Rozdział 7 (Weź numerek)
Świt, gwiazdy bledną, za parę chwil słońce podejmie swoją wędrówkę po niebie, ale w tej chwili panuje jeszcze półmrok niosący jednakże zapowiedź światła i ciepła. Nocna ciemność cofa się powoli, niechętnie odsłaniając budzące sie do życia Seireitei.
Kto rano wstaje...
Gdzieś w kwaterach 11-tej Dywizji pewien rudowłosy oficer przeciąga się ziewając rozdzierająco.
...ten chodzi niewyspany.
"Jaki piękny dzionek, motylki i te sprawy. Tylko co ja robię w tym chlewie gdzie nawet kobiet nie ma..."
-Dzień dobry, młodszy oficerze Kotetsu.
Ciepły, lekko afektowany głos.
"Zamiast kobiet jest ON..."
-Dzień dobry, starszy oficerze Ayasegawa.
Czołowy piękniś Gotei-13 uśmiecha się w charakterystyczny sposób mrużąc fiołkowe oczy.
-Jak tam pierwsza noc w koszarach słynnej 11-tej Dywizji, Panie były zamiataczu kanałów? Dobrze Pan spał?
-Tak jest, dziękuję za troskę.
-Coś dziwnie Pan stoi...Na pewno wszystko w porządku?
"Jeśli dziwnie stoję to dlatego, że taka menda jak ty uczepiła się mojego tyłka..."
-W porządeczku. Spadłem w nocy z łóżka, Panie Ayasegawa.
-Aha. Ile razy?
-Trzy.
-Czyli wszystko w normie. Mam nadzieję, że we wspólnej sali pozostali żołnierze przykryli Pana kocykiem, zaśpiewali kołysaneczkę by odpędzić koszmary, te sprawy...
-Tak jest. Ich troska o mnie nie zna granic. Naprawdę lubią następcę swojego Ichiego-kuna.
-Fajniusio. A Pan, Kotetsu, Pan ich lubi?
-Szalenie. Zwłaszcza za kołysanki, chyba słyszałem jak w chórku śpiewał Pan Madarame.
-Chyba? Precyzja niegodna oficera, Panie Kotetsu.
-Wie Pan...nawet oficer ma oczy w głowie. Ciężko z nich skorzystać jak ma się na niej własny kocyk.
-Aż tak tragicznie śpiewali?
-Nie. Ale ja w pewnym momencie nie mogłem się powstrzymać od akompaniamentu na ciut inną nutkę, Panie starszy oficerze.
Charakterytyczny uśmiech rozszerza się odrobinę.
-Hmmm, jakieś skargi, Panie młodszy oficerze?
-Gdzie tam i widzę, że z Panem Ayasegawą na języki nie da się łatwo wygrać. Kluczył Pan wokół celu jak wilk wokół owieczki. Nie można było tak od razu?
-Czemu? Pańskie poczucie humoru jest już tematem wielu plotek w Gotei-13. To dziedziczne?
-Nie wiem. Ale ja też słucham plotek, panie kolego. I słyszałem różne o Panu...hmmm...czy ja widzę puder i tusz do powiek?
-Taaak. A to, panie kolego, jest sztuczna rzęsa. Jeden ze sposobów aby uczynić ten świat lepszym i piękniejszym, Panie Brzydalu.
-Nie lubi mnie Pan, Panie Ayasegawa, co? Lubił Pan chociaż Ichiego-kuna? Bardzo?
-Przestałem lubić gdy go Pan zrąbał i pozbawił połowy zębów. I tak, nie lubię Pana.
-Bo jestem brzydki? Taki się urodziłem.
-Widzi Pan, Kotetsu, świat nie dzieli się tylko na słabych i silnych jak to chce Kapitan Zaraki. Nie na posłusznych i hardych jak to chce Madarame. Nawet nie na smutnych i szczęśliwych jak to Pan sugeruje swoim źle akcentowanym, plebejskim japońskim. Ale także, i to jest najważniejsze, na brzydkich i pięknych. Tak?
-Postaram się popracować przynajmniej nad wymową. A póki co cofnę się o regulaminowy krok w tył by nie zdmuchnąć Panu przypadkowo pudru z policzków. Czy ja widzę warstwę kremu przeciwzmarszczkowego?
-Hmmm...
-Pięknie się Pan uśmiecha, Panie Ayasegawa. Serio. Od siebie powiem, że taki komplement z mojej strony dla faceta to mi się zdarzył po raz pierwszy...
Nim Kotetsu zdążył zareagować poczuł chłodną pieszczotę stali na gardle. Znieruchomiał, po raz pierwszy od przybycia do tej wilczej nory, kompletnie zaskoczony. Zbyt szybki to był ruch by jego nerwy zdążyły wysłać impuls do mięśni.
"Jak to możliwe? Nie widziałem, żeby chociaż zmienił pozycję. Szlag. Jeśli to co mi chłopaki z behawioralnej gadali o ulubieńcu Zarakiego jest prawdą to nie wyjść mi z tego cało. Jak nic jeszcze bardziej mnie oszpeci..."
-...i ostatni? To Pan chciał powiedzieć? Mocno się zastanawiam jak mam odpłacić za pańską "uprzejmość".
"Już wiem czemu Ayasegawa zawsze się uśmiecha i mruży oczy. Bo on ma oczy wilka, jak Madarame. Pewnie uważa, że to mu psuje imidż miękkiego chłoptasia. Kto by się spodziewał po takim mięczaku takich umiejętności. Ale wpadłeś, Kotetsu..."
-Panie Ayasegawa...
-Cisza, gówniarzu. Nie lubię mówić o sobie więcej niż muszę, nie osobom, których nie lubię. Tobie powiem tyle, że na twojej pobrużdżonej gębie dodatkowa bruzda nie zrobi chyba różnicy.
Ostrze muska policzek Kotetsu delikatnie jak aniele pióro. Wystarcza to jednak by pociekła krew.
-Cieszę się, że milczysz, żołnierzu. To zachowanie godne żołnierza i mężczyzny. -firmowy uśmiech Ayasegawy powraca - Czy ty już się golisz, Kotetsu?
-Tak jest, Panie Ayasegawa. I nie przejmuję się takim zadrapaniem. Dziękuję za pańską łaskawość.
-Proszę. I to jest, Panie Brzydalu, właściwa postawa młodszego oficera. O. Plecy zgięte w ukłonie i ani śladu bólu na tej szpetnej gębie.
-Wie Pan, mnie rąbią całkiem często, ale rzadko z taką klasą. Mogę coś powiedzieć?
-Proszę.
-Ja tylko mówię, że naprawdę ma Pan elegancki uśmiech. Powaga, to nie jest wazeliniarstwo. A Pan tak szybko za miecz chwyta jakbym obraził co najmniej pańską matkę...
-Cśśś - palec Yumichiki eleganckim gestem dotyka ust - bo zaszkodzi Pan sobie po raz ostatni. Co Pan może wiedzieć o Pięknie, Kotetsu?
-Nie muszę umieć latać by wiedzieć jaki kolor ma niebo, Panie Ayasegawa.
Chwila milczenia. Namysł.
-Ładnie powiedziane. I jakże prawdziwie. Wie Pan, co?
-...
-Cieszę się, że Pan nie żartuje w tak pięknej chwili. Więc w nagrodę mam dla Pana dwie rzeczy. Po pierwsze pracę do wykonania. Ale o tym za chwilkę.
-Tak, Panie Ayasegawa? Ja słucham.
-A jak Pan skończy służbę to proszę wpaść z nami, oficerami 11-tej Dywizji, na kieliszek czegoś zacniejszego od mleczka mamusi. Żeby wszystko było jasne, to zaproszenie od Madarame i innych bo ja mimo wszystko bym Pana najchętniej...
-Zniszczył?
-Tak. Ale chyba jest w Panu coś pięknego, Kotetsu. Pańska zdolność do wyciągania wniosków i uczenia się jest co najmniej zadowalająca. No nie, Pan się rumieni?
-Nie jestem pewien. Nie mogę sprawdzić w lusterku bo nie noszę, nie lubię na siebie patrzeć i boję się odwrócić wrok od pańskich rąk. Dziękuję za zaproszenie, na pewno przyjdę.
-Proszę bardzo. A teraz praca. Niech Pan posłucha. Otóż, na głównym dziedzińcu...
*****
Na głównym dziedzińcu wrze bój na pięści i stopy. Dwa szybko poruszające się kształty otoczone przez pokrzykujących kamratów nie spoczywają nawet na moment. Krzyki i chrapliwy śmiech widzów, odgłosy ciosów i przyśpieszone oddechy, a w tle płonące krwawo niebo oznajmiające, że nadszedł nowy dzień w Piekle. Tej części koszar gdzie mieszkali młodzi szeregowi żołnierze i gdzie nie było niemalże godziny bez starcia.
Tak jak teraz. Kolejny dzień, kolejna godzina, kolejna bójka. Normalny dzionek zabójców Kapitana Zarakiego.
Zawsze bądź gotów. Zawsze.
Bo jeśli nie jesteś...
Jedna z postaci poleciała do tyłu mocno i precyzyjnie uderzona w twarz prawym sierpowym. Wojownik cofnął się chwiejnie, jego przeciwnik natychmiast poszedł do przodu próbując skończyć. Błąd, cofający się był co najmniej biegły w zaawansowanej Hakudzie, wspinając się na palce i nie przerywając ruchu, kopnął przeciwnika w staw biodrowy. I natychmiast poszedł za ruchem niemalże wpadając na cofającego się, który nie miał chyba takich umiejętności w walce wręcz.
Cios za ciosem. Cios za ciosem. Ruszaj się szybciej, bo cię zrąbiemy, a jak skończymy to psom rzucimy! Tak śpiewali wojownicy Zarakiego świetnie się bawiąc.
Cios za ciosem. W pewnej chwili potężniej zbudowany, cofający się pod ciągłym naporem wojownik, wciąż kulejący po kopnięciu w biodro, potknął się i na sekundę opuścił zasłonę. Starczyło. Szybki jak błyskawica cios kantem dłoni w tchawicę odebrał mu oddech. Zgiął się w pół jakby dostał w krocze. Jego przeciwnik nie dał mu szans by się rozgiąć. Natychmiast uderzył kolanem, wojownik padł, z trudem oddychając przez złamany nos.
Heh, hej, okryłeś się wstydem, kamracie! Nie wkładałeś w to serca, wojowniku! Jesteś żałosny, mięczaku! Okrzyki zabójców brzmiały jak krzyki kruków kołujących nad padliną. Pokonany poruszył się słabo, ale nie podniósł z ziemi, wciąż leżąc plecami w kurzu i pyle, wijąc się jak robak.
-Cisza!
Głos zwycięzcy zabrzmiał niczym grom. Roześmiani, podkpiwający żołnierze stopniowo zaczęli się uciszać ciekawi co też powie zwycięzca. Ten dziwny nowy oficer, który zabił Ichimona Noriakiego.
"Niech Pan zdobędzie dziś szacunek, Kotetsu. To taki zakład między mną, a Madarame. Jeśli Pan dzisiaj zdobędzie szacunek to wygram zakład. I w nagrodę uznam, że jest w Panu coś wartego uwagi. Czy Pan rozumie jak to wpłynie na nasze stosunki, Panie młodszy oficerze?"
Pozostało mu wtedy tylko, zgodnie z głosem rozsądku, pochylić głowę w ukłonie i ruszyć do drzwi na dziedziniec. Zatrzymał go delikatny jak u kobiety, lecz dziwnie mocny głos ulubieńca Kapitana Zarakiego.
"Jak, to pańska sprawa. Ale podpowiem, że powinien Pan wyzwać jednego z naszych demonów. Najlepiej w Piekle. Słuchał Pan plotek więc wie co robić, prawda?"
-Wiecie co? Jesteście dobrzy, a moglibyście być najlepsi. Jeśli ja, z 4-tej Dywizji, mogłem zrąbać jednego z waszych to źle z wami, żołnierze.
-A ty nie jesteś jednym z nas, oficerze Kotetsu?
-Ta. Za dobry jest dla takich plebsów jak my...
-Może tym razem z ostrą bronią? Dać mu drugą bliznę na ryju?
-Chrum chrum, świnio Unohany...
-Heh, kto cię tak naznaczył, chłopie? Yumichika? Ciesz się, że żyjesz.
-A my ci to ułatwimy jak cię zrąbiemy i psom rzucimy. Znów poczujesz się człowiekiem, syneczku.
-Bo teraz to za dużo adrenaliny masz w żyłach, wieprzu z pagonem w gwiazdki.
-Spokojnie, Panowie. On chyba nas rozumie. Rozumiesz, chłopie? Czy mamy ci przetłumaczyć na świński?
-Chrum chrum, hehehehehe...
-Przestańcie rżeć, stare konie bojowe - nowy głos uciszył kpiących żołnierzy - Panie oficerze Kotetsu, Pan im daruje. Jestem Koshigaki, starszy szeregowy 11-tej. Osiem lat doświadczenia polowego. Ile ma Pan lat doświadczenia w naszej Dywizji?
-Dwa dni, dwie godziny, 24 minuty i 16, 17, 18 sekund...Liczyć dalej, Koshigaki? - twardy głos, w którym niektórzy rozpoznali by głos Shiraia nie zaskoczył jednak żołnierza z brzydką blizną na potężnej szyi. Wojownik poruszył byczym karkiem rozkładając spokojnie ramiona jakby chciał objąć cały świat.
-Pan chyba myśli, że nas można zbyć tanim poczuciem humoru. - Koshigaki zarzucił sobie naginatę na kark trzymając ją oburącz. Patrzył teraz na oficera spode łba szczerząc zęby - Nieprawda. Bo my nie damy się nikomu zbyć. Nie dopóki nie ustalimy z czego jest zrobiony. Czy ze stali czy ze świńskiego gówna.
Jeden z otaczających Kotetsu Shinigami, niewysoki i pleczysty, parska śmiechem.
-Heh, nie przejmuj się chłopie. Wszyscy oficerowie przez to przeszli. Ty też jak jesteś twardy...
-Ciszej, Dadai. Nie przeszkadzaj mi w mówieniu, a Panu Kotetsu w myśleniu. Pan powie, Kotetsu, jak na nas mówią w tej wielkiej rodzinie Kapitan Unohany?
-Różnie. Ale dominuje głos niesprawiedliwej krzywdy...
-Że jak? - Koshigaki uwolnił lewą rękę by pogrzebać w uchu - bo przez chwilę nie słuchałem.
-Heh, chłopie udzieliło ci się od Yumichiki?
-Morda, Dadai. Ostatni raz mówię.
-Różnie mówią, ale zwykle w ciszy swych kwater wyzywają was od świń, wieprzów, skurwieli...dalej, Koshigaki, czy resztę sam sobie dośpiewasz?
-Nie muszę i dzięki za szczerą odpowiedź, Panie Kotetsu. Teraz już wiemy jak jest. A Pan posłucha. Dwie sprawy.
-Tak?
-Po pierwsze, ja widzę, że Pan nas wciąż traktuje jak plebsów. Już mówię co to znaczy. My tak nazywamy mięczaków, którzy służą swoim taichou gdzie indziej niż w naszym Piekle.
-O. To jest ciekawe, wojowniku. Ja widzę, że wy wszystkich traktujecie jak tych z Czwartej Dywizji. Czy 6-ta, 7-ma, albo Druga Dywizja to też plebsy?
-Tak. Wie Pan, oni nie są tacy jak my. Już tłumaczę czemu, Pan się nie denerwuje. Oni schodzą do piekła Hueco Mundo raz na miesiąc zgodnie ze służbówką. Myśmy tu zrobili jego marną imitację by się wzmocnić i służyć takim tchórzom jak ci od Unohany. Oni nas wyzywają od wieprzów? A jak nazywali Pana gdy Pan trafił do nas? Tak samo? A może wielbili bo Pan zabił jednego z nas?
-Próbujesz mi wmówić, Koshigaki, że wy jesteście Wybrańcami Yammamoto? A może sługami Kami?
-To pierwsze. Bo widzi Pan, on nas rozumie. Wie, że wilki z Hueco Mundo to nie bajeczka dla małego Yamady. I że potrzebuje takich psów pasterskich jak my. I jeszcze jedno w tym tonie. Myślę, że oni muszą dostać w kość od czasu do czasu. Bo takie jest życie tchórza, wciąż się ucieka dopóki strach nie przegra z bólem, wstydem i nienawiścią. My im pomożemy to zrozumieć bo my jesteśmy sługami, Panie Kotetsu.
-Ach tak...
-Widzę, że jest Pan trochę zaskoczony. Później Pan to sobie przemyśli, dobrze? A teraz druga sprawa.
-...
-Dobrze, że Pan słucha. Pan myśli, że jest lepszy. Proszę nie zaprzeczać, to widać. Ale my tu liczymy lata w Piekle i każdemu dajemy numerek zgodnie z jego wartością. Pan wie kim jest Pani Porucznik Yachiru?
-Tak, Koshigaki. Waszą cholerną maskotką.
-Gówno Pan wie. Ona od lat tu żyje. Rosła z nami od szkraba co to sra w pieluchy, a teraz jest numerem dwa w Piekle. Niech mi Pan powie dlaczego to poznam, że wszystko Pan zrozumiał.
-Nie jest waszym zwierzątkiem, ani maskotką? Heh, a to ci dopiero, żołnierzu. To ty mi lepiej powiedz czemu wy, Shinigami Zarakiego, pozwalacie sobą pomiatać małej dziewczynce z różowymi włoskami, która goni za kucykami po parku?
-Powiem Panu, bo Pan nie rozumie, Panie 7-my oficerze, Kotetsu-sama. Ona jest silniejsza od Pana czy ode mnie. Ja jestem numer 24, Koshigaki, zwany przez nią Klocem, bo podobno jestem grupy jak kloc drewna. I pozwalam jej tak mnie nazywać bo ona rozumie to co Panu wciąż się wymyka.
-...
-Dziękuję, że Pan słucha i chce zrozumieć, to rzadkość. Ona jest jedną z nas. To wszystko. Szacunek do swoich kamratów to podstawa siły żołnierza. Pan walczy sam, Kotetsu-san? Bo Hakuda to styl walki dla samotników,tak czy nie?
-Hmmm...
-Widzę, że tak. Pan jest samotny, Kotetsu-san. Panu się wydaje, że przeszedł przez piekło w Akademii. To nie tak. Pan zrozumie, że jednym z nas można zostać na polu bitwy z Pustymi i Espadą, a nie po bójce z jednym z naszych żołnierzy. Źle Pan zaczął.
Shirai słuchał czując na sobie wilcze spojrzenia otaczających go Shinigami. Czuł jak powoli i nieubłaganie traci kontrolę nad swymi nerwami. Próbując zwalczyć strach przyjął wyzywającą postawę. Zaklął w duchu słysząc jak drży mu głos.
-No proszę, a tak się starałem. Czyli mam liczyć nocki do pierwszej bitwy?
-A co Pan myślał? Że wystarczy skopać kogoś i już? To nie świadczy o szacunku tylko o zwykłej arogancji, jak to mówią ludzie wykształceni przez Kapitan Unohanę. Wie Pan, co? Ona chyba nas rozumie, bo nigdy się na nas nie skarży Yammamoto. Mądra kobieta.
Shirai przełknął ślinę. Już wiedział do czego to zmierza.
-Przekażę to jej fukutaichou. Ucieszy ją to Koshigaki, poważnie.
-Dobrze. A teraz, Kotetsu, ja dam Panu nauczkę. Bo Pan nadal nie rozumie. A ja Panu powiem, że ból i strach uczą myślenia. Z drogi, Dadai. Zrób mi miejsce...
-Przestańcie!
Pierwszy dźwięk w Piekle, który nie był podobny do warczenia Pustego, bo tak brzmiał głos Koshigakiego kiedy tłumaczył Kotetsu rzeczy oczywiste. Dźwięk zupełnie nie na miejscu w obliczu wilczej hordy zaciskającej pierścień wokół ofiary, która wciąż nie rozumiała o co chodzi. I nie miała zrozumieć. Jeszcze nie dzisiaj.
-Zostawcie go! Klocu, co ty robisz młodemu?!
-Pani Porucznik, niech Pani pozwoli mi wychować go na żołnierza, ja Panią proszę...
-Nic z tego, Klocu! Zostaw go! On jest nowy i nas nie zna! A ty mu żebra połamiesz za takie coś?
-Pani Porucznik, powiem krótko. Pani odpuści, męskie sprawy.
-Nie ma mowy! Spieprzaj stąd, Koshigaki!
Weteran Dywizji Zarakiego odrócił się do małej dziewczynki w różowym, dziecięcym shihakusho przepasanym czarnym obi fukutaichou. Mała zacisnęła piąstki i krzyczała ile sił w płucach.
-A jak ci się nie podoba...!
-Pani Porucznik, ja sobie poradzę. Moja Hakuda przeciwko jego naginacie...
-Cicho, mały! Ty nic nie wiesz, a chcesz walczyć? Z Klocem nie wygrasz, przecież ci się kolana trzęsą!
-Ale...
-Cicho, Shirai-kun! Ja to załatwię! Ja tu jestem fukutaichou, Klocu! A jak ci się to nie podoba...!
Moc, która nagle otoczyła dziewczynkę nie miała w sobie nic z gwałtownego i głośnego ryku burzy jaki wytwarzała moc Kotetsu. Napór reiatsu był tak dyskretny i podstępny jak cios brzytwą zadany z zaskoczenia przez psychopatę na więziennym dziedzińcu. Koshigaki zatoczył się do tyłu z trudem utrzymując się na nogach jakby trafiła go łapa Pustego.
W jednej chwili na jego wyciągniętej do bloku ręce przysiadła drobna sylwetka otulona w róż i czerń. Wakizashi wydobyte nie wiadomo kiedy i skąd dotknęło szyi żołnierza.
-Stój spokojnie, żołnierzu. Bo trafisz do Piekła naprawdę. W tej chwili. I nie ruszaj ręki bo moje ostrze cię tam wyśle nim zdążysz mrugnąć.
Głos małej brzmiał zupełnie inaczej niż przed chwilą. Dziecinny krzyk złości zmienił się w cichy chrapliwy szept brzmiący jak syk żmii, zapowiedź śmierci.
Po opalonym, łysiejącym czole Koshigakiego płynęły krople potu. Żołnierze to widzieli, bo nie mogli nie widzieć. Ale był spokojny, przynajmniej pozornie.
-Tak, fukutaichou. Pani rozkazuje, ja słucham. Pani prowadzi, ja idę za Panią. Proszę wybaczyć, że o tym zapomniałem.
-Dobrze. Odsuńcie się od młodego, wilki. Zostawcie go w spokoju, on jest mój.
-Chce mu Pani dać nauczkę osobiście?
-Nie bądź głupi, Dadai. Za dużo dzisiaj mówisz, Piesku. On będzie moim przyjacielem, ja tak postanowiłam. Niech go nikt nie rusza, jasne?
-Jak słonećko nad Karakurą, Pani Porucznik. - nazwany Pieskiem Shinigami parsknął pogardliwie - Udzieliło się Pani od Kurosakiego, żeby ratować tego niedołęgę, który nie umie nawet walczyć w szyku z zanpakutoh w garści?
-On nie jest niedołęgą, Dadai. Tylko jeszcze nas nie rozumie. Ja mu w tym pomogę. Ja, fukutaichou. I to bez łamania żeber. Jakiś problem, żołnierze? -głos małej brzmiał już zupełnie nieludzko, a w jej oczach drżący z wrażenia i emocji Kotetsu nie dostrzegał ani śladu duszy. Małą zabójczynię otaczała nieznana mu aura reiatsu. Jemu. Specjaliście od Kidoh.
-Rozkaz.
-Tak jest.
-Pani się nie denerwuje, Yachiru-sama.
-Słowo, że nikt go nie ruszy. Od dzisiaj na zawsze.
-Hmmm, dz-dziękuję, fukutaichou...
-Słyszeliście Pana oficera?! Dz-dziękuję, hehehehehe...temu to się z kolei udzieliło od Yamady.
-Hehehehehehe.
-Dobra, zostawmy go. Może coś tam zrozumiał dzięki swemu strachowi, jak myślicie, chłopaki?
-Może, Koshigaki. -pleczysty Dadai wzruszył ramionami- Ale moim zdaniem jemu potrzeba jeszcze czasu. Dajmy mu go, skoro fukutaichou tak chce...
*****
Siedzimy pod drzewem morwowym na dziedzińcu. To znaczy ja siedzę, a ona stoi nade mną i patrzy z tym swoim słodkim uśmiechem na rumianej twarzyczce. Jeszcze przed chwilą w tej twarzy nie było kropli krwi, ale teraz, gdy jej reiatsu się cofnęło, znów jest radosna i uśmiechnięta jak księżyc w pełni. Z pobłażliwym uśmiechem i luzacko założonymi za głowę rączkami słucha moich kulawych tłumaczeń.
-Dziękuję, Yachiru-dono.
-Drobiazg, młody! A chcesz w ogóle być moim przyjacielem?
-Heh, gdybym był głupcem takim jak jeszcze godzinę temu to powiedzialbym "tak"...
W jednej chwili oczy małej wypełniają się łzami.
-Co!? Czemu nie chcesz?
-Zamiast tego powiem: "Od dzisiaj na zawsze, Yachiru-dono. Od dzisiaj na zawsze."
-Wiedziałam, że nie jesteś głupim niedołęgą! A na Koshigakiego się nie gniewaj, jak chcesz to ja mu dam w kość! Dostanie taką służbówkę od Ken-chana, że mu sandały spadną! Będzie zasuwał od domciu Aizena-kuna do Seireitei jak lokomotywa! Co ty na to, Shirai-kun?
-Wiesz co, Yachiru-dono? Chyba lubię cię coraz bardziej. Ale nie traktuj ich jak zbrodniarzy, dobrze? I proszę, daj mi teraz pomyśleć.
-O czym?
-O sobie i swojej słabości...
*****
Tak, uratowany przez dziecko. Kto nigdy tego nie przeżył ten nie wie co to upokorzenie. Naprawdę bałem się Koshigakiego, ale Yachiru boję się bardziej. Oby tylko ten strach nigdy nie przeważył nad moją wdzięcznością.
Bo jeśli przeważy to zginę. Natychmiast.
