój krwawy spektakl...

*FSO - Female Shinigami Organization