Ciche Marzenie

Rozdział 3

Lądowanie na podłodze nie było w jego planach. Szybko zabrał dłonie z kamieni i wytarł je o ubranie. Malfoyowie czekali przy drzwiach na drugim końcu pomieszczenia, które było chyba jakimś starym typem pubu.

Płomienie zabłysły na zielono i z gracją wyszedł z nich jego ojciec. Nie mówiąc mu ani słowa, ruszył w stronę czekających. Harry podążył za nim i tak nie miał innego wyjścia.

Przeszli przez nagle ujawnione wejście w murze i Malfoyowie stali się kimś innym. Jeszcze w domu Snape'a byli weseli i rozluźnieni, teraz ich sylwetki zrobiły wręcz sztywne. Wysoko uniesione głowy, proste plecy. W dłoni starszego z nich pojawiła się laska ze srebrną głownią, na której prawie niezauważalnie się podpierał. Ich twarze przybrały rodzaj bezosobowej maski, wyrażającej coś pomiędzy wzgardą a łaską.

Harry spojrzał na ojca. Jego twarz nie zmieniła się, ale on już wcześniej nie okazywał w ten sposób uczuć.

Parę mijających ich na tej dziwnej ulicy osób, przywitało się krótko. Żadnych pogaduszek, pozdrowień. Skinięcie głowy i tyle.

Potter starał się nie rozglądać. Nie miał zamiaru, aby coś odwróciło jego uwagę. Pamiętał zasadę otrzymaną przed wyjściem. Szedł obok Snape'a, a skoro Malfoy prowadził, to zatrzymał wzrok na jego plecach.

— Jesteśmy na miejscu.

Lucjusz wkroczył do sporego sklepu odzieżowego pierwszy, niczym panujący władca, a za nim jego syn.

Harry został lekko pchnięty w stronę wejścia. Ekspedientki już skakały wokół obu Malfoyów i Potter poczuł zaniepokojenie.

Będą go dotykać?

— Witamy, panie Snape. W czym możemy pomóc? — przywitała ich usłużnie kolejna sprzedawczyni.

— Proszę o pełną garderobę. Poprzedni opiekunowie nie zadbali o chłopca. W tym stanie nie może pokazać się ani w szkole, ani w innym miejscu publicznym.

— Jakie są fundusze?

— Myślę, że szaleć nie będziemy, to nadal dziecko i szybko zniszczy to, co dostanie. Proszę jednak o dobre gatunkowo materiały. Dwa, może nawet trzy komplety wyjściowe także możemy uwzględnić.

Harry czekał cierpliwie aż Snape wszystko ustali. Uspokoił się trochę, gdy zobaczył, jak miara zostaje pobrana magicznie, zaczarowaną miarką. Potem zwrócił uwagę na wystawową ladę, gdzie leżały rękawiczki. Jego wzrok przykuła szczególnie jedna para — aksamitnie czarna. Wiedział, że nie stać go na coś tak eleganckiego, ale popatrzeć chyba mógł?

— Na co patrzysz?

Chyba będzie musiał nauczyć się hamować te wzdrygnięcia, gdy jego ojciec będzie go tak zaskakiwał.

— Tylko oglądam rękawiczki.

Severus popatrzył na niego dziwnie.

— Chcesz je? — zapytał.

Co miał odpowiedzieć? Może pytanie było podchwytliwe? Nadal był zdziwiony ilością ubrań, które zostały dla niego zamówione.

— Możesz je przymierzyć, chłopcze — zaoferowała ekspedientka. — Które ci się podobają?

Harry spojrzał pytająco w stronę Severusa. Jednak ten w żaden sposób mu nie pomógł, zabrany przez Lucjusza w drugą cześć sklepu.

— To które?

— Te czarne na samym dole. — Przymierzenie nic nie kosztuje.

Miękki materiał otulił dłoń niczym druga skóra, dopasowując się rozmiarem do jej wielkości. Jego chłód był cudownie miły, ale jemu nie oto chodziło. Dotknął ubraną w rękawiczkę dłonią blatu najbliższego stolika.

— Są wspaniałe. — Uśmiechnął się do kobiety, ale zaraz jego mina zrzedła. — Nie mogę ich kupić.

— Przy tak dużym zamówieniu uznajmy je za prezent, zgoda? — szepnęła konspiracyjnie. — Myślę, że twój opiekun nie będzie miał nic przeciwko, gdy jego podopieczny z sierocińca dostanie coś gratis. Nie martw się, nie jesteś pierwszym czarodziejem bez rodziców, którym zajmuje się nauczyciel z Hogwartu.

Harry nie bardzo rozumiał, o czym mówi kobieta, ale skoro mógł zatrzymać rękawiczki to dobrze. Ubrał natychmiast drugą i ruszył do Malfoyów, którzy chyba się o coś kłócili z obsługą. Severus stał z boku i tylko obserwował. Zatrzymał się koło niego, także przysłuchując.

— Mankiety są za długie. Krój na plecach źle się układa, marszczy się niczym garb. Kołnierz jest za ciasny. Kolor za jasny do mojej cery. — Draco chyba był w swoim żywiole.

Harry uśmiechnął się słabo. Tym utyskiwaniem przebiłby Dudleyowe grymaszenie w dziale zabawkowym, zaraz potem spochmurniał. Jeżeli w sklepie jest gorszy od Dudziaczka, to jaki będzie w domu? Może będzie miał szczęście i nie zobaczy go za często. Nie mieszka przecież z nimi.

Godzinę później, gdy i jego dopadły przymiarki, wyglądał w miarę jak człowiek. Daleko mu było do blond kuzyna, który pysznił się w nowej „sukience" przed lustrami przez cały ten czas, ale przynajmniej było w jego rozmiarze. No i było nowe, to coś, czego nigdy dotąd nie zaznał.

— Pozostałe zamówione rzeczy zostaną dostarczone do końca tygodnia. Komu wysłać rachunek?

— Do Gringotta. Skrytka Harry'ego Pottera.

Harry drgnął.

Dlaczego nagle wszyscy patrzyli tylko na niego?

— Sam Harry Potter?

— Na dziś to już wszystko — rzekł ostro Snape, ponaglając go do wyjścia. — Resztę rzeczy kupimy sowią pocztą.

— Po co w ogóle wymówiłeś jego nazwisko? Sam sobie kopiesz dołek? — ostrzegł go Lucjusz po wyjściu ze sklepu.

— Czekam na reakcję Albusa. Nadal nie dał mi znać, że chłopca nie ma w domu Dursleyów. Albo coś ukrywa, albo ma to głęboko gdzieś.

— Mogłeś poczekać chociaż do końca zakupów. Chcieliśmy jeszcze iść na lody.

— Nie zachowuj się jak dziecko. Wracamy, moje skrzaty coś ci przygotują.

— Ale z podwójną bitą śmietaną?

Harry, gdyby nie słyszał tej wymiany zdań, nigdy by w to nie uwierzył. Twarze obu mężczyzn nie zmieniły się nawet o jotę. Żadnej emocji nie dało się usłyszeć w ich głosach. Nic. Rozmowa o cenach zboża, czy cokolwiek innego, wydawałaby się chyba Harry'emu żywsza niż to. Jednak uśmiechnął się na koniec. Ten Lucjusz tylko tak się pokazywał innym, choć naprawdę był całkiem znośny.

— Teraz wreszcie wiem, dlaczego macie takie jasne włosy — odgryzł się Snape. — Bita śmietana rzuciła ci się na głowę.

— Gdyby nie dzieci, to wierz mi, zripostowałbym ci tę śmietanę w bardzo dorosły sposób.

Podróż w drugą stronę odbyła się w podobny sposób. Malfoyowie z gracją, on na zaliczeniu podłogi oraz spokojnie przez Snape'a.

— Zaraz po przekroczeniu ognia wyciągnij do przodu drugą nogę. Nie zostaniesz powalony przez wypchnięcie — rzucił ostatni mężczyzna i podał wierzchnią szatę skrzatowi. — Obiad zjemy za pół godziny. Uwzględnij dodatkową porcję deseru dla pana Malfoya — poinstruował stworzenie i odesłał.

Przeszli do jadalni. Zachowanie wszystkich znów uległo zmianie. Tak jak wcześniej, ponownie byli nieskrępowani i weseli. Draco wyjął z pudełka, przyniesionego przez skrzata, kilka piłek i zaczął się nimi bawić pod oknem. Obaj mężczyźni rozmawiali w pobliżu. Harry nie wiedział, co ma robić. Normalnie zostałby odesłany, ale tu nie otrzymał takiego polecenia.

Czy sam miał udać się do swojego pokoju?

Zaczął powoli wycofywać się w stronę drzwi. Nikt nie zwracał na niego uwagi i poszedł do swojej sypialni. Usiadł przy oknie. Nie dostał żadnej listy zadań, ale skoro były tutaj te małe stworzenia, to chyba one robiły wszystkie porządki. Co on zatem miał robić?

Trzask drzwi i pojawienie się w nich Severusa spowodowało, że zerwał się i stanął prosto.

— Dlaczego wyszedłeś bez słowa! Jeśli nie chciałeś jeść wystarczyło powiedzieć!

— Przepraszam — wybąkał cicho.

Znów zrobił coś źle. Czyli miał być na obiedzie.

— Porozmawiamy, gdy goście wyjdą. Muszę teraz do nich wrócić.

Zanim Severus wyszedł, Harry odważył się zapytać:

— Czy mogę uczestniczyć w obiedzie?

Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił zdziwiony.

— Oczywiście. Dlaczego nie miałbyś...? — urwał nagle. — Czy oni zabraniali ci tego?

Harry kiwnął głową. Severus przywołał go gestem. Gdy ten zbliżył się, położył na jego ramieniu dłoń. Chłopak natychmiast odskoczył i opuścił głowę.

— Proszę mnie nie dotykać — szepnął.

— O tym też porozmawiamy, a teraz chodźmy na obiad — rzekł Severus, starając się być spokojnym.

Jego gniew wrzał pod skórą. Rozmowa z dyrektorem nie mogła czekać. Gdyby nie chłopiec u jego boku coś na pewno zostałoby roztrzaskane w drobny pył.

— Lucjuszu, mam do ciebie prośbę — odezwał się, jak tylko weszli do jadalni. — Muszę natychmiast udać się do Hogwartu. Czy zostaniesz tutaj jeszcze przez jakiś czas?

— Ależ oczywiście. I tak planowaliśmy, że spędzimy dzisiejszy dzień na Pokątnej, więc Narcyza nie będzie się martwić naszą dłuższą nieobecnością.

Harry drgnął.

Ma zostać sam z Malfoyami?

Nie miał jednak innego wyboru. Po poleceniu ojca, że ma coś zjeść, Severus wyszedł. Zajął miejsce oddalone o krzesło od Lucjusza i czekał. Draco, jak na złość, usiadł pomiędzy nimi i Harry miał wielką ochotę odsunąć się.

— Smacznego, chłopcy. Potem możemy zagrać w domowego quidditcha, jeżeli chcecie.

Malfoyowie czuli się tutaj jak u siebie w domu. Nawet rozkazywali skrzatom, a te bezsprzecznie wypełniały ich polecenia. Harry nalał sobie trochę zupy i powoli jadł. Najbardziej to chciałby jak najszybciej wrócić do swojego pokoju.

— Nie masz apatytu? Jesz jak skrzat. Masz, inaczej nie urośniesz. — Draco nałożył mu na wolny talerz dwa spore udka z kurczaka, dołożył ziemniaków i trochę zielonego groszku. — Jak zjesz, to dostaniemy deser.

Łatwo powiedzieć. On już po zupie czuł się pełen. Była bardzo pożywna i gęsta. Zapach pieczonego mięsa odurzył go jednak i spróbował. Naprawdę rzadko miał okazję jeść tyle ciepłych potraw, a tym bardziej jedna po drugiej. Musiał jednak uważać. Raz ciotka pozwoliła mu zjeść za dużo i pochorował się przez to. W połowie udka dał sobie spokój i odłożył niedojedzony kawałek. Brzuch już zaczął go boleć.

— Nie żartuj sobie! — krzyknął Draco na ten widok. — Chyba nawet gumochłony jedzą więcej!

— Draco! — Karcący głos starszego Malfoya zdziwił obu chłopców.

Syn spojrzał na ojca zszokowany.

— Harry, jeśli chcesz, usiądź sobie w fotelu koło okna. Skrzat za chwilę przyniesie ci miętowej herbaty — powiedział cicho mężczyzna bardzo miękkim głosem.

Harry był mu bardzo wdzięczny. Fotel był bardzo wygodny, a herbata uspokoiła trochę jego żołądek. Cicha rozmowa pomiędzy dwójką Malfoyów ledwo co do niego docierała. Najedzony, otoczony z każdej strony miękkością, nawet nie wiedział kiedy zasnął.

— Jak to? Przecież to Harry Potter! Bohater! — oburzył się Draco, zerkając na drugiego chłopca. — Kto śmiał...?

— Wytłumaczę ci to, jak podrośniesz. Teraz po prostu nie dokuczaj mu. Harry trochę przeszedł i potrzebuje opieki.

— Jak mama, gdy była chora i długo leżała w łóżku?

— Coś w tym rodzaju. Bądź dla niego miły, ale staraj się nie robić nic na siłę. On nadal czuje się tutaj niepewnie.

— Czy wujek o tym wie?

— Chyba właśnie dlatego poszedł do Hogwartu.

Skrzat na jego polecenie przykrywał właśnie śpiącego chłopca.

OOOO

— Jak to nie wiedziałeś? Cholera, Albusie! Chłopiec jest zagłodzony! Jak wrócę zrobię mu szczegółowe badanie i jeśli wyjdą inne zaniedbania, to policzysz się ze mną! Miałeś o niego dbać! Przysięgałeś mi to!

— Severusie...

— Przestań! Teraz to na mnie nie zadziała! To mój syn! Tracisz w tym momencie całą władzę nade mną! Przysięga z twojej strony straciła moc!

Albus Dumbledore na te słowa zerwał się z fotela.

— Nie możesz!

— Ależ mogę! Sam jesteś sobie winien! Idę teraz do Pomfrey, by mi pomogła. Nie staraj się ze mną kontaktować. Przyjedziemy pod koniec sierpnia. Może wtedy na tyle się uspokoję, że będę chętny do rozmowy.

Severus uważał, że był nad wyraz spokojny, jeżeli brać pod uwagę zaistniałą sytuację. Miał naprawdę wielką ochotę zrobić coś Albusowi. Cruciatus. Jeden, albo może dwa. Jednak Pomfrey chyba załatwi to lepiej od niego, jak już zobaczy chłopca.

Ona zawsze miała miękkie serce, jeżeli chodzi o maltretowane dzieci.

— Poppy, jesteś tutaj? — zawołał po wejściu do skrzydła szpitalnego szkoły.

— Nie, nie ma mnie. Właśnie leżę sobie na plaży na Hawajach — rzuciła ironicznie kobieta, wychodząc z kantorka. — O co chodzi, Severusie?

Już sama postawa Snape'a świadczyła, że nie przyszedł z niczym błahym. Nigdy nie przychodził z czymś takim. A skoro to nie on był ranny…

— Potrzebuję twojej pomocy. Czy możesz udać się do mojego domu?

— Na jak długo? Jak poważna jest „sprawa"?

— Już nic groźnego dla życia. Chodzi mi o dokładną diagnozę dziecka.

— Dziecka? Zaraz będę gotowa.

Złapała podręczną torbę, którą miała przygotowaną zawczasu. Nauczyła się tego, gdy Voldemort jeszcze żył, a Severus często potrzebował jej pomocy. Ten czekał przy kominku.

— Co to za dziecko? — zapytała, biorąc garść proszku.

— Opowiem ci wszystko na miejscu.