Rozdział 13 (Bitwa Łez)

-Ciszej, Zaraki. Musisz tak głośno sapać?

-Morda. Obiecałaś mi walkę kobieto więc nie narzekaj na mężczyznę, który czuje żądzę krwi. Mam zabijać czy grać w szachy?

-Możesz nie mieć okazji żeby walczyć jeśli go spłoszysz.

Ciszę wypełnił nagły rechot Kapitana 11-tej Dywizji.

-On nie z tych co dają się spłoszyć! Hej, Yammamoto! Chodź tutaj! Mam dla ciebie zapłatę za te wszystkie papiery co mi je kazałeś przerzucać!

-Zamknij się, Zaraki!

-Popieram - głos Mayuriego-taichou, choć jak zwykle lekko piskliwy, nie był pozbawiony siły przekonywania - Soi Fon-taichou ma rację. To znaczy miała ją bo teraz już za późno na ukrywanie się i skradanie w stylu tych tchórzów z Pani Dywizji. Może ruszymy więc otwarcie zamiast marnować czas?

-Nie skomentuję tej uwagi odnośnie moich ludzi, Kurotsuchi. Nie marnujmy już czasu. Do dzieła.

Cztery postacie w kapitańskich haori pokonały szybkim, energicznym krokiem ostatnie metry dzielące je od wrót Komnaty Króla. Osiągnąwszy cel Kenpachi i Mayuri złapali za skrzydła i zaczęli ciągnąć, każdy w swoją stronę. Nie żałowali sił, ale wyryte w metalu symbole zdawały się kpić z ich wysiłków.

-Grrrhhh...Szlag. Pomóż nam, Ukitake. Czego stoisz jak ta kuśka na weselu?

-Czy ty umiesz mówić tylko o jednym, Zaraki?

-Nie, panienko. Ale niech Pan Kapitan przestanie się obijać i zacznie robić co do niego należy. Albo mu tą śliczną gębę skuję.

-Ukitake, słyszałeś. Pomóż im.

Milczący mężczyzna o długich białych włosach w ciszy podszedł do Mayuriego by dołożyć swe niezbyt imponujące siły do dzieła wspólników. Tego jednak było trzeba, gdyż wrota powolutku zaczęły się uchylać.

-Szlag...Jakie ciężkie...Nie można by użyć reiatsu, by je zwyczajnie rozpieprzyć? Zaraz...

-Nie, Zaraki. Te drzwi są odporne na reiatsu podobnie jak cała komnata. Na jakim stanowisku pracowałeś do tej pory, że nie wiesz takich rzeczy?

-Morda, flądro...Eeeech...no już. Otwarte.

Czwórkę spiskowców powitało migoczące światło tańczące jak żywy płomień po marmurowych ścianach pamiętających jeszcze początki Społeczności Dusz. Trzynaście potężnych filarów podtrzymujących wysoki sufit lśniło jak obnażona kość, a rozmiary komnaty onieśmieliłyby nawet bardzo elastyczną wyobraźnię. Drzwi, którymi weszła czwórka Kapitanów od kolejnych po drugiej stronie dzieliło wiele setek kroków, ale w świetle płomieni widać je było dość wyraźnie.

-Tam jest Król. - cichy, drżący głos Ukitake Jyoushirou zadudnił w pomieszczeniu jak grom - Ciekawe jak wygląda?

-Będziecie mieli okazję sprawdzić, zdrajcy. Gdy z wami skończę wrzucę tam wasze spalone truchła by wasze duchy dobrze Go poznały. Długi czas spędzicie żałując, że nie dotrzymaliście waszej przysięgi.

Głos Generała Yammamoto zabrzmiał jak pomruk zbliżającej się burzy. Otoczony roztańczonymi płomieniami sotaichou wyszedł zza pierwszego filaru z laską w lekko pomarszczonej, acz nadal silnej dłoni. Jego zanpakutoh wciąż jeszcze tkwił w pochwie i tylko dzięki temu w komnacie nie szalało inferno. Płomienie, będące manifestacją jego siły duchowej póki co pożerały tylko najbliższe otoczenie wijąc się jak węże, rzucając cienie na twarze czterech byłych podwładnych, nie pozwalając przegapić żadnego grymasu, żadnej reakcji.

Zimna determinacja na twarzy Soi Fon. Obłąkańczy uśmiech Mayuriego Kurotsuchi. Nieludzki wręcz spokój Kenpachiego Zaraki, taki jaki następuje tuż przed atakiem bitewnej furii.

Bladość i niepewność na twarzy Ukitake Jyoushirou, z trudem maskowany niepokój Kapitana 13-tej Dywizji, jak zapowiedź nieszczęścia, które zaraz dotknie całą czwórkę zuchwalców.

-Co to? Milczenie? Chciałbym was usłyszeć, zwłaszcza ciebie, Ukitake. Co robisz w towarzystwie tej bandy zaprzańców? Nie ostrzeżono mnie o twoim przybyciu.

-Czy mam rozumieć - głos Soi Fon aż ociekał jadem - że Pan Generał wie wszystko? I nie zaprosił tu nawet Shinigami ze swej Dywizji by nas aresztować?

-I pewnie będzie chciał nas skarcić. Uwaga! Czas na morał. - ton Mayuriego był jak zatruty skalpel.

-Nie dla was sąd i degradacja. Morał? - głos starożytnego Shinigami przygasł nieco - Tylko głupiec traciłby czas na poruszanie waszych sumień.

-O rany. - Kenpachi westchnął ciężko - Co za kurwa patos. Już wiem co zrobię. Zabiję starego nim on zanudzi mnie na śmierć. To będzie samoobrona.

-Pięknie to ująłeś, Zaraki. Czy Pan Generał chce powiedzieć coś jeszcze nim oddamy się szlachetnym przyjemnościom ciała? - Mayuri uśmiechnął się jak rekin.

-Kiedy mówi Ryujin Jakka nie ma miejsca na nic poza śmiercią. Nie zaproszę tu nikogo na kim mi zależy. Wy to inna sprawa. - głos Shigekuniego ponownie nabrał mocy. Pojawiła się w nim jakaś nuta, która momentalnie zmusiła Kapitanów do przyjęcia postaw obronnych. Zamarli z orężem w gotowości i nie zawiedli się na Generale. - Płońcie!

Shigekuni Genryuusai dobył miecza lewą dłonią. Laska zniknęła jak zdmuchnięta przez wiatr. W tej chwili trójka Kapitanów ruszyła nagle do przodu, każde na swój sposób. Soi Fon drobnymi kroczkami, starannie ważąc każdy ruch, spięta jak do skoku, z Suzumebachi w formie rękawicy na prawej dłoni, starając się odciągnąć spojrzenie Generała w lewo. Mayuri, twardym, mocnym krokiem ze swą złowrogą klingą w nisko opuszczonej dłoni, na prawo. I Kenpachi, ze swym zużytym mieczem trzymanym jakby nie miał on żadnego znaczenia, który jako jedyny ruszył prosto na Generała. Najpierw powoli, potem coraz szybciej, z każdym krokiem silniejszy, szybszy, bardziej zdecydowany.

Ukitake zastygł w pobliżu wrót z wyrazem strachu na twarzy. Wspominał jak Generał upokorzył jego i Shunsuia gdy ten jeden raz stanęli naprzeciw niego. Z jaką łatwością ich pokonał. Pamiętał też...

-Ukitake! Do diabła, walcz bo zginiesz z jego ręki!

"Może tak będzie lepiej. Nie stawię temu czoła, nie mogę wrócić i po prostu patrzeć w oczy tym wszystkim, którzy się dowiedzą, że Shunsui i ja..."

-Walcz, albo doznasz czegoś gorszego od śmierci!

"Przeklęta kobieta! Niech ją piekło pochłonie..."

-Niech wszystko co żyje, zmieni się w popiół! Ryujin Jakka!

Ryk płomieni zupełnie ogłuszył Ukitake, blask odebrał mu wzrok. Ciężka jak młot fala gorącego powietrza uderzyła go w twarz wysuszając łzy i przypalając włosy. W jednej chwili stał w pustej komnacie rozmawiając ze swym strachem i wstydem. W następnej otoczył go niewyobrażalny żar wypalający jego słabe płuca.

"Dokładnie tak jak wtedy..."

-Niech cię piekło pochłonie, Ukitake, ty cuchnący tchórzu! A do diabła z tobą! Zadźgaj wszystko co żywe, Suzumebachi!

Głos Soi Fon niemal zupełnie zniknął w ryku płomieni. Wijące się węże zmieniły się w potężne smocze kształty.

"Płonie, płonie wszystko. Cały świat w ogniu...co ja tu jeszcze robię...nie mogę wrócić i nie mogę iść przed siebie...Shunsui, przepraszam."

Kapitan 13-tej Dywizji niepewnym ruchem dobył swego Sogyo no Kotowari. Dłonie mu drżały. Prześladowało go przeczucie, że to wszystko nie ma sensu.

Ale nie mógł się wycofać. Stracił swych podwładnych i zwierzchnika, tak jak honor. Ale chciał żyć. Jeszcze.

-Zabij go, Zaraki!

Zdrajcy uderzyli jak jeden organizm. Mayuri i Soi Fon, otoczeni kokonami ochronnego reiatsu, kompletnie niewrażliwi na szalejące płomienie ruszyli, każde w swoją stronę. Zaś Kapitan 11-tej Dywizji, zdający się ignorować żarłoczny ogień czystą siłą woli, runął do przodu jak rozpędzony czołg. Nikt i nic nie mogło zatrzymać Kenpachiego gdy szedł po czyjeś życie.

Na pewno nie ogień i jego brat, cierpienie.

Otoczony kulą pulsującego reiatsu wojownik dopadł celu w trzech iście tygrysich skokach.

-Shine!

Chwilę później dwie energie duchowe starły się i doszło do eksplozji przy której moc Kotetsu wydawała się niczym innym jak drobnym błyskiem. Komnatę Króla wypełniła emanacja żądzy mordu Zarakiego i gorący, starannie kontrolowany gniew Generała. Nikt i nic nie miało prawa tego przeżyć.

-Niech to diabli. Dziękuję, Mayuri-taichou.

-Drobiazg, Soi Fon-taichou. Ale następnym razem proszę się nie zdawać na moje obronne reiatsu. Mogę nie mieć czasu by myśleć o Pani...

-Ratował Pan swoją przyszłą sotaichou. Gdzie Shigekuni, Zaraki i ten tchórz, Ukitake?

-Dowiemy się jak opadnie dym i popiół. Na razie...

-Giń, Zaraki!

-Niech cię szlag, ty uparty stary pierdzielu!

-Hmmm, chyba żyją. Wtrącamy się, Soi Fon-taichou?

-Normalnie powiedziałabym, że nierozsądnie jest stawać między Zarakim, a jego ofiarą. Ale teraz...niech Pan pilnuje drzwi. Ja mu pomogę.

-Oczywiście.

-Szlag! Szlag! Szlag! Ty myślisz, że to boli, stary? Postaraj się bardziej! Mam jeszcze jedną sprawną rękę i zaraz wycisnę z ciebie flaki! Przez dupę!

-Chyba dobrze się bawi, Soi Fon-taichou. Może jednak poczekać?

-Cicho, zaraz opadnie popiół...teraz!

Zorientowali się jednocześnie.

Otoczony pulsującą sferą płomieni Generał Yammamoto, w haori naznaczonej na piersi krwawą pręgą, zgubił swój płaszcz. Eksplozja potargała jego starannie zaplecioną brodę, ale swój słynny miecz trzymał pewnie jak dziecko dłoń matki. Jego spokój rzucał się w oczy nawet z dużej odległości.

Tego ostatniego nie dało się powiedzieć o Kenpachim. Jego legendarna furia przygasła mocno po eksplozji reiatsu, podobnie jak płomienie Generała, ale i tak zdawał się być w amoku. Nieustanny atak utrudniała mu jednak rana na ramieniu. Głęboko rozcięty prawy biceps czynił rękę bezużyteczną.

Nadal jednak robił to w czym był niezrównany. Jego ataki powoli, acz nieustannie zmuszały Genryusaia do cofania się.

Szczęk zderzających się kling ogłuszał wstającego chwiejnie Ukitake. Całe jego ciało pokryły oparzenia, kapitański strój zwęglił się. Spojrzał na walkę przysypanymi popiołem oczami i zastygł w bezruchu.

Atak Soi Fon nie był tak spektakularny jak szarża Zarakiego, ale przeważył losy walki. Uczennica Yoruichi dopadła celu w jednym ruchu przebywając dziesiątki kroków i uderzając jak szerszeń swym Suzumebachi, mierząc w twarz. Nie trafiła, odskoczyła momentalnie. Potrójne Shunpo przeniosło ją na prawo, na lewo i wreszcie na tyły Genryusaia dokładnie w chwili gdy nacierający jak nosorożec Kenpachi zmusił przeciwnika do cofnięcia się o kolejny krok. Żądło Pani Kapitan uderzyło zbyt szybko by zareagować mógł jakikolwiek przeciwnik.

Generał ryknął gdy cios Soi Fon podciął mu ścięgno pod kolanem. Jego Shunpo było spóźnione, zbyt późno skoczył w prawo. Pojawił się co prawda na czystym polu, chwilowo bezpieczny, ale prawa noga zawiodła go. Musiał użyć Ryujin Jakka by nie upaść, ale nawet wtedy ledwie trzymał się na nogach. Starał się zaleczyć ranę swym reiatsu, ale trucizna Soi, starannie dobrana pod tego przeciwnika, była zbyt zjadliwa.

Dla Yammamoto walka była skończona.

XXX

Triumfalnie uśmiechnięta Soi Fon zrobiła pierwszy krok w kierunku okaleczonego starca, wyraźnie rozkoszując się chwilą. Nic więc dziwnego, że Kenpachi ją wyprzedził.

-Z drogi, flądro! Ile razy mam mówić, że co moje tego się nie rusza! Giń, stary!

Sotaichou wyciągnął wolną dłoń o palcach zakrzywionych jak szpony. Z jego ciała popłynął strumień reiatsu, tak precyzyjnie spleciony, że obserwujący walkę Mayuri mimowolnie pokiwał głową z aprobatą. Z całej czwórki to on był najlepszy w Kidoh, ale i tak nie potrafiłby tego zaklęcia powtórzyć.

-Chodź do mnie!

Głos Shigekuniego zabrzmiał jak rozkaz nie znoszący sprzeciwu. Pod wpływem jego mocy drzwi zamykające Króla w jego więzieniu skruszyły się niczym płonący papier.

Wyszedł po chwili, gdy Kapitanowie, którzy jak jeden mąż odwrócili się w kierunku nowego zagrożenia, zaczęli już wątpić, że ktoś tam jest.

Był drobny i wysuszony jak starzec, trwające millenia uwięzienie odcisnęło na nim swoje piętno. Pokryty skórą z wyglądu twardą jak wysuszone drewno, ciemną jak heban. Nagi, pozbawiony płci, ale z pewnością silny. Świadczył o tym pewny krok, zwinne ruchy. I jego reiatsu, które w chwili wyjścia z odpornego na duchową moc więzienia uderzyło we wszystkich obecnych miażdżąc im serca w stalowym uścisku. Moc Króla była jak falujące morze, które wdarło się na stały ląd pożerając wszelką nadzieję jaką dają ludzkie siedziby, nikt i nic nie mogło tego znieść. Ani Soi, Ani Mayuri, ani tym bardziej Ukitake. Ten ostatni padł na kolana z trudem łapiąc oddech. Wcześniej wymieniona dwójka zgięła się w pół, nawet Genryussai mocniej pochylił się do przodu opierając się na mieczu jak bardzo stary człowiek.

Ale nie Kenpachi.

-Ty! Ty tu jesteś najsilniejszy, tak? A gówno! Posmakuj tego!

Zaraki runął do przodu. Klęczący pod ścianą, zapomniany Jyoushirou chciał na niego wrzasnąć by tego nie robił, ale nie zdołał zmusić do pracy ściśniętego gardła.

-Masz!

Król zwrócił swe spojrzenie na wznoszącego miecz do ciosu Kenpachiego. W jego wzroku czaiła się obojętność nie do opisania. Głos małej istoty brzmiał jak szelest płonącego spokojnie ogniska.

-Sho.

Najprostsze możliwe zaklęcie Króla cisnęło Zarakiego do tyłu, odrzucając go o wiele kroków. Wojownik z trudem utrzymał się na nogach. Tego jednak wystarczyło dwójce jego wspólników by przełamać strach.

-Kidoh. Zwykłe Kidoh. Potężne, ale jednak. Widzi Pani, Soi Fon-taichou? Co Pani widzi?

-Wroga, którego da się pokonać mimo jego mocy. Jak Genryussaia. Na mój znak, Mayuri-taichou.

Błysk Shunpo, dwójka Kapitanów zaatakowała jednocześnie. Potrójne, czasem nawet poczwórne Shunpo Pani Kapitan i spokojny, miarowy atak Kurotsuchiego wyznaczyły rytm tej napaści. Król zwrócił na nich swe niezgłębione oczy, omiatając też nimi okaleczonego Generała jakby ten nie istniał.

-Shakkaho.

Z uniesionej dłoni Króla strzeliła pręga białego ognia, nieporównanie gorętsza niż wcześniejsze popisy Kotetsu. Jej temperatura sięgała chyba reakcji rozpadu bardzo starej gwiazdy.

Za mało to było jednak na obronne reiatsu Mayuriego, nie dość gorący był to ogień by go spopielić. Osłona Kapitana 12-tej Dywizji wchłonęła większość energii i, choć Kurotsuchi wrzasnął z bólu, to wytrzymał atak dostatecznie długo by Soi Fon zdołała zdezorientować przeciwnika wirując wokół niego swym Błyskawicznym Krokiem. Król obrócił się zwinnie, nagle uważny i czujny, ale nie mógł nadążyć za jej rozmazaną sylwetką. Atak na Mayuriego ustał, taichou 12-tej, aż zatoczył się z ulgi.

"Widzisz mnie, Yoruichi-sama? Czy teraz przyznałabyś, że jestem lepsza niż ty?"

Nieoczekiwanie przybysz zza wrót wyciągnął rękę i Soi doznała szoku. Po raz pierwszy od lat ktoś wytrącił ją z rytmu ataku, więcej, mała dłoń zacisnęła się na jej ramieniu jak imadło po prostu wyrywając rękę ze stawu. Soi wrzasnęła jak wcześniej Mayuri, ale nawet to nie mogło jej do końca powstrzymać. Zamiast zemdleć z szoku i bólu, zamiast oprzeć się atakowi i polec, poddała się jego sile wykonując płynnie swój ruch. Padła do półprzysiadu smagając stopą na wysokości kostek wroga. Ten upadł nie puszczając jej jednak.

-Masz, skurwielu!

Potężny cios Zarakiego odrąbał prawe ramię Króla i po raz pierwszy istota krzyknęła z bólu. Soi Fon odtoczyła się zwinnie jak kot gwałtownym szarpnięciem zdzierając wczepioną w swe ramię dłoń i odrzucając ją daleko.

Następny atak Kapitana 11-tej Dywizji trafił w osłonę z reiatsu. Zaskoczony Kenpachi natychmiast ciął ponownie czując, że kończy mu się czas. Na próżno. W następnej chwili kolejne zaklęcie w postaci rozżarzonej włóczni wbiło się w brzuch wojownika, ostrze Kidoh wyszło plecami. Zaraki zachwiał się porażony bólem. Jego zaciekłość była jednak tak wielka, że nie mogąc chwilowo unieść miecza kopnął odruchowo trafiając Króla w tors. Mała istota przeleciała w powietrzu kilkanaście kroków by upaść na posadzkę w stanie całkowitego zmieszania.

Jeszcze nigdy nie spotkała wrogów, którzy nie padli by na kolana pod wpływem jej pierwszego ataku. Takich, którzy mimo uścisku grozy walczyli by w ten sposób. Tak bezwzględnie jakby ich życie nie miało znaczenia, a jedynym marzeniem było przełamać strach i dać z siebie wszystko.

-Widzisz to, Kurosaki! Ja jestem silniejszy! Weź to kurwa wreszcie zaakceptuj gówniarzu!

Cios miecza Zarakiego poderwał Króla z posadzki i cisnął nim w powietrze wirującego jak bąk. Jego ofiara krzyknęła znowu, powtórzyła swój krzyk jeszcze bardziej żałośnie gdy Suzumebachi dźgnęło ją w plecy.

-Jeszcze raz? To już będzie koniec!

Kwiat Śmierci naznaczył plecy celu ataku. Yammamoto patrzył z niedowierzaniem na tych dwoje szaleńców, których sam zwerbował do Gotei-13. Którzy teraz traktowali jego najpotężniejszą broń jak worek treningowy.

Król miał dość. Shunpo w jednej chwili przeniosło go do wyjścia z Komnaty. Ale zapomniał o jednym...

-Uciekamy? A dokąd?

Wypadł na korytarz ścigany zjadliwym głosem Soi Fon. Chwilę później ta szalona kobieta pojawiła się tam osobiście. Jedno jej ramię zwisało bezwładnie, ale wciąż mogła zabić. I chwilę później stało się to faktem.

Król zniknął pod atakiem Pani Kapitan z agonalnym wrzaskiem. Chwila i po legendzie Seireitei nie było śladu.

-Tfu! Do piekła z tobą! A Genryusai to zaraz tam trafi. Przysięgam na wszystkich Bogów.

W tej chwili Panią Kapitan otulił znajomy zapach. Chciała się odruchowo odwrócić, ale zastygła w pół ruchu gdy objęły ją doskonale znane ramiona Yoruichi.

-Yoruichi-sama...

-Cicho, pszczółko. Już dobrze.

W dłoni Yoruichi błysnął nóż. Pani Kapitan Drugiej Dywizji padła na kolana, rozpaczliwie, ze wszystkich sił próbując zrozumieć. I wciągnąć powietrze przez poderżnięte gardło, co zakończyło się tryśnięciem fontanny pulsującej krwi. Drobna kobieta upadła na bok wijąc się w agonalnych drgawkach.

-Yoruichi! Już jesteśmy.

-Cze.

-Witaj, Yoruichi-san.

-Kisuke, Ichigo, Byakuya, miło was widzieć. - Bogini Szybkości oderwała wzrok od Soi Fon. Jej złote oczy, pociemniałe ze zmartwienia znów rozświetlił błysk determinacji.

"Później będę sobie z tym radzić. Później, kochanie, myśl o Generale."

-W środku są Generał, Mayuri i Kenpachi. I Ukitake, szlag by trafił tego durnia. Wchodzimy?

-Jasne. Idźcie przodem.

-Obleciał cię strach, Kurosaki?

-Nie, Byakuya, ale maska Hollowa to nie cukierek z automatu. Wrzucasz yena i masz. Moment, zaraz dołączę.

-Idziemy, szkoda czasu. Ja przodem, Yu.

-Dobrze, Kisuke.

XXX

Kenpachi klął na czym świat stoi. Nie zabił tego królewskiego wypierdka, któy spieprzył jak zwykły marny Pusty. Nie zabił też Yammamoto bo nim Kapitan 11-tej doszedł do siebie po ciosie ostrzem Kidoh w bebechy Generał rozciągnął się na podłodze dygocząc w agonii.

-Heh, wiedziałem, że ta cała Soi Fon to zdolna trucicielka, ale nie że aż tak. Kurde , flądro, coś ty dodała do kotła pędząc dziś swój jad?

-Bardzo zabawne, Zaraki. Przestan rechotać, mamy gości.

-Morda, Mayu-chan. Cze, Kurosaki, wpadłeś pogadać tak jak ostatnio?

-Rozbrajasz mnie Zaraki. Pytasz jakbyś nie wiedział.

-Dość tych przekomarzań. Senbonza...

-Czekaj, Byakuya! Jedną chwilę. Mayuri, Kenpachi, pogadajmy, najlepiej o waszej dobrowolnej kapitulacji. Coś mi mówi, że jesteście jeszcze potrzebni i przydacie się w Hueco Mundo. Mam dla was propozycję, która...

-Ty chyba na łeb ze schodów zleciałeś, Urahara. Mam się poddać? Bo to chyba o tym mówisz wspominając o kopulacji...

-Kapitulacji, Zaraki. Tak jak ostatnio tylko jedno ci w głowie.

-Morda, szczylu. - Kenpachi uśmiechnął się okrwawionymi ustami jak kompletny maniak. - Ja wiem co mówię. Choć, gdy widzę razem Uraharę i Yoruichi to racja, tylko jedno mi w głowie. Co, chcecie mnie dopuścić na trzeciego do waszych...interesów?

Ichigo tylko pokręcił głową z niesmakiem.

-Wiesz, Zaraki, czasem myślę, że masz za dużo wolnego czasu. Od dwóch stuleci tylko ćwiczysz ze swoimi żołnierzami, a w przerwach siedzisz na werandzie i pierdzisz na wiatr. Chcesz, przyniosę ci kolekcję doujinshi mojej siostry to spuścisz trochę pary...może być yaoi?

-Heh, Kurosaki, ty to masz gadane ostatnio. Co ten twój ojciec dodaje do żarcia w swoim szpitalu dla obłąkanych w Karakurze?

-Na pewno nie może się to równać z tym co według słów Kotetsu-kuna jedzą twoi żołnierze. Ty wiesz co on znalazł raz w kanałach pod waszymi kwaterami?

-Powiedziałem, dość przekomarzań. Odmawiacie poddania się?

-Tak, emo. Wiesz co, Kuchiki, tak raz w życiu powiem ci co o tobie myślę...

-Zaraki-taichou ma dziś świetny humor, wybaczcie mu Panowie. I Pani. Ale ja go częściowo rozumiem, jako były podwładny Urahary. Z tym, że ja chcę po prostu poćwiartować mojego byłego zwierzchnika, a on wszystko co żyje i nie ucieka na drzewo. Ale w takiej sytuacji nawet Yoruichi nie jest bezpieczna.

-Zwłaszcza przed jego poczuciem humoru. Ciężkim jak nagrobek i zmysłowym jak pierdzenie na wiatr. Ty, Kenpachi, wiesz jak poruszyć kobietę. Może to przez to taki brak powodzenia wśród mojej płci.

-Heh, czemu brak? Yachiru go uwielbia.

-Co wiele mówi, Ichigo-san.

-Dobrze nam idzie, kochani. Na razie prowadzimy moralnie, ale przydałoby się to przypięczętować, najlepiej krwawo. Gotów, Byakuya?

-Tak, Urahara-sotaichou.

-Celuj w Kenpachiego. Mayu-chan nic prócz Bankai nie ruszy w tej jego zbroi z reiatsu...

-Myślicie, że dam wam choćby pierdnąć na wiatr? Uważaj, Kurosaki, bo idę. A jak taichou 11-tej idzie to...

-Kobiety mdleją?

-Ta, twojej matce się to przydarzyło i oto jesteś, gówniarzu. Chyba, że mnie jakiś pies wyprzedził na drodze do burdelu...

-Przegiąłeś. GETSUGA TENSHOU!

-Senbonzakura!

-Kurwa mać! Idę, szczylu!

-Mayu-chan, tak pięknie wyglądasz w tym ochronnym reiatsu, że aż nie mogę się powstrzymać od patrzenia. Zatańczysz ze mną?

-Tak, Urahara. Tylko ty, ja i mój Ashizogi Jizo.

-Pomogę ci, Kisuke. Orientuj się, Mayu-chan!

-Mam cię, wiedźmo!

-Oj, chyba jeszcze nie...