Rozdział 4 (Zrąbali go i uciekł)
Ten cały Ichimon ani myślał spuścić wzrok. Shirai wpatrywał się intensywnie w jego antypatyczne ślepia koloru błota zmieszanego z łajnem starając się sprawiać wrażenie, że nie wkłada w to żadnego wysiłku. Ale gdzieś pod czarną haori czuł strużkę potu żłobiącą ścieżkę na podrażnionej skórze.
Bariera jeszcze nie stanęła więc Kotetsu po raz kolejny rozpoczął serię szybkich ćwiczeń oddechowych mających dotlenić mięśnie i przygotować je do zbliżającego się starcia. Było mu gorąco, ale jeszcze nie zdejmował swego uroczystego stroju.
Ichimon nie miał takich obiekcji. Zrzucił górną połowę swego shihakusho, odsłaniając wspaniale wyćwiczone ciało, zostając wyłącznie w czarnych spodniach. Nie kryły one bynajmniej jego licznych blizn i starych śladów po zaleczonych złamaniach.
Zagęszczenie reiatsu w powietrzu było coraz większe. Jeszcze chwila. Napięcie rosło. Wreszcie bariera zamigotała i utrwaliła się odcinając ich od dźwięku i dotyku świata zewnętrznego.
Jak łatwo było się domyślić emocje szybko wzięły górę nad opanowaniem obu wojowników.
-Ja pierdzielę, młody. No normalnie nie mogę z ciebie...
-Czego?
-Jaki ty masz obciachowy kostium.
-Odwal się, półnagi kmiocie.
Ichimon przyłożył prawą dłoń do serca krzywiąc się w udawanym cierpieniu i pochylając lekko do przodu jakby słowa przeciwnika zadały mu dotkliwy ból.
-Patrzcie, patrzcie, słynny Ichimon się popłakusiał. Jedwabną chusteczusię chcesz?
-A bo mi żal dupsko ścisnął jak cię zobaczyłem w tej nędznej imitacji kapitańskiej haori. Myślisz, że ja nie wiem od kogo zrzynasz?
-Odwal się od mojej haori. Co z tego, że lekko obciachowa skoro praktyczna.
-Ta, jasne. Słuchaj młody, ja nie wiem czy ty wiesz, że przypominasz mi lokaja, którego nigdy nie miałem. Może jak ta awantura się skończy i obetnę ci już jęzor i jajca to zgłosisz się do 11-tej Dywizji do podawania posiłków? Jak myślisz, Kotetsu-chan?
-Dziękuję ci, Ichimon-danna, za tą łaskawą propozycję. Tak od serca ci odpowiem, że choć nie brzydzi mnie sprzątanie waszego gówna to nie chciałbym się zadawać z tym co jecie. A jeszcze bardziej mnie odrzuca przyjmowanie rozkazów od połowy mężczyzny bo pewnie właśnie to wam ujmuje Zaraki-taichou gdy daje oficerską opaskę. Tak więc spierdalaj, stary. Najlepiej do psychologów z 4-tej Dywizji bo masz obsesję na punkcie swojego "sprzętu".
-Jak ty ładnie do mnie mówisz, podoba mi się...
Nagle Kotetsu zdał sobie sprawę z dwóch faktów. Po pierwsze, narastająca od pewnego czasu moc duchowa Ichimona osiągnęła już taki poziom, że stała się wyczuwalna nawet w obliczu zagęszczającej się mocy bariery. A po drugie, nie znał kompletnie efektów, którymi otaczał się przeciwnik. Przecież to wojownik z Dywizji Zarakiego, jego reiatsu powinny stanowić zwykłe efekty wzmacniające i Shunpo, ewentualnie proste ataki energetyczne. Tymczasem stopień zagęszczenia mocy wskazywał na Kidoh potężne jak zbliżająca się burza.
A co on robił? Pieprzył jak potłuczony, potwornie tracił czas. Co prędzej sięgnął po własne Kidoh przygotowując moc zdolną złamać osłony Ichimona. Przy okazji raz jeszcze sprawdził stan własnych zabezpieczeń postawionych na początku walki odruchowo, niemal bez udziału myśli.
-...tak sobie myślę. Słuchasz, młody, czy myślisz o dupach?
Było jeszcze gorzej niż Kotetsu początkowo sądził. Jego przeciwnik dysponował jakimiś unikalnymi zdolnościami, ale jego średnia kontrola reiatsu powodowała, że potrzebował sporo czasu na uruchomienie ich. Dostał go jak na tacy. Poruszony tą myślą Shirai odruchowo napiął mięśnie by użyć Shunpo, ale w porę się powstrzymał. Już raz użył swej karty atutowej i nie mógł rzucić jej ponownie bez odpowiedniego przygotowania.
-Oho, młody się połapał. I co teraz zrobisz, miszczu?
Kotetsu nie odpowiedział na pogardliwą zaczepkę przeciwnika (wroga! wroga!). Skumulował już swoje reiatsu z szybkością unoszącego łeb węża. Teraz!
-Haina...
Nim magiczna lina spętała Ichimona oficer 11-tej Dywizji zniknął z zajmowanego miejsca jakby się pod ziemię zapadł. Kotetsu przerwał inkatację w połowie momentalnie skacząc 60 stóp w prawo. Wyprostował się czujnie, chwilowo bezpieczny...
Akurat.
Ichimon wykonał podwójne Shunpo pojawiając się ponownie za plecami swej ofiary. Wyczuwszy w porę wroga, Kotetsu nawet nie zdążył się zdziwić gdy jego ciało padło na ziemię wyćwiczonym ruchem unikając ciosu kantem dłoni w kark zadanego z pełną siłą i szybkością. Już świadomie Shirai zwinął ciało w ciasną kulę i przetoczył błyskawicznie w prawo, byle dalej od wroga. Zrywając się na nogi ponownie użył swej karty atutowej skacząc na oślep, byle szybciej. Pojawił się 30 stóp na lewo od poprzedniej pozycji patrząc w oczy Ichimona, który właśnie pojawił się na jego poprzednim polu.
Sukinsyn przed chwilą omal go nie dopadł. A przecież nawet nie wyciągnął jeszcze miecza.
-Ładnie młody, refleks pierwsza klasa. A co powiesz na to...Sai!
Proste zaklęcie spadło na rudowłosego jak nadgorliwy żandarm z 2-giej Dywizji usiłując unieruchomić mu ręce. Przez chwilę Kidoh i Shunpo były bezużyteczne. Jednocześnie Ichimon ruszył biegiem z całkowitego niemal bezruchu stając się ponownie śmiertelnie szybkim wrogiem. Dopadł celu w trzech iście tygrysich skokach w ostatniej chwili dobywając miecza tak, by natychmiast zadać śmiertelny cios. Cięciu towarzyszył głośny bojowy okrzyk.
-Shine!
Kotetsu zrobił na swe szczęście jedyną prawidłową rzecz. Uginając kolana odbił się z obu nóg i już po chwili leciał nad przeciwnikiem wykręcając płynnie śrubę. Świat fiknął kozła, zamazana plama będąca mieczem Noriakiego ominęła jego ciało lecąc pozornie bezwładnie. W następnej chwili Shirai uderzył podeszwami stóp o ziemię i, czując nieoczekiwanie wroga tuż za plecami, padł by ponownie się przetoczyć.
Rozpaczliwy manewr uratował go przed rozpłataniem, ale tym razem nie oszukał Ichimona całkowicie. Palący ból eksplodował na wysokości lewej łopatki.
Przez następne parę uderzeń serca walczący to pojawiali się to znikali usiłując się przechytrzyć dzięki Shunpo. Rudowłosy wiedział, że jego wróg, pobudzony zapachem krwi i szansą na szybkie zakończenie walki, nie odpuści. Musiał go przystopować i gdzieś między jednym, a drugim uderzeniem serca zrozumiał jak.
-Kyakko!
Cienie zagęściły się wokół Kotetsu dając mu chwilowe bezpieczeństwo przed wzrokiem wroga. Już niewidoczny, starannie stłumił swe reiatsu, bezgłośnie pomykając ile sił w nogach w kierunku bariery.
Dotarł do niej gdy zaklęcie maskujące spadło. Oficer Kenpachiego wrzasnął triumfalnie na widok swej okrwawionej ofiary. Nie marnując reiatsu ruszył szybkim galopem. Zaś Kotetsu...
Kotetsu dopadł do bariery i rozpłaszczył się na niej całym ciężarem ciała układając ciało w błagalnej pozie. To było żałosne.
*****
-Już po sprawie. Plebs odpuścił, Ichimon zaraz go wykończy.
-W dwóch ruchach.
-Trzech.
-Stoi.
Zawiedziony tłum, żądny ciekawej, lub chociaż długiej walki, zaczął wygwizdywać rudzielca, drwić i szydzić. Zawstydzeni, upokorzeni Bogowie Śmierci pod wodzą Isane odwrócili wzrok.
Hanatarou czuł, że pulsująca krew za chwilę rozsadzi mu policzki. Kotetsu-san...
Kotetsu-san zaczął bezwładnie zsuwać się po barierze próbując pazurami wydrapać sobie drogę do wolności przez twardą jak żelazo ścianę. Całym sobą dawał do zrozumienia, że ma dosyć, że chce tylko uciec. Ichimon dopadł go. Miecz uderzył by zmieść głowę z karku.
Mały Yamada krzyknął.
*****
Klinga Noriakiego sięgnęła celu, a Shirai zniknął jak zdmuchnięty. Obecna w tłumie Momo Hinamori zorientowała się pierwsza.
-To nie Shunpo! To był cień! Tylko cień!
Pojawił się ponownie w miejscu, z którego zaczął swą ucieczkę. Ucieczkę, która nigdy nie miała miejsca. Bezmyślny cień, który ściągnął na siebie atak Ichimona spełnił swe zadanie odwracając uwagę wystarczająco długo by Shirai dokończył precyzyjne kumulowanie reiatsu.
-Sho!
Starannie wymierzone pchnięcie energii duchowej przyszpiliło zaskoczonego oficera do bariery. Jednocześnie Kotetsu dokończył potężniejsze zaklęcie. Z jego palców wystrzeliła pręga czystego żaru.
-Shakkaho!
Wrzask Ichimona zniknął w iście piekielnej eksplozji. Rubinowa, pulsująca od płomieni sfera, zamknęła się wokół jego ciała, nawet stojąc blisko 100 stóp dalej Kotetsu czuł swąd palonego mięsa. Rudowłosy wyszczerzył zęby w triumfalnym, okrutnym grymasie. Pułapka zadziałała.
Chwilę później triumfalny uśmiech zniknął gdy miecz Noriakiego przeciął powietrze tam gdzie przed chwilą znajdowała się jego szyja. "Ech, Soi Fon-taichou, jak wyjdę z tego z życiem po stopach będę Cię całował. Za Twój czas i energię poświęcone na uczenie mnie Shunpo".
Jeszcze jeden skok by uniknąć podwójnego ataku Ichimona, Kotetsu znieruchomiał 20 stóp od przeciwnika. Twardego, nieustępliwego i bezczelnego mężczyzny, z którego ponad wszelką wątpliwość nie zostało wiele.
Zwęglone oblicze Noriakiego wyglądało jak upiorna czarna maska teatru Noh, jedna z tych które aż krzyczą o bólu i nienawiści. Jego doskonałe ciało zamieniło się w spalony, niemal całkowicie bezużyteczny wrak, którego naprawa wyczerpałaby siły najlepszych uzdrowicieli. Jednak od widoku poczerniałego mięsa, z którego wciąż unosiły się strużki dymu gorszy był odór spalonego tłuszczu.
Miarę przepełniało spojrzenie oficera, szkliste od zaklęcia, odgradzającego go chwilowo od śmierci z bólu i szoku termicznego. Spojrzenie żywego trupa, który ma tylko jedno marzenie. Zabić, nim z opóźnieniem dopadnie go śmierć.
*****
Na zewnątrz bariery nikt już nie siedział. Ci, którzy zachowali dość zimnej krwi lub byli zbyt doświadczonymi wojownikami by się niepotrzebnie podpalać (czyli spora część 11-tej Dywizji) zostali zmuszeni do powstania przez podekscytowanych kompanów zasłaniających im widok.
-Szajs, czego te gnojki tak wrzeszczą? Czy oni walki na oczy nie widzieli? Żołnierze, taka ich mać.
-Wstawaj, Ken-chan! Yachiru chce widzieć jak plebejusz kończy z Ichimonem! No rusz się!
-Mam lepszy pomysł. - taichou 11-tej Dywizji sięgnął po swój zużyty miecz - zetnę kilka buraczanych łbów i zaraz zrobi się perspektywa. Suń się, Yachiru.
-Ale przed tobą stoi Oficer Łysek i Oficer Yumi!
-Widzę.
-Tak?
-Ale nie widzę walki i w tym problem. Madarame, Yumichika, spadówa z widoku! Kurde, zachowujecie się jak Kurosaki na widok swojej pierwszej nagiej kobiety!
-Pierwszej?
-No. Yoruichi opowiadała takie rzeczy po kilku głębszych...
-Już nas nie ma, taichou.
-Dlaczego pierwszej?
-Yumichika, wytłumacz jej. A ja wracam do oglądania.
*****
Nad drugim polem ćwiczebnym powoli zapadały wieczorne ciemności. Nagle oczy obserwujących poraził ostry rozbłysk, a chwilę później nastąpiła bezgłośna eksplozja, która rozszerzyła się błyskawicznie jak uśmiech na twarzy Yachiru.
Co do uśmiechu Kenpachiego to był to grymas pod tytułem: "No to zobaczyłem właśnie twoją najlepszą sztuczkę, synku. I jeśli to wszystko na co cię stać...to witaj w rodzinie."
Stopniowo jaśniejąca, w tej chwili już trupiobiała, sfera, objęła szybko każdy cal wolnej przestrzeni wewnątrz bariery ochronnej. Przez chwilę napierała na jej delikatnie migoczące ściany by w końcu zapaść się pod własnym ciężarem do środka wsysając całe powietrze pod ochronną kopułą. Kolejne uderzenie serca Kenpachiego wyznaczyło kres mocy. Zassane powietrze zostało uwolnione i pod barierą rozszalał się miniaturowy cyklon.
Jego okiem, oazą spokoju, było szarpane drgawkami ciało, w którym dowódca 11-tej rozpoznał Kotetsu Shiraia. Poza tym, że młody trząsł się jak po siedmiu dniach pijaństwa wszystko było z nim chyba w porządku.
Z mocnym postanowieniem, że oto nadszedł czas na jego codzienny dobry uczynek, Kenpachi warknął na osłupiałą Isane jak rozjuszony niedźwiedź-psychopata.
-Ej, mała! Rusz no swój zgrabny tyłeczek i przynieś mi tu tego całego Kotetsu! Chcę z nim pogadać i jak odgryzie sobie język to dla ciebie i twojej cholernej dywizji będzie bardzo źle.
-Co? A tak! Iemura biegnij do nadzorcy pojedynku i poproś by zdjął barierę. Migiem! Ryuji, ty i twoja drużyna pomożecie Shiraiowi! A ja i Hanatarou opanujemy tą dywizję wariatów! Hej, kochani! Nie pozabijajcie się z radości! Przepuśćcie Iemurę i drużynę Ryujiego! No już, TRZEBA POMÓC BOHATEROWI!
