Rozdział 5 (Pozdrów Hadesa)

Pogrzeb Ichimona Noriakiego był co prawda okazały, ale Kurosaki-taichou nie mógł się pozbyć wrażenia, że brak ciała, rozerwanego eksplodującym reiatsu, utrudnia nieco celebrę kamratom nieboszczyka. Mimo tego, Kapitan 5-tej Dywizji, w asyście Porucznik Hinamori był w na tyle dobrym nastroju na ile pozwalała mu na to okoliczność. Po prostu trwał pogrążony we wspomnieniach, po raz nie wiadomo który widząc pod półprzymkniętymi powiekami zdjęcie matki. I dotrwał by tak pewnie do nieuniknionego końca gdyby nie delikatne pociągnięcie za rękaw, które wyrwało go z zadumy. Spojrzał więc na swoją malutką fukutaichou by następnie przenieść wzrok w ślad za jej wskazującym paluszkiem.

Najwyższy zwierzchnik poległego na polu bitwy oficera wyraźnie wzywał do siebie Ichigo. Po chwili zastanowienia (jeszcze nikt nie wyszedł dobrze na konflikcie z 11-tą Dywizją) młody taichou ustąpił i dołączył do Kenpachiego odruchowo poprawiając owiniętego bandażami Zangetsu.

-Cze, psychopato. Nie mogłeś z tym poczekać aż skończy się impreza?

-Jaja se robisz, młody? - Zaraki wypuścił potężny kłąb dymu z całkiem ziemskiego cygara, prezentu od rodziny rozmówcy - Może jeszcze mam poczekać aż złożą do kupy to co zostało z Ichimona, co? Mam pilną sprawę.

-To weź mi najpierw powiedz czemu nie zaprosiłeś Byakuyi i innych taichou na pogrzeb i stypę, sknero. Szkoda ci było paru yenów? A może to oni cię olali? Bo przynajmniej ja mam ochotę to zrobić.

-Ej, młody, skąd taki humor, co? Rukia znowu mędzi? Czy po długim oczekiwaniu okazała się kiepska w tych sprawach?

-Jeszcze jedno słowo o moim małżeństwie, stary, a będziesz mógł se w zad wsadzić ten swój wymarzony pojedynek. I zwróć uwagę, świrusie, że to nie ja poginam od kilku stuleci pozbawiony kobiety. Powiedz mi chociaż, nie nudzi cię to ciągłe towarzystwo zakapiorów z twojej Dywizji?

-Kurosaki, spokojnie. Zrozum chłopie, że ja nie jestem dobry w tych sprawach. W gadaniu, znaczy się. Co do innych spraw to się przekonasz co dla ciebie mam gdy już twój tyłek będzie należał do mnie. Więc nie mędź, że pozbawisz mnie pojedynku bo mnie tylko niepotrzebnie drażnisz.

Kurosaki Ichigo przez dłuższą chwilę przyglądał się palącemu śmierdzące cygaro rozmówcy. W pewnej chwili jego twarz zaczął rozjaśniać charakterystyczny uśmiech, rzadki jak dobry humor u Zangetsu. Oznaczał on, że właśnie odkrył nową słabość u dobrze znanego przeciwnika i miał szczery zamiar zastosować tą wiedzę w praktyce.

-Czego cieszysz mordę?

-Ciągle to mówisz...

-Niby co? Że za często się uśmiechasz? Nie lubię jak facet za często szczerzy zęby. Mam wtedy ochotę...

-Moment, moment, Kenpachi. Daj powiedzieć co mi do głowy wpadło. -Ichigo zaczął kolejno odginać zaciśnięte palce lewej dłoni. Prawa cały czas czaiła się w okolicach Zangetsu. - Mój tyłek będzie należał do ciebie, tak? Jestem tylko twój, tak? Czujesz żądzę krwi, tak? I czujesz ochotę. - Ichigo spojrzał na swoją lewą dłoń by dołączyć do kolekcji ostatni palec. - I gadasz o Rukii zdecydowanie za często. Heh, stary, czy ty czasem...no wiesz. Bo Yoruichi opowiadała różne rzeczy po kilku głębszych.

-Młody, ty mnie nie...

-Ja tylko mówię, że jesteś zazdrosnym sknerą, który powinien pogadać z Unohaną bo ma lekkie problemy ze swoim...no wiesz. Popędem. Do szerzenia...destrukcji. W okolicach mojego tyłka. Coś ci nie pasi, Kenpachi?

-Kurosaki, doigrałeś się...

-Moment, koleś, wyjaśnię ci tylko jedno, a potem stłukę cię jak Kona gdy go przyłapałem na podglądaniu moich sióstr w kąpieli. Jeśli chcesz mojej pomocy w pilnej sprawie to bądź grzecznym psycholem. Bo jeśli ta pilna sprawa jest tym co myślę, to chłopie...będziesz potrzebował pomocy każdego taichou, którego możesz pozyskać dla swojej sprawy. A jak teraz na mnie ruszysz to...

-Taaa?

-Zniknę i szukaj wiatru w Karakurze. Bo tak se myślę stary, że potrzebujesz mnie do tej sprawy mocniej niż ja ciebie. I to z dwóch powodów. Dobrze mówię?

-Kurosaki...

-No nie. Ty się czerwienisz, Zaraki? Dobrze widzę?

-A BO MNIE CHOLERA BIERZE JAK JAKIŚ DURNY PLEBS...

Kompletnie zaskoczeni rykiem Kenpachiego żałobnicy jak jeden mąż odwrócili się w stronę dwójki Kapitanów. W kilkunastu, conajmniej, parach oczu, natychmiast zapaliły się świeczki pogrzebowe. Nareszcie coś się dzieje.

Stojący obok ołtarza Yumichika, jak przystało na lojalnego żołnierza, sięgnął po miecz i wymownie wskazał Kurosakiego-taichou oczami. I zastygł z półotwartymi ustami kiedy jego przerażający jak stado Arrancarów dowódca spiekł raka i uciekł oczami w bok. Jakby mu się propozycja Yumiego źle skojarzyła. Ryk umilkł zduszony w zarodku.

-Ekhem, sorki wszystkim. Wybaczcie, ale ja i Zaraki-taichou mamy pewne sprawy do omówienia na osobności. Jak mężczyzna z mężczyzną. - Ayasegawa przez chwilę uległ złudzeniu, że Kurosaki-taichou mrugnął do niego znacząco. - Opuścimy was teraz. - gdy Ichigo spojrzał ponownie na zmieszanego Kenpachiego, na jego ustach pojawił się sadystyczny uśmieszek. - Chodź z nami, Hinamori.

-Tak jest, taichou.

-Hmrphh, taaaa, bawcie się dobrze chłopaki. I dziewczyny...To znaczy...

-Do zobaczenia wszystkim, zobaczymy się na stypie! Chodźmy, Zaraki-taichou, Hinamori-kun, nic tu po nas.

Gdy cała trójka (Żołnierze 11-tej Dywizji dostali od swego Kapitana dyskretne ultimatum pt. "Pogrzeb i stypa albo śmierć!") opuściła zaaferowane towarzystwo Ichigo przepuścił przodem swoją fukutaichou. Drobna dziewczyna minęła go w ciszy by spojrzeć z niewinną ciekawością na dziwnie zmieszanego jej obecnością Kenpachiego. Ichigo sadystyczny uśmieszek praktycznie nie schodził już z twarzy.

-No dobra, Zaraki. A teraz szczerze, czego chcesz i do jakiej drugiej sprawy jestem ci potrzebny...?