Autorką opowiadania jest MrsEdwardCullen, ja tylko tłumaczę tą historię.

Natomiast postacie należą do Stephenie Meyer.

Rozdział 2

beta: Erubinka

Przez lata, myślałem, że dam radę ułożyć siebie, chciałem tego głównie dla Emmetta i mamy. Wiedziałem, że jestem czarnym punktem w ich myślach i jak bardzo starają się ukryć swoją troskę, co do drogi, którą wybrałem. Nie obchodziło mnie, co Carlisle myślał. Przestał być moim ojcem w dniu, w którym zdecydował przejść przez linę w dniu, w którym zwierzyłem mu się z moim intencji względem niej i życia, jakie planowałem.

Gdy lata mijały, byłem wstanie stwierdzić, że mój gniew był niesłuszny. Był wstanie zobaczyć jej prawdziwe kolory, kiedy ja nie mogłem i wszystko, co robił to pokazywał mi je.

Chodzi jej o twoje pieniądze, Edwardzie. Bella chce zostać lekarzem, tak? Więc, wyobraź sobie jak dziedzictwo 'Cullen' będzie świetnym kapitałem dla jej kariery.

Kto rzeczywiście uwierzyłby, że jej słodki, anielski wygląd był tylko podstępem... że to nie było nic więcej niż kłamstwa, manipulacyjna złota czerparka? Dałem jej ostatni kawałek siebie, nigdy nie zatrzymując niczego dla siebie. Kochałem ją jak nikt inny kiedykolwiek będzie i ona mi zrobiła to mnie. Jak mogła? Wiedziała, że mój fundusz powierniczy był wystarczający, żeby wesprzeć życie nas dwojga nawet, jeśli nie więcej. Jedyną 'przeszkodą', jeśli można tak to nazwać, było to, że nie mogłem pobierać pieniędzy do trzydziestki. Parsknąłem na ten pomysł. Dlaczego miała tkwić tutaj, kiedy ma wystarczającą ilość, jaką chciała, bez czekania na to przez dwanaście lat?

- Edwardzie, muszę Ci coś powiedzieć – powiedział mój tato, idąc zaraz za moim dziadkiem.

- Czego chcesz? - chapnąłem.

- Powtarzałem Ci od miesięcy, że ta dziewczyna nie jest twoją jedyną.

- Jeśli zamierzasz powiedzieć mi, jaką oportunistką jest Bella, oszczędź sobie. Wiem, kim ona jest!

- Ty nie – powiedział dziadek. - Właśnie wróciliśmy z gabinetu twojego ojca. Poprosiliśmy ją, żeby tam przyszła i moglibyśmy sprawdzić jej zamiary. Twój ojciec, chłopcze zaoferował jej 5,000 $ i …

- Co? - krzyknąłem. - Jak mogliście? Nie macie żadnego prawa wtrącać się do mojego życia! - krzyczałem, trzymając moje pięści przy bokach.

- Powiedziała, że jeśli chcemy jej zapłacić, żeby Cię opuściła musimy się bardziej postarać – powiedział i diabelsko się uśmiechnął. - Nie akceptowała mniej niż 30,000 $ - dokończył.

Powietrze opuściło moje płuca i zacząłem się krztusić. Nie, ona by tego nie zrobiła. Moja Bella nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego. - Nie wierze wam – warknąłem, gotowy, żeby go uderzyć. Emmett wszedł do gabinetu i powstrzymał mnie. - Jesteś kłamcą! Nigdy jej nie akceptowałeś. Nigdy nie widziałeś jej inaczej, niż jako biedną odrazę. Pieniądze to nie wszystko! Pieniądze nie rządzą miłością i oddaniem.

- Wiem, że nie wierzysz mi. Dlaczego, więc nie pojedziesz do jej domu i nie zapytasz się jej? Może jeszcze nie wyjechała – zadrwił ojciec. - Nigdy byśmy nie skłamali o czymś takim.

Opuściłem dom bez zastanowienia. Nie wiedziałem, że jestem minuty od odkrycia prawdy, w którą nigdy nie chciałem uwierzyć.

- Kurwa! - powiedziałem, gdy usłyszałem dźwięk dzwonka i spojrzałem na wyświetlacz. – Halo.

- Jak się masz, synku? - zapytała Esme.

- Dobrze. Właśnie wyszedłem spod prysznica – skłamałem. - Zaczynam pracę za godzinę.

- Proszę nie zapomnij swojej kamizelki, kochanie. Za wiele razy byłeś ranny – powiedziała. Jej rażąca uwaga sprawiła, że przewróciłem oczami.

- Mamo, przechodziliśmy przez to. Kamizelka nie może ochronić mojego całego ciała. Wszystko, co zbiera to kula w środek mojego uda albo moje s...

- Edwardzie – zawołała. - Nie przeżyję tego. Prawie straciłam Cię, Bóg wie ile razy. Proszę nie mów do mnie w ten sposób.

- Jak? - powiedziałem zdenerwowany.

- Jakbyś oddawał swoje życie – płakała. - Już Cię w ogóle nie poznaję. Prawie mnie nie odwiedzasz ani nie dzwonisz. Tęsknię za Tobą!

Głośno westchnąłem. Ostatni raz, kiedy wróciłem do Forks było na przyjęcie zaręczynowe Emmetta prawie dwa lata temu. - Mamo, moje życie jest teraz w Chicago. Jeśli chcesz, zawsze możesz przyjechać. Tutaj mam pokój gościny specjalnie dla Ciebie.

- Wiesz, że pomiędzy działalnością charytatywną i zarządzaniem schroniskiem, wyrwanie się nie jest dla mnie łatwe – powiedziała bardzo spokojnie.

- Wiem.

- Rozmawiałam wczoraj z Emmettem – zaczęła. Nagle, przerwał jej przyjazd Carlisle'a. - Rozmawiam z Edwardem przez telefon. Chcesz z nim porozmawiać? - usłyszałem jak telefon przechodzi z jednej ręki do drugiej.

- Hello Edwardzie – powiedział płynnie. - Jak praca?

- Dobrze.

- Wiesz to jest dobra okazja, żeby z Tobą o czymś porozmawiać. Dzwonił do mnie wczoraj prawnik – powiedział i oczyścił swoje gardło.

- Więc? - powiedziałem, zirytowany, że znowu wraca do tego.

- Powiedział, że nie było żadnych czynności z twoim fun...

Przerwałem mu zanim miał szansę dokończyć. - Zamierzam powiedzieć to po raz ostatni i lepiej wytatuuj to sobie na stałe na swoim starym mózgu. Nie chcę twoich pieprzonych pieniędzy! - warknąłem. - Mam pracę, za którą płacą mi wystarczająco, aby opłacić moje rachunki i jedzenie!

- Edwardzie bądź rozsądny – powiedział gniewnie.

- Jestem! Mówiłem Ci tysiące razy. Nie chce ich – chapnąłem.

- Na miłość boską, Edwardzie! Bardzo dobrze znam twój status finansowy. To są twoje pieniądze, twoja przyszłość!

Zacząłem się śmiać. Moja przyszłość? Ten pieprzony fundusz powierniczy zniszczył moją pierdoloną przyszłość. - Carlisle, przysięgam na pieprzonego Boga, zadzwoń do mnie jeszcze raz, aby powiedzieć mi o funduszu powierniczym, a ja pójdę i go wyciągnę, wskoczę do pierwszego samolotu do Nowego Jorku i wyrzucę wszystko z dachu Empire State Building!

- Jesteś szalony – powiedział i się rozłączył.

Byłem szalony? Może, ale gówno mnie to obchodziło. Żyłem idealnie z pięćdziesięcioma pięcioma kawałkami rocznie. Dlaczego potrzebowałbym więcej? Poza tym, jeśli potrzebowałbym kasy, Emmett był zawsze chętny do pomocy. Zdecydowałem się zadzwonić do Jenksa i wydać się jasnym dla Carlisle'a. Zdecydowanie załapie, o co chodzi.

Wykąpałem się i szybko ubrałem. Musiałem zatrzymać się na komisariacie, zanim zacznę patrolować cholerny park. Wsiadłem do samochodu z wiedzą, że nie mogę nic zrobić z moją karą. Komisariat nie był daleko od mojego mieszkania, więc dojazd tam zajął mi mniej niż piętnaście minut. Gdy wszedłem, Victoria cisnęła się do mnie.

- Edwardzie, musimy teraz porozmawiać – powiedziała szybko i tak cicho jak to możliwe. - Chodzi o Adriani.

James Alfonso Adriani był skurwysynem, na którego miałem oko już od pewnego czasu. Był nisko żyjącym kawałkiem gówna, diler narkotyków, który spierdolił wiele żyć.

- Vic, nie mogę teraz. Mam patrol. Zostaw kopię, czego tam masz w mojej szafce, a ja wezmę ją kiedy skończę – wyszeptałem, a ona skinęła głową. Trzy miesiące temu byłem tak blisko żeby go dorwać, ale w jakiś sposób skurwiel zawsze się wywijał.

Wziąłem kluczę do radiowozu i udałem się do biura Marcusa. Miałem zapukać, kiedy usłyszałem głos Emmetta.

- Czy ja tego nie wiem, Mark? Zeszłej nocy szukałem dokumentów i trafiłem na kilka zdjęć z Forks. Widziałeś...

Prawie wyrwałem drzwi. - Co do cholery, Emmett? - warknąłem, żeby natychmiast zatrzymać się, gdy spojrzałem w niebieskie oczy mojego brata. Był taki smutny i zmęczony.

- Ciebie też miło widzieć, bliźniaku – uśmiechnął się smutno.

Spojrzałem na Marcusa. - Zadzwoniłeś do niego?

- A. Zamknij pieprzone drzwi i B. Tak, zadzwoniłem. Czy masz z tym jakiś problem, oficerze? Czy nie mogę zadzwonić do przyjaciela i sprawdzić jak się ma?

Z siłą zamknąłem drzwi i wziąłem głęboki oddech. Obydwoje wiedzieli jak to mnie wkurwia, kiedy rozmawiają za moimi plecami.

- Co ty tutaj robisz, Emmett? - powiedziałem, ignorując Marcusa.

- Jeśli Mohammed nie chce przyjść do góry, to góra musi przyjść do Mohammeda – powiedział i owinął swoje ramiona wokół mojej szyi. - Rosie powiedziała mi, że zatrzymałeś się u niej przed pracą. Tęskniłem za Tobą mały bracie.

- Byłem zajęty – powiedziałem i uwolniłem się z jego uścisku.

- Tak słyszałem – odpowiedział i posłał mi uśmiech. - Wiesz, odkąd zamierzasz spędzić kolejne osiem godzin chodząc wokół p... - zaczął, ale zatrzymał się na kilka sekund, żeby się zaśmiać z mojego wkurzonego wyrazu twarzy. - Wyluzuj, mały bracie – zaśmiał się.

- Odpierdol się, Em. Jesteś minutę starszy ode mnie.

- Wciąż starszy. Więc pomyślałem sobie, że powłóczyłbym się z Tobą przez kilka godzin i nadgonił, chyba, że to jakiś problem? - zapytał patrząc na Marcusa.

- Tylko, jeśli obiecasz przemówić do rozumu temu upartemu dupkowi tutaj – powiedział wskazując na mnie. - Teraz Edwardzie, jeśli nam wybaczysz, muszę przedyskutować coś z Emmettem. Lucy ma bóle pleców – powiedział zadowolony z siebie. To był jego sposób na powiedzenie mi „Wypierdalaj z mojego biura, abym ja mógł poplotkować jak pieprzona laska z twoim bratem."

- Nie myśl nawet przez chwilę, że uwierzyłem w te brednie o Lucy! Kiedy skończycie z tym gównem, przyjdź i znajdź mnie. Przynieś kawę i paczkę papierosów – powiedziałem do Emmetta, gdy opuszczałem biuro. Wziąłem kluczyki od radiowozu, upewniając się, że nie zapomniałem niczego w drodze powrotnej.

Naprawdę wkurzało mnie, że nie pozwalali mi po prostu być. Nigdy nie uzewnętrzniali swoich myśli, ale wiedziałem, co chcieli powiedzieć przez samo patrzenie na nich.

Pozbieraj się...

Przestań zachowywać się jak dupek...

Co się stało to się nie odstanie. Idź do przodu...

To, czego nie mogli zrozumieć, to to, że lubiłem siebie. Miałem swój spokój i nie chciałem niczego innego. Pierwszą rzeczą, jaką dla siebie zrobiłem, po jej odejściu odmówiłem funduszu powierniczego. Nie chciałem tych pieniędzy. Było poplamione przez jej pamięć i jej kłamstwa. Dlaczego miałbym kiedykolwiek być chciany za to, kim byłem: dziwny dzieciak w okularach, bez doświadczenia, bez siły, aby się bronić. Ludzie nigdy nie zwracali na mnie uwagi. Myśleli o mnie tylko jak o słodkim i miłym małym chłopcu z sąsiedztwa, tym, który zawsze zatrzyma swój samochód na środku drogi, żeby pomóc starszej pani walczącej, żeby przejść przez drogę z pełną siatką.

Czasami nie mogłem się powstrzymać przed myśleniem, że to musiało się tak skończyć. Może miała poprowadzić mnie tą drogą, żebym mógł się obudzić i stać mężczyzną, którym teraz jestem: niezależnym, silnym, cholernie dobrym w tym, co robi i cieszącym się z podstawowych przyjemności życia. Moja rutyna jest prosta: praca, picie i pieprzenie. Co do cholery było z tym nie tak? Po prostu to, że nie chciałem być w związku nie oznaczało, że nie żyłem, prawda? Po prostu robiłem to po swojemu.

Muszę przyznać, że były chwile, kiedy zastanawiałem się jak moje, nie jak nasze życie wyglądałoby gdyby mnie nie zostawiła. Prawdopodobnie wzięlibyśmy szybko ślub. Mielibyśmy dziecko, może dwoje, biegających za Sunny – jak to sobie zawsze wyobrażała – naszym Golden Retriverem? Jaką wybrałaby specjalizację? Zostałbym Federalnym? Czy Carlisle zaakceptowałby ją? Tak wiele spraw...

Jedna rzecz, jakiej nigdy, przenigdy jej nie wybaczę to robienie ze mnie głupka. Za każdym razem, gdy chciałem jej coś kupić, jak zwykła puszka napoju, narzekała. Mówiła, że jest więcej niż w stanie kupić sobie napój. Karała mnie, kiedy planowałem romantyczny piknik dla nas w miejscu gdzie ujrzałem ją po raz pierwszy: w drewnianym wejściu za szkołą. Uważała to za szykowne, bardzo drogie i mówiła, że byłaby szczęśliwa po prostu ze zwykłym masłem orzechowym i galaretowatą kanapka. Po prostu chciałem jej pokazać moją miłość, jak chroniony się czułem, jak bardzo jej obecność pomogła mi z moimi koszmarami, jak spokojny byłem. Byłem po prostu naiwny, sukinsyn, który się zakochał w dziewczynie – dziewczynie, która metodycznie wykorzystała mnie do swojego wielkiego planu: wyssać mnie do suchej nitki. Dlaczego miałaby docenić proste rzeczy, które chciałem jej dać, kiedy jej oczy były na ogromnym funduszu powierniczym, który cierpliwie na mnie czekał?

Zanim stwierdziła, dlaczego mam problemy z zaufaniem, Rosalie pytała się mnie, dlaczego tak mi trudno wpuścić kogoś do środka. Dlaczego nie potrafiłem nikomu zaufać? Moja odpowiedź była prosta: zaufanie jest jak lustro... kiedy jest pęknięte, nie możesz patrzeć więcej w ten sam sposób. To był dzień, prawie dziewięć lat temu, kiedy dowiedziała się o moim życiu. Od tamtej pory, Rose trzymała moją stronę. Była, co do mnie bardzo opiekuńcza, ale nie w sposób, w który odpychałaby wszystkie osoby, które chciałyby się uspołeczniać ze mną. Nigdy nie wspominała Bel... jej, ponieważ wiedziała, jak nikt inny.

Zaparkowałem radiowóz po drugiej stronie wejścia do parku i wysiadłem. Był koniec września i wciąż było cholernie gorąco. Po prostu chciałem, żeby nadeszła zima i mógłbym poczuć chłód w kościach. Westchnąłem, odłożyłem wspomnienia, sprawdziłem moją kamizelkę i zacząłem iść w kierunku parku.

Jak oczekiwałem, nie działo się tam nic poza spacerami pary wyprowadzającej psy, która grała z nimi. - Super – mruknąłem. Co mogłoby się stać w parku, który był otwarty? Było trochę spokojnie. Jedyne dźwięki, jakie można było usłyszeć to od kilku mijających samochodów i kilku szczekających psów.

- Chase – usłyszałem krzyk kobiety, która biegła w moim kierunku. Jeden z psów stanął przede mną i zaczął zabawnie szczekać na mnie.

- Bardzo przepraszam – powiedziała dziewczyna. - Czasami jest poza kontrolą. Nigdy się nie słucha! - wyjaśniła, gdy przypinała smycz do obroży psa.

- Nie trzeba się martwic, ma'am – powiedziałem i próbowałem się uśmiechnąć. Boże, nienawidziłem być gliną w dni takie jak ten. - Jest bardzo ładnym psem – kontynuowałem i podrapałem go za uchem.

- Tak, jest – odpowiedziała z uśmiechem. - Jestem Emma – powiedziała, rumieniąc się i wyciągnęła swoją rękę do mnie. To było, kiedy zobaczyłem jej oczy... Były prawie takie jak jej, głębokie brązowe i pełne wyrazu. Kurwa!

- Miło mi Cię poznać, Emmo. Obawiam się, że nie wolno mi socjalizować się podczas służby -powiedziałem profesjonalnym głosem, sprawiając, że skrzywiła się.

- Okay, funkcjonariuszu – powiedziała. - Miłego dnia.

Wiedziałem, że byłem dupkiem, chodzi mi, że nie zraniłoby mnie, gdybym powiedział jej moje imię. Jej oczy po prostu wzięły mnie z zaskoczenia. Był powód, dla którego, nigdy nie pieprzyłem ani nie spotykałem się z brunetkami i brązowookimi kobietami. One przypominały mi o niej, a ja chciałem zapomnieć. Były czasy, kiedy tygodnie mijały bez myślenia o niej, ale te czasy były rzadkie i tak bardzo mile widziane. Niektórzy mogą zastanawiać się, dlaczego nigdy nie odzyskałem siebie po jej porzuceniu. Kiedy myślisz o osobie, jako o swoim sercu i duszy, przylegasz do niej na całe życie, wtedy to nie jest takie łatwe. Była powodem, dla którego wstawałem rano szczęśliwy, była powodem, dla którego chciałem zmienić się na lepsze, wyjść ze swojej skorupy. Zdradziła mnie w najgorszy możliwy sposób. Wybaczyłbym jej wszystko, wszystko, ale nie to. Obiecała mi, że nigdy...

- Edwardzie – krzyczał Emmett do mojego ucha.

- Kurwa! Jezu, Emmett mogłem Cię postrzelić! Nie rób tak – powiedziałem zły, gdy przejeżdżałem moją dłonią po czole.

- Sorry, ale wołałem Cię trzy razy i odpłynąłeś bardzo daleko. Gdzie byłeś?

- Carlisle – łatwo skłamałem. - Rozmawiałem z nim, kiedy Mama zadzwoniła i nasza krótka pogawędka skończyła się kłótnią.

- Znowu fundusz? - zapytał. Kiwnąłem głową.

- On tego nie łapie, Em. Przez ostatnie dwanaście lat, mówiłem, że nie chcę tych pieniędzy. Nie potrzebuję tych pieniędzy. Nigdy nie potrzebowałem, wiesz to. Całkowicie dobrze mi ze śmieszną – zgodnie z nim – wypłatą, którą dostaję przez rok.

Westchnął. - Wiem. On się po prostu o Ciebie martwi.

Zachichotałem. - Nie. Jest po prostu wkurzony, że nie może użyć przeciw mnie pieniędzy. Cóż, bardzo się jutro zdziwi – powiedziałem.

- Co zrobiłeś? - zapytał, ściągając swoje brwi.

- Cóż, po prostu powiedzmy, że konto bankowe Mamy będzie większe – zaśmiałem się. Carlisle nie powie nie i tylko ona będzie mogła używać tych pieniędzy, jak będzie uważała za stosowne.

Stał tam patrząc się jak ryba. - Przelałeś pięćdziesiąt milionów na konto mamy? - potwierdziłem. - I on się o tym jutro dowie? - Znowu potwierdziłem. - W dzień corocznego balu?

- Tak.

- Więc kurwa! - zaśmiał się. - Jesteś szalony!

- Nie jestem! Znasz prawdziwy powód, który stoi za moją decyzją od pierwszego dnia. Ten fundusz spierdolił mnie na dobre – klapnąłem.

- Spokojnie! Jestem tym dobrym tutaj, pamiętasz?

Potrzebowałem zmienić temat. - Więc, co nowego?

- Kiedy ostatnio rozmawiałeś z Texasem? - zapytał, odnosząc się do Jaspera jego pseudonimem.

- Pięć dni temu, tak myślę. Przygotowywał się do dużej sprawy. Dlaczego?

- Myślę, że w końcu znalazł swoją połówkę – zaśmiał się.

- Jak to?

Zaczął opowiadać mi o nowej prokurator okręgowej. Najwidoczniej Panna Brandon była nową miejscową okrutną panią prawnik. Skończyła miażdżąc Jaspera w sądzie, nawet jeśli jego klient był niewinny i był nieźle wkurzony.

- Człowieku, powinieneś go słyszeć. Nazwał ją suką prosto w twarz. Możesz w to uwierzyć? - zachichotał. Wywróciłem oczami, zapaliłem papierosa i wziąłem łyka kawy.

- Myślę, że później do niego zadzwonię, więc moglibyśmy wyjść na piwo. Piszesz się? - zapytałem.

- Sorry, ale jestem na pod dyżurze przez następne trzy dni. Szpital Świętego Józefa ma braki pracownicze, więc niektórzy z nas zostali przeniesieni tam na kilka miesięcy. Dlaczego nie zostalibyśmy w zamian u mnie i obejrzeli jakiś film albo coś?

- Okay – zgodziłem się.

Zamierzał coś powiedzieć, kiedy jego pager zadzwonił. - Cholera. Bracie, muszę iść. O której kończysz?

- Dziesiąta – powiedziałem.

- Dziesiąta trzydzieści u mnie. Rosie zrobi tacos, a ja zadzwonię do Texasa. Muszę iść – powiedział w pośpiechu i odszedł.

Śmiałem się, kiedy Emmett pokonywał swoją drogę do auta. Był najlepszym bratem, jakiego można było mieć. Zawsze starał się chronić i być dla mnie, kiedy go potrzebowałem cokolwiek to było od małych załamań czy, kiedy byłem postrzelony. Cieszyłem się, że spotkał Rosalie. Idealnie do siebie pasowali i wszyscy im zazdrościli. Jeśli Em, potrzebował sprowadzenia na ziemię, ona była jedyną, która mogła to zrobić. Kiedy ona potrzebowała kogoś, żeby się wypłakać, gdy prawie straciła swój garaż, on był tym, który pomógł, gdy ona nawet nie wiedziała o tym. Dał mi pieniądze, żebym dał je jej, bo czuła się bardziej komfortowo biorąc pieniądze ode mnie niż od Emmetta. Rosalie nigdy nie lubiła tego, że byliśmy zamożni finansowo, w przeciwieństwie do innych.

Sprawdziłem, która godzina i zobaczyłem, że była już szósta. Czasami czas mijał tak szybko nawet tego nie zauważając. Ludzie zaczęli się zbierać – biegacze, dzieci grające w piłkę. Wyrazy na ich twarzach wskazywały na jedno zadowolenie, radość.

- Mamusiu! Mamusiu! Tutaj. Usiądźmy pod tym drzewem – usłyszałem, jak mała dziewczynka woła do swojej mamy.

- Dobrze, kochanie – zaśmiała się.

Mała dziewczyna była piękna. Miała delikatne blond włosy i świecące niebieskie oczy. Spojrzała w moim kierunku i pomachała do mnie. - Dzień dobry, panie oficerze.

- Dobry, młoda damo – uśmiechnąłem się do niej, dotykając przodu mojej czapki policyjnej. Zaczęła się śmiać i ukryła się za swoją mamą.

- Jest trochę nieśmiała – powiedziała matka.

Uklęknąłem obok niej. - Jak masz na imię?

- Jestem Księżniczka Jenna – powiedziała i poprawiła swoją różową koronę ma głowie. - A ty?

- Jestem Edward i cieszę się ze znajomości z Tobą, jasnowłosa Damo – odpowiedziałem. - Mogę spytać ile masz lat?

- Pięć – powiedziała wbijając pięć malutkich palców w moją twarz. - Wczoraj miałam urodziny i mamusia obiecała mi, że jeśli będę grzeczną dziewczynką przyprowadzi mnie tutaj przeczyta mi moją ulubioną książkę – promieniała. - I byłam.

- Dobrze, skarbie. Dostałaś dużo prezentów?

- Uh huh! Ale dzisiaj jest moim najlepszym prezentem ze wszystkich. Będzie mi dzisiaj czytać, a mamusia dobrze czyta.

Była taka słodką i małą kulką energii. - Co będzie czytać? - zapytałem.

- Barbie z Jeziora Łabędziego. Zostaniesz z nami? - krzyczała szczęśliwa, a nagle powietrze opuściło moje płuca.

- Edwardzie! Mówiłam Ci, zero prezentów! Jesteś najlepszym prezentem ze wszystkich – boczyła się.

- Przysięgam, że nie wydałem więcej niż sześć dolarów. Mam to ze sklepu z używanymi rzeczami, nawet, jeśli nie chciałem wchodzić do tego zatęchłego miejsca.

- Przysięgasz? - zapytała ze zwężonymi oczami.

- Tak – uśmiechnąłem się i pocałowałem czubek jej nosa.

Wręczyłem jej książkę, a ona otworzyła ją bez rozrywania opakowania. Westchnęła, kiedy to zobaczyła.

- Kupiłeś mi Jezioro Łabędzie? - powiedziała ze łzami w oczach..

- Egzemplarz, który masz ledwo trzyma strony ze sobą, więc pomyślałem, żeby kupić Ci inną kopię. Wiem, jak bardzo uwielbiasz tę książkę.

- Och Edwardzie. Tak bardzo Cię kocham! - powiedziała i ciasno mnie przytuliła.

- Jesteś moim ulubionym łabędziem. Pięknym i bezinteresownym – wyszeptałem przy jej ustach.

- Łabędzie nie potrafią latać, ale z Tobą przy moim boku, sprawia, że marzę, że tak jest. Jesteś moimi skrzydłami – westchnęła.

- Jenna, sądzę, że pan Edward pracuje i nie może zostać tutaj z nami – powiedziała grzecznie jej mama.

Potrząsnąłem delikatnie moją głową, żeby wymazać te pieprzone wspomnienia i spojrzałem na kobietę. 'Przepraszam' – wyszeptała. Uśmiechnąłem się do niej krótko i zwróciłem swoją uwagę na małą dziewczynę.

- Obawiam się, że twoja mamusia ma rację, Jenno. Muszę obserwować park i zabrać stąd złych gości. Przepraszam. Może innym razem – powiedziałem i odszedłem.

To cholerne wspomnienie było powodem, przez który miałem tatuaż na moim lewym ramieniu. Sześć lat temu, poszedłem do baru i wypiłem za dużo. Zacząłem myśleć o niej tak jak zawsze i myślałem o dniu, prawie czternaście lat temu, kiedy dałem jej książkę na urodziny. Chociaż nie pamiętałem jak to robiłem, upuściłem bar i poszedłem do tatuażysty i poprosiłem go o tatuaż białego łabędzia, z czarnymi złamanymi skrzydłami. Ona była łabędziem, a ja byłem złamanymi skrzydłami. Ona zawsze będzie piękna, a ja zawsze będę osobą z czarną duszą, pełną nienawiści, wściekłości i rozczarowania.

- Pieprzyć moje życie! - warknąłem. Podniosłem moją głowę do ciemniejącego nieba i zacząłem mówić do czegokolwiek, co tam jest. - Daj mi pieprzoną przerwę! Nie masz innych ludzi do torturowania ty skurwysynu? - zapytałem zły.

Zacząłem robić kółka dookoła parku i raz jeszcze czas zaczął odparowywać bez mojej realizacji tego. Dźwięk dzwonka mojej komórki natychmiast mnie ocknął.

Otworzyłem ją i zobaczyłem, że mam wiadomość od Emmetta: Jestem na przerwie i poczułem coś dziwnego. Czy wszystko w porządku?

Odpowiedziałem, że wszystko jest idealnie dobrze i, że zobaczę go za godzinę u niego. Od kiedy pamiętam, zawsze mieliśmy dziwne bliźniacze połączenie. Kiedy on był smutny, czułem to i vice versa. Wiedziałem, kiedy o mnie myślał, tak jak on zawsze wiedział, kiedy miałem kłopoty i przychodził mi na ratunek.

- Hej Jack. Zobacz, to Kruk – chłopak mruknął ściszonym tonem. Stałem obok drzewa i nie mogli mnie zobaczyć, ponieważ było ciemno. Spojrzałem w kierunku, w którymi oni patrzyli i zobaczyłem idącego chłopaka. Był przynajmniej dwa lata młodszy od nich.

- Dlaczego się z nim nie podroczymy przez chwilę – powiedział Jack. - Henry, kaczątko jest tutaj.

Cholera, zamierzali zastraszyć dzieciaka. Popędzili do niego i kiedy chłopak usłyszał ich głosy, zamarł w miejscu.

- Spójrz, kto jest poza klatką. Co się stało? Nie ma mamusi w pobliżu? - powiedział mały skurwiel.

Chłopak po prostu stał, gapiąc się na nich. - Co? Nie mówisz dzisiaj?

- Idź do diabła – powiedział gniewnie chłopak i zaczął od nich odchodzić, zbliżając się do mnie.

- Czy całowałeś swoją mamusię, tymi ustami, frajerze? Wstydź się! Gdzie jest Bóg, by ukarać Ciebie i twoje 'pełne' usta? - drugi skurwiel powiedział.

Patrząc na tego dzieciaka, nie mogłem się powstrzymać, ale czuć to, co on czuł. Byłem szykanowany, jako dziecko i to było do kitu.

Czasami zastanawiałem się, jeśli byłbym wtedy silniejszy, żeby walczyć, zamiast pozwalać im pieprzyc się ze mną jak to robili.

- Szuka twojego mózgu! - powiedział chłopak zadowolony z siebie. Przygryzłem swoją dolną wargę, aby powstrzymać się od śmiechu.

- Co powiedziałeś? - jeden z nich zapytał gniewnie i pchnął go swoimi rękoma.

- Nie dotykaj mnie – powiedział chłopak. - Nie chcę Ciebie zranić.

Ci punkowie zaczęli się śmiać. - Jakbyś mógł. Co mógłbyś nam zrobić? Zamierzasz powiedzieć swojej mamusi i tatuś przyjdzie i nas pobije? - szydził i dzieciak zacisnął swoje pięści przy swoich bokach. - Och, przepraszam. Zapomniałem, że nie wiesz, kim jest twój tatuś!.

Chłopak upuścił worek, który trzymał i pchnął punka. - Co do cholery właśnie powiedziałeś? - krzyczał.

- W prostych słowach, nazwał Cię draniem – ten drugi zaśmiał się.

Bez czasu na reakcję, chłopak podniósł nogę i kopnął jednego z nich w klatkę, sprawiając, że upadł. Potem uderzył drugiego w twarz, łamiąc mu nos i odwrócił się do trzeciego. Ten skurczysyn zrobił kilka kroków do tyłu i podniósł swoje ręce.

- Chcesz ze mną zadzierać? Śmiało! Zrób to! Mam czarny pas! Zobaczmy, kto kogo pokona! - krzyczał chłopak.

- N-nie – wyjąkał inny.

Tamci dwaj wstali i byli za chłopakiem. Na nieszczęście nie patrzył na nich, więc nie wiedział. Chcieli go zaatakować, kiedy wyszedłem z mojego ukrycia.

- Jakiś problem? - powiedziałem surowo, kładąc moją dłoń na kaburze.

- Kurwa – powiedział jeden z nich.

- Tak! Czy całowałeś matkę tymi ustami, dzieciaku? - zapytałem, powtarzając te same słowa, jakimi on wcześniej pytał.

Dupek z krwawiącym nosem podszedł do mnie. - Oficerze, on nas zaatakował!

Zwróciłem mój wzrok na chłopaka, żeby zobaczyć, że zamarł w miejscu z oczami szerokimi jak spodki, jego ciało drżało. Był przestraszony. Zwróciłem się do tej trójki.

- Posłuchajcie mnie, wy małe gówna. Widziałem, co się stało i kto to wszystko zaczął. Jeśli kiedykolwiek jeszcze zobaczę was tutaj, szkalujących go, przysięgam, że ja będę tym, który was przytrzyma, że on mógł was zlać. Łapiecie? - warknąłem.

- Ale...

- Wynoście się stąd i nie chcę więcej widzieć waszych paskudnych twarzy! Spadajcie! - krzyknąłem za nimi, a oni biegli.

Ściągnąłem moją czapkę i przejechałem palcami przez włosy. To był stary zwyczaj, który często uspokajał mnie. Odwróciłem się do chłopaka i przysięgam na Boga, że wciąż stał w tym samym miejscu jak posąg. Miał około 5'3'', chudy, z ciemnymi włosami i niebieskimi albo zielonymi oczami... światło w tej części parku, nie było takie dobre, więc nie mogłem powiedzieć tego na pewno. Co zdziwiło mnie najbardziej był mój zmysł niepokoju. Nigdy nie czułem się tak na żadnym z moich spotkań.

Zrobiłem krok w jego kierunku i byłem pewien, że zamierza spanikować w każdej sekundzie. - Hej, dzieciaku. Wszystko w porządku? - zapytałam. Po prostu stał tam patrząc się na mnie, jakby nigdy wcześniej nie widział drugiego człowieka. - Jesteś ranny? - zapytałem. Kiedy podniosłem rękę, aby położyć ją na jego ramieniu, na reszcie zareagował. Szybko odsunął się i zabrał swój worek i zaczął uciekać.

~ 16 ~