Ciche Marzenie

Autor: Zilidya
Beta: MichiruK
Pairing: Severitus

Do piosenki: Green Day - Boulevard Of Broken Dreams

— Wynoś się!

Potężny mężczyzna chwycił mniej więcej dziesięcioletnie dziecko za koszulę, która wisiała na nim jak worek, i wypchnął go za drzwi samochodu. Nie oglądając się za siebie, odjechał, zostawiając daleko za sobą czarnowłosego chłopca o zielonych oczach ukrytych za brzydkimi, okrągłymi oprawkami okularów.

Mały nie płakał. Po prostu stał i patrzył, jak samochód znika za zakrętem.

Środek nocy nie był najprzyjemniejszą porą na wędrowanie po ulicach Londynu. Wokoło nie było nikogo. Ani żywej duszy, choć po tak dużym mieście powinno się spodziewać czegoś zupełnie innego.

Ruszył przed siebie, w przeciwnym kierunku niż chwilę wcześniej odjechał jego wuj. Mijając latarnie, oglądał się za swoim cieniem, tak samo samotnym jak on. Uśmiechnął się słabo.

— Cześć, jestem Harry. Fajnie, że mi towarzyszysz — szepnął do niego cicho, nie chcąc, by ktoś, kto by jednak przypadkiem tamtędy przechodził, wziął go za dziwadło większe niż był.

Chłopiec wiedział, że nie jest normalny. Zbyt wiele dziwnych rzeczy zdarzało się w jego obecności. Ostatnia przechyliła szalę cierpliwości jego opiekunów. Tak, opiekunów, bo rodziców już nie miał.

Zatrzymał się na moście, patrząc w dół, w czarną wodę, rozświetloną tylko przy brzegu światłem latarni.

Może lepiej, żeby mnie nie było? Dołączyłbym do swoich rodziców.

Dłuższy czas wpatrywał się w kipiącą otchłań, nawet nie próbując odegnać mrocznych myśli.

Chciałbym mieć kogoś, kto zająłby się mną z własnej woli, nie z przymusu. Kogoś, kto kochałby mnie takiego, jakim jestem.

Nagle chłopczyk usłyszał cichy stukot. Skulił się i rozejrzał dookoła.

Wysoki mężczyzna o włosach tak jasnych, że prawie białych, szedł powoli przez most, gustownie podpierając się na lasce. W pewnym momencie rzucił w stronę dziecka chłodne spojrzenie i już zamierzał minąć go, gdy coś zwróciło jego uwagę. Zatrzymał się w miejscu. Harry zadrżał przerażony, rozglądając się. Był środek nocy. Dookoła nikogo, kto mógłby mu pomóc, nawet gdyby zaczął krzyczeć.

— Harry Potter? — zapytał nagle mężczyzna, zbliżając się do niego.

Chłopiec kiwnął głową i cofnął się w stronę odgradzającej go od wody barierki.

— Co tu robisz? Gdzie twoi opiekunowie? Uciekłeś z domu? — pytał dociekliwie nieznajomy.

Malec zaprzeczył bezgłośnie. Bał się odezwać.

Dorosły przegarnął jego grzywkę, chcąc obejrzeć jego czoło. Harry wiedział, że ma na niej bliznę, ale zawsze starał się ją ukryć pod włosami.

Skąd on o niej wiedział? Skąd wiedział, kim jestem?

— Chodź ze mną — wręcz rozkazał mężczyzna, odwracając się do niego plecami i ruszając przed siebie.

Harry stał. Jakby zapuścił korzenie w chodniku.

Co mam zrobić?

— Idziesz, czy chcesz tu zostać sam? — spytał dorosły, gdy nie usłyszał za sobą kroków.

— Dokąd mnie pan zabierze? — odważył się zapytać chłopiec, nadal nie ruszając się z miejsca.

— Do twojego prawdziwego ojca. Czas, by Snape zajął się swoim synem — mruknął na koniec mężczyzna, tym razem już jakby do siebie.

Chłopiec nic z tego nie rozumiał.

Czyżbym jednak miał kogoś na tym świecie?

Ciche tupanie oznaczało, że dziecko pobiegło za nieznanym mu dorosłym.

Tylko jego cień jakby wahał się, gdy mijał kolejne latarnie.