Opowiadanie należy do MrsEdwardCullenP, ja je tylko tłumaczę. Jednakże wszystkie postacie należą do Stephenie Meyer.

Rozdział 3

beta: Erubinka

Po tygodniu patrolowania tego cholernego parku, dzięki Bogu miałem dzień wolny. Nic się nie działo po incydencie z tym szykanowanym chłopakiem. Za każdym razem, teraz jak i wtedy moje myśli powracały do niego. Był taki przerażony tamtej nocy. Czy myślał, że zabiorę go na komisariat? Że również go ukażę? Nie mogłem odeprzeć uczucia, że ten dzieciak – kimkolwiek był – był inny. Jego oczy były takie przenikliwe, sprawiały, że czułem się dziwnie, byłem zastraszony, ale w dobrym znaczeniu.

Było już popołudnie i skoro nie miałem zamiaru wychodzić, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jaspera. Od nocy u Emmetta, Jasper nie mógł przestać gadać o tamtej kobiecie. Określał ją wieloma przymiotnikami: liliput, przykrótka hiena, niskie gówno. Nigdy się nie zamknie.

- Co? - warknął do telefonu. Zacząłem się śmiać. - Zamknij się i powiedz mi dlaczego dzwonisz. Nie jestem w nastroju.

- Co się stało?

- Chochlik się stał. Panna Brandon zatrzymała się, ponieważ chciała mnie wkurwić! Coś z nią nie tak? - burknął.

- To, dlatego ja nigdy nie zagłębiam się w problemy z cipkami. Po prostu pieprzę i wychodzę. Może to jest właśnie to, co powinieneś zrobić. Wypieprzyć ją do utraty zmysłów.

- Cóż, nie wszyscy jesteśmy takimi dupkami jak ty. Nie zostałem wychowany, żeby zachowywać się w ten sposób.

- Człowieku, pozwalasz jej, żeby zaszła Ci za skórę. Nie dobrze. Ona Cię wykończy. Wspomnisz moje słowa.

- Edwardzie, nie wszystkie kobiety są takie same. Jeśli dałbyś którejś z tych dziewczyn, które wykorzystujesz przez te wszystkie lata, szansę może byś to zauważył.

- Wiesz, co Texas? Pieprz się. Nie jestem idealnym facetem jak ty albo Emmett i szczerze nie chcę być. Skończyłem z byciem dobrym kolesiem. Mów, co chcesz, ale nic tego nie zmieni. Prowadziliśmy tą rozmowę wiele razy. To jestem ja: bierzesz to albo odejdź – warknąłem i rzuciłem telefonem.

Zapaliłem papierosa, poszedłem na balkon i położyłem się na moim drewnianym leż było zachmurzone i to było takie relaksujące. Inni ludzie chcieli słońca. Ja chciałem ciemnego nieba i deszczu, to mnie uspokajało. Odłożyłem papierosa, wypiłem ostatni łyk mojego piwa i zamknąłem oczy, cieszyłem się spokojną chwilą.

Było ciemno i nie mogłem nic zobaczyć. Jedyna rzecz, jaką mogłem poczuć był pulsujący ból na moim policzku i ręka Emmetta wokół mojego ramienia.

- Jestem tutaj Eddie. Kiedy pójdzie spać, wrócimy do naszego pokoju – powiedział Emmett.

Krzyki naszej matki wypełniły mieszkanie. Nie było innych domów wokół nas, więc nie było możliwości, że ktokolwiek to usłyszy.

- P-pierdol się! T-ty zrujnowałeś mi ż-życie! - krzyczała przez ciosy. - Nienawidzę Cię.

Kilka minut później, przestał ją bić i jedyną rzecz, jaką słyszałem były jej szlochy. Zacząłem się trząść, ponieważ byłem mokry i było zimno.

- Pójdę i przyniosę Ci kocyk. Zostań tutaj – powiedział Emmett.

- Nie, zobaczy Cię i znów Cię pobije – powiedziałem i trzymałem ciasno jego dłoń w swojej.

- Schowam się, jeśli go usłyszę.

Stawałem się bardziej przestraszony, gdy patrzyłem jak odchodzi. Co, jeśli on go znajdzie? Zdecydowałem się policzyć pięć razy do dwudziestu i jeśli do tego czasu nie wróci, pójdę po niego.

- Jeden, dwa, trzy, cztery, sześć, umm d-dziewięć, nie, osiem, dziewięć, dziesięć.

- Lizzie, wyłaź, wyłaź gdziekolwiek jesteś! - śpiewał.

- Dwa, siedem, cztery – kontynuowałem liczenie.

- Kiedy z Tobą skończę twoje bachory są następne...

- S-s-sześć, j-jeden – kontynuowałem, zacząłem trząść się jeszcze bardziej.

- Tutaj jesteś – syknął, a ja usłyszałem głośny huk.

- Emmett – wyszeptałem, ale nikogo nie było.

Wstałem na trzęsących się nogach i zacząłem iść do naszego pokoju tak cicho jak potrafiłem.

Kiedy miałem przejść przez salon, ukryłem się za dużym kwiatem i rozejrzałem dookoła, żeby zobaczyć czy złapał Emmetta. W tym momencie, moja mama została rzucona na podłogę. Krwawiła, a jej twarz była opuchnięta.

- Teraz zapłacisz za wszystko, co mi zrobiłaś – powiedział tata, gdy rozcinał jej policzek.

- Powoli i boleśnie... - powiedział rozcinając jej ramię.

Kontynuował, aż jej skóra był pokryta śladami od noża i zostało tylko jedno miejsce. Przyłożył nóż do jej szyi i dokonał ostatniego cięcia.

- Tak długo, suko – zaśmiał się i zostawił ją, żeby wykrwawiła się na śmierć.

- Emmett! - krzyczałem.

- Edward! - słyszałem jak wołał.

- Emmett, on idzie po Ciebie. Wynoś się – krzyczałem, kiedy starałem się biec, ale powstrzymał mnie.

- Jestem tutaj – powiedział.

- Emmett! - płakałem.

- Edward! Do cholery, obudź się!

Otworzyłem swoje oczy i starałem się wstać, ale ktoś mnie powstrzymywał. Spojrzałem do góry i zobaczyłem Emmetta, patrzącego na mnie, był zatroskany. Mój brat był zawsze przy mnie, kiedy miałem koszmary i przez większość czasu nic nie mówił. Jedynie, kiedy to było naprawdę paskudne, budził mnie.

Po odejściu Belli, miałem koszmary, ale skończyły się, kiedy zostałem wywalony z Dartmouth i przeprowadziłem się do Chicago, więc mogłem być blisko Emmetta. Przez cztery lata nie miałem żadnego, to była najdłuższa przerwa. Czasami powracały, kiedy przechodziłem przez sprawę o przemoc i zaniechania. Kiedy, nie przyznawałem się nikomu, wiedziałem, że mam problemy z porzuceniem... i gniewem... i alkoholem nawet, jeśli nie upijałem się do nieprzytomności każdego dnia.

Emmett wstał i jego patrzenie zmieniło się w gapienie. - Jak długo?

- Jak długo, co? - zapytałem ostrym głosem, gdy wstałem i poszedłem do kuchni, żeby wziąć piwo.

- Skończ pieprzyc, Edwardzie! Przyszedłem tutaj, żeby sprawdzić, co z Tobą i znajduje Cię krzyczącego na cały głos. Kurwa jak długo miewasz koszmary?

Westchnąłem wiedząc, że jeśli nie odpowiem, skończymy kłócąc się. - To czwarty w miesiącu – powiedziałem nie patrząc na niego, kiedy otwierałem piwo i wziąłem dużego łyka.

- Kurwa! - warczał i zacisnął pięści we włosach. - Dlaczego nic nie powiedziałeś? Wiesz, że bym Ci pomógł.

- Wiem Emmett i dzięki Ci za to, ale nie potrzebuję pomocy.

- Potrzebujesz i do cholery wiesz o tym – grzmiał. - Chcę Ci pomóc, ale ty mi nie pozwalasz. Wiem, że cierpiałeś i głęboko tam, wciąż cierpisz, ale to musi się skończyć. Nie widzisz tego, że to nie ty? Jesteś pełen gniewu. Nie odżywiasz się odpowiednio, praktycznie nie sypiasz i kiedy to robisz masz koszmary. Edwardzie, musisz iść na terapię.

Zapaliłem papierosa i spojrzałem na niego. - Miałem tylko kilka złych dni w pracy, Emmett. Ze mną jest dobrze. Kiedy wszystko się tam ułoży, ja również będę.

Potrząsnął głową i wziął swoje klucze ze stolika. - Jestem zmęczony wysłuchiwaniem tego gówna. Kiedy poczujesz potrzebę, żeby poszukać pomocy, wiesz gdzie mnie znaleźć. Mam tylko nadzieję, że nie będzie za późno – powiedział i zatrzasnął drzwi za sobą.

Wiedziałem, że ma rację. Większość ludzi wokół miała rację, tak daleko jak doradztwo było dla zainteresowanych, ale to było tego warte? Czy pomoże mi to pozbyć się tej próżni, tej cholernej pustki wewnątrz mnie? Może pomoże mi 'oswoić' gniew, ale wątpię w to, że kiedykolwiek będę wolny. Moja przeszłość zawsze będzie ze mną.

Pomiędzy moim snem, a wizytą Emmetta nie zorientowałem się, że jest po dziesiątej. Mój brzuch burczał w proteście, więc poszedłem po telefon i zamówiłem pizzę. Lampka na sekretarce świeciła, więc wcisnąłem przycisk, żeby odsłuchać wiadomość. Jęknąłem, kiedy usłyszałem głos Marcusa.

- Edwardzie, dzwoniłem na twoją komórkę, ale nie odpowiada, więc próbuję tutaj. Albo Cię nie ma, albo mnie ignorujesz – zachichotał. - Jest mała zmiana w twoim grafiku na jutro. Kapitan poinformował mnie, że będziemy gościć dwudziestu sześciu gości ze szkoły podstawowej Healy. Mają tam jakiś konkurs, gdzie dzieciaki muszą napisać esej, jak widzą egzekwowanie prawa. Połowa z nich przeprowadzi wywiad z Kapitanem, a druga połowa z oficerem – kontynuował. Skrzywiłem się. Lepiej żeby, nie wybrał mnie.

- W każdym razie – wiadomość kontynuowała. - Wiem, że nienawidzisz patrolowania i odkąd będziesz tam przez kolejny miesiąc albo coś, pomyślałem, żebyś ty porozmawiał z dzieciakami. To będzie... odświeżające spotkanie, nie sądzisz? Będą tutaj o dziewiątej rano, i zajmie to przynajmniej dwie godziny. Formalny strój nie jest wymagany. Dobranoc!

- KURWA! - Co do cholery powinienem powiedzieć tym dzieciom? Potrzebowali detektywa, a nierozzłoszczonego oficera. Tak bardzo jak starałem się wymyślić sposób, żeby się z tego wywinąć, wiedziałem, że tak czy inaczej skończę robiąc to.

Po jedzeniu, zdecydowałem się na prysznic i spróbuję wrócić do łóżka, mając nadzieję, że będzie to bezsenne... ale sen nigdy nie nadszedł. Około czwartej rano, wstałem, założyłem moje ciuchy do ćwiczeń i poszedłem pobiegać, mając nadzieję, że to mnie oczyści... ale tak się nie stało. Skoro teraz musiałem być przytomny do pracy, wziąłem kawę z sąsiedniego Starbucksa, poszedłem na spacer, a potem wróciłem do domu. Wykąpałem się i ubrałem, żeby pojechać na komisariat.

Gdy wjechałem na parking, zobaczyłem Victorię wysiadającą ze swojego samochodu, wyglądała koszmarnie. Kiedy rok temu zaczęła tutaj pracować, była świeżo po Akademii. Była silną osobowością w wydziale i to było dużym atutem. Nasz zawód nie był dla tchórzy, a ona na pewno nie była jednym z nich. Czasami bywała zmienna.

- Dobry, Edwardzie – powiedziała zmęczona.

- Hej. Źle spałaś? - zapytałem.

- Starałam się nie – mruknęła. - Problemy rodzinne.

- Weź dzień wolny. Komendant nie będzie miał z tym problemu.

- Nie, jest dobrze. Poza tym, muszę sprawdzić pewne wiadomości, które dostałam na Adrianiego. - To zaostrzyło mój słuch. - Moje źródło powiedziało mi, że kupił nowy magazyn w porcie. Kajusz myśli, że to będzie jego nowa lokalizacja na finalizacje swoich spraw.

- Pieprzyc Kajusza. Co ty myślisz? - Kajusz był dupkiem. Nigdy nie interesowało go co jego ludzie myśleli o sprawie. Interesował się tylko jak sprawić, żeby to on wyglądał dobrze i mógł awansować w departamencie. Victoria spojrzała na mnie, zastanawiając się czy powinna mi powiedzieć, czy nie.

- Myślę, że to pułapka. Chce wykorzystać magazyn w jakimś celu, ale to coś innego niż narkotyki.

Jak zwykle, miała rację. Adriani nigdy nie zrobiłby czegoś tak głupiego. - Prawda. Kto został przypisany do nadzoru?

- Peter i ja – odpowiedziała.

- Dobrze, informuj mnie. Muszę lecieć. Komisarz chciał mnie zobaczyć, zanim przyjadą dzieciaki.

Zachichotała. - Ze wszystkich ludzi, wybrał Ciebie. Wyobraź to sobie.

Uśmiechnąłem się i wyminąłem ją, gdy wchodziłem. Wiedząc, że potrzebuję cukru na nadchodzące tortury, zatrzymałem się w kuchni i wziąłem kawę i paczkę mini pączków z automatu. Szybko zjadłem, a później poszedłem do gabinetu Marcusa. Jego drzwi były otwarte i mogłem zauważyć, że siedzi na telefonie. Wskazał mi, żebym wszedł i usiadł.

- Okej, Bob. Upewnij się, że przefaksowałeś mi raport – powiedział i rozłączył się. - Dzień dobry – uśmiechnął się.

- Dzień dobry – odpowiedziałem, biorąc łyka kawy.

- Dzieci będą tutaj za około pół godziny. Będziesz miał tylko dziesięcioro. Kapitan weźmie resztę z nich. Użyjesz pokoju konferencyjnego. Będą Ci zadawać pytania i odpowiesz na nie nawet, jeśli pytania będą głupie, okej? - Kiwnąłem głową. - Możesz wyświadczyć mi przysługę? - zapytał.

- Co?

- Proszę, nie przeklinaj – powiedział poważnie i mogłem usłyszeć błaganie w jego głosie.

- Jezu, Marcus. Wiem jak zachowywać się przy dzieciach. Nie musisz mi tego przez cały czas powtarzać – burknąłem.

- I, znowu jest ten temperament.

- To, dlatego, że mnie wkurwiasz – westchnąłem. - Słuchaj, w nocy w ogóle nie spałem i nie jestem w nastroju. Poczekam na nich i odpowiem na ich pytania. Pokaże im mój sprzęt, zrobię wycieczkę i to wszystko. Coś jeszcze?

- Nie.

- Powinienem przywitać ich przy drzwiach?

- Nie. Ktoś ich przyprowadzi.

Gdy wyszedłem z jego biura, usłyszałem śmiech dzieci. Zostawiłem swoją filiżankę w kuchennym zlewie i poszedłem do pokoju konferencyjnego, żeby na nich poczekać. Wyciągnąłem swój pistolet, sprawdziłem czy osłona spustu jest zabezpieczona, potem wyciągnąłem swoje kajdanki i paralizator. Stanąłem przed biurkiem i cierpliwie czekałem, na ich wejście.

- Teraz, dzieci – usłyszałem kobiecy głos – możecie zapytać oficera o wszystko co potrzebujecie wiedzieć do swojego eseju. Upewnijcie się, że notujecie.

Kobieta w średnim wieku weszła do pokoju i przywitała się ze mną, szeroko się uśmiechając. - Witaj. Jestem panna Winston – powiedziała, wyciągając swoją dłoń do mnie.

- Dzień dobry, Pani. Jestem oficer Cullen – powiedziałem, delikatnie potrząsając jej dłonią.

- Na zewnątrz mam czekające dzieci. Chciałam Ci osobiście z góry podziękować za zajmowanie czasu i chęć, żeby pomóc tym dzieciom.

- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedziałem. - To dobre dla dzieci, żeby nauczyły się znaczenia prawa od najmłodszych lat.

- Okej. Więc pozwól mi je przyprowadzić i zaczniemy.

Wskazała dzieciom, żeby weszły do pokoju. Kiedy już się rozsiedli, spojrzałem na nich i byłem zdziwiony tym, kogo znalazłem: jeden z punków z parku. Jego nos był przestawiony i miał podbite oko. Ten dzieciak naprawdę wiedział jak wyprowadzić cios. Kiedy mnie zobaczył, zbladł. Dziewczyny rumieniły się i chichotały za każdym razem, gdy spojrzałem w ich kierunku. Zobaczyłem dzieciaka noszącego czapkę Mariners, który zaintrygował mnie. Jego głowa była spuszczona w dół i w jakiś sposób ukrył się za swoją nauczycielką.

- Dzień dobry, dzieci. Jestem oficer Cullen - powiedziałem. Być może to sposób, w jaki stałem. Może to był wyraz mojej twarzy. Nie mam pojęcia, dlaczego ale żadne z nich nie odpowiedziało.

- Dzieci – powiedziała panna Winston. - Podnieście swoje ręce i kiedy zostaniecie wywołani, możecie zadawać pytania. Dobrze? - Ponownie brak odpowiedzi. - Dalej. Wczoraj zrzucaliście tysiącami pytań, które chcieliście panu zadać.

Dziewczynka podniosła nieśmiało rękę. - Tak, śmiało – powiedziałem.

- Um, ile masz lat? - zapytała i oblała się rumieńcem.

- Właśnie skończyłem trzydzieści jeden – uśmiechnąłem się do niej.

Ponownie podniosła rękę. - Od jak dawna jesteś oficerem policji?

- Dziesięć lat.

Tym razem chłopak podniósł rękę. - Lubisz bycie policjantem?

- Tak. Moim marzeniem było zostanie policjantem – powiedziałem prawdomównie.

- Skąd jesteś? - zapytała dziewczyna w warkoczach.

- Jestem z małego miasteczka niedaleko Seattle.

Gdy dzieci zadawały pytania. Ja skupiłem swoją uwagę na małym punku. Kiedy zobaczył mnie w pokoju, już więcej na mnie nie popatrzył. Jego głowa była spuszczona i tak teraz jak i wcześniej posyłał dziwne spojrzenie do chłopaka w dżokejce. Kiedy zobaczył, że na niego patrzę sięgnął do swojej torby i wyciągnął czapkę i chciał ją zobaczyć, ale nauczycielka zobaczyła to.

- Jack, odłóż to. Powiedziałam Ci, żadnych czapek – powiedziała surowo.

- Więc czemu on nosi? - skarcił. Ten drugi chłopak natychmiast zesztywniał.

- Williamie, ściągnij ją, proszę – powiedziała spokojnie. Szybko ją ściągnął, ale jego głowa wciąż była spuszczona. Dlaczego na mnie nie patrzył?

- Ty – powiedziałem. - Za panią nauczycielką. Masz jakieś pytanie do mnie?

I wtedy, kiedy podniósł głowę. Cicho jęknąłem, gdy zobaczyłem, że to był ten chłopak z parku. Miał brązowe włosy i zielone oczy. Po lewej stronie twarzy miał brzydkiego siniaka. Spuścił głowę i spojrzał na punka. To było tak jakby mówił mi, że to on to zrobił.

Mały skurwiel.

- William, tak? - zapytałem, żeby złapać jego uwagę. Spojrzał na mnie i skinął głową. - Masz jakieś pytanie?

Zamrugał kilka razy zanim otworzył usta i zaczął mówić. - Jaki jest... - zawahał się przez chwilę.

- Tak?

- Um, jaki jest twój ulubiony ptak?

Inne dzieci zaczęły się śmiać, włączając małego dupka. - Williamie – zachichotała jego nauczycielka. - Miałeś lepsze pytania.

Nie wiedząc nawet, dlaczego moje tętno zaczęło wzrastać.

- Edwardzie?

- Tak, Bello?

- Jaki jest twój ulubiony ptak i dlaczego? - Promienie się uśmiechnęła.

- Umm... to łabędź – powiedziałem i oblałem się dziesięcioma różnymi odcieniami czerwieni.

- No weź – powiedziała nieśmiało, chowając pasmo włosów za ucho.

- Nie, to jest prawda – powiedziałem jej.

- Dlaczego?

- Z dwóch powodów: jeden, ponieważ są to najpiękniejsze stworzenia i dwa, ponieważ to twoje nazwisko.

Mieliśmy prawie szesnaście lat i to był dzień naszego pierwszego pocałunku. Dzień, w którym powiedziałem jej, że nie chcę być tylko jej przyjacielem. Kurwa, kurwa, KURWA! Zamknąłem na chwilę oczy i kiedy je otworzyłem, ujrzałem Williama patrzącego na mnie i czekającego na odpowiedź.

- Orzeł – skłamałem, natychmiast czując się winny. - Ponieważ reprezentuje dumę i godność – kiwnął głową i zapisał moją odpowiedź w swoim notesie.

- Czy kiedykolwiek użyłeś swojej broni? - zapytał chłopak.

- Tak – odpowiedziałem, nie chcąc za dużo zdradzić.

- Czy kiedykolwiek postrzeliłeś kogoś? - zapytał ten sam chłopak.

- Tak – ponownie odpowiedziałem, mając nadzieję, że nie zada pytania, które wiedziałem, że nadejdzie.

- Super! - zawołał. Zwęziłem oczy na jego podekscytowaną postawę.

- Myślisz dzieciaku, że to jest super, pozbawić życia czternastolatka? - zapytałem surowo. - Myślisz, że to jest fajne, kiedy musisz wysłuchiwać płaczącej z bólu matki, kiedy dowiaduje się w szpitalu, że jej jedyne dziecko nie żyje, gdy ja byłem leczony z rany postrzałowej w ramię, którą on spowodował?

W pokoju zapadła głucha cisza. - Wiedziałem, że kiedy stałem się oficerem, będę musiał to zrobić, w jakimś stopniu użyć broni. Miałem nadzieję, że nigdy nie wystrzelę. Ale zrobiłem to. Byłem niedoświadczony, świeżo po akademii. Działałem zgodnie z protokołem, który znałem na pamięć i nic nie działało. Wtedy, postrzelił mnie. To było tak, albo moje życie, albo jego. Więc, dla twojej wiadomości, nie było nic super w przypadku użycia broni.

Odłożyłem moją czapkę na stole i przebiegłem palcami przez włosy. - Spójrz – powiedziałem do dzieciaka, który teraz patrzył w dół na podłogę. - Wy dzieci musicie uświadomić sobie, że nie nosimy mundurów, żeby tylko pobawić się w prawo i rozkazy. Musimy je egzekwować. Prawa są nie bez powodu. Jedno z nich jest, żeby trzymać dzieci bezpiecznie, więc wy możecie dorastać i stać się odpowiedzialnymi obywatelami. Będąc przestępcą – kontynuowałem i spojrzałem na małego punka – po prostu bycie tym chłopakiem, nie sprowadzi nic innego jak kłopoty.

Mrs. Winston odchrząknęła. - Um, to było oświecające. Dziękuje, oficerze Cullen. Kto następny?

- Możesz powiedzieć nam o kajdankach – zapytała blond włosa dziewczyna.

Wyciągnąłem je z mojego paska i trzymałem je w ręce. - Kajdanki są urządzeniem przytrzymującym, zaprojektowanym tak, żeby trzymać nadgarstki osobo, ale blisko siebie. Zawierają dwie części, połączone ze sobą za pomocą łańcucha, zawias, albo w przypadku sztywnych mankietów, żda połowa posiada obrotowe ramię, które ciasno zamyka się wokół nadgarstka osoby. Bez klucza kajdanki nie mogą zostać usunięte tak, więc skuta osoba nie może ruszać swoimi nadgarstkami dalej niż kilka cali, sprawia to, że wiele rzeczy jest trudne albo niemożliwe. Chciałabyś, żebym Ci pokazał? - uśmiechnąłem się. Zachichotała i schowała swoje ręce za plecami, potrząsając głową.

- W porządku. Myślę, że mam ochotnika – powiedziałem i podszedłem do punka. Parsknąłem wewnętrznie, wiedząc, że prawdopodobnie zsika się ze strachu.

Stanąłem za nim i wziąłem jego dłonie w swoją. Gdy umieściłem kajdanki na jego prawej ręce, zauważyłem, że jego kostki były posiniaczone. Z jego chwiejnej postawy, domyśliłem się, że to on był tym, który uderzył Williama. Spojrzałem na niego i zobaczyłem, że jego wzrok był skupiony na rękach punka. Krótko na mnie spojrzał, szybko mrugnąłem do niego i się uśmiechnąłem. Rozumiejąc moje zachowanie, odwzajemnił uśmiech. Sposób, w jaki jego twarz rozjaśniała, sprawił ponownie jakieś cholerne uczucie niepokoju.

Zabezpieczając jego ręce w kajdankach, pomogłem mu wstać. - Teraz, Jack – powiedziałem. - Chciałbyś powiedzieć swoim kolegą, jakie to uczucie być zakutym? Jestem pewien, że chcieliby wiedzieć, tak dzieci? - uśmiechnąłem się i złożyłem ramiona na mojej piersi.

- U-um – zaciął się. - Jest trochę niekomfortowo? Czy mógłby je pan ściągnąć? - zapytał niepewnym głosem.

- Ściągnę, ale tylko, jeśli najpierw odpowiesz na pytanie. Czy kiedykolwiek zrobisz cokolwiek, co sprawi, że będziesz czuł się tak jak czujesz się teraz, gdy uwolnię Cię?

Potrząsnął swoją głową na nie. - Dobrze – powiedziałem i odwróciłem chłopaka w drugą stroną, abym mógł go rozkuć. - Pamiętaj, jedna mała walka, pomiędzy przyjaciółmi – podkreśliłem – może sprowadzić Cię do tego stanu. Przyjdziemy i zabierzemy Cię.

Po tym jak pytania się skończyły, a nasz czas dobiegał końca, zdecydowałem się pokazać im, co nas otacza. Pokazałem im oficerów, nasz pokój przerwy, szafki i areszt. Jestem pewien, że ich wiedza na temat cel więziennych pochodzi tylko z telewizji. Naprawdę jest całkiem inaczej.

Każde z dzieci uformowało swoje małe grupki, a William był jedynym samotnym wśród nich. Gdy czekali na resztę dzieci, które kończyły z Aro, nie mogłem się powstrzymać, aby podejść do niego.

- Hej, William – powiedziałem.

Spojrzał na mnie z błyszczącymi oczami i uśmiechnął się. - Witaj, oficerze.

- Podobało Ci się dzisiaj? - zapytałem w nędznej próbie, aby nawiązać konwersację.

- Było w porządku – westchnął.

- Ile masz lat? - zapytałem.

- W styczniu skończę trzynaście lat – odpowiedział.

- Czy on to Ci zrobił? - zapytałem i wskazałem na siniaka na jego twarzy.

Spojrzał w jego kierunku i wzruszył ramionami. Gapiłem się na punka, który patrzył się na nas. - Wiesz, że on Cię już więcej nie tknie, po mojej sztuczce na nim, prawda?

- Um, dziękuje panu – zaczął – za pomoc, chodzi mi tego dnia.

- Dlaczego uciekłeś? - zapytałem go. Wciąż mnie to trapiło.

Delikatnie się zarumienił. - Ja, um przestraszyłem się. Myślałem, że będziesz chciał zabrać mnie na policję.

Cholera! To ja byłem tym, który go przestraszył. Wiedziałem. - Przepraszam, dzieciaku. Nie chciałem.

- W porządku, proszę pana.

- Dla Ciebie, Edward – powiedziałem i mrugnąłem do niego. Jego twarz nie wyrażała nic poza życzliwością i szacunkiem.

- Edward Cullen – wyszeptał, patrząc na mnie i przysięgam poczułem małe napięcie w klatce. Co do cholery było ze mną nie tak?

- Więc, mógłbyś powiedzieć mi o tym konkursie?

- Musimy napisać esej o egzekwowaniu prawa. Musimy oddać go przed przerwą świąteczną, więc mamy jakieś trzy miesiące, żeby to zrobić. Zwycięzca dostanie laptopa.

- Jesteś dobrym uczniem?

- Miałem tylko jedno A- na moim świadectwie na koniec szkoły w zeszłym roku. Nigdy nie lubiłem matematyki – wzruszył ramionami.

- Cóż, A- jest cholernie dobrą oceną – powiedziałem i natychmiast się skrzywiłem.

Uśmiechnął się. - Co? - zapytałem.

- Czasami, kiedy mama budzi się rano i w pośpiechu przygotowuje się do pracy, uderza palcami w drzwi w swojej drodze do łazienki. Zawsze słyszę huk i śpieszę do niej. Zawsze otwiera usta, żeby powiedzieć Fu1-, a kiedy widzi mnie, mówi 'fudge2' przeciągając u – uśmiecha się.

- A twój tata przeklina?

Uśmiech z jego twarzy natychmiast zniknął. Zamierzał coś powiedzieć, kiedy jego nauczycielka zawołała dzieci, żeby poszły do autobusu. Czułem się trochę smutny, ponieważ naprawdę polubiłem z nim rozmawiać. Przypominał mi o mnie samym w jego wieku. Byłem równie zamknięty, zanim ona wkroczyła do mojego życia.

- Miło było z panem porozmawiać - powiedział i wyciągnął swoją dłoń do mnie. Wziąłem ją w swoją i uśmiechnąłem się do niego.

- Również mi się podobała, dzieciaku – powiedziałem, potrząsając delikatnie dłonią. - I Edward. Okej?

- Okej... Edwardzie – powiedział i zaczął wychodzić. Odwrócił się i uśmiechnął ostatni raz zanim wyszedł. - Do zobaczenia.

Nagle pomysł, żeby zobaczyć go ponownie sprawił, jakby słońce zaczęło świecić na niebie, po wielu dniach deszczu.

1Fuck

2brednie